Monika Witkowska „Horn na trawersie. Opowieści nie tylko żeglarskie”

Monika Witkowska to doświadczona podróżniczka (odwiedziła ponad 180 krajów), miłośniczka gór (zdobywczyni Korony Ziemi) oraz uzależniona od morza żeglarka. Do jej żeglarskich osiągnięć należy m.in. dwukrotne opłynięcie przylądka Horn, pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego, a także trasa przez morza: Beauforta, Czukockie i Beringa dookoła Czukotki. „Horn na trawersie”  jest zapisem niezwykłego wyczynu, jakim jest opłynięcie przylądka Horn  małym, drewnianym jachtem.

W ten rejs wyruszyła z Mariem i jego żoną, sympatycznym rumuńskim małżeństwem. Monika i Mario poznali się w górach, w dramatycznych okolicznościach, w efekcie których odmrożony mężczyzna stracił palce i część nosa. Przyjaźń Polki i Rumuna przeniosła się na morze. Na małym, drewnianym jachcie opłynęli razem przylądek Horn, uznawany za żeglarski Everest.

Nie jest to typowo żeglarska książka. Monika pisze nie tylko o swojej wyprawie i emocjach z nią związanymi. Znajdziemy w niej wiele różnych ciekawostek, faktów historycznych, fachowego słownictwa związanego z morzem czy biografii słynnych żeglarzy. Na kartach książki dowiemy się między innymi dlaczego marynarze tatuowali sobie syreny i kotwice, skąd się wzięły nazwy Ziemia Ognista i Patagonia, jakie mogą być skutki zderzenia z wielorybem, co niezwykłego było w rejsach Magellana, Drake’a i Shackletona albo jakie przywileje przysługują żeglarzom, którzy opłynęli najgroźniejszy z przylądków.

Osobiście bardzo lubię wodę (w końcu jestem zodiakalnymi rybami) i wszystko, co z nią związane: pływanie, kajaki, jachty, itp. Kiedyś intensywnie myślałam o zrobieniu patentu żeglarskiego na jacht, ale porzuciłam ten pomysł. Sama nie wiem dlaczego. Ale czytając książkę serce mi mocniej zabiło, więc jednak powinnam do tego powrócić. Bardzo podziwiam Monikę Witkowską i wszystko co robi. Odważna  z niej kobieta z ogromnym dorobkiem nie tylko podróżniczym. Sam fakt, że odwiedziła 180 krajów wprawia w konsternację. Ostatnio miałam okazję ją poznać, gdzie opowiadała o swoich podróżach po Tanzanii.

„Horn na trawersie. Opowieści nie tylko żeglarskie” to doskonałe kompendium wiedzy na temat morza i żeglowania. To pozycja kierowana nie tylko dla zapalonych miłośników żeglowania, ale również dla podróżników, którzy chcieliby spróbować czegoś nowego. To przewodnik dla tych, którzy się tam wybierają; dla tych, którzy o tym marzą jako dowód, ze marzenia można (a nawet trzeba!) spełniać; dla pozostałych jako doskonała lektura, z dawką niecodziennych przygód. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto marzy o wielkiej przygodzie.

Za książkę dziękuję:

„Coco”

Podobno z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach. Coś  w tym jest, ale nie do końca to prawda. Bo tak naprawdę rodzina jest najważniejsza i bez względu na wszystko, zawsze można na nią liczyć – nawet w zaświatach.

Nastoletni Miguel marzy, by w przyszłości zostać popularnym muzykiem, tak jak jego idol – światowej sławy meksykański piosenkarz i aktor Ernesto de la Cruz. Jednak chłopiec nie ma łatwego zadania, gdyż rodzina skutecznie mu to utrudnia, zabraniając wszelkiego rodzaju muzykowania. Związane jest to z nieco traumatyczną historią rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Miguel nie poddaje się i po kryjomu szlifuje swój talent. Zbuntowany chłopiec bierze udział w konkursie talentów, ale potrzebuje do tego gitary. Postanawia „pożyczyć” instrument słynnego piosenkarza, ale nie wie, że przez niego przeniesie się do innego świata – świata zmarłych. Tam spotyka swoją ekscentryczną rodzinę, która za wszelką cenę stara się odesłać chłopca do domu, ale na własnych warunkach, które nie do końca podobają się Miguelowi. Chłopiec ucieka i postanawia spotkać się ze swoim idolem. Po drodze poznaje Hectora, który staje się jego kompanem i przewodnikiem po zaświatach. W czasie swojej wędrówki poznaje prawdę o swojej rodzinie oraz odkrywa szokujące informacje o swoim idolu…

Akcja toczy się w Święto Zmarłych, czyli Dia de los Muertos, które jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych w Meksyku. Folklor oraz meksykańska kultura ma tutaj wielkie znaczenie. Niezależnie czy są to mariachi, tradycyjne wycinanki z papieru, typowo meksykańska rasa psa, muzyka w klimacie tego kraju czy obrzędy związane z kultywowaniem Dnia Zmarłych, wszystko to ma swoje dokładne miejsce w fabule filmu i wpływa na to, co widzimy na ekranie. A dzieje się naprawdę dużo. Przenosimy się do świata umarłych, bajkowego świata umarłych. Mnóstwo kolorów, fantastycznych postaci, cudowna muzyka, a także wiele odniesień do znanych meksykańskich postaci jak np. Fridy.

Rzadko się zdarza, żeby współczesne animacje przekazywały jakieś głębsze wartości młodym widzom. W przypadku „Coco” jest inaczej. Twórcy przekonują, że rodzina jest najważniejsza, również pamięć o nich po śmierci. Ba tak naprawdę bez rodziny jesteśmy nikim. Jeśli ona o nas zapomni, to pamięć o nas przeminie.  Babcia Miguela dba o rodzinne tradycje i wbija do głowy krnąbrnemu wnuczkowi te wartości. Swoją drogą „Abuelita” to zabawna (ale czasami również sroga) osoba, która swoim specyficznym poczuciem humoru dostarcza nam dużej dawki śmiechu. Ale z drugiej strony pojawiają się postaci, przez które wręcz pojawiają się łzy wzruszenia, dlatego też w trakcie seansu miejcie pod ręką paczkę chusteczek.

„Coco” to tegoroczny zdobywca dwóch Oscarów w kategorii najlepszy długometrażowy film animowany oraz za najlepszą piosenkę. To także laureat wielu innych prestiżowych nagród: Złotych Globów, BAFTA czy Złotych Laurów. Nie ma się co dziwić, gdyż „Coco” to prawdziwa uczta nie tylko dla oczu, ale również dla duszy. To nie tylko animacja kierowana do najmłodszych widzów, ale także (a może przede wszystkim?) dla dorosłych. To niezwykła i wzruszająca historia o miłości i sile rodzinnych więzi.

„Coco”

Artur Górski „Słowikowa o więzieniach dla kobiet”

O więzieniach dla mężczyzn dużo się mówi, ale zakłady karne dla kobiet to ciągle temat tabu. Tymczasem ten świat kieruje się zupełnie innymi zasadami. 

Ten świat doskonale poznała „Słowikowa”, czyli Monika Banasiak – była żona jednego z bossów grupy pruszkowskiej, Andrzeja Z. Słowika. W więzieniu spędziła ponad dwa lata jako podejrzana o kierowanie grupą przestępczą. Jako żona słynnego bossa nie miała łatwego życia. Trudno powiedzieć, czy bardziej ją szanowano czy prowokowano; jak sama wspomina: dojechanie Słowikowej to było coś! W pewnym momencie otarła się nawet o śmierć z ręki współosadzonej. Dopiero teraz zdecydowała się na szczerą opowieść o miejscu, które nazywane jest najniższym kręgiem piekła.

Samobójstwa, samookaleczenia, kobiecy seks – to tylko cząstka piekła, które kobietom gotują inne kobiety. Żeby przetrwać, trzeba być silnym; jakakolwiek oznaka słabości oznacza koniec godnej (o ile można tak powiedzieć) egzystencji w tym piekle. Monika była twarda od samego początku; musiała pokazać, że jej sława nie wzięła się znikąd. Mimo wszystko unikała jakichkolwiek bójek, czy stosowania agresji wobec współosadzonych. Jedynie to, czego pilnowała i wręcz obsesyjnie wymuszała na więźniarkach, to utrzymywanie czystości w celi. Słowikowa mogła cieszyć się szczególnymi względami pośród kierownictwa i pracowników więzienia. Lepiej było nie drażnić i nie zachodzić za skórę „królowej mafii”, znanej społeczeństwu personie.

Książka „Słowikowa o więzieniach dla kobiet” ma formę wywiadu. Autor Artur Górski prowadzi rozmowę najpierw z samą byłą osadzona, a pod koniec dołącza do nich była strażniczka więzienna. Z kolei ona opowiada o rzeczywistości w kobiecych więzieniach z perspektywy pracownika. Co dziwne, marzyła ona o tego typu pracy, dlatego bez żadnych znajomości otrzymała posadę w „Kamczatce”. Opowiada o trudach pracy w tym patologicznym środowisku. Przy okazji poznajemy więzienne słownictwo, a słowniczek objaśniający zwroty i nazwy znajduje się na końcu książki.

W latach 90. ubiegłego wieku Monika była dla mediów symbolem luksusu w iście hollywoodzkim stylu – dziennikarze chętnie pisali o jej stylu życia, o strojach, które nosi i jej ulubionych kosmetykach. Po aresztowaniu męża policja podejrzewała Monikę Banasiak o przejęcie kierownictwa nad grupą przestępczą. W 2013 roku została zatrzymana i trafiła na dwa i pół roku do aresztu zwanego „Kamczatką” przy ulicy Chłopickiego w Warszawie. W 2015 roku opuściła areszt za poręczeniem majątkowym i w trakcie procesu mogła odpowiadać z wolnej stopy. Sąd pierwszej instancji oczyścił ją z zarzutu kierowania grupą o charakterze zbrojnym. Po wyjściu na wolność postanowiła odmienić swoje dotychczasowe życie – w centrum Warszawy otworzyła gabinet kosmetyczny oraz rozpoczęła działalność jako doradca coachingowy. W 2016 roku ukazała się jej książka „Królowa mafii”.

Słowikowa o więzieniach dla kobiet

 

Lublana. W kręgu romantyzmu

Jeszcze emocje nie opadły i cały czas buzują we mnie (nawet nie zdążyłam się jeszcze porządnie rozpakować 🙂 ), a ja już piszę o swojej wyprawie do Lublany – romantycznej stolicy Słowenii. Może dlatego, że po prostu zakochałam się nie tylko w samym mieście, ale i całym kraju i jak najszybciej chcę się z Wami podzielić uczuciami i przemyśleniami. Nie ma się co dziwić, że wpadłam jak śliwka w kompot, skoro nazwa mówi sama za siebie: Slovenia 🙂

Bilety do Słowenii kupiłam z pół rocznym wyprzedzeniem, więc miałam sporo czasu na zaplanowanie swojej wycieczki. Jest to pierwszy kraj, po którym spodziewałam się pięknych widoków, cudownej atmosfery i wspaniałych ludzi i pierwszy, który mnie w tym nie zawiódł. Niby Bałkany a tak zupełnie różne od Skopje czy Sarajewa. W końcu Słowenia znajdowała się w granicach dawnej Jugosławii, ale zdecydowanie bardziej jej do Zachodniej Europy niż do Południowej. Byłam tak podekscytowana, że na dzień przed wylotem nie mogłam w nocy zasnąć 🙂 Dostałam dokładnie to, co chciałam zobaczyć i czego oczekiwałam od tego kraju.

Lublana to ukochana. Oba słowa w języku słoweńskim brzmią niemal identycznie. A dla tych, którzy naprawdę znają Lublanę, słowa te mają też takie samo znaczenie. Stolica kraju, która w swojej nazwie ma miłość, to miejsce, w którym spotykają się ze sobą różne oblicza Słowenii. Przenikają się tam prehistoryczne czasy osad na palach z epoką rzymskiej Emony, cechy baroku ze wspaniałościami sztuki secesyjnej, słowiańska dusza z dziełami Jože Plečnika – wybitnego europejskiego architekta i inżyniera przestrzeni zurbanizowanej. Stolica Słowenii jest mozaiką różnych epok. W 2014 i 2015 miasto obchodziło 2000. rocznicę powstania rzymskiej Emony. Pozostałości prehistorycznej kultury osad budowlanych na palach znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ulice Lublany to możliwość spotkania z teraźniejszością i przeszłością.

Mówi się, że Lublana kipi romantyzmem. Całkowicie się z tym zgadzam. Piękna, secesyjna architektura, wszechobecna zieleń, uliczni artyści – to tylko kilka elementów składających się na świetną atmosferę panującą w stolicy Słowenii. Mieszkańcy są mili,, życzliwi, pomocni i przede wszystkim uśmiechnięci. Z drugiej jednak strony, to smok jest symbolem miasta, a smoki raczej nie kojarzą się z romantyzmem 🙂 M., który co prawda nie urodził się w Lublanie, ale od kilkunastu lat w niej mieszka powiedział, że to wielki przywilej, iż może żyć w tym cudownym mieście. Z kolei J. – Holender z krwi i kości – świadomie podjął decyzję, że chce przenieść się i żyć w Lublanie. Ja się wcale im nie dziwię, bo mnie również miasto całkowicie zauroczyło.

Lublana nie jest duża, w sumie mieszka w niej ok. 300 000 ludzi. Serce miasta – plac Plečnika – jest chronione przez oswojone smoki siedzące na XIX-wiecznym moście. Niby oswojone, a jednak wyglądają groźnie. Mimo wszystko pozwalają zrobić sobie zdjęcie ciekawskim turystom u swojego boku 🙂

Stare Miasto i nadbrzeże Lublanicy dostarczają malowniczych widoków. Starówka jest bardzo zadbana, a wyłożone brukiem uliczki prowadzą nas do różnych zakamarków centrum. Przy Placu Prešerena znajduje się jeden z najbardziej charakterystycznych punktów w mieście, Franciszkański kościół z różową fasadą i przyległy do niego klasztor. Oczywiście znajdziemy tam wiele obdrapanych budynków, ale uważam, że ma to swój urok i jak najbardziej pasują one do panoramy Lublany.

Po obu stronach rzeki rozciąga się kilka mostów. O smoczym mocie już wspomniałam, ale jest jeszcze inny, równie interesujący: Most Rzeźników, który … stał się symbolem zakochanych 🙂 Kłódki symbolizujące większe lub mniejsze miłości zdobią stalowe linki barierek. Co więcej, tuż obok znajdują się nieco dziwne rzeźby przedstawiające sceny z Biblii oraz mitologii greckiej.

Trzecim mostem łączącym obie strony miasta jest potrójny most (Trzy Mosty), a właściwie kładka dla pieszych. Potrójny most? – zapytacie. Tak, też się zdziwiłam na początku, ale wygląda to tak 🙂

Jeśli chcemy zobaczyć Lublanę z góry, można wybrać się na dwa punkty widokowe. Pierwszy z nich znajduje się na Wzgórzu Zamkowym. Można zrobić sobie kilkunastominutowy spacerek albo wjechać kolejką (wersja dla leniwych/oszczędnych czasu).

Drugim miejscem (dla mnie zdecydowaniem lepszym), z którego możemy podziwiać panoramę miasta jest wieżowiec Nebotičnik. Ten 13-piętrowy drapacz chmur, wybudowany w 1933 roku, okrzyknięty został najwyższym budynkiem ówczesnego Królestwa Jugosławii. Na ostatnim piętrze znajdują się restauracja oraz taras widokowy. Wstęp na taras jest bezpłatny, a widok jest niesamowity, z którego możemy podziwiać m.in. Wzgórze Zamkowe.

Jeśli komuś znudzą się widoki słodkiej, romantycznej Lublany i chce zobaczyć coś innego, alternatywnego, powinien wybrać się na ulicę Metelkovą. Jest tam pewne artystyczne podwórko, zupełnie oderwane od rzeczywistości. Określane mianem niezależnego centrum kulturalnego w Lublanie, znajduje się na terenie opuszczonych przez byłą armię jugosłowiańską koszar. Możemy znaleźć tam galerie sztuki, pracownie artystyczne i rękodzielnicze, czytelnia, kluby muzyczne i mniejszości seksualnych oraz liczne bary. Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia co do tego miejsca. Ostatnimi czasy jestem miłośniczką tego typu atrakcji, ale to, co tam zobaczyłam trochę mnie przytłoczyło. Za dużo wszystkiego, takie pomieszanie z poplątaniem. Czułam się tak, jakbym zażyła tabletkę psychotropową, a wszystkie demony i osobiste lęki wyłaniały się, osaczając mnie z każdej strony… Nie mniej jednak miejsce jak najbardziej ciekawe i jak najbardziej polecam tam zajrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.