„Bohemian Rhapsody”

Są tacy wokaliści, którzy nawet po swojej śmierci pozostają nieśmiertelni. To jedyne w swoim rodzaju ikony muzyczne, których dorobek artystyczny stał się nie tylko elementem popkultury, ale na zawsze zapisał się w świadomości ludzi na całym świecie. Bez wątpienia Freddy Mercury jest jedną z tych postaci. Teraz za sprawą filmu „Bohemian Rhapsody” powraca do świata żywych.

Londyn, rok 1975. Farrokh Bulsara – nieśmiały i zakompleksiony chłopak pochodzący z Zanzibaru marzy, by w życiu „coś” osiągnąć. Co wieczór chodzi od baru do baru w poszukiwaniu inspiracji, a tak naprawdę znajduje nową rodzinę: Bryana May, Rogera Taylora oraz Johna Deacon’a. Farrokh przemienia się we Freddiego Mercurego i tak oto powstaje zespół Queen. Talent i determinacja wszystkich członków zespołu grającego w podrzędnych londyńskich barach sprawiają, że niebawem „Królową” pokocha cały świat.

W rolę Freddiego Mercurego wciela się rewelacyjny Rami Malek. Ruchy sceniczne, mimika, najmniejsze gesty – wszystko to sprawia, że Malek nie gra lidera Queen – on nim jest w każdym calu.  Finałowa scena na Wembley po prostu powala – można odnieść wrażenie, za sprawą Maleka  Mercury zmartwychwstał. Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbyt uwydatniona sztuczna szczęka, z która aktor momentami sobie nie radził. Miałam wrażenie, że zawzięcie walczy, by zęby nie wypadły mu przy kolejnym wypowiedzianym słowie 🙂 Reszta postaci pozostała w cieniu Maleka, ale za to w niektórych scenach aktorzy wyglądają jak klony legendarnych muzyków. Brawa dla reżysera Bryana Singera za to, że miał odwagę pokazać te niewygodne i trudniejsze chwile w zespole, samotność Freddiego, porzucenie kapeli i otoczenie fałszywych przyjaciół. W Bohemian Rhapsody” mamy przegląd wszystkich najważniejszych wydarzeń zespołu od czasu poznania się bandu z charyzmatycznym Freddiem Mercurym poprzez rozłam w latach osiemdziesiątych i chorobę wokalisty, aż po legendarny koncert dla głodujących w Etiopii Live Aid z 13 lipca 1985 roku. Może „Bohemian Rhapsody” nie jest idealnie odzwierciedloną biografią Queen. Z całą pewnością historia skupia się na Freddym i bez wątpienia to on jest główną postacią, a koledzy z zespołu stanowią jedynie tło dla jego osoby.

Grzechem jest nie wspomnieć o muzyce, która pełni tutaj kluczową rolę. W filmie możemy zobaczyć, jak działa branża muzyczna od zaplecza oraz ujrzeć kulisy powstawania takich hitów jak tytułowa ‚Bohemian Rhapsody’, ‚Another One Bites the Dust’, ‚We Will Rock You’ i wiele innych. Przez cały film możemy usłyszeć fragmenty całego dorobku muzycznego Queen, która pojawia się w odpowiednich momentach. Jednym z nich jest scena, w której Freddy dowiaduje się, że choruje na AIDS, a w tle słyszymy utwór „Who Wants To Live Forever” – jedna z najbardziej wzruszających scen w całym filmie.

Grupa Queen nigdy nie należała do moich ulubionych. Fakt, że to nie moje pokolenie i to raczej moi rodzice mogą nazywać się ich wielbicielami, ale niektóre zespoły z tamtej dekady (jak Bon Jovi czy Aerosmith) po prostu ubóstwiam. Owszem, bardzo lubię niektóre kawałki Queen, ale nie jestem fanką wszystkich utworów. Nie mniej jednak z wielka przyjemnością wybrałam się na produkcję „Bohemian Rhapdy” i przyznam, że wyszłam oniemiała. Film wywarł na mnie tak ogromne wrażenie, że do tej pory nie potrafię przestać o nim myśleć. A końcowa scena koncertu Live AID na Wembley sprawiła, że miałam ciarki na plecach. Odwzorowany został niemal idealnie do oryginału, choć odrobinę go skrócili. Poczułam się jak na prawdziwym koncercie. Show Must Go On, a królowa jest tylko jedna. Bezapelacyjnie.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Helen Russell „Atlas szczęścia”

Każdy z nas dąży do osiągnięcia szczęścia. Definicji tego słowa jest tyle, ilu ludzi na świecie. Czym ono zatem jest? Dla jednego będzie to duża rodzina, dla drugiego nieograniczone bogactwo, a dla jeszcze innego nieustanne podróże.

Hellen Russell w swojej książce „Atlas szczęścia” zabiera nas w podróż po 33 państwach świata, by pokazać czym dla mieszkańców poszczególnych krajów jest szczęście. Przeniesiemy się między innymi do: Australii, Brazylii, Hiszpanii, Butanu, Danii, Syrii czy Kostaryki. Dzięki takiej podróży odkryjemy sekrety szczęścia z różnych zakątków świata i przekonamy się, jak dzięki nim można zmienić swoją codzienność.

Każdy kraj, każda kultura posiada w sobie piękne i cenne walory. Każda z nich posiada unikatowe wartości, możemy czerpać z nich same pozytywy i wiele się nauczyć. Jeśli kiedykolwiek pogubiliśmy się w życiu, warto sprawdzić, jak w takiej sytuacji radzą sobie Chińczycy. Według nich trzeba odnaleźć swoje xingf, czyli cel, który nada naszym działaniom głębszy sens. Zbyt wiele spraw znajduje się na twojej głowie? Z pomocą przyjdą Włosi oraz opanowana przez nich do perfekcji sztuka słodkiego nicnierobienia, czyli dolce far niente. Jeśli czujemy nostalgię w związku z jakimś minionym wydarzeniem z przeszłości  albo tęsknimy za kimś bliskim – tak jak Brazylijczycy – pozwólmy sobie na saudade. Określenie to oznacza poczucie tęsknoty i melancholii za minionym szczęściem lub szczęściem, na które liczyliśmy. Biorąc przykład z Hiszpanów, od czasu do czasu urządźmy sobie tapeo – nieformalne spotkanie z przyjaciółmi i chodzenie po barach, żeby napić się drinka i coś przegryźć. Dla mieszkańców tego kraju to uświęcona tradycja oraz synonim szczęścia.

Wszystkie kraje skandynawskie znalazły się w „Atlasie szczęścia” Hellen Russell. Znaczy to tyle, że mieszkańcy Danii, Finlandii, Norwegii, Islandii czy Szwecji należą do jednych z najszczęśliwszych narodów na naszej planecie. Jednak dla obywateli tych krajów szczęście ma różne definicje. I tak dla Islandczyków najważniejsze jest betta reddast, czyli przeświadczenie, że wszystko się jakoś ułoży i na pewno doda wiary we własne możliwości. Duńczycy wyznają zasadę arbejdsglaede, co dosłownie oznacza szczęście w pracy. Finowie są miłośnikami uprawiania relaksu z kalsarikannit, czyli siedzenia i picia alkoholu bez zamiaru wychodzenia z domu. Natomiast Szwedzi lubują się w amultronstalle, czyli chowaniu się przed światem w ulubionym miejscu, w którym zapomina się o wszelkich problemach. Z kolei Norwegowie odnajdują szczęście w friluftsliv, czyli życiu na świeżym powietrzu i spędzaniu czasu w odległych miejscach.

Co ciekawe, w podróży Hellen Russell nie znalazły się żadne kraje Europy południowo-wschodniej. No cóż, wiele nam jeszcze brakuje w porównaniu z Hiszpanami czy Skandynawami. Dlatego dobrze, że powstała taka książka jak „Atlas szczęścia”, dzięki której możemy znaleźć sposób na odnalezienie szczęścia, biorąc przykład z innych narodów. A gdy już zdobędziemy teoretyczną wiedzę na ten temat, zawsze możemy wyruszyć w prawdziwą podróż po wybranych krajach i na własnej skórze zobaczyć, jak to szczęście wygląda w praktyce.

Hellen Russell „Atlas szczęścia”

Ewa Podsiadły-Natorska „Wściekłe”

Jesteście ciekawe, jak będzie wyglądać sytuacja w Polsce w niedalekiej przyszłości? Odpowiedź znajduje się w najnowszej powieści Ewy Podsiadły-Natorskiej. Dodam, że jest to przerażająco realna wizja naszego światka.

Będąca u progu totalitaryzmu Polska realizuje pionierskie Programy Udoskonalania Rodziny. W Polsce rządzą tylko mężczyźni, jedyną kobietą w rządzie jest minister od spraw rodziny, która jest tylko twarzą kolejnych PUR-ów. Kwitnie propaganda. Każdy przejaw niesubordynacji jest surowo karany, a donosicielstwo nagradzane. Nad głowami latają rządowe drony, a propagandowe spoty reklamowe permanentnie robią wodę z mózgu całemu społeczeństwu. Rządząca partia polityczna pragnie przywrócić tradycyjny model rodziny, czyli sprowadzić kobietę do roli strażniczki domowego ogniska, kochającej żony i matki Polki. Prawa kobiet ograniczone są do minimum, zaś obowiązki jasno określone: rodzić jak najwięcej dzieci oraz usługiwać swoim mężom. Inaczej mówiąc: mają być inkubatorami i służącymi. Matematyka jest prosta: im więcej dzieci, tym więcej pieniędzy z rządowej kasy ląduje na ich koncie. Co więcej, gdy kobieta dobrowolnie zrezygnuje z pracy i poświęci się swojej rodzinie, dostanie dodatkowe dochody od naszego wspaniałomyślnego rządu. Brzmi znajomo?

Pojawia się jeden problem: kobiety, które się buntują panującemu systemowi. Niezamężne przedstawicielki płci pięknej są napiętnowane: nie mogą samotnie wyjechać za granicę, kupić dużego mieszkania, zameldować się w hotelu czy po godzinie 22 wyjść z domu, ponieważ na ulicach grasują bojówki. Pojawia się także plan, żeby wprowadzić rejestrację wszystkich singielek po 18. roku życia, by mieć kontrolę na panującym „problemem” i znaleźć dla nich rozwiązanie, czyli męża. Tak – według rządu singielki stanowią ogromny problem dla społeczeństwa. „Samotne kobiety są trzymane jak psy na kagańcach. A teraz rząd jeszcze bardziej chce dokręcić śrubę i zmusić niezamężne do rejestracji.” Nieposłuszne obywatelki minister do spraw rodziny zamyka w ośrodkach resocjalizacyjnych i wysyła propagandowe listy, w których pisze, że „niezależność zapewnia kobiecie radość jedynie na krótką metę. Kobieta, która świadomie rezygnuje z rodziny, ma poczucie niespełnienia”.

Na czele  ruchu oporu stoi Tamara Taszycka. Wściekła do szpiku kości i sprzeciwiająca się obecnej sytuacji, wraz z innymi wściekłymi kobietami (nie tylko singielkami, ale także zmęczonymi i wściekłymi matkami i mężatkami) organizują akcje wymierzone przeciwko rządowi. Przez oponentów nazywana jest „maskulinistką” i „feminazistką”, zafascynowana Glorią Steinem oraz Freddiem Mercurym, żyjąca w totalnej konspiracji, nierozumiana przez najbliższych, rozpoczyna rewolucję, za którą przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę.

Zagłębiając się coraz głębiej w lekturze, czułam dokładnie to samo, co Tamara: przeszywającą do szpiku kości wściekłość. Nie każda kobieta marzy, żeby siedzieć w domu z gromadką rozwydrzonych dzieciaków i usługiwać swojemu mężulkowi. Nie każda się do tego nadaje. Nie da się ukryć, że za kilka lat taki scenariusz jest jak najbardziej realny. Zamroczone darmową kasą społeczeństwo zapewne skusiłoby się na tego typu rozwiązania. Zresztą już widać, co się dzieje. Światem rządzi pieniądz, nieważne za jaką cenę. A jeśli przy okazji uda się uprzedmiotowić kobiety, sprowadzając je do bezmózgiego inkubatora i pokornej służącej, to będzie znakomicie. Jeśli się w porę nie ogarniemy, za kilka lat będziemy żyć właśnie w takiej Polsce. „Wściekłe” to książka kierowana do każdego racjonalnego człowieka, nie tylko do kobiet. Powinien ją przeczytać każdy, ku przestrodze.

„Wściekłe”

Nowy Rok, ta sama Ja

31 grudnia. Mój „ulubiony” dzień w roku 🙂 Zapewne zdążyliście się zorientować, że nie pałam sympatią do celebrowania Sylwestra 🙂 Jednak czuję się w obowiązku posumować jakoś ten rok, nim minie północ. Ten czas leci jak oszalały. Zaczęło mnie to przerażać. Nawet nie zdąży się człowiek obejrzeć, a kolejny rok już za pasem 🙂

Mijający rok był przełomowy. Głównie ze względu na to, że zmieniłam cyfrę z przodu 🙂 Tak naprawdę nie wiele się zmieniło poza tym, że przekroczyłam magiczny próg i mam względem siebie większe wymagania. Ale histeria związana z ukończeniem 30. roku życia była przeogromna 🙂 Nie jest tak źle, jak myślałam 🙂 Żyję, a świat się nie skończył, więc jest ok 🙂 Miałam za to wspaniałą imprezę urodzinową, ze swoimi wspaniałymi przyjaciółmi. Dzięki Nim na pewno zapamiętam ten dzień na zawsze 🙂 Dziękuję, że ze mną byliście i mnie wspieraliście :* Mimo wszystko to był dobry rok. Naturalnie nie zrealizowałam wszystkich planów, jakie sobie wyznaczyłam, ale wszystko przede mną 🙂

Podróże to jest to, co lubię najbardziej. Mijający rok przyniósł mi wiele interesujących i wspaniałych destynacji. Po raz pierwszy wystawiłam nos poza Europę i wiecie co? Spodobało mi się i to bardzo! 🙂 Nie jest tak źle poza naszą „cywilizowaną” i cudowną Europą – tam również jest jakieś życie 😀 W przyszłym roku mam w planach podbój kolejnych terytoriów na innych kontynentach 🙂 Póki co  w tym roku zajrzałam do 10 krajów, w tym 4 nowe: Ukraina (Kjów), Portugalia (Porto), Niemcy (Berlin), Litwa (Kowno), Słowenia (Lublana, Kranj, Bled, Bohijn, Piran, Koper), Wrocław (trzykrotnie), Wielka Brytania (dwukrotnie Coventry, Londyn), Węgry (Budapeszt), Hiszpania (Madryt, Barcelona), Kazachstan (Astana, Ałmaty, Kanion Szaryński, Ałtyn Emel, Kaindy, Kolsai Lakes), Jakubów, Rumunia (Bukareszt). Pewnie dla niektórych żaden wyczyn, bo moich znajomych nosi po całym świecie, po dalekich krańcach kuli ziemskiej – czego im szczerze zazdroszczę. Dla mnie jednak każda podróż jest także podróżą w głąb siebie. Dzięki każdemu wyjazdowi, nawet krótkiemu wypadowi poza miasto, uczę się czegoś nowego. A przecież o to w tym wszystkim chodzi. 🙂  Nie o „zaliczanie” kolejnych krajów i kolekcjonowanie stempli w paszporcie. Chociaż nie będę ukrywać, że kiedy dostałam kazachskie pieczątki, cieszyłam się jak małe dziecko z otrzymanego lizaka 😀  Ciekawe jest to, że w poprzednim roku również odwiedziłam 10 krajów, w tym 4 nowe 🙂 Przypadek? Nie sądzę 🙂

Największym zaskoczeniem podróżniczym mijającego roku bezapelacyjnie była wyprawa do Słowenii. Ten kraj wielkości województwa Mazowieckiego jest po prostu przewspaniały! Nie spodziewałam się, że na tak niewielkim terenie może znajdować się tyle skarbów i perełek! Nie chodzi tylko o zjawiskową naturę czy klimatyczne miasteczka, ale przede wszystkim o wspaniałych ludzi. Mieszkańcy tego kraju są niesamowicie życzliwi, pomocni i uśmiechnięci. Sprawili, że nawet ja uśmiechałam się sama do siebie spacerując uliczkami Lublany czy Piranu! A to nie lada zjawisko, bo praktycznie nigdy tego nie robię J Nawet Słowenkę poznaną w Barcelonie  polubiłam od pierwszego wejrzenia. Niezwykle sympatyczna dziewczyna, z którą do tej pory mam kontakt i z którą planujemy kolejne wspólne wyprawy do Hiszpanii 🙂 Z kolei podróż po Kazachstanie, która miała być „wyprawą życia”,  wróciłam totalnie wymiętoszona i zmęczona fizycznie. Nie wiem czemu tak się stało, bo uważam, że Kazachstan jest również cudownym krajem i każdego zachęcam, żeby tam pojechał. Może dlatego, że pobyt tam był nieco za długi (16 dni urlopu to dla mnie jednak za długo) i nie do końca wszystko rozplanowałyśmy. W rezultacie pod koniec wycieczki na 4 dni utknęłyśmy na południu kraju, w mieście Ałmaty, dawnej stolicy Kazachstanu. Miasto reklamuje się jako „tysiąca kolorów”, ale dla mnie to miasto smogu, korków, rozkopanych ulic i kurzu. Na dodatek Ałmaty nie są duże i nie oferują dużo rozrywek ciekawskiemu podróżnikowi, który długo nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu. Brrr…. Na samo wspomnienie aż ściska mnie w żołądku. No i po latach w końcu powróciłam do swojej ukochanej Barcelony ❤ Szczerze przyznam, że niewiele się tam zmieniło, również moja miłość do tego miasta pozostaje niezmienna 🙂

Z nowości, których wcześniej nie doświadczałam, było zaliczenie nieudanej próby posiadania kociaka. Nieudanej, gdyż niestety nie pobył u mnie długo 😦 Znalazłam kota idealnego: pięknego i inteligentnego, jednak z moim trybem życia skazałam go na samotną egzystencję. Założenie było takie, że kot ma mnie zatrzymać w domu, a w rzeczywistości to i ja nie czułam się dobrze zostawiając go samego, ani on czekając na mnie całymi dniami. Łobuz był z niego totalny, ale kochałam go całym sercem. Ten kociak uświadomił mi, że ciągle są we mnie pewne emocje, o których myślałam, że dawno temu już się ulotniły. Co więcej, obudził dotąd nieznane mi uczucia. Nie była to łatwa decyzja, ale wierzę, że lepiej mu teraz u innej rodziny, która ma dla niego znacznie więcej czasu. Po jego oddaniu wypłakałam chyba wszystkie łzy, jakie w sobie miałam, bo od tamtej pory nie potrafię uronić ani jednej łezki. Nadal na samo wspomnienie o nim serce mi pęka 😦

Ważnym wydarzeniem był koncert Shakiry – mojej idolki i bogini, jeszcze z czasów, kiedy byłam zbuntowaną nastolatką. Kolumbijska gwiazda nie ma sobie równych, prawdziwa z niej profesjonalistka, a przy tym ciepła i skromna osoba. Na koncert musiałam lecieć aż do Madrytu. Co prawda nowa data koncertu (wydarzenie przeniesione z poprzedniego roku) w ogóle mi nie pasowała i zastanawiałam się nawet, czy nie zwrócić biletu. Jednak doszłam do wniosku, że nie mogę stracić takiej okazji – kolejna może się prędko nie pojawić. Nie żałuję żadnej chwili spędzonej w stolicy mojej ukochanej Hiszpanii, ani żadnego grosza, który wydałam na ten wyjazd.  Spełniłam jedno z najważniejszych marzeń w swoim życiu! 🙂 A jak wiadomo – marzenia są, po to by je spełniać 🙂

Innym wydarzeniem, w którym uczestniczyłam to koncert mojej drugiej idolki – Beyonce i jej męża Jaya-Z. Gwiazdorska para przyjechała do Warszawy, więc tym razem daleko nie musiałam jechać 🙂 Beyonce ubóstwiałam od małego, ale teraz już tak za nią nie szaleję. Owszem, lubię i nadal słucham jej piosenek, ale to już nie to samo co kiedyś. 5 lat temu artystka także przybyła do stolicy, tylko wtedy była sama. Pamiętam, że nie zachwycił mnie jej koncert, a nawet wyszłam z lekką nutką niedosytu i niesmaku. Miałam ogromne oczekiwania, a poniekąd zawiodłam się wtedy. Mimo wszystko, po latach postanowiłam dać jej drugą szansę i wybrać się na koncert słynnej gwiazdorskiej pary 🙂 I tym razem mnie nie zawiedli. Byłam pod ogromnym wrażeniem i chętnie wybrałabym się jeszcze raz.

A jakie oczekiwania na 2019? Odpowiedź brzmi: żadnych. Zaskoczeni? Widocznie stawiam za wysoką poprzeczkę niebiosom i wszechświat nie potrafi spełnić moich pragnień, dlatego w nadchodzącym roku mam nowe motto: żadnych oczekiwań! 🙂 Oczywiście mam mnóstwo planów, zarówno tych osobistych, jak i podróżniczych, ale nie chcę się o nich rozpisywać. Za rok się dowiecie, czy udało się wszystko osiągnąć, czy też nie 🙂

Jedyne, czego sobie życzę, to zerwanie kontaktu z toksycznymi ludźmi, którzy wysysają moją energię i wykorzystują emocjonalnie. Wbrew pozorom nie jest to takie proste, jak się wydaje. Kilka tego typu relacji udało mi się zakończyć, chociaż kilka jeszcze pozostało. Trzymajcie kciuki, żebym konsekwentnie do tego dążyła 🙂

Tymczasem udanej szampańskiej zabawy sylwestrowej. W Nowym Roku życzę, żeby Wam się wszystko poukładało i to, co zaplanowaliście – doszło do skutku. Wiele miłości, zdrowia psychicznego i fizycznego, wspaniałych ludzi wokół siebie rozsądnego podejścia do życia oraz fascynujących i uzdrawiających duszę podróży!

Jak zwykle retrospekcja mijającego roku:

 

Ałtyn Emel. Dziki wschód Kazachstanu

Co mi się kojarzyło z Kazachstanem zanim się tam pojawiłam? Przede wszystkim z ogromnymi przestrzeniami. I miałam rację, bo odległości – nie tylko w miastach i między miastami – ale również na łonie natury są przeogromne. Znajdujący się na południu kraju Park Narodowy Ałtyn Emel jest tego żywym dowodem.

Na pierwszy rzut oka Ałtyn Emel przypomina powierzchnię księżyca. Wydaje się, że poza żwirową „drogą”, jakimiś pojedynczymi suchymi badylami po poboczach oraz oddalonymi szczytami górskimi nic nie ma. Sceneria rodem z amerykańskich westernów. Park wygląda na miejsce surowe i nieprzyjazne do zamieszkania, ale to tylko pozory, ponieważ obfituje w zamieszkujące go istoty –  około 270 gatunków zwierząt. Miałyśmy szczęście, bo w trakcie podróży widziałyśmy stado dziko żyjących wielbłądów 🙂 Moje współtowarzyszki widziały również węże i setki myszoskoczków (?), które niczym torpedy uciekały przed naszym samochodem.

No właśnie, bez własnego środka transportu ani rusz. Park zajmuje powierzchnię 4600 km kwadratowych, dlatego warto przyjechać tu na dłużej niż jeden dzień. Tym bardziej, że główne atrakcje dzielą spore odległości. Park leży na wysokości 1000–1200 m n.p.m. i prawie ze wszystkich stron otaczają go góry. Na jego obszarze występują pustynie, półpustynie, kamieniste i gliniaste równiny, a także wszechobecny step. Co ciekawe, w czasach sowieckich wstęp na teren Ałtyn Emel był zabroniony, a Park Narodowy utworzono dopiero w 1996 roku, zaś 6 lutego 2002 roku został zgłoszony do wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nazwa „Ałtyn Emel” oznacza Złote Sidło, a jego nazwę nadał sam Chingis Chan. Wielkiemu wodzowi najprawdopodobniej skojarzyła się ona z nim którąś z przełęczy, ale do dzisiaj nie jest wiadomo z którą.

Na terenie parku znajdują się 3 obozy campingowe. My korzystałyśmy z dwóch (a na każdym z nich nie chcieli od nas żadnej zapłaty!). Na pierwszym campingu tzw. „rangersi” (czyli strażnicy parku) urządzili nam powitanie godne samej Królowej Elżbiety. Na „dzień dobry” przynieśli nam po kieliszeczku wysokoprocentowego lokalnego trunku (ichniejsza wódka), a potem przepyszne, świeże warzywa do kolacji. Ci bardziej dżentelmeńscy pomogli nawet rozbić namiot naszym współtowarzyszkom. Potem zafundowali nam niebanalną atrakcję jaką było podziwianie karpiowatych ryb w ich stawiku 🙂 Na sam koniec urządzili huczne „przyjęcie” w postaci ogniska pod rozgwieżdżonym niebem. Alkohol lał się strumieniami, meteoryty spadały z nieba, a śpiewom nie było końca. „Rangersi” śpiewali swoje ludowe pieśni, co było bardzo miłym i pozytywnym doświadczeniem, po czym na nasze nieszczęście kazali nam śpiewać jakieś polskie przyśpiewki. Na nieszczęście, ponieważ żadna z nas nie znała do końca całego tekstu piosenki, co wcale nie jest żadnym powodem do dumy… Następnego dnia rano spakowałyśmy nasze manatki i pognałyśmy przed siebie, a konkretniej ku czekającej nas przygodzie  – ku Śpiewającej Wydmie!

Śpiewająca Wydma

Pojawiłyśmy się tam z samego rana, około godziny 9:00. Myślałyśmy, że będziemy jako pierwsze, ale nasze zdziwienie nie miało końca, gdy na miejscu okazało się, że niemal cały parking jest zastawiony samochodami, a ludzie już nawet schodzili ze szczytu. Nie chodziło już tylko o wszechobecne tłumy turystów, ale przede wszystkim o temperaturę. W sierpniu, na południu Kazachstanu żar leje się z nieba, a chcąc uniknąć udaru w trakcie wspinaczki, postanowiłyśmy zdobyć szczyt z samego rana. Jak się okazało, im wyżej się wspinałyśmy, tym temperatura proporcjonalnie wzrastała. A wchodzenie do góry po rozżarzonym piasku nie jest najłatwiejszym zadaniem 🙂 Na szczęście udało się wejść na szczyt, mimo palpitacji serca i prawie wyplutych po drodze płuc 🙂 Widok na szczycie był oszałamiający – wydma jest długa na 2–3 km i wysoka na 120 m. Niestety, nie miałam okazji usłyszeć jak śpiewa 😦 Może wszystko przez to, że w trakcie wspinaczki nasypał mi się piasek do uszu? 🙂

A dlaczego nazywana jest śpiewającą? W odpowiednio wietrznych warunkach (podobno) emituje charakterystyczny, dudniący odgłos, który powstaje w wyniku wibracji wywołanych przez osypujący się piasek. Natomiast według legendy są to dźwięki wydawane przez dusze pochowanych pod piaskami wojowników, w tym samego Czyngis Chana!

Góry Aktau

Gdy stoczyłyśmy się z wydmy, dalej pognałyśmy w kierunku niezwykłego pasma górskiego Aktau. „Aktau” oznacza białe góry, ale wzgórza wyglądają tak jedynie z daleka. To perełka Parku Narodowego Ałtyn Emel. Obszar rozciągający się na ok. 50 km kwadratowych pełny jest kanionów i różnokolorowych skał. Z bliska dolina mieni się całą paletą barw: żółtą, rudą, czerwoną, a nawet błękitną i zieloną. Kolorowe skały tworzą niesamowity efekt. Nie da się ukryć, że tamtejsze tereny są piękne, ale także bardzo niegościnne. Ze względu na piekielne temperatury, na spękanej słońcem ziemi nic tam nie rośnie.

Zanim dojechałyśmy na miejsce, żar lał się z nieba, było chyba z 1000 stopni Celsjusza. Nawet oddychać było trudno, a co dopiero wspinać się po kolorowych górach. Nie chcąc ryzykować udarem, pokręciłyśmy się chwilę w kółko robiąc kilka zdjęć oraz próbując nie usmażyć się w promieniach kazachskiego słońca. Wyjechałam stamtąd z pewnym niedosytem i żalem, że nie udało się wejść wyżej i popatrzeć na te cuda natury z innej perspektywy. No cóż, mam powód, żeby tam jeszcze wrócić, chociaż zapewne o innej porze roku niż sam środek lata 😉

Drugi nocleg spędziłyśmy na innym campingu, sporo oddalonym od poprzedniego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że publiczny obóz znajdował się na prywatnej posesji kazachskiej rodziny! Oczywiście oni również nie chcieli od nas żadnej zapłaty za nocleg. Nie oczekiwałyśmy żadnych luksusów, jak to na campingach bywa, ale spocona i oblepiona piaskiem, marzyłam tylko o prysznicu. Naturalnie bieżącej wody tam nie było, a tym bardziej żadnego prysznica –  jedynie staw, do którego spływały wszystkie brudy i pomyje. Na szczęście obok płynęło sobie źródełko z krystalicznie czystą i lodowatą wodą. Nie pozostało nam nic innego, jak napełnić dużą butelkę, wziąć kubek do polewania i udać się w ustronne miejsce schowane w krzakach. Muszę przyznać, że pierwszy raz w taki sposób „brałam prysznic”, ale desperacja sięgnęła zenitu 🙂 Lodowata woda ze źródełka przedostała się nawet do mojego szpiku kostnego 🙂 Jak się potem okazało, mieszkańcy tamtejszej wsi mają swój prysznic, a jakże! Przecież jaki wstyd byłoby nie mieć. Następnego ranka młody chłopak zaprowadził nas do tej „łazienki”. Prysznic wyglądał następująco: przez pękniętą (i zardzewiałą) rurę wydostawała się wątpliwego koloru woda, która wpadała wprost do kolejnego (również wątpliwego) bajorka. Sądziłam, że temperatura wody będzie zbliżona do tej w źródełku i po raz kolejny moje wewnętrzne organy zostaną zamrożone. Ale nie – o dziwo czynność higieniczna odbywała się w iście ekskluzywnych warunkach: wokół otaczała nas dzika natura, woda okazała się cieplutka, a dodatkowo posiadała jakieś cenne składniki mineralne. Aż tak bardzo ciekawa nie byłam, więc nie wnikałam co tam w niej siedzi – na pewno wyczułam siarkę 🙂 Mało tego, całe przedsięwzięcie odbywało się nieopodal domowego gospodarstwa, a więc z dodatkowymi atrakcjami w postaci kilku wpatrzonych w nas ciekawskich par oczu 🙂 Ale wiecie co? Miałam totalnie gdzieś, że mogę być podglądana. Taki „prysznic” na łonie natury był niesamowitym przeżyciem, które z sentymentem zawsze będę wspominać 🙂

Następnego dnia rano, spakowawszy nasz dobytek, wysuszyłyśmy w stronę  zachodzącego słońca. A konkretniej –  do innych atrakcji, jakie oferował nam Kazachstan. Ale o nich opowiem w kolejnym poście 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.