Aleksandra Lisewska „Wyklęte Imperium. Irańskie opowieści”

Jeszcze do niedawna pomysł wjazdu do Iranu spotykał się z wielkim zdumieniem. Kraj przez lata potępiany powoli wraca na polityczne i przede wszystkim podróżnicze salony świata. Aleksandra Lisewska opisuje skarby dawnej Persji, życie codziennie w kraju wyznaniowym i przybliża nam „zakazany owoc” Azji.

Iran nie cieszy się dobrą opinią i prestiżem na świecie – radykalny islam i broń jądrowa – to tylko kilka przykładów, które odstraszają. Mimo to, coraz więcej osób (również wielu moich znajomych) decyduje się na podróż do tego kraju. Co Iran ma w sobie takiego, że przyciąga turystów niczym magnes?

Podróż po Iranie ma wiele wymiarów i odcieni. Stojąc przy elamickim zikkuracie sprzed trzech tysięcy lat, niewątpliwie dotyka się najdawniejszej historii. Podobnie w starożytnym Persepolis – zachowały się tam pozostałości po potędze wielkiego imperium, a także ślady niemalże zapomnianego zoroastryzmu, wyznawanego niegdyś przez jego mieszkańców. Wnętrza meczetów, ich fasady, minarety i kopuły obłożone są barwną majoliką. Kobalt miesza się z turkusem i szafranem. Geometryczne wzory przeplatają się z motywami roślinnymi. Architektura islamu, z charakterystyczną dla siebie pełnią barw i kształtów, to niepowtarzalne zjawisko i uczta dla oczu.

To prawda, gdyż cała książka Aleksandry Lisewskiej jest wprost „ociekająca” przepięknymi, kolorowymi fotografiami. Jakoś nigdy nie myślałam o wycieczce do Iranu, to przyznaję, że jej zdjęcia bardzo przekonały mnie do rozmyślań nad podróżą do tego azjatyckiego państwa. Kto wie, może w przyszłym roku i ja tam zawitam?

Dla mnie Iran jest zbyt konserwatywnym państwem. Podzielam także opinię autorki, że kobiety praktycznie nie mają tam żadnych praw. Aleksandra Liszewska pisze, że na tle cudownej i kolorowej architektury, ogromny kontrast stanowią kobiety – od stóp do głów okryte czernią, czego doskonałym przykładem jest okładka książki. Poza tym fakt, że nawet turystki muszą zakrywać swoje ciało i ubierać abaje na głowę mówi sam za siebie.

Iran, pomimo swego wyznaniowego charakteru, jest krajem przyjaznym i, co najważniejsze, bezpiecznym. Irańczycy to niezwykle życzliwi ludzie. Każdego przybysza zachęcają do rozmowy i zapraszają na poczęstunek do swoich domów. Mimo że na gruncie obyczajowym dzieli nas rzeczywiście wiele, można na nich liczyć w trudnych sytuacjach i mieć pewność, że nikogo nie zostawią w potrzebie. Chociaż w żadnym wypadku nie można bagatelizować obowiązujących w kraju ograniczeń oraz publicznie łamać społecznych zasad, władza potrafi przymknąć oczy na wiele rzeczy i toleruje niektóre „grzeszki” swoich obywateli.

„Wyklęte Imperium. Irańskie opowieści” to świetna lektura, z którą warto zapoznać się przed podróżą do tego kraju. Jest to pewna skarbnica wiedzy na temat kultury, obyczajów, architektury czy kuchni Iranu. Nawet jeśli ktoś w najbliższym czasie nie planuje podróży do Iranu, to także polecam lekturę tej książki, warto pogłębiać swoją wiedzę i poszerzać horyzonty.

Za książkę dziękuję:

„Vaiana: Skarb oceanu”

Po raz kolejny Disney udowadnia, że w kreowaniu animowanych produkcji nie ma sobie równych.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam bajki Disneya i z wypiekami na twarzy oglądałam każdy film animowany. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam fanką Kopciuszka czy Królewny Śnieżki, czyli „typowych” księżniczek. Moją ulubienicą od zawsze była Pocahontas, a potem do tego grona dołączyła Mulan. A teraz mam kolejną ulubienicę –  Vaianę – mimo, że małą dziewczynką od dawna już nie jestem.

„Vaiana: Skarb oceanu” jest najnowszą produkcją Disneya. Główną bohaterką jest Vaiana, nastoletnia następczyni tronu, która nie lubi być nazywana księżniczką. Jest wesołą, ciekawą świata nastolatką, nie do końca posłuszną ojcu, co czasem zakłóca ich wzajemne relacje. By uratować swój lud i wyspę, decyduje się wyruszyć w niebezpieczną podróż w nieznane, pomimo sprzeciwu rodziców. Vaiana została wybrana przez ocean, by ocalić swoich ludzi, a z przeznaczeniem nie należy polemizować. Dziewczyna  musi znaleźć potężnego, ale egoistycznego półboga Maui, który ma jej pomóc w ocaleniu jej ludu.

Vaiana to niepoprawna marzycielka wierząca, że wszystko jest możliwe. Od życia chce czegoś więcej, niż tylko spokojna egzystencja na rajskiej wyspie. Marzą jej się wielkie przygody i podróże na drugi koniec świata. Ogromny wpływ na jej  buntowniczą naturę miała jej babka. Kobieta od najmłodszych lat raczyła dziewczynkę plemiennymi legendami, będącymi niejednokrotnie postrachem jej rówieśników. Z kolei półbożek Maui to zapatrzony w siebie egoista, który zachwyca się własną muskulaturą i tatuażami. Jedyne, co go interesuje, to uwielbienie ze strony każdeg, kto przebywa w jego otoczeniu. Starcie tych dwóch charakterów to przyczyna prawie wszystkich zabawnych sytuacji, jakie zobaczymy na ekranie.

Walt Disney Animation Studios po raz kolejny rozpieszcza nasze oczy pięknymi, perfekcyjnymi w każdym calu bajecznym widowiskiem. Akcja filmu rozgrywa się na wyspie położonej gdzieś na Pacyfiku, czyli w prawdziwym raju na ziemi. I tak, graficy zadbali o to, abyśmy znaleźli się w tym raju wraz z Vaianą i innymi bohaterami. Grafika to prawdziwe hipnotyzujące dzieło sztuki, a wspaniała muzyka stanowi idealne dopełnienie. Ja nie mam do czego się przyczepić.

Cieszę się, że Disney coraz częściej produkuje animacje, w których główne role grają zbuntowane, silne i niezależne bohaterki, a tym samym studio odchodzi od wizerunku zatroskanych księżniczek czekających na swojego księcia z bajki. Irytuje mnie fakt, że bajki produkowane dla małych dziewczynek opowiadają historie nieszczęśliwych, zapracowanych i bezbronnych księżniczek (np. Kopciuszek czy Śpiąca Królewna), które tylko książę może uratować od nędznego losu. Na szczęście to się zmienia i współczesne bohaterki znacznie różnią się od swoich „koleżanek” sprzed kilkunastu lat. W swojej historii Disney wykreował kilka buntowniczek, między innymi Pocahontas, Meridę Waleczną czy Mulan. Teraz przyszedł czas na Vaianę pochodzącą z Polinezji, która bierze los w swoje ręce i dąży do realizacji swoich celów i marzeń. Tak trzymać!

Oglądając animację „Vaiana: Skarb oceanu” jestem przekonana, że nie tylko najmłodsi widzowie będą się świetnie bawić. To także doskonała rozrywka dla adresowana do dorosłych odbiorców. To jedna z tych uniwersalnych opowieści, która bawi wszystkich.

Split. Jeden dzień w stolicy Dalmacji

Z racji tego, że za miesiąc wybieram się w następną podróż, między innymi właśnie do Chorwacji,  naszło mnie na sentymenty i wspominki. W Splicie byłam prawie 4 lata temu i do tej pory miło wspominam ten wyjazd, a zdjęcia sprawiają, że serce mocniej mi bije. Co prawda spędziłam tam niecały dzień, ale chyba więcej nie potrzeba. Także za miesiąc znowu zawitam do tego cudownego miasta i już odliczam dni!

Chorwacja słynie z niezliczonych plaż, klifów, zatoczek i wysp. Przejrzyste lazurowe wody Adriatyku można godzinami podziwiać z pokładu statku lub żaglówki. Niekończące się gaje oliwne, stare portowe miasteczka o pięknej architekturze i śródziemnomorska kuchnia, która cieszy podniebienia nie tylko miłośników owoców morza – to tylko część powodów, dla których warto spędzić tutaj wakacje. Nic dziwnego, że kraj ten każdego roku szturmem oblegany jest przez Polaków (i nie tylko). Czyżby był to nowy raj na ziemi?

Jest to drugie co do wielkości chorwackie miasto i jednocześnie stolica Dalmacji. Jego historia sięga starożytności i jest ważnym ośrodkiem administracyjnym, gospodarczym i komunikacyjnym. Miasto zasłynęło dzięki pozostałościom gigantycznego pałacu rzymskiego z lat 295-305, wybudowanego dla cesarza Dioklecjana. W późniejszych stuleciach miasto znajdowało się pod panowaniem Bizancjum oraz Chorwacji. W średniowieczu cieszyło się znaczną autonomią, dzięki czemu mogło rozwijać się gospodarczo. Za czasów Wenecjan w obawie przed tureckimi atakami wzniesiono mury obronne. Po II wojnie światowej nastąpił gwałtowny rozwój przemysłu, dzięki któremu miasto jest obecnie jedną z największych chorwackich metropolii.

Największą atrakcją miasta jest bez wątpienia pałac Dioklecjana, który na przestrzeni wieków został tak zniszczony, że dzisiaj właściwie go nie widać. Warto wiedzieć, że obecne kamienne uliczki starówki były kiedyś korytarzami kolosalnego pałacu, a placyki komnatami. Pałac wzniesiono z kamienia z wyspy Brać, jak również z włoskich i greckich marmurów, a dla ozdoby sprowadzono z Egiptu sfinksy wyrzeźbione w XV w. p. n. e. Całość otaczały mury obronne mające do 26 m wysokości.

Znajdująca się na północy kompleksu Złota Brama była głównym wejściem do budowli. Za nią znajduje się pomnik Grugura Ninskiego, biskupa Ninu w X w. , który odprawiał liturgię w języku chorwackim. Statua jest jedną z wizytówek miasta, stworzoną przez Ivana Mestrovica. Legenda mówi, że dotknięcie dużego palca u lewej nogi przynosi szczęście. Nic dziwnego, że jest on tak wytarty przez przyjezdnych.

Od wschodniej strony pałacu znajduje się katedra św. Dujama, które początkowo było ośmiokątnym mauzoleum Djoklecjana. Wejście znajdowało się w miejscu obecnej dzwonnicy, a pilnowały go cztery egipskie sfinksy i lwy. Jeszcze kilka lat temu oryginalny sfinks z ok. II tysiąclecia p. n. e., stał przed katedrą narażony na deszcz, upał i dotyk ciekawskich turystów. Dopiero niedawno poddano go konserwacji, a na jego miejscu umieszczono kopię. Wysoka biała dzwonnica o koronkowej konstrukcji była wznoszona w stylu romańskim. Z dzwonnicy roztacza się cudowny widok na starówkę i okolicę.

Pod murami dawnego placu rzymskiego ciągnie się Obala hrvatskog narodnog preporoda, czyli nadmorska promenada, potocznie nazywana Rivą. Z jednej strony ciągnie się nad portowymi wodami miasta, z drugiej zamknięta jest pięknie zadbanymi wysokimi palmami i górującym nad okolicą Pałacem Dioklecjana. Jest miejscem popołudniowych i wieczornych spacerów zarówno mieszkańców miasta, jak i turystów. Wzdłuż niej znajdują się kawiarenki gdzie można usiąść i cieszyć się słońcem i widokiem.

Będąc w Splicie nie można pominąć tamtejszej mariny. Cumują w niej statki z całego świata, różnych rozmiarów, od żaglówek, przez jachty, aż po ogromne statki pasażerskie. Niesamowity widok!

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Maciej Bernatowicz „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”

Wydawać by się mogło, że o Hiszpanii wiem (prawie) wszystko. A już na pewno sama mogłabym napisać tego typu książkę. Życie lubi zaskakiwać i jak się okazuje, jednak nie wiem (prawie) wszystkiego o tym cudownym śródziemnomorskim kraju.

Moi znajomi wiedzą, że mam lekką obsesję na punkcie Hiszpanii. Jestem totalnie zakochana w tym kraju, traktuję go jak moją drugą ojczyznę. Byłam tam czterokrotnie, a kolejne dwa wyjazdy w tym roku mam już zaplanowane. Nie będę również ukrywać, że kiedyś, w bliskiej przyszłości, chciałabym tam zamieszkać. Dlatego też kiedy książka „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”, pochłonęłam ją niemal od razu. Publikacja jest tym bardziej wiarygodna, gdyż autor spędził w Hiszpanii 9 lat.

Z czym kojarzy się Hiszpania? Flamenco, corrida, piłka nożna, sangria, tapas, sjesta i jedna wielka fiesta. I właśnie między innymi o wszystkim tym pisze obszernie autor. Przeprowadza nas przez hiszpańską historię, ale robi to w sposób łagodny nie zasypując nas niepotrzebnymi datami i nazwiskami. Poza tym, porusza szereg szalenie ważnych tematów, jak np. dążenie Katalończyków do uzyskania niepodległości, a przy okazji obnaża ich (niemalże pogardliwy) stosunek względem innych Hiszpanów. Wspomina także o Baskach i bojówce terrorystycznej ETA. Opisuje odwieczny konflikt pomiędzy dwoma największymi drużynami piłkarskimi: Real Madryt i FC Barceloną. Pisze, że Madryt jest najbardziej zieloną europejską stolicą i na jednego mieszkańca „przypada” po kilka drzew. Wspomina o latach kryzysu 2005-2011, o genezie i jego katastrofalnych skutkach. Tłumaczy, dlaczego Hiszpanie nie potrafią się komunikować w innych językach obcych. Opowiada o fenomenie, jakim jest sjesta.  Rozpisuje się o fiestach, które organizowane są niemal każdego dnia, w różnych częściach Hiszpanii.

„Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko” nie jest żadnym przewodnikiem. Jest to raczej swoiste kompendium wiedzy na temat tego cudownego kraju. Znajdziemy tam nie tylko zarys hiszpańskiej historii, czy opis tamtejszych obyczajów, ale także pojawiają się absurdy, które nie mieszczą się w głowie przeciętnemu Polakowi, chociażby codzienna sjesta. To także błyskotliwy wgląd w to, co współcześni Hiszpanie myślą o swojej historii i tożsamości, co wywołuje w nich radość, a czego się obawiają. Maciej Bernatowicz przybliża czytelnikowi ich tradycje, postawy życiowe, bieżące wyzwania, z którymi przyszło im się zmagać, ale także niewątpliwe sukcesy, które już odnieśli. Poza obszernymi opisami, znajdziemy tam również kolorowe zdjęcia, które doskonale obrazują to, o czym napisał Maciej Bernatowicz.

Autorska relacja pozwala dostrzec różnorodność, niekiedy graniczącą z wewnętrzną sprzecznością, która wypełnia ten iberyjski kraj. Z  jednej strony porusza kwestię muzułmańskiej historii półwyspu, niepodległościowych dążeń Basków oraz Katalończyków, czy pozycji państwa we współczesnych realiach globalizacji, z drugiej zaś – zjawiska potęgi piłki nożnej i fenomenu fiest. Dzięki niepowtarzalnej mozaice tematów powstał reportaż wszechstronny. Jako miłośniczka Hiszpanii i wszystkiego, co dotyczy tego kraju, serdecznie polecam książkę Macieja Bernatowicza.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Niezbędnik podróżnika”

Beata Pawlikowska nie próżnuje. Co chwilę wydaje nowe książki, a to podróżnicze,  motywacyjne, poradniki czy kursy do nauki języków. Osobiście bardzo mnie to cieszy, gdyż jestem wielką fanką książek Beaty Pawlikowskiej.

Tym razem na rynku wydawniczym ukazał się „Niezbędnik podróżnika”. Nie jest to typowa pozycja, którą oferuje nam pani Beata. Dlaczego? Ponieważ w środku, poza praktycznymi radami od podróżniczki, znajduje się notatnik, na własne zapiski i przemyślenia. Strony podzielone są na kilka kategorii, np. wydatki czy właśnie przemyślenia. Idealne w sam raz na swoją wymarzoną podróż.

W środku znajdziemy szereg szalenie istotnych porad, które powinna znać każda szanująca się podróżniczka. Poza kalendarium naszej wyprawy, autorka radzi co zrobić, gdy znajdziemy się w nietypowych i niebezpiecznych sytuacjach, np. co zrobić jeżeli zostaniemy ugryzione przez węża czy skorpiona, albo jak skutecznie odstraszyć owady. Podróżniczka pisze również o tym, jak podróżować bezpiecznie i zdrowo. Jako doświadczona podróżniczka, pani Beata podaje zasady zachowania się w różnych kulturach np. muzułmańskiej czy buddyjskiej, co nie dla każdego jest takie oczywiste jakby mogło się wydawać. Obok tych wszystkich porad, znajdziemy listę ekwipunku, w zależności dokąd wyruszamy, czy w góry czy do dżungli. Nie zabrakło również słynnych, motywujących rysuneczków autorstwa podróżniczki.

Niezależnie od tego, czy wybieramy się na Słowację, czy do Nepalu, należy szanować każdą kulturę. Według Beaty Pawlikowskiej powinnyśmy się dostosować i absolutnie nie krytykować czy próbować podporządkować ją sobie! Każda kultura jest wyjątkowa i rządzi się swoimi prawami, nawet jeżeli czasami jej nie potrafimy zrozumieć. Za każdym razem pisarka podkreśla to w swoich publikacjach, z czym całkowicie się zgadzam.

Z całą pewnością spakuję „Niezbędnik podróżnika” do swojej walizki, gdy będę się wybierać w swoją wymarzoną podróż, czyli do Ameryki Południowej. Na razie jednak jeszcze nie czas na spełnienie tego marzenia, po drodze mam do realizacji kilka innych, mniejszych podróżniczych marzeń 😊 Dlatego też „Niezbędnik podróżnika” musi jeszcze cierpliwie zaczekać na półce. Mimo wszystko warto nabyć ten egzemplarz i mieć go w trakcie swojej wyprawy marzeń.

Za książkę dziękuję:

Emma Straub „Współcześni kochankowie”

To zabawna opowieść o przyjaźni Zoe, Elizabeth i Andrew, która zaczęła się od wspólnych szaleństw lat studenckich. Po kilkudziesięciu latach, gdy dobiegają do pięćdziesiątki, zdali sobie sprawę, że dorosłość dopiero ich dopadła…

Emma Straub jest autorką książek, które znalazły się na liście bestsellerów „New York Timesa”. W Polsce została wydana jedna z nich „Lato na Majorce”. Od lat mieszka w Nowym Jorku. Na co dzień należy do zespołu redakcyjnego „Rookie”, gdzie publikuje teksty literackie i nieliterackie na łamach różnych czasopism.

Elizabeth, Andrew i Zoe od czasów studenckich przez lata wspólnie przeżywali swoje życiowe rozterki, wzloty i upadki. Teraz zbliżają się do pięćdziesiątki, mieszkają w centrum Brooklynu i z przerażeniem odkrywają, że ich dzieci właśnie zaczęły ze sobą sypiać. Jednak czas upływa, a rzeczywistość wieku średniego spada jak grom z jasnego nieba. Kryzys wieku średniego odczują nie tylko sami bohaterowie, ale również ich rodzina i przyjaciele. Co więcej, ich wspólna przeszłość powraca do nich, niczym bumerang, z większymi emocjami. Wydawać by się mogło, że zapewni im świetlaną przyszłość. Jednak prawda jest taka, że komplikuje ich teraźniejszość.

„Współcześni kochankowie” to niezwykle dowcipna opowieść o ekscytującym uroku młodości, piorunującym zaskoczeniu rzeczywistością wieku średniego i o tym, że zamiłowania – do gotowania, muzyki czy pielęgnowania przyjaźni – nigdy nie przemijają, przeciwnie, z biegiem lat ewoluują i dają coraz lepsze owoce.

Sięgając po książkę spodziewałam się czegoś niecodziennego i niebanalnego. Tytuł „Współcześni kochankowie” w końcu zobowiązuje. Przyznam, że rozczarowałam się nieco. Autorka opisuje trzy wątki: kochającego i szanującego się małżeństwa, rozpadającego się związku homoseksualnej pary oraz zakazanej młodzieńczej miłości. Każda osoba spośród tych par jest zupełnym przeciwieństwie tej drugiej. Wydaje się to szalenie ciekawe, ale tak naprawdę czasami nudzi. Chociaż muszę przyznać, że książkę czyta się lekko i przyjemnie, a czasami nawet rozbawi. Nie zmusza jednak czytelnika do zbytniego wysiłku umysłowego. Niemniej jednak „Współcześni kochankowie” to lektura idealna na gorące, leniwe letnie popołudnia.

http://dlalejdis.pl/artykuly/wspolczesni_kochankowie_recenzja