Teatr Rampa: „Kobiety na skraju załamania nerwowego”

Hiszpański temperament w połączeniu ze świetnymi kreacjami aktorskimi, doskonałym wokalem i perfekcyjną choreografią to przepis na znakomite show.

Pepa (Małgorzata Regent) to popularna aktorka w średnim wieku, która beznadziejnie zakochana jest w niejakim Ivanie (Dariusz Kordek) – jednym z największych amantów w okolicy, który przed laty porzucił dla niej swoją żonę. Pewnego dnia wali się jej cały świat, gdyż okazuje się, że teraz to ona została porzucona dla znacznie młodszej kochanki. Zrozpaczona i zdesperowana aktorka wyrusza w poszukiwania niewiernego kochanka, jednak przez przypadek, na swojej drodze spotyka jego byłą żonę – Lucię (Anna Sztejner),  syna Carlosa (Maciej Pawlak) wraz z narzeczoną (Natalia Piotrowska), a także jego nową „ofiarę” – Paulinę (Marta Wardyńska). Co może wyniknąć ze spotkania tak barwnych postaci? Tego nie mogę zdradzić, trzeba samemu zobaczyć. Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że nie będzie nudno, wręcz przeciwnie. W trakcie spektaklu mamy do czynienia z różnymi zwrotami akcji, które przeplatane są humorystycznymi dialogami, by za chwilę odpłynąć przy nastrojowych utworach wykonywanych przez głównych bohaterów.

Małgorzata Regent jest świetną aktorką, co udowodniła rolą Pepy. To właśnie na jej postaci skupia się cała akcja, a dzięki jej kreacji postaci głównej bohaterki i fenomenalnym wokalu aktorki mamy doczynienia z całą gamą barwnych emocji: od gniewu i frustracji, przez smutek i żal, aż po samą radość. Jednak bez wątpienia najbardziej charyzmatyczną personą całego spektaklu była przyjaciółka Pepy – Candela (w tej roli Paulina Grochowska), która jest modelką i boryka się z problemem rozchwiania emocjonalnego. Nieporadność Candeli i oderwanie od świata rzeczywistego jest wprost przekomiczne. Jej rola została świetnie wykreowana i wywołała salwy śmiechu, a także niejednokrotnie doprowadziła publiczność do łez.

Czym byłby znakomity spektakl bez utalentowanych tancerzy? Santiago Bello ułożył znakomitą choreografię, w której dostrzec możemy  mnóstwo hiszpańskich akcentów. Choreograf jest rodowitym Hiszpanem i udało mu się wplątać trochę hiszpańskiej kultury, dzięki czemu widzowie mają okazję podziwiać elementy passo doble, flamenco czy klasycznego tańca hiszpańskiego. Dodatkowo efektu dodają przepiękne kostiumy, które nie tylko podkreślają charakter danej postaci, a także nawiązują do hiszpańskich tradycji.

„Kobiety na skraju załamania nerwowego” to musical oparty na filmie z 1988 roku, hiszpańskiego reżysera Pedro Almodovana. W Polsce możemy oglądać spektakl w Teatrze Rampa w Warszawie. Co ciekawe, warszawski teatr wystawił tę sztukę jako pierwszy w naszym kraju i jako trzeci na świecie. Za reżyserię odpowiada Dominika Łakomska, a autorami inscenizacji Jakub Wocial oraz Santiago Bello, który stworzył także znakomitą choreografię. O oprawę muzyczną zadbał Jan Stokłosa. Hiszpański temperament, dowcipne dialogi, nieoczekiwane zwroty akcji i poruszające piosenki to powody, dla których warto zobaczyć „Kobiety na skraju załamania nerwowego”.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Och-Teatr: „Pocztówki z Europy”

Oto historia pewnej ekscentrycznej angielskiej rodziny.

Po ośmioletniej nieobecności i podróży po Europie, Ivory Sutton powraca do rodzinnego domu. Przyjeżdża wraz ze swoją narzeczoną Gilian Moore, by przedstawić ją swojej rodzinie. Jak się okazuje, bardzo dużo w międzyczasie się zmieniło. Wszystko jest inaczej niż się wydaje na początku: w tajemniczych okolicznościach znika służąca, ale za to odnajduje się dawno zaginiony (i wygłodniały) pies. Rzekomo nieżyjąca od dwóch lat babcia ma się świetnie, dom przypomina krzywą wieżę w Pizie, a nobliwa ciocia robi zdumiewającą karierę przez telefon. Wszystko wygląda świetnie i początkowo spotkanie przynosi dużo radości wszystkim zgromadzonym domownikom, ale okazuje się, że to tylko pozory sielanki, bowiem ku zaskoczeniu narzeczonych na jaw wychodzi kilka „niewygodnych” faktów z życia rodziny.

Jak się okazuje, z rodziną najlepiej wychodzi się na obrazku. A w tym przypadku dokładnie tak jest. Dla Ivory’ego, a tym bardziej dla Gillian, to prawdziwy dom wariatów. Początkowo wszystko wydaje się idealne: stęskniona rodzina wita długo niewidzianego syna oraz zachwyca się jego narzeczoną. Dopiero z czasem okazuje się, że 97-letnia babcia „zmartwychwstaje”, co więcej jest w znakomitej formie. Tak znakomitej, że dokazuje i dokucza przyszłej pannie młodej. Z kolei przyszła teściowa bierze Gillian za zaginioną służącą i zagania do sprzątania mieszkania… Natomiast ciotka to znakomita bizneswoman, która rozkręca swoją karierę przez telefon z miejscowymi amantami. „Kiedy zawarowaliście, kiedy to się stało?” – pyta zrezygnowany Ivory.

Pełna absurdów, momentami nieco okrutnym i czarnym humorem komedia omyłek wciąga widza w sam środek zwariowanego domu. Bombarduje niespodziewanymi zwrotami akcji, nie pozwala odetchnąć. W jednym momencie pękamy ze śmiechu, a momentami ściska nas za serce z żalu. „Pocztówki z Europy” w reżyserii Krystyny Jandy to tragikomiczna opowieść z ogromną dawką czarnego humoru oraz mnóstwem przekleństw.

„Pocztówki z Europy” to dawka dobrego humoru w znakomitym wykonaniu. W sztuce występują: Magdalena Zawadzka (Evelyn Sutton), Leonard Pietraszak (Stanford Sutton), Wiesława Mazurkiewicz (Nana), Maria Seweryn (Gillian Moore), Paweł Ciołkosz (Ivory Sutton) oraz Dorota Pomykała (ciocia Ester). Jeśli chcecie odetchnąć, zrelaksować się, a także zafundować sobie solidną dawkę dobrego humoru, zdecydowanie polecam „pocztówki z Europy”. Gwarantuję, że nie będziecie się nudzić nawet przez minutę w trakcie tego 2-godzinntgo spektaklu.

 

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Teatr Roma: „Dirty Dancing. Music & Dance Show”

Czy jest ktoś, kto nie widział tego kultowego filmu z lat 80-tych? Podejrzewam, że każdy z nas kojarzy polski tytuł tego klasyku „Wirujący seks” z Patrickiem Swayze i Jennifer Grey w rolach głównych. Z okazji 30-tej rocznicy premiery „Dirty Dancing” przygotowano wielke muzyczno-taneczne show, podczas którego możemy przypomnieć sobie wszystkie przeboje z kultowego filmu. Ale nie tylko muzyka gra tutaj pierwsze skrzypce, bo także taniec – „niegrzeczny taniec” – jest na pierwszym planie.

Jako kilkuletnia dziewczynka znałam na pamięć wszystkie dialogi, piosenki a także potrafiłam tańczyć jak Jonny i Baby. Razem ze starszą kuzynką urządzałyśmy przedstawienie dla rodziny i tańczyłyśmy dla nich taniec w finałowej sceny filmu. Jako mała dziewczynka oglądałam „Wirujący seks” kilka razy dziennie. Tak wiem – metody wychowawcze moich rodziców sprzed ponad dwudziestu lat mogą teraz nieco szokować, ale bez oglądania „Dirty Dancing” nie chciałam nawet jeść. Także mogę powiedzieć, że wychowałam się i na tym filmie, dorastałam razem z tym filmem, a teraz za każdym razem z sentymentem i wypiekami na twarzy oglądam „Wirujący seks”. Dlatego też gdy dowiedziałam się, że warszawskim repertuarze Teatru Roma pojawi się musical „Dirty Dancing”, bez cienia wątpliwości wiedziałam, że muszę tam być. Bez mrugnięcia okiem (ale niestety z lekkim – kilkunastominutowym – opóźnieniem) kupiłam bilety na show na drugi termin. Bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki i nie załapałam się na premierę, ale za to udało się dostać wejściówkę na drugi termin.

Pokrótce przypomnę fabułę filmu. Jest lato 1963 roku. Frances Houseman, zwana przez znajomych Baby, spędzają wakacje z rodziną w letnim ośrodku wypoczynkowym Kellerman’s. Pewnego wieczoru poznaje tancerza Johnny’ego Castle, uzdolnionego i przystojnego instruktora tańca. W obliczu niedyspozycji jego tancerki Penny, Baby przechodzi intensywny kurs tańca i zastępuje ją na pokazie mambo w hotelu. Wkrótce Baby i Johnny zakochują się w sobie, lecz ich związek nie jest zaakceptowany przez ojca dziewczyny.

Wybierając się na „Dirty Dancing: Music & Dance Show” do Romy byłam pewna, że będzie to typowy musical. Jak się okazało, było inaczej. Wszystkie kultowe utwory z filmu śpiewał zespół o nazwie „Dirty Band”, zaś aktorzy występujący na scenie „tylko” tańczyli – nie było żadnych solowych występów wokalnych. Musical w nieco innym wykonaniu, ale równie interesujący. Wszystko doskonale przygotowane: profesjonalny taniec, znakomity wokal i magiczna scenografia urzekły mnie totalnie.

Całe przedstawienie było istnym show z tańcem, muzyką, śpiewem i grą świateł. Pod koniec przedstawienia, w trakcie finałowej sceny, tancerze zbiegli na widownię – i tak jak w filmie – zapraszali do tańca publiczność. Miałam to szczęście, że siedziałam w odpowiednim rzędzie i jeden z tancerzy poprosił mnie do tańca 😊 Co prawda trwało to 2 minuty, ale taniec z profesjonalistą to wielkie wyróżnienie. A dodatkowo usłyszeć od niego, że „bardzo fajnie się ze mną tańczy” to już w ogóle zaszczyt 😊

Nowe brzmienie kultowych przebojów w połączeniu z niezwykłym, energicznym a momentami nawet bardzo „dirty” tańcem to przepis na doskonałe show. Chciałam pójść jeszcze raz na kolejny spektakl, ale niestety biletów już nie było. „Dirty Dancing Music & Dance Show” cieszy się taką popularnością, że mam nadzieję, iż niebawem znowu powróci na deski warszawskiego Teatru Romy 🙂

Och-Teatr: „One Mąż Show”

Do Szymona Majewskiego mam ogromną słabość i sentyment. Kilkukrotnie miałam przyjemność obcować z nim w trakcie nagrań jego autorskiego show sprzed lat. Jako studentka brałam udział w nagraniach i miałam ogromną radość poznać go osobiście, a nawet zamienić z nim kilka zdań. Jest to ciepła, sympatyczna, a przede wszystkim – normalna osoba. Dlatego też z wielką przyjemnością wybrałam się na spektakl z jego udziałem.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy na wieść o tym, że słynny Szymon Majewski zaczął występować w teatrze to: Szymon Majewski został aktorem?? No bo przecież każdy, kto występuje na deskach teatru staje się z automatu aktorem. Ale nie w tym przypadku. Szymon doskonale wie, gdzie znajduje się jego miejsce i nie ma zamiaru konkurować z zawodowcami. Robi to, na czym się zna, czyli na robieniu show. Szymon Majewski znany jest z celnego i błyskotliwego poczucia humoru oraz niewyczerpanej energii.

„One Mąż Show” to monolog, w którym autor na przykładzie swojego małżeństwa opowiada o kłopotach i radościach współczesnego związku, o relacji kobieta-mężczyzna, mąż-żona. Pełen śmiesznych anegdot i zabawnych komentarzy spektakl o uczuciu bezkompromisowym. Ciepła, ironiczna, autoironiczna i bardzo prawdziwa opowieść o uczuciach i związkach. „One Mąż Show” to spektakl ukazujący jego mniej znane oblicze – na scenie zobaczyliśmy czujnego i czułego obserwatora swojej żony, który wychodząc od drobnych rzeczy, z właściwym sobie humorem potrafi mówić o tym, co w relacjach jest najważniejsze.

Wielokrotnie powtarzał, że żona nie jest specjalnie zadowolona, że opowiada ludziom o ich wspólnym, 25-letnim pożyciu małżeńskim. Jednak Szymon robi to w tak subtelny sposób, że znakomicie się tego słucha. A to, w jaki sposób naśladował Krystynę Jandę rozwala na łopatki. Majewski jest znakomitym showmanem i nie jest prawdą, że jego żarty i poczucie humoru dawno się skończyły. Śmiem twierdzić, że Szymon odradza się na nowo i jeszcze wszystkim pokaże, na co go stać. Ja śmiałam się przez całe 90 minut spektaklu. Znakomity pomysł i mam wielką nadzieję, że będzie kontynuacja jego „One Mąż Show”.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Och-Teatr: Maria Callas. Master Class

Powrót Callas. Po latach, po wielu nowych opracowaniach jej życia, setkach materiałów zamieszonych przez ostatnie 20 lat, wywiadów i filmów na youtube, po dwóch biograficznych filmach kinowych i kilku telewizyjnych, nowa interpretacja niezwykłego tekstu teatralnego Terrence’a McNally’ego Maria Callas. Master Class.

Maria Callas, wielka diwa światowej opery. Tak naprawdę to Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulou, pochodząca z rodziny greckich imigrantów, urodzona w Nowym Jorku. Posiadała wielki talent, nazywana primadonną stulecia oraz największą (i najjaśniejszą) gwiazdą mediolańskiej La Scali i Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Była obdarzona sopranem dramatycznym ze zdolnością do wykonywania partii koloraturowych. Callas to również bohaterka licznych skandali, zaś kontrowersje wzbudzało jej zachowanie, oceniane jako manieryczne, publicznie toczone spory z rywalkami oraz romans z Onasisem. W 2007 Callas została uhonorowana pośmiertnie nagrodą Grammy za całokształt osiągnięć. Zmarła w Paryżu w roku 1977.

Surowa, krytyczna, wymagająca, zmanierowana, a momentami nawet bezczelna i złośliwa – to słowa doskonale opisujące Marię Callas, światowej sławy primadonnę, która po zakończeniu wspaniałej kariery muzycznej, postanowiła przekazać swoja wiedzę i doświadczenie młodym, początkującym artystom z pasją i talentem. Naturalnie, nikt nie jest (i nigdy nie będzie) w stanie dorównać wielkiej operowej diwie. Jednak jako nauczycielka jest bardzo wymagająca i nie pozwala dojść do głosu nikomu. Ciągle jej coś nie pasuje, przerywa występy, nim w ogóle się zaczną. Studenci muszą wykazać się dużą dawką cierpliwości, ale przecież z taka diwą się nie dyskutuje. Maria jest przekonana, że każdy student marzy, aby być takim artysta, jakim w czasach swojej świetności była Callas. Tymczasem, prawda okazuje się być zupełnie inna, niż wyobrażenia greckiej primadonny…

Reżyserem spektaklu „Maria Callas. Master Class” jest Andrzej Domalik, zaś w  roli tytułowej występuje fenomenalna Krystyna Janda. Przez cały czas główna bohaterka wchodzi w interakcję z publicznością, co dla mnie było nowością, ale i pozytywnym zaskoczeniem. Maria osiągnęła wszystko w swojej karierze i mimo ogromnej sławy, ma żal, że życie ją rozczarowało. Oddała wszystko i poświęciła się sztuce, a w zamian otrzymała niewiele. Po zakończeniu fenomenalnej kariery nikt nie potrafi jej docenić. Kilkunastu minutowe monologi w wykonaniu Krystyny Jandy były po prostu zjawiskowe. W trakcie swoich przemów, jako Maria cofała się w czasie i wspominała życie osobiste, które w ogóle jej się nie poukładało. Wspomina między innymi związek z Arystotelesem Onasisem, greckim multimilionerem, dla którego stanowiła jedynie trofeum, dodatkiem dodającym mu klasy i prestiżu pośród światowej elity. Aktorka po raz kolejny udowodniła, że jest znakomita aktorką, nie tylko dramatyczną, ale również i komediową. Bo mimo, że rola Marii Callas tak naprawdę jest dramatyczna, to mimo wszystko posiada ogromne poczucie humoru, a nawet powiem – czarnego humoru.

To wielokrotnie nagradzany, grany na całym świecie tekst. O miłości do sztuki. Do muzyki. Fascynujący. Dowodzący tezy, że życie bez sztuki nie ma sensu. Że sztuka potrafi  sprawić, że wszystko, nawet codzienność, nabiera bogactwa i wartości. Opowieść o artystce, która z kolei sztuce oddała wszystko. Sztuce, która uczyniła ją szczęśliwą i podziwianą, a jednocześnie – samotną i zawiedzioną życiem. Wielka opowieść o pracy, warsztacie i relacji artysty z publicznością. Gorąco polecam.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Teatr Kamienica: „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical”

Pamiętacie kultowy film z Markiem Kondratem w roli głównej? Po 15 latach od premiery kinowej filmu Marka Koterskiego tragikomiczna historia Adasia Miauczyńskiego powraca w wersji scenicznej jako „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical”.

Adaś Miauczyński to 49-letni rozwiedziony polonista, które żyje w kręgu swoich natręctw, nie potrafiąc wyrwać się z nudy i rutyny dnia codziennego. Na każdym kroku napotyka przeciwności losu, a cały świat jest przeciwko niemu: sąsiad słuchający Szopena, ludzie przebywający na plaży czy nawet pies załatwiający swoje potrzeby na trawniku pod oknem. Dosłownie wszyscy chcą mu zaszkodzić. A jego obsesja na punkcie liczy 7 jest wprost niezrozumiana – całe życie podporządkowuje do tej właśnie liczby, np. mieszanie herbaty (3 w prawo, 4 w lewo).

Pomimo, że ekspresja i dialogi/monologi aktorów (zarówno w filmie, jak i spektaklu) są przezabawne i powodują wybuchy niekontrolowanego śmiechu, to tak naprawdę historia Adama Miauczyńskiego jest dramatyczna. Sfrustrowany, znerwicowany, zmęczony i rozczarowany życiem, a także zagubiony „inteligent” – polonista zmaga się prozą dnia codziennego. Adaś uważa, że cały świat go nienawidzi i wszyscy życzą mu jak najgorzej. Pomimo, że korzysta z usług chińskiej akupunkturzystki czy nawet psychiatry, nic i nikt nie jest w stanie mu pomóc. Jak sam twierdzi, nie potrafi odpoczywać, nawet wyjazd nad morze jest nieskuteczny, bo ciągle ktoś mu przeszkadza w odpoczynku. Smutne, że 49-letni mężczyzna, który fizycznie jest zdrowy, ma pracę, dom oraz syna, widzi świat w zupełnie innych barwach. Tak naprawdę boryka się z własnymi natręctwami i dziwactwami, praca za marne grosze od dawna przestała go satysfakcjonować, matka go w ogóle nie rozumie, synek wyrasta na debila i nieuka, zaś cztery ściany mieszkania w bloku pogłębiają jego samotność. Adam nie potrafi wydostać się z tego kręgu niemocy, który go ogarnia i coraz bardziej pogrąża.

Nawet to, że ma smutny oddźwięk, to jak najbardziej polecam spektakl „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical” z Maciejem Miecznikowskim w roli głównej, znanym z formacji Leszcze. Partnerowali mu: Joanna Kołaczkowska, Wojciech Solarz oraz Kwartet Rampa w składzie: Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro i Grzegorz Kucias. Niektórzy z nich wcielali się w dwie, a niekiedy nawet i w trzy postacie. Jak sama nazwa spektaklu sugeruje, przedstawienie było operą-musicalem, gdyż aktorzy nie wypowiadali swoich kwestii, tylko je wyśpiewali. Efekt był zaskakujący i przezabawny, niekiedy nie adekwatny do sytuacji, ale to dodawało tylko uroku całemu przedstawieniu. Nie brakuje również wulgaryzmów, a słowa na „k” padają dosyć często. Całość spektaklu koncentrowała się wokół liczby 7: np. siedmiu aktorów na scenie, czy 21 – minutowa przerwa (3×7). Co ciekawe, oficjalna premiera przedstawienia w warszawskim Teatrze Kamienica  odbyła się 7.07. 2017 r. o godz. 19.07 (7:07 pm).

Specjalnie przed spektaklem, dzień wcześniej obejrzałam filmową wersję „Dnia świra”, żeby przypomnieć sobie szczegóły. Scenariusz teatralnej wersji oraz dialogi odwzorowane były praktycznie 1:1. Marcin Kołaczkowski, reżyser spektaklu postarał się, aby każdy szczegół był dopracowany. Scenografia była w wersji minimalistycznej, ale przez to spektakl stał się bardziej interesujący. Ja bawiłam się wybornie i szczerze polecam spektakl w Teatrze Kamienica, zwłaszcza w szare, długie i zimne jesienne wieczory.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Teatr Capitol: „Hawaje, czyli przygody siostry Jane”

A gdyby tak rzucić wszystko i polecieć na Hawaje? Z Teatrem Capitol jest to możliwe. „Hawaje, czyli przygody siostry Jane” w reżyserii Marcina Sławińskiego jest doskonałą propozycją Teatru Capitol na niebanalne spędzenie długich, jesiennych wieczorów. To zabawna komedia pełna omyłek, chaosu i zaskakujących zwrotów akcji nie tylko dla miłośników… dalekich podróży.

Szalona i ekscentryczna autorka harlequinów Vivien (Daria Widawska), desperacko pragnie przeżyć swój pierwszy raz… Wydawać by się mogło, że plan jest bliski realizacji a weekend z niedawno poznanym Edgarem (Piotr Nowak) zapowiada się obiecująco, gdyby nie… Doris (Agnieszka Warchulska) – żona niedoszłego kochanka, która przyłapała parę! Nieudane plany romansowe to jednak nie jedyny problem Vivien. Pisarka bowiem musi napisać nową książkę, wydawnictwo coraz bardziej się niecierpliwi, czas ucieka, a natchnienia brak. Wydarzenia nabierają tempa i sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy do domu Edgara i Doris zaczyna przybywać coraz więcej nieproszonych gości, którzy jak się później okaże nie do końca są przypadkowi! Sprytna pisarka w zaistniałej sytuacji dostrzega jednak pewną korzyść, a w jej głowie powstaje iście szatański plan – nadciągająca awantura „małżeńska” może stać się inspiracją do jej nowej powieści!

O tym, że Daria Widawska jest świetną aktorką, wiedziałam od dawna. Jednak w roli szalonej Vivien wypadła znakomicie. Autentyczna i żywiołowa, „odrobinę” szalona biegała po scenie niczym w transie, trzaskała drzwiami, a niekiedy jej słowotok przyprawiał o  zawrót głowy – po prostu nie dało się nie polubić jej postaci. Uzbrojona w dyktafon, nagrywała i komentowała wszystkie wydarzenia na bieżąco, a wszyscy wkoło zostają bohaterami gorącego romansu, który rozgrywa się w pięknej scenerii Hawajów.

Co prawda fabuła spektaklu nie jest jakaś innowacyjna i skomplikowana, ale czasem pojawiają się zaskakujące momenty. Dopełnieniem efektu i klimatu, który wykreowali twórcy, jest kolorowa scenografia, która co prawda nie zmieniała się w trakcie przedstawienia, ale doskonale odzwierciedliła jego treść. A dzięki muzyce i niesamowitej grze świateł, faktycznie można było poczuć egzotyczny klimat Hawajów. Jeśli chcecie wybrać się na to przedstawienie z przyjacielem, który nie mówi po polsku, to jak najbardziej możecie iść na „Hawaje”, gdyż spektakl grany jest z angielskimi napisami.

Cieszę się, że za sprawą spektaklu „Hawaje, czyli przygody siostry Jane” chociaż na chwilę mogłam przenieść się w zupełnie inny klimat w ten chłodny, październikowy wieczór. Niespodziewane i niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane!

Hawaje, czyli przygody siostry Jane