Teatr Rampa: „Kobiety na skraju załamania nerwowego”

Hiszpański temperament w połączeniu ze świetnymi kreacjami aktorskimi, doskonałym wokalem i perfekcyjną choreografią to przepis na znakomite show.

Pepa (Małgorzata Regent) to popularna aktorka w średnim wieku, która beznadziejnie zakochana jest w niejakim Ivanie (Dariusz Kordek) – jednym z największych amantów w okolicy, który przed laty porzucił dla niej swoją żonę. Pewnego dnia wali się jej cały świat, gdyż okazuje się, że teraz to ona została porzucona dla znacznie młodszej kochanki. Zrozpaczona i zdesperowana aktorka wyrusza w poszukiwania niewiernego kochanka, jednak przez przypadek, na swojej drodze spotyka jego byłą żonę – Lucię (Anna Sztejner),  syna Carlosa (Maciej Pawlak) wraz z narzeczoną (Natalia Piotrowska), a także jego nową „ofiarę” – Paulinę (Marta Wardyńska). Co może wyniknąć ze spotkania tak barwnych postaci? Tego nie mogę zdradzić, trzeba samemu zobaczyć. Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że nie będzie nudno, wręcz przeciwnie. W trakcie spektaklu mamy do czynienia z różnymi zwrotami akcji, które przeplatane są humorystycznymi dialogami, by za chwilę odpłynąć przy nastrojowych utworach wykonywanych przez głównych bohaterów.

Małgorzata Regent jest świetną aktorką, co udowodniła rolą Pepy. To właśnie na jej postaci skupia się cała akcja, a dzięki jej kreacji postaci głównej bohaterki i fenomenalnym wokalu aktorki mamy doczynienia z całą gamą barwnych emocji: od gniewu i frustracji, przez smutek i żal, aż po samą radość. Jednak bez wątpienia najbardziej charyzmatyczną personą całego spektaklu była przyjaciółka Pepy – Candela (w tej roli Paulina Grochowska), która jest modelką i boryka się z problemem rozchwiania emocjonalnego. Nieporadność Candeli i oderwanie od świata rzeczywistego jest wprost przekomiczne. Jej rola została świetnie wykreowana i wywołała salwy śmiechu, a także niejednokrotnie doprowadziła publiczność do łez.

Czym byłby znakomity spektakl bez utalentowanych tancerzy? Santiago Bello ułożył znakomitą choreografię, w której dostrzec możemy  mnóstwo hiszpańskich akcentów. Choreograf jest rodowitym Hiszpanem i udało mu się wplątać trochę hiszpańskiej kultury, dzięki czemu widzowie mają okazję podziwiać elementy passo doble, flamenco czy klasycznego tańca hiszpańskiego. Dodatkowo efektu dodają przepiękne kostiumy, które nie tylko podkreślają charakter danej postaci, a także nawiązują do hiszpańskich tradycji.

„Kobiety na skraju załamania nerwowego” to musical oparty na filmie z 1988 roku, hiszpańskiego reżysera Pedro Almodovana. W Polsce możemy oglądać spektakl w Teatrze Rampa w Warszawie. Co ciekawe, warszawski teatr wystawił tę sztukę jako pierwszy w naszym kraju i jako trzeci na świecie. Za reżyserię odpowiada Dominika Łakomska, a autorami inscenizacji Jakub Wocial oraz Santiago Bello, który stworzył także znakomitą choreografię. O oprawę muzyczną zadbał Jan Stokłosa. Hiszpański temperament, dowcipne dialogi, nieoczekiwane zwroty akcji i poruszające piosenki to powody, dla których warto zobaczyć „Kobiety na skraju załamania nerwowego”.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Paweł Zgrzebnicki „Tam, gdzie kończy się świat”

„Nie oceniaj książki po okładce” – głosi stare porzekadło. Zazwyczaj tego nie robię, jednak w tym przypadku było nieco inaczej. Nie za bardzo interesowałam się Papuą-Nową Gwineą oraz tym, nie za bardzo nawet wiedziałam, gdzie znajduje się ten kraj. Przyznaję szczerze, że do lektury tej książki zachęciła mnie właśnie okładka. Zahipnotyzowała mnie od pierwszego wejrzenia.

Mało kto wie, gdzie znajduje się państwo o nazwie Papua-Nowa Gwinea. Przeciętny człowiek posiada niewielką wiedzę dotyczącą tego egzotycznego kraju, umiejscowionego gdzieś w Oceanii. Dlatego też cieszę się, że Paweł Zgrzebnicki napisał tę książkę, w oparciu o własne doświadczenia związane z tym państwem. Autor reportażu opisuje swoją miesięczną podróż po jednym z najmniej przyjaznych podróżnikom krajów. Paweł Zgrzebnicki to podróżnik, fotograf oraz organizator licznych wypraw. Swoje doświadczenie zebrał na wielu wyprawach do niemal siedemdziesięciu krajów świata.

Paweł Zgrzebnicki zabiera czytelnika w niecodzienną podróż na tereny, wciąż określane jako dziewicze i dzikie. Mówi się, że są jednym z ostatnich miejsc na Ziemi, gdzie zachowały się jeszcze pierwotne społeczności ludzi, żyjące na sposób diametralnie różny od naszego. To tereny gdzie nie wdarła się jeszcze cywilizacja. Śledzimy jego podróż od momentu wylotu z Krakowa, przez miesięczną wyprawę po Papui, aż do samego powrotu do ojczyzny. Jego reportaż zawiera wiele informacji o kulturze, zwyczajach i codziennym życiu mieszkańców ziem popularnie nazywanych Melanezją. Autor nie pozostaje jednak na powierzchni, ale dociera głębiej, do miejsc, informacji i ludzi gdzie przeciętny podróżnik obawiałby się wyruszyć. Dzięki niemu możemy przeczytać o tajemniczych plemionach Asaro i Simbu, o ich jeszcze bardziej tajemniczych rytuałach i wierzeniach, które nie tylko ciekawią, ale czasem nawet przerażają. Autor narażając się na niebezpieczeństwo dociera do mieszkańców ziem ukrytych przed oczami turystów.

Czegoś mi jednak brakowało, a mianowicie kolorowych zdjęć z tej egzotycznej wyprawy. Co prawda zamiast tego pojawiają się czarno-białe rysunki różnych miejsc i postaci, ale nie niestety nie oddają one tej „prawdziwości” i naturalności, co fotografie. Trochę jestem zawiedziona, bo zdjęcie okładkowe zaostrzyło mi apetyt na więcej takich „perełek”.

Jak wspomniałam wcześniej, nigdy jakoś nie interesowałam się egzotycznymi kulturami, które zamieszkują tereny odległej Oceanii. Cieszę się jednak, że sięgnęłam po książkę „Tam, gdzie kończy się świat”, bo dowiedziałam się szalenie ciekawych informacji. Warto poszerzać swoje horyzonty i otwierać się na świat, który jak się okazuje – nie do końca jest jeszcze dokładnie odkryty, a tym bardziej zrozumiany. Polecam relację z podróży Pawła Zgrzebnickiego – to doskonała lektura dla każdego podróżnika.

Za książkę dziękuję:

Och-Teatr: „Pocztówki z Europy”

Oto historia pewnej ekscentrycznej angielskiej rodziny.

Po ośmioletniej nieobecności i podróży po Europie, Ivory Sutton powraca do rodzinnego domu. Przyjeżdża wraz ze swoją narzeczoną Gilian Moore, by przedstawić ją swojej rodzinie. Jak się okazuje, bardzo dużo w międzyczasie się zmieniło. Wszystko jest inaczej niż się wydaje na początku: w tajemniczych okolicznościach znika służąca, ale za to odnajduje się dawno zaginiony (i wygłodniały) pies. Rzekomo nieżyjąca od dwóch lat babcia ma się świetnie, dom przypomina krzywą wieżę w Pizie, a nobliwa ciocia robi zdumiewającą karierę przez telefon. Wszystko wygląda świetnie i początkowo spotkanie przynosi dużo radości wszystkim zgromadzonym domownikom, ale okazuje się, że to tylko pozory sielanki, bowiem ku zaskoczeniu narzeczonych na jaw wychodzi kilka „niewygodnych” faktów z życia rodziny.

Jak się okazuje, z rodziną najlepiej wychodzi się na obrazku. A w tym przypadku dokładnie tak jest. Dla Ivory’ego, a tym bardziej dla Gillian, to prawdziwy dom wariatów. Początkowo wszystko wydaje się idealne: stęskniona rodzina wita długo niewidzianego syna oraz zachwyca się jego narzeczoną. Dopiero z czasem okazuje się, że 97-letnia babcia „zmartwychwstaje”, co więcej jest w znakomitej formie. Tak znakomitej, że dokazuje i dokucza przyszłej pannie młodej. Z kolei przyszła teściowa bierze Gillian za zaginioną służącą i zagania do sprzątania mieszkania… Natomiast ciotka to znakomita bizneswoman, która rozkręca swoją karierę przez telefon z miejscowymi amantami. „Kiedy zawarowaliście, kiedy to się stało?” – pyta zrezygnowany Ivory.

Pełna absurdów, momentami nieco okrutnym i czarnym humorem komedia omyłek wciąga widza w sam środek zwariowanego domu. Bombarduje niespodziewanymi zwrotami akcji, nie pozwala odetchnąć. W jednym momencie pękamy ze śmiechu, a momentami ściska nas za serce z żalu. „Pocztówki z Europy” w reżyserii Krystyny Jandy to tragikomiczna opowieść z ogromną dawką czarnego humoru oraz mnóstwem przekleństw.

„Pocztówki z Europy” to dawka dobrego humoru w znakomitym wykonaniu. W sztuce występują: Magdalena Zawadzka (Evelyn Sutton), Leonard Pietraszak (Stanford Sutton), Wiesława Mazurkiewicz (Nana), Maria Seweryn (Gillian Moore), Paweł Ciołkosz (Ivory Sutton) oraz Dorota Pomykała (ciocia Ester). Jeśli chcecie odetchnąć, zrelaksować się, a także zafundować sobie solidną dawkę dobrego humoru, zdecydowanie polecam „pocztówki z Europy”. Gwarantuję, że nie będziecie się nudzić nawet przez minutę w trakcie tego 2-godzinntgo spektaklu.

 

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Patrycja Dolecka „Trufla. Same dobre rzeczy”

Nie będę ukrywać, że uwielbiam jeść. Jestem ogromnym głodomorem, łasuchem czy innym żarłokiem:)  Zatracam się nie tylko delektując się smakiem potraw, ale także napajam się ich wyglądem. Dlatego też kiedy książka „Trufla. Same dobre rzeczy” Patrycji Doleckiej trafiła w moje ręce, nie posiadałam się z radości.

Lubię gotować, chociaż kucharka ze mnie średnia. Podobno dobrze mi to wychodzi, ale nie mnie to oceniać 🙂 Lubię eksperymentować w kuchni, ale także chętnie wracam do sprawdzonych przepisów. Książka „Trufla. Same dobre rzeczy” jest połączeniem przepisów tradycyjnej kuchni polskiej (w nowoczesnym, bardzo atrakcyjnym ujęciu) oraz receptur na nowoczesne, zdrowe dania kuchni międzynarodowej. Czyli coś zdecydowanie dla mnie.

Patrycja Dolecka jest jedną z popularnych blogerek kulinarnych. Gotowaniem interesuje się praktycznie od zawsze, a pierwsze nauki pobierała w kuchni swoich dziadków. Kulinarna hedonistka, miłośniczka wyrafinowanej prostoty i pełnowartościowej kuchni. Uzależniona od pieczenia chleba, ciemnej czekolady i fotografowania.  Jednak książka zawiera zbiór przepisów w większości niepublikowanych wcześniej na blogu.

W środku znajdziemy szereg przepisów na znane nam przystawki, dania oraz desery, ale w nieco innym – nowym wydaniu. Patrycja pokazuje nam, jak na śniadanie przygotować letni twarożek, niedzielną jajecznicę czy ekspresowy pasztet soczewicowy. Na obiad, razem z nią przyrządzimy domowy makaron, pesto z awokado oraz pulpeciki w sosie pomidorowym. Na deser zaserwujemy razem szarlotkę owsiano-gryczaną, trufle z chili, a nawet śliwki duszone w cynamonowym maśle. Co więcej, Patrycja podpowiada jak łatwo można zrobić przetwory z dyni czy rabarbaru. Już na samą myśl ślinka mi cieknie 🙂 A piękne zdjęcia tych wszystkich potraw tylko potęgują burczenie w brzuchu 🙂

W swojej książce „Trufla. Same dobre rzeczy” w piękny sposób Patrycja Dolecka pokazuje, jak łatwo i szybko można przygotować tradycyjne dania w nowoczesnej wersji. Dodatkowo zdjęcia (również jej autorstwa) sprawiają, że od razu chce się wypróbować wszystkich przepisów naraz J Gorąco polecam książkę nie tylko tym bardziej wprawionym kucharzom, ale przede wszystkim tym, którzy dopiero zaczynają swoja przygodę z gotowaniem.

Za książkę dziękuję:

Teatr Roma: „Dirty Dancing. Music & Dance Show”

Czy jest ktoś, kto nie widział tego kultowego filmu z lat 80-tych? Podejrzewam, że każdy z nas kojarzy polski tytuł tego klasyku „Wirujący seks” z Patrickiem Swayze i Jennifer Grey w rolach głównych. Z okazji 30-tej rocznicy premiery „Dirty Dancing” przygotowano wielke muzyczno-taneczne show, podczas którego możemy przypomnieć sobie wszystkie przeboje z kultowego filmu. Ale nie tylko muzyka gra tutaj pierwsze skrzypce, bo także taniec – „niegrzeczny taniec” – jest na pierwszym planie.

Jako kilkuletnia dziewczynka znałam na pamięć wszystkie dialogi, piosenki a także potrafiłam tańczyć jak Jonny i Baby. Razem ze starszą kuzynką urządzałyśmy przedstawienie dla rodziny i tańczyłyśmy dla nich taniec w finałowej sceny filmu. Jako mała dziewczynka oglądałam „Wirujący seks” kilka razy dziennie. Tak wiem – metody wychowawcze moich rodziców sprzed ponad dwudziestu lat mogą teraz nieco szokować, ale bez oglądania „Dirty Dancing” nie chciałam nawet jeść. Także mogę powiedzieć, że wychowałam się i na tym filmie, dorastałam razem z tym filmem, a teraz za każdym razem z sentymentem i wypiekami na twarzy oglądam „Wirujący seks”. Dlatego też gdy dowiedziałam się, że warszawskim repertuarze Teatru Roma pojawi się musical „Dirty Dancing”, bez cienia wątpliwości wiedziałam, że muszę tam być. Bez mrugnięcia okiem (ale niestety z lekkim – kilkunastominutowym – opóźnieniem) kupiłam bilety na show na drugi termin. Bilety rozeszły się jak ciepłe bułeczki i nie załapałam się na premierę, ale za to udało się dostać wejściówkę na drugi termin.

Pokrótce przypomnę fabułę filmu. Jest lato 1963 roku. Frances Houseman, zwana przez znajomych Baby, spędzają wakacje z rodziną w letnim ośrodku wypoczynkowym Kellerman’s. Pewnego wieczoru poznaje tancerza Johnny’ego Castle, uzdolnionego i przystojnego instruktora tańca. W obliczu niedyspozycji jego tancerki Penny, Baby przechodzi intensywny kurs tańca i zastępuje ją na pokazie mambo w hotelu. Wkrótce Baby i Johnny zakochują się w sobie, lecz ich związek nie jest zaakceptowany przez ojca dziewczyny.

Wybierając się na „Dirty Dancing: Music & Dance Show” do Romy byłam pewna, że będzie to typowy musical. Jak się okazało, było inaczej. Wszystkie kultowe utwory z filmu śpiewał zespół o nazwie „Dirty Band”, zaś aktorzy występujący na scenie „tylko” tańczyli – nie było żadnych solowych występów wokalnych. Musical w nieco innym wykonaniu, ale równie interesujący. Wszystko doskonale przygotowane: profesjonalny taniec, znakomity wokal i magiczna scenografia urzekły mnie totalnie.

Całe przedstawienie było istnym show z tańcem, muzyką, śpiewem i grą świateł. Pod koniec przedstawienia, w trakcie finałowej sceny, tancerze zbiegli na widownię – i tak jak w filmie – zapraszali do tańca publiczność. Miałam to szczęście, że siedziałam w odpowiednim rzędzie i jeden z tancerzy poprosił mnie do tańca 😊 Co prawda trwało to 2 minuty, ale taniec z profesjonalistą to wielkie wyróżnienie. A dodatkowo usłyszeć od niego, że „bardzo fajnie się ze mną tańczy” to już w ogóle zaszczyt 😊

Nowe brzmienie kultowych przebojów w połączeniu z niezwykłym, energicznym a momentami nawet bardzo „dirty” tańcem to przepis na doskonałe show. Chciałam pójść jeszcze raz na kolejny spektakl, ale niestety biletów już nie było. „Dirty Dancing Music & Dance Show” cieszy się taką popularnością, że mam nadzieję, iż niebawem znowu powróci na deski warszawskiego Teatru Romy 🙂

Beata i Paweł Pomykalscy „Jugosławia. Rozsypana układanka”

Ostatnimi czasy mam ogromną słabość do Bałkan, a może jednak obsesję. Sama już nie wiem. Zaczęłam czytać wszystko na temat tego wciąż tajemniczego regionu Europy. W końcu odważyłam się pojechać tam i osobiście sprawdzić, czy to faktycznie takie dzikie rejony naszego kontynentu.

Kraje znajdujące się na Półwyspie Bałkańskim cieszą się coraz większą popularnością, jak np. Chorwacja, jednak niektóre z nich wciąż pozostają nieodkryte i tajemnicze jak Albania albo mające złą sławę, tak jak Bośnia i Hercegowina. Bałkany to nie tylko zatłoczona Chorwacja czy Słowenia, która „nie przyznaje się” do bycia częścią Jugosławii. Mówi się, że to „dzika Europa”, ta mniej cywilizowana część Starego Kontynentu. Nie zgadzam się z tym w ogóle. Jest to niesłuszne spojrzenie na ten zakątek Europy. Fakt, panuje tam jeszcze bałagan, ale stopniowo wszystko zaczyna się układać. Wiem coś o tym doskonale, bo sama w tym roku eksplorowałam Bośnię i Hercegowinę oraz Macedonię. A w przyszłym roku będę kontynuować podróże po krajach bałkańskich.

Książka „Jugosławia. Rozsypana układanka” autorstwa Beaty i Pawła Pomykalskich podzielona jest na trzy części: „Zjawiska”, „Miejsca” oraz „Smaki i zapachy”. W „Zjawiskach” Pomykalscy starają się wytłumaczyć, czym tak naprawdę była Jugosławia. Z ich zapisków dowiadujemy się kim był marszałek Tito i dlaczego jego kraj działał bez większych zarzutów, mimo panującej wewnątrz mieszanki wybuchowej. Wyjaśniają, jak sobie radzą państwa powstałe po rozpadzie tego dziwnego tworu jakim była Jugosławia. Opowiadają o wojnie w Bośni, która miała miejsce dwadzieścia lat temu i Igrzyskach Olimpijskich w Sarajewie w 1984 roku. Zdradzają tajemnicę fenomenu Dubrownika po tym, jak nakręcono tam kilka odcinków „Gry o tron”.

Druga część poświęcona jest miejscom, które warto zobaczyć będąc na Bałkanach, albo wręcz przeciwnie – takie, które trzeba omijać szerokim łukiem. Poza tymi oczywistymi jak Mostar, Sarajewo Ochryda czy Belgrad, w zestawieniu Pomykalskich znalazły się m.in. Blagaj, Tetowo, Lipic, Travnik oraz Trebinje. Nie są to duże miejscowości, ale zdecydowanie warto tam zajrzeć, bo można odkryć naprawdę niezwykłe skarby. W ostatniej części dowiemy się, jak smakują i czym pachną Bałkany. Autorzy zdradzą, co warto zjeść i jakie pamiątki ze sobą przywieść. Co więcej, Pomykalscy wspominają o pewnym młodym człowieku z Sarajewa, którego sama poznałam! Niesamowite czytać o kimś, kogo się miało się okazję poznać osobiście i spędzić z tą osobą trochę czasu.

„Jugosławia. Rozsypana układanka” to nie tylko Sama książka również jest tak „skonstruowana”. Autorzy skaczą po krajach i miastach, nie skupiają się tylko na jednym miejscu. Nie opisują od razu wszystkiego np. o Serbii, tylko stopniują napięcie i nie pozwolą od razu zaspokoić ciekawości. Żeby jeszcze bardziej rozkoszować się smakiem ich słów, Pomykalscy załączyli piękne, kolorowe zdjęcia tych miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć. Albo wręcz przeciwnie – wyrzucić ze swojej podróżniczej listy marzeń i nie tracić na nie czasu.

Chcesz wiedzieć, dlaczego w sierpniu warto przyjechać do serbskiej Guczy? Chcesz zobaczyć skok w dorosłość i most, który spina nie tylko dwa brzegi? A może jesteś ciekawa, w którym mieście znajduje się symboliczna granica między kulturami? Jeśli opowiedziałaś twierdząco na te pytania, koniecznie sięgnij po reportaż „Jugosławia. Rozsypana układanka”.  To znakomita skarbnica wiedzy na temat krajów byłej Jugosławii.

Za książkę dziękuję:

Elżbieta Sęczykowska „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”

Azja Środkowa to wciąż wielka zagadka. Nieznana, pełna tajemnic, zaskakująca kontrastami, ale z drugiej strony wspaniała, jawiąca się jako miejsce odległych kultur, a jednocześnie budowanych na nowo obyczajów. Elżbieta Sęczykowska opisała swoje  doświadczenia z tamtejszymi kulturami w swojej książce „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”.

Chiny, to podróż z północy na południe, z odległej i dzikiej pustyni Takla Makan, drogami odeszłych w niebyt i zasypanych piaskami traktów jedwabnego szlaku, przez Wielki Mur i Zakazane Miasto aż do krętych wód Lijiang wijących się malowniczo między krasowymi górami prowincji Guangxi. Tam, w bajkowej scenerii, rozgrywają się spektakle połowów z kormoranami i żywioły przyrody splatają się w codzienne swoiste harmonijne współistnienie. Z kolei Tybet, to podróż do świata pełnego tajemnic, medytacji, cudów i duchów, wielkich mistrzów, spotkań z ludźmi głębokiej wiary, nomadami, pątnikami zmierzającymi do świętych miejsc i lamów żyjących w ostatnich ocalałych od zagłady klasztorach. Tam to właśnie dokonują się odwieczne misteria zwycięstwa dobra nad złem i niewyjaśnione do końca znikanie maślanych ołtarzy… Mongolia zaś,  to doświadczenie piękna i bogactwa natury, zachwyt nad spójnością istnienia ludzi i zwierząt, w którym prawa człowieka są równe prawom przyrody. Przenikają się wzajemnie i łączą, by na koniec w szamańskim seansie zjednoczyć się ze światem bogów i demonów. Być może to za sprawą ich mocy sławni przedstawiciele cywilizacji stepu zapanowali w dawnych czasach nad bez mała połową świata.

W każdym kraju Elżbieta Sęczykowska była kilkukrotnie, także nie jest to zapis jej jednej wielkiej azjatyckiej przygody. Dla mnie zdecydowanie najciekawszą częścią książki była ta o Tybecie. O Chinach posiadam nieco wiedzy, bo kiedyś się interesowałam chińską kulturą. Mongolię dopiero poznaję, bo mam w planach (w bliżej nieokreślonej przyszłości) odwiedzić ten kraj. Z kolei o wyjeździe do Tybetu nigdy nie myślałam, historią czy kulturą też się średnio interesowałam, ale teraz wiem, że niesłusznie! Jakże ten uciemiężony kraj ma wiele do zaoferowania! Zarówno pod względem kulturowym, religijnym, obyczajowym oraz przyrodniczym. Opis wszystkich rytuałów, czasami makabrycznych i całkowicie niezrozumiałych w naszym kręgu kulturowym tylko podsycał moją ciekawość. Jednak do końca jej nie zaspokoił i z pewnością sięgnę po więcej książek związanych z Tybetem. I kto wie, może kiedyś zdecyduję się na podróż do tego kraju?

Momentami lektura książki była dla mnie nużąca. Autorka zasypuje czytelnika ogromną ilością informacji na raz, które trudno jest poukładać sobie w głowie. Dobrze, że takie informacje pojawiają się w książce, ale nie przygotowała się zbyt dobrze, nie zrobiła selekcji tych informacji. Czasami miałam wrażenie, że sama nie do końca wiedziała, o czym pisze. Poza tym wyczułam, że autorka nie stara się poznać i zrozumieć tak odległą dla nas kulturę, tylko po prostu ją ocenia – i to negatywnie. Za dużo wszystkiego. Chciała dobrze, ale momentami wyszedł przesyt wszystkiego, a to przekłada się na jakość czytania. Dobrze, że autorka umieściła w środku liczne kolorowe fotografie z podróży. Dzięki temu mogłam mieć wizualizacje opisów wszystkich tych pięknych miejsc, o których pisze Elżbieta Sęczykowska. Zamysł „Tryptyku wschodniego” był jak najbardziej dobry, jednak żeby była to porywająca i ciekawa lektura, trzeba jeszcze nad nią popracować.

Elżbieta Sęczykowska „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”