„Mamma Mia: Here We Go Again!”

Pamiętacie filmowy musical z piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA w roli głównej sprzed ponad dekady? Na ekranach kin gości kontynuacja filmowego hitu „Mamma Mia: Here we go again!” W rolach głównych ponownie zobaczymy Amandę Seyfried, Pierce’a Brosnana, Colina Firtha, Meryl Streep oraz  Stellana Skarsgarda. To jednak nie wszyscy aktorzy. Na ekranie pojawi się również wiele nowych, zaskakujących postaci.

Pierwsza część filmu okazała się globalnym sukcesem, nic w tym dziwnego, że producenci postanowili nakręcić jego kontynuację. Film tak naprawdę powtarza i rozbudowuje historię, którą poznaliśmy w oryginale, dodając do niej tylko drobne elementy. Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, ale właściwie to „Mamma Mia: Here we go again” jest bardziej prequelem niż sequelem, czyli akcja toczy się głównie przed wydarzeniami z pierwszej części filmu. Twórcy przenoszą nas w czasie, do roku 1979, kiedy to młoda Donna wdaje się w romans z trzema mężczyznami: Samem, Harrym oraz Billem. Oczywiście akcja drugiej części musicalu rozgrywa się w przepięknej i słonecznej scenerii greckich wysp.

No właśnie, przenosząc się w czasie mamy okazję poznać młodą Donnę i jej trzech amantów, również w odmłodzonej wersji. Zgłębiamy się w jej historię; staramy się zrozumieć, dlaczego zdecydowała się zamieszkać na greckiej wyspie, w zupełnie innej i obcej dla niej kulturze. Druga część musicalu odsłania kulisy młodzieńczych fascynacji i szalonych przygód Donny. No i w końcu dowiadujemy się, kto jest biologicznym ojcem Sophie (Amanda Seyfried). Z kolei w teraźniejszości, twórcy skupili się na historii Sophie, jej związku, nowopowstałym biznesie oraz tym, że spodziewa się dziecka.

W młodą Donne brawurowo wcieliła się Lily James. Energia i urok granej przez nią postaci sprawia, że nie da się usiedzieć spokojnie w fotelu. Jej werwa powoduje, że razem z nią chce się śpiewać, skakać i tańczyć. Wtórują jej – w rolach miłosnych partnerów Donny – Josh Dylan, Hugh Skinner i Jeremy Irvine, czyli piękne, młode i… spontaniczne wersje Sama (Pierce Brosnan), Harry’ego (Colin Firth) i Billa (Stellan Skarsgård). W „Mamma Mia:Here We Go Again” zobaczymy również Cher i Andy’ego Garcię!

Może produkcja nie należy do gatunku ambitnego kina, ale dostarcza wiele rozrywki. Jest wesoło, kolorowo, wakacyjnie, momentami trochę melodramatycznie i nastrojowo. Do tego, chociaż mniej znane piosenki szwedzkiego zespołu (ale pojawiają się także i największe przeboje ABBY) sprawiają, że chce się tańczyć razem z bohaterami. Jedno jest pewne: „Mamma Mia: Here we go again!” to najgorętszy i długo wyczekiwany hit tego lata!

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Teatr Syrena: „Rodzina Addamsów”

Pamiętacie tę upiorną, a jednocześnie sympatyczną rodzinkę? Powracają w nowej, musicalowej wersji na scenę warszawskiego Teatru Syrena oraz Teatru Muzycznego w Poznaniu. To komedia idealna dla żywych, martwych oraz… tych niezdecydowanych!

Poznajcie najbardziej upiorną rodzinkę wszech czasów: Morticia – zimna jak sopel lodu, Gomez – gorący jak wulkan, Wednesday – ich demoniczna córka i Pugsley – słodki, ale śmiertelnie groźny synek, urokliwy wuj Fester, wiedźmowata babcia oraz Lurch – posępny kamerdyner o wdzięku zombie. Gdy Wednesday oznajmia, że się zakochała i zamierza wyjść za mąż za „zwykłego” chłopaka o imieniu Lucas rodzina postanawia wybić jej ten pomysł z głowy. Rodzice chcą , by córka za wszelką cenę na zawsze pozostała ich malutką dziewczynką, zaś młodszy brat rozpacza, że nie będzie go kto miał torturować. Jedyną osobą, która kibicuje zakochanym jest wuj Fester – romantyczna dusza ukryta w przerażającym ciele. Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy Lucas wraz ze swoimi rodzicami przybywa na kolację zapoznawczą z przyszłymi, przerażającymi teściami…

„Rodzina Addamsów” to przezabawna komedia o najbardziej makabrycznej, a zarazem najsympatyczniejszej rodzinie w historii kina i telewizji. Brodwayowski musical, który pojawił się właśnie na scenie warszawskiego Teatru Syrena , odkrywa nieznane dotąd oblicze tytułowe rodzinki. Potrafi ona nie tylko straszyć i śmieszyć, ale także znakomicie śpiewa i tańczy. Spektakl ten adresowany jest dla całych rodzin. Nie tylko rozbawi do łez, ale przede wszystkim przekona nas, że czasem warto dopuścić do głosu wewnętrznemu „świrowi”, którego każdy z nas w sobie nosi.

W rolach głównych wystąpili: Tomasz Steciuk (Gomez), Marta Wiejak (Morticia), Anastazja Simińska (Wednesday), Karol Kwiatkowski (Pugsley), Damian Aleksander (Fester), Beatrycze Łukaszewska (Babcia), Kamil Zięba (Lurch), Maciej Pawlak (Lucas),Albert Osik (Mal) oraz Jolanta Litwin-Sarzyńska (Alice). Na scenie towarzyszą im również przodkowie, pośród których możemy spotkać: tancerkę kabaretową, kurtyzanę, cheerleaderkę, królową angielską, królową egipską, pannę młodą, biskupa, ciotkę Hermana, konkwistadora, Szkota, jaskiniowca oraz muszkietera. Natomiast pod sceną wspierał ich zespół muzyczny pod dyrekcją Tomasza Filipczaka .

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo zachwyciłam się jakimś musicalem. Śpiew, intensywny i ognisty taniec, muzyka, świetna gra aktorska, komiczne dialogi, dynamicznie zmieniająca się scenografia – to wszystko składa się na sukces musicalu „Rodzina Addamsów”. Nic dziwnego, że aktorzy i muzycy otrzymali kilkunastominutowe owacje na stojąco. „Rodzina Addamsów” to gorący hit tegorocznej jesieni, który proponuje nam  warszawski Teatr Syrena oraz Teatr Muzyczny w Poznaniu. Koniecznie musicie go zobaczyć!

„Rodzina Addamsów” w koprodukcji Teatru Muzycznego w Poznaniu i Teatru Syrena w Warszawie to przebojowy musical, którego premiera miała miejsce na Brodwayu w 2010 roku. Od początku spektakl przyciągał tłumy widzów, pokazywany był niemal w całej Europie i Ameryce.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Sarai Walker „Dietoland”

Pogoń za posiadaniem idealnego ciała jest się plagą XXI wieku. Dążenie do osiągnięcia idealnego wyglądu stało się swego rodzaju chorobą cywilizacyjną. Staramy się perfekcyjnie wyglądać, ale nie dla siebie samych – chcemy przypodobać się innym osobom. Na szczęście są jeszcze osoby, takie jak Sarai Walker, które w brutalny sposób rozprawiają się ze światem mody, nierównością płciową, obsesją na punkcie wyglądu i brakiem akceptacji samego siebie. Wynikiem tego jest jej powieść „Dietoland”.

Plum Kettle, a tak naprawdę Alicia Kettle, jest redaktorką popularnego pisma dla nastolatek. Plum od zawsze zmaga się z nadwagą i brakiem akceptacji swojej osoby. Będąc nastolatką stosowała liczne diety, które jednak nie przyniosły wyczekiwanych efektów. W związku z tym, po wielu latach zmagań zadecydowała, że podda się operacji zmniejszenia żołądka. Wydaje jej się, że jeśli osiągnie wymarzoną wagę, stanie się Alicią, która może wszystko, a świat będzie leżał  u jej stóp. Decyzja zapadła, wizyta w szpitalu szczegółowo zaplanowana, a w szafie pojawiło się wiele nowych ubrań – w rozmiarze Alicii. Niespodziewanie pewnego dnia otrzymuje dziwna propozycję: dostanie pieniądze na operację, ale w zamian musi wykonać kilka dziwnych zadań. Początkowo Plum niechętnie się na to godzi, ale perspektywa łatwych pieniędzy szybko bierze górę. W przeciągu kilku miesięcy Plum przemienia się w inną kobietę, ale nie za sprawą utraty wagi.

Sarai Walker napisała manifest XXI wieku. Buntuje się przeciw kreowaniu idealnego ciała, sztuczności i obłudy. Jest przykładem, że kobieta, niezależnie od rozmiaru, może czuć się kobieco i być pewną siebie. Plum zaślepiona była dążeniem do idealnej sylwetki, by czuć się atrakcyjną, ale po pewnym czasie uświadamia sobie, że jednak lubi siebie taką, jaką jest. Cieszę się, że powstają takie książki jak „Dietoland”, bo pomagają walczyć z błędnym przekonaniem, że każda kobieta powinna nosić rozmiar 32 i ważyć 45 kg. Każda z nas na swój sposób jest piękna. I żadne głupie plotki czy zdjęcia roznegliżowanych modelek nie powinny sprawiać, że czujemy się gorsze. „Dietoland” to pełna czarnego humoru, zjadliwa, czasami brutalna, ale interesująca powieść.

Za książkę dziękuję:

Tomasz Pindel „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody”

Życie na emigracji nie jest łatwe. Doskonale wiedzą o tym nasi rodacy, którzy zdecydowali się zamieszkać na drugim końcu świata. Tomasz Pindel to pisarz, autor i tłumacz licznych publikacji literaturoznawczych, biograf Mario Vargasa Llosy. Jest specjalistą w przekładach literatury latynoskiej. W swojej najnowszej książce „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody” skupia się na losach Polaków, którzy zdecydowali się wyemigrować na południowoamerykański kontynent.

Jak sam autor pisze, polska historia skupiona w Ameryce Południowej to nie tylko Gombrowicz. To wielka epopeja pielgrzymstwa polskiego, trwająca kawał XIX i kolejne dekady XX wieku. Byli to ludzie różnych klas, stanów, aspiracji, talentów. Marzyciele uciekający przed nędznym życiem na polskiej wsi, skupieni na fantazjach o brazylijskim złocie i wszelkich innych klejnotów, które – według legendy – tak mocno świecą, że dają jasność nawet nocą. Są potomkowie polskich legionistów od Napoleona, którzy tłumili wolnościowe zrywy na Haiti – i którzy zmienili radykalnie polską tożsamość. Są również prostytutki, arystokraci i żołnierze od gen. Andersa w Argentynie, a nawet pewien sławny modelarz w Gwatemali, który o nowej ojczyźnie wypisywał, niestety – rasistowskie okropieństwa.

Ludzie niepiśmienni w tamtych czasach nagle zdecydowali się na wyprawę za ocean do krajów, o których nic nie wiedzieli. To była bardzo dramatyczna decyzja spowodowana tym, że w kraju panował powszechny głód. Ziemią obiecaną miała być Brazylia. Wystarczyło tylko wyjechać, bo rząd brazylijski gwarantował ziemię. Dostawał ją każdy, kto tylko tam dotarł. Nie trzeba było spełniać specjalnych warunków – jedynym było dotarcie do Brazylii. Jednak rzeczywistość w nowym El Dorado nie była taka kolorowa, jak się wszystkim wydawało. Przybywający do Brazylii Polacy sądzili, że otrzymają kawał ziemi do uprawy i pasania bydła, niewiele w tym uczestnicząc. W rzeczywistości dostali kawałek niezaoranego ugoru, na którym nic nie chciało rosnąć, nawet chwasty.

Polacy w tamtych czasach nie mieli smykałki do biznesu. Byli jednym z najmniej rozwiniętych państw, co rodziło niechęć ze strony innych grup etnicznych. Na Polaków patrzono z pogardą i niższością. Także hiszpańskie słowo polacos miało bardzo pejoratywne znaczenie – tak nazywano prostytutki, nie tylko polskiego pochodzenia, ale ogólnie. W świadomości miejscowych utarł się wizerunek Polaka jako kogoś pierwotnego, prymitywnego i pozbawionego kraju. Typowym, bardzo obraźliwym, określeniem było „Polak bez flagi”.

Tomasz Pindel losy swoich bohaterów przeplata z burzliwą historią kontynentu i obrazami współczesnych dynamicznych zmian. Autor podąża śladami Polaków w Argentynie, Brazylii, Chile, Gwatemali, Haiti i Meksyku. Pokazuje skrajnie odmienne oblicza polskiej emigracji na przestrzeni ostatnich trzystu lat. I choć pisze o ludziach z daleka – zza horyzontu – niepostrzeżenie przystawia czytelnikom migracyjne zwierciadło naszych rodaków. „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody” to lektura nie tylko dla miłośników latynoskich klimatów, ale dla wszystkich, którym losy Polaków na obczyźnie nie są obojętne.

„Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody”

 

Anna Kołodziejska „Chirurgica w Nepalu”

A gdyby tak rzucić wszystko i polecieć do Nepalu? Brzmi fantastycznie, nieprawdaż? A co jeśli pobyt w tym kraju nie wiąże się z poznawaniem tamtejszej kultury, zwiedzaniem i wspinaniem się na Himalaje?

Anna Kołodziejska, świeżo upieczona pani doktor, decyduje się na wyjazd do pięknego, ale biednego Nepalu. Jej celem nie są wyżej wymienione atrakcje, ale ciężka praca, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Decyduje się pomagać w Centrum Leczenia Rozszczepów Podniebienia i Oparzeń. Jako chirurg wspiera miejscowych lekarzy w ratowaniu życia i zdrowia ciężko poparzonych osób. Każdy przypadek ma swoją tragiczną historię – tak ciężką, że z wielkim trudem się o niej czyta. Wszystkie te przypadki są wynikiem nie tylko panującej tam biedy, ale również ludzkiej głupoty i ignorancji. Dzięki pomocy takich ludzi jak tytułowa chirurgica, tamtejsi ludzie mają szansę na życie. Autorka czasami zastanawia się, jakie życie czeka np. siedmiomiesięczne dziecko, któremu w wyniku poparzeń musiała amputować obie nogi, ale nigdy nie wątpi w sens swojej pracy. Więcej takich drastycznych przypadków autorka opisuje na kartach książki, często posługując się bardzo dosadnym i obrazowym językiem…

Autorka przebywając w Nepalu, ma wrażenie, że przeniosła się w czasie co najmniej  100 lat wstecz. Jeśli chodzi o medycynę, to właśnie tamtejsze metody leczenia stosowane są jak te sprzed co najmniej wieku. Lekarze robią, co mogą, by ratować ludzkie życie, ale nie dbają o takie szczegóły jak np. odpowiednie znieczulenie, sterylizację narzędzi czy o zachowanie przyzwoitej ogólnej higieny. Anna Kołodziejska niejednokrotnie miała takie przypadki, że pacjent obudził się z krzykiem w trakcie skomplikowanej operacji, bo znieczulenie nagle przestało działać. Brak dostępu do odpowiednich leków, ubóstwo, brud, okrutne zanieczyszczenie środowiska – to nie są odpowiednie warunki do rozwoju tamtejszej medycyny. Mimo wielu przeszkód i naprawdę ciężkich przypadków, Anna jest dzielna i nie poddaje się, wytrwale dąży do zakończenia swojej misji.

Poza troską o swoich pacjentów, Anna drży także o swoje własne zdrowie. Początkowo unikała ulicznego jedzenia, żywiła się tylko tym, co przygotowała dla niej rodzina, u której mieszkała albo tym, co zostało przygotowane w stołówce pracowniczej. Nie mniej jednak prędzej czy później musiała się przełamać i spróbować miejscowych przysmaków. Sposób, w jaki jedzą Nepalczycy, jest dla niej obrzydliwy. Również wspólne picie wody z jednej butelki może przysporzyć palpitacji serca. Tam nikt nie dba o higienę, nikt nie myje rąk, a o czystych naczyniach można tylko pomarzyć. Mimo pełnej świadomości, Anna czasami nie ma wyboru i musi zaspokoić pragnienie czy głód tym, co aktualnie jest dostępne.

Nepal jest specyficznym krajem, jednym z najbiedniejszych i, co ciekawe, trzecim pod względem korupcji. Nepalczycy nie wierzą w zmianę systemu, bo wszystko kręci się wokół jednego – pieniędzy, których kraj nie ma. Poza szerzącą się korupcją, szerzony jest powszechny terror i zastraszanie społeczeństwa. W wyniku takich zagrywek, w przeciągu dekady, ludność Kathmandu zwiększyła się dwukrotnie, ponieważ mieszkańcy prowincji uciekli do miasta w nadziei, że tam doświadczą jakiejkolwiek ochrony ze strony rządu.

„Chirurgica w Nepalu” to intrygująca, a zarazem i szokująca opowieść zamknięta w przepięknej formie. Książka jest pełna żywych kolorów, mnóstwo tam zdjęć i nieprzypadkowych rysunków. Mimo, momentami, ciężkiej treści, czyta się ją przyjemnie i nie sposób się od niej oderwać. Opisuje nie tylko swoją ciężką pracę, ale także opowiada o tamtejszej kulturze, religii czy świętach. Książka to świetna czytelnicza podróż po niesamowitym kraju, jakim jest Nepal. „Chirurgica w Nepalu” to doskonała propozycja nie tylko dla tych, którzy interesują się tamtejszym rejonem świata, ale dla wszystkich, którzy lubią podróżować.

„Chirurgica w Nepalu”

 

„Zimna wojna”

Jeszcze dobrze film nie wszedł na ekrany polskich kin, a już świat się nim zachwycał. Delikatny i z ludową nutką, rozśpiewany i roztańczony, z wielką historią w tle – taka jest najnowsza produkcja Pawła Pawlikowskiego. „Zimna wojna” to polska wersja Romea i Julii.

Paweł Pawlikowski przenosi nas do Polski lat 50-tych. Wiktor(Tomasz Kot) i Irena (Agata Kulesza) pragną stworzyć zespół, który miałby kultywować polską tradycję i kulturę. Jeżdżą po kraju, szukając młodych i utalentowanych osób do nowopowstającego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Wśród kandydatów jest charyzmatyczna i utalentowana Zula (Joanna Kulig). Już od samego początku pomiędzy Zulą a Wiktorem iskrzy. Chociaż dzieli ich duża różnica wieku, zakochują się w sobie bez pamięci. Jednak ich związek nie należy do najłatwiejszych. Na drodze do szczęścia stoi wiele przeszkód. Ogromne uczucie, które zostaje na przestrzeni lat wystawione na wiele prób, nie tylko wynikających ze społecznych norm i zasad prawnych, ale przede wszystkich z silnych charakterów kochanków. Zula i Wiktor nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć.

Wraz z „Mazurkiem” wędrujemy przez kolejne sceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Znajdujemy się w klubach wypełnionych muzyką jazzową w Paryżu, Berlinie czy byłej Jugosławii. Muzycznym motywem jest piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, którą można usłyszeć w różnych aranżacjach, także jazzowych. „Zimna wojna” przepełniony jest muzyką już od pierwszej sceny. Widzimy w niej górali grających na instrumentach i śpiewających ludowe pieśni. Potem widzimy Joannę Kulig występującą najpierw w zespole, a potem solo. W międzyczasie przemyka się Tomasz Kot, który gra muzyka-artystę, komponującego jazzowe utwory, tworząc magiczną atmosferę.

Choć historia jest burzliwa i spektakularna to jednak opowiedziana prosto, minimalistycznie, bez wielkich scen i patosu. Chociaż Joanna Kulig bez wątpienia odegrała świetną rolę, nie polubiłam jej bohaterki. Dla mnie była zbyt egoistyczna, pokręcona i zagubiona. Sama do końca nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ona i Tomasz Kot wykreowali brawurową ekranową parę, pośród której jest chemia i pasja, o której nie da się zapomnieć. Ich bohaterowie doskonale się uzupełniają: on jest powściągliwy, nieco wycofany; ona pełna energii i trochę nieokrzesana. Filmowi bohaterowie na zmianę przyciągają się i odpychają, padają ofiarą własnych lęków, ambicji i uczuć. A także wyborów, które mają wpływ ich wspólne życie i przyszłość. Jednak nie tylko Joanne Kulig i Tomaszowi Kot należą się oklaski. Także Agata Kulesza wykreowała ciekawą i elektryzującą postać. Borys Szyc wciela się w przedstawiciela Partii, który swoim niewymuszonym dowcipem inteligentnie wplata się w humor sytuacyjny. Bez wątpienia wszyscy oni są pierwszoligowymi polskimi aktorami.

Świat dosłownie zakochał się w „Zimnej wojnie”. „The Hollywood Reporter” napisał, że „Zimna wojna” to „prawdziwa rozkosz dla znawców muzyki”, a „The Guardian” ocenił, że to „wizualnie porywająca epicka opowieść o uwięzieniu i ucieczce ze świata totalitaryzmu”. Jury Festiwalu w Cannes przyznało Pawlikowskiemu Złotą Palmę za reżyserię. Warto dodać, że jest to pierwszy Polak, który  otrzymał nagrodę w tej kategorii. Sama Cate Blanchett zachwycała się rolą, urodą i talentem Joanny Kulig. Czy potrzeba lepszych recenzji?

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

Mia Flores, Olivia Flores „Żony kartelu”

Za sprawą serialu „Narcos” zrobiło się gorąco na temat południowoamerykańskich karteli narkotykowych, a szczególnie działalności Pablo Escobara.
Za sprawą książki „Żony kartelu” autorstwa Mii i Olivi Flores, od podszewki poznajemy funkcjonowanie meksykańskiego narkobiznesu oraz najbardziej niebezpiecznego przestępcę – El Chapo.

Mia i Olivia Flores to żony okrytą złą sławą bliźniaków Pedro i Jaya Floresów, podwójnej prawej ręki niebezpiecznego kryminalisty, jakim był meksykański baron narkotykowy – El Chapo. W swojej autobiograficznej książce „Żony kartelu” bez owijania w bawełnę opowiadają, jak wyglądało ich życie u boku bliźniaków.

Obie panie wywodzą się z różnych środowisk. Olivia Flores wychowała się w amerykańskiej rodzinie meksykańskiego pochodzenia. W wieku piętnastu lat trafiła w bardzo złe towarzystwo początkujących  gangsterów, dealerów narkotykowych i obwieszonych złotem chłopaków w luksusowych samochodach. Dwukrotnie zamężna i  z małym dzieckiem u boku poznała Jaya Floresa, kiedy była już wdową po innym gangsterze. Natomiast Mia Flores wychowała się w rodzinie o meksykańsko-brazylijskich korzeniach. Córka policjanta, skromna, filigranowa, wpatrzona w ojca jak w obrazek i szukająca jego podobizny w licealnych sympatiach. Los jednak ironicznie podsuwa jej pod nos Pedro Floresa, który ma za sobą pół kartelu Sinaloa. Ich miłość rośnie w siłę na równi z lokalnym biznesem przemytniczym braci, który prowadzą w Meksyku.

Bracia Flores dorastali w świecie narkotyków. Ich ojciec zajmował się handlem różnymi używkami, więc zarówno Peter i Junior, jak i piątka ich rodzeństwa dorastali w takim świecie, nie znając żadnego innego. Nic zatem dziwnego, że już w liceum weszli głębiej w ten biznes i otworzyli własną działalność. Bardzo szybko wspięli się na szczyt narkobiznesu, aż sam El Chapo zwrócił na nich uwagę, proponując im wysoką posadę u siebie w kartelu. Bliźniacy szybko zyskali zaufanie narkotykowego barona, zaś ten dawał im wszystko, czego zapragnęli. Każdego roku przemycali tony narkotyków na teren USA, zarabiając przy tym miliony dolarów. Ich majątek powiększał się z dnia na dzień, nie wiedząc, co mają robić z pieniędzmi.

Na początku życie obu pań było usłane różami. Jak obie zgodnie twierdzą, poznanie braci Flores było najpiękniejszym momentem w ich życiu. Junior był miłością życia Olivii, zaś Peter drugą połówką Mii. Styl życia, który prowadziły, przyprawiał o ból głowy: posiadały niebotycznie drogie samochody, wielkie domy, ubrania najlepszych projektantów mody i kosztowną biżuterię. Postanowiły jednak zrezygnować z tego wszystkiego, idąc na współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Uznały, że w życiu ważny jest nie tylko majątek, ale przede wszystkim liczy się rodzina i robienie tego, co słuszne.

Pedro i Jay Flores również postanowili oddać się w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, tym samym zostając informatorami amerykańskich władz. Szczegółowe zeznania braci umożliwiły zatrzymanie czołowych postaci kartelu narkotykowego. Drżące o życie Floresów żony odetchnęły z ulgą dopiero wtedy, gdy szef ich mężów wylądował w więzieniu między innymi za: morderstwa, korupcję, handel narkotykami i pranie brudnych pieniędzy. Trwało to jedenaście miesięcy, po których uciekł, by ponownie wpaść pół roku później. Jego spektakularna ucieczka wstrząsnęła opinią publiczną, kompromitując prezydenta Meksyku i ukazując poziom korupcji meksykańskiej policji.

Mam wrażenie, że Mia i Olivia Flores zdecydowały się napisać „Żony kartelu”, by nieco rozgrzeszyć  działalność ich mężów. Mimo to że ich mężowie nie byli źli do szpiku kości jak pozostali członkowie karteli, to czynili powszechne zło i odsiadka w więzieniu jak najbardziej im się należy. Jednak to, że sami oddali się w ręce władz i postanowili współpracować, świadczy o tym, że nie są to źli ludzie. Jeśli ktoś interesuje się tematyką działalności meksykańskich karteli, to „Żony kartelu” jest odpowiednia pozycją. Panie Flores opowiadają nie tylko swoją własną historię, ale przede wszystkim historię El Chapo oraz strukturę organizacji i działalności meksykańskich karteli. To opowieść niczym z bajki i koszmaru zarazem.

„Żony kartelu”