Piotr C. „Pokolenie Ikea” i „Pokolenie Ikea. Kobiety”

Świat schodzi na psy – wydawać by się mogło po przeczytaniu książek niejakiego Piotra C. To, w jaki sposób opisuje współczesne pokolenie trzydziestokilkulatków, jest co najmniej brutalne i bez wątpienia można stwierdzić, że ludzkość dąży do samozagłady.

Obie książki dosadnie opisują życie typowych „korpo szczurów”, a konkretniej środowiska prawniczego. W naszym społeczeństwie prawnik postrzegany jest jako osoba inteligentna, błyskotliwa, wykształcona, bystra – w pewnym sensie autorytet. Jednak nie w „Pokoleniu Ikea”. Tutaj przedstawieni są jako degeneraci, a każdy z nich popełnia czyny moralnie potępiane przez społeczeństwo (zdrada, seks z  przypadkowymi, nowopoznanymi osobami, kierują nimi jedynie pobudki hedonistyczne). Tutejsi prawnicy wydają się być ludźmi bez uczuć, egoistami. Żyją w świecie manipulacji i obłudy. Bohaterowie żyją w ciągłym biegu: w trakcie tygodnia pracują do upadłego, niekiedy nawet do 12-14 godzin dziennie, w weekendy zaś imprezują na całego, niczego sobie nie żałując: alkoholu, seksu, narkotyków.

Mam wrażenie, że współczesne „pokolenie Ikea” nie jest zdolne do posiadania wyższych uczuć. Dla nich liczy się tylko praca, pieniądzem seks i imprezy mocno zakrapiane alkoholem i narkotykami. Nawet jeśli jakimś cudem tego typu faceci posiadają żony i dzieci, to i tak ich moralność nie istnieje. Wystarczy wyjść na imprezę, dorwać pierwszą lepszą lafiryndę, którą można przelecieć w klubowej łazience. Po wszystkim wracają do swojego ciepłego gniazda, jak gdyby nic się nie stało. Przecież to była tylko nic nie znacząca, szybka „znajomość”, która miała na celu zabawę/rozładowanie napięcia/zaspokojenia fantazji.

W książce „Pokolenie Ikea. Kobiety” płeć piękna została uprzedmiotowiona do granic przyzwoitości. Według  panów kobieta to para ogromnych cycków na długich nogach, którą zawsze można przelecieć we wszystkich możliwych miejscach i we wszystkich możliwych pozycjach. Nie musi być inteligentna (nawet nie jest to wskazane), wystarczy, że ma ładną buźkę, a jej usta zaspokoją seksualne fantazje swojego kochanka. Wystarczy skinąć palcem albo postawić lasce jednego drinka, a ta od razu jest gotowa zrobić „swojemu panu” wszystko. Według Piotra C., kobiety są wyzwolone seksualnie i tępe emocjonalnie. Stosują mocne i podłe zagrywki, zarówno na gruncie zawodowym, jak i prywatnym. Mężczyźni zaś to emocjonalnie wyprute samce alfa. Czasem zbyt pewni siebie, ale traktujący taką postawę jako jedyną słuszną.

Książki „Pokolenie Ikea” oraz „Pokolenie Ikea. Kobiety” szokują i oburzają. Z drugiej jednak strony nie można się od nich oderwać. Mimo tego, że to co napisał w swojej drugiej książce co sądzi o kobietach, doceniam jego szczerość. Osobiście lubię czytać publikacje Piotra C., a także regularnie zaglądam na jego bloga. Lubię jego styl, jest bezpośredni, wulgarny, dosadny, ale autentyczny i szczery. Bez zbędnego owijania w bawełnę pisze całą prawdę o współczesnym świecie. Cholernie smutną prawdę.

Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że to, co zostało zapisane na kartach obu książek, jest pewnego rodzaju proroctwem, które coraz częściej się spełnia. Obserwując współczesne pokolenie, z bólem serca stwierdzam, że jest coraz gorzej. Dlaczego tak się dzieje? Niestety w moim otoczeniu znajdują się osoby, które „wyznają” tego typu zasadę, zasadę szybkiego życia, bez żadnych konsekwencji i zobowiązań. A będzie coraz gorzej.

 

Za książki dziękuję:

Sarah Knight „Magia olewania”

„Czas to pieniądz” – mówi stare porzekadło. Tak naprawdę mamy go niewiele, a to co nam pozostaje bardzo szybko przemija. W związku z tym, powinnyśmy mądrze zarządzać swoim cennym czasem i spędzać go z ludźmi, których cenimy oraz robiąc to, co nas uszczęśliwia. I właśnie o tym jest ta książka.

Doba ma „tylko” 24 godziny. Zakładając, że 8 godzin każdego dnia spędzamy w pracy, drugie tyle przeznaczamy na sen i regenerację. Do tego należy odjąć – powiedzmy – dwie kolejne godziny, które spędzamy na dojazdach do i z pracy, pozostaje nam jedynie 6 godzin na załatwienie własnych spraw, hobby, relaks, itp. Któregoś dnia Sarah Knight postanowiła, że całkowicie zmieni swoje dotychczasowe życie i zostanie panią własnego czasu. Zerwie ze złymi nawykami, które ją ograniczają i wysysają energię oraz przez które traci swój czas. Zrezygnowała z dobrze płatnej pracy w korporacji i zaczęła pracować na własną rękę. Dzięki temu przestała zawracać sobie głowę rzeczami niepotrzebnymi, poświęcając czas, energię i pieniądze jedynie na rzeczy, które naprawdę ją interesowały. Efektem jej eksperymentów i zmian jest książka „Magia olewania”.

Nasz natura skonstruowana jest tak, że przejmujemy się tym, co ludzie o nas pomyślą lub powiedzą. Martwimy się rzeczami, które tak naprawdę nie są dla nas istotne, np. projektem w pracy, weselem kolegi z którym nie rozmawialiśmy od 2 lat (ale skoro nas zaprosił to przecież głupio nie pójść), tym co pomyślą inni jeśli nie pójdziemy na urodziny sąsiadki rodziców. Autorka pisze, że podstawową zasadą jest ZERO ŻALU, czyli przestać się przejmować tym, co sądzą o nas inni. Pomaga nam dostrzec, jak wiele czasu, energii i pieniędzy poświęcaliśmy na rzeczy, które właściwie nas nie obchodzą. Autorka pokazuje nam jak problematyczne mogą być sytuacje, którymi stresują się ludzie, gdy naprawdę okazują się być bezsensowne. Przy okazji można nabrać do siebie odrobiny dystansu i przestać przejmować się zdaniem innych na nasz temat.

Może nie jest to nic odkrywczego, bo każda z nas od czasu do czasu ma takie przemyślenia. Jednak „Magia olewania” pomaga nam dostrzec pewne zjawiska, zaś autorka radzi jak zacząć działać, by pozbyć się (lub ograniczyć)negatywnych myśli, ludzi, stresujące sytuacje, itp. Przyznaję, że momentami książka jest brutalna, a autorka nie owija w bawełnę. I dobrze, właśnie dzięki takiemu rozwiązaniu, mam ochotę już teraz zacząć działać. Książka napisana jest lekko, przyjemnie i dość prześmiewczo, przez to szybko się ją czyta.

Mamy tylko jedno życie i to od nas samych zależy, jak je przeżyjemy. Do nas należy wybór, czy będziemy się umartwiać i ciągle starać się zadowolić innych, niekiedy robiąc coś wbrew sobie , czy spędzimy swój czas robiąc to, co nas pasjonuje i uszczęśliwia? Dla mnie odpowiedź jest oczywista 🙂

Za książkę dziękuję:

Aleksandra Srokowska „Hiszpańska gramatyka inaczej”

Od jakiegoś czasu staram się opanować język hiszpański. Przyznam, że idzie mi to trochę opornie. Jednak pewne zagadnienia są banalnie proste, inne zaś niemożliwe do zrozumienia. Próbowałam zrozumieć gramatykę w różny sposób: korepetycje z native speakerem, rozmowy na tandemach językowych, zakup dziesiątek książek edukacyjnych, oglądanie hiszpańskojęzycznych filmów… Chociaż bardzo dużo rozumiem i potrafię pisać, to nadal mam opory z mówieniem.

Hiszpański wydaje się być banalnie prostym językiem do nauki. Zgodzę się z tym, ale tylko w pewnym stopniu. Ten, kto miał okazję rozmawiać na żywo z rodowitym Hiszpanem (a szczególnie takim z Andaluzji) wie, że zrozumienie go jest wprost niemożliwe. Ja miałam taką przyjemność niejednokrotnie 🙂 Z każdym wypowiedzianym słowem moje oczy robiły się coraz większe ze zdumienia i paniki, że nie zrozumiałam ŻADNEGO słowa, spośród 150, które padły z jego ust! Nie powinnam się tym za bardzo przejmować, bo nawet Hiszpanie z innych rejonów kraju mają problem z komunikacją z rodakami z południa 🙂 Uważam, że hiszpański jest niezwykle pięknym językiem, chociaż wraz z moją fascynacją  pojawiają się momenty załamania. Mimo wszystko zawzięcie staram się opanować kolejne etapy nauki hiszpańskiego 🙂

Oczywiście nauka języka obcego wymaga czasu i cierpliwości. Na rynku dostępnych jest miliony książkowych pozycji, które mają nam pomóc przystosować wybrany język. Jedną z nich jest  „Hiszpańska gramatyka inaczej” Aleksandry Srokowskiej. Chociaż przeczytałam kilkadziesiąt książek do nauki tego języka to przyznaję, że faktycznie napisana jest zupełnie inaczej. Podręcznik podzielony jest na 30 rozdziałów, a w każdym znajduje się wytłumaczenie danego pojęcia gramatycznego od poziomu A1 do C2. Co w tym takiego niezwykłego? Chodzi o sposób, w jaki autorka zwraca się do czytelników – banalnym, nie skomplikowanym językiem, wprost, bez żadnych zawiłości. I w tym tkwi cały sekret tej książki. Po każdym rozdziale czeka nas mała próba jak zrozumieliśmy dany materiał. Autorka przygotowała nam ćwiczenia, po 10 zdań do przetłumaczenia. Dodatkowo na końcu książki zamieściła dodatkowych 30 tekstów, które również mają na celu sprawdzenie w jakim stopniu opanowaliśmy dany materiał.

Książka jest pięknie wydana. W środku znajdziemy mnóstwo kolorowych obrazków, wiele wykresów i tabelek, które pomagają nam w prosty sposób przyswoić hiszpański. Największą zaletą są cudowne rymowane wierszyki, napisane w zabawny sposób, które sprawiają, że gramatyka języka hiszpańskiego zostanie nam w głowie na dłużej. Dzięki „Hiszpańskiej gramatyce inaczej” nauka tego języka nie będzie mnie już przerażać, co więcej wspomniane wierszyki pozwolą mi utrwalić i zapamiętać te „straszne” zagadnienia gramatyczne 🙂

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Blondynka w Urugwaju”

Są takie momenty w życiu, że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że coś powinnaś zrobić (lub nie). Nie ważne co byś nie robiła i gdzie nie była, to i tak wszystko sprowadzi cię do jednego punktu. I właśnie takiego stanu doświadczyła Beata Pawlikowska. Postanowiła wyruszyć do Urugwaju, chociaż planowała podróż w zupełnie inny zakątek świata. W najnowszej książce „Blondynka w Urugwaju” podróżniczka opisuje swoje doświadczenia związane z tym krajem.

Podróżniczka była we wszystkich krajach Ameryki Południowej, poza tym jednym – Urugwajem. Dotarła do krajów, które są mało popularne, np. Surinam czy Gujana Brytyjska, jednak zawsze jakoś nie było jej pod drodze do Urugwaju. Jak sama przyznaje, dla niej Urugwaj kojarzył się z krajem rozwiniętym i zamożnym, w którym każde dziecko w szkole dostaje własny laptop, a narodowym danie jest odmiana hamburgera.

Do Urugwaju przybyła z Argentyny, a konkretniej z Buenos Aires przypłynęła nowoczesnym, a wręcz nawet kosmicznym statkiem. Jak sama wspomina, jest to pierwszy kraj, w którym posiadanie, sprzedawanie i palenie marihuany jest w pełni legalne. Mimo tego, mało kto decyduje się na hodowlę tej rośliny czy palenie zioła, ponieważ nie potrzebują jej, żeby wprawić się w dobry nastrój. Opisuje wiele zabawnych sytuacji, które miały miejsce w Montevideo. W wyniku własnej pomyłki sądziła, że właśnie tam trafiła do najdroższej restauracji na świecie. Zaskoczona, zszokowana i zdenerwowana, nie wiedziała co zrobić, gdyż nie miała przy sobie wystarczającej ilości pieniędzy. Jak się później kazało, źle przeliczyła kurs tamtejszej waluty. Koniec końców, posiłek okazał się być w rozsądnej cenie 😊

Beata Pawlikowska najchętniej podróżuje samotnie, bez żadnego konkretnego planu i żadnych rezerwacji. Idzie tam, gdzie los i przeznaczenie zadecyduje. Tym razem nie było inaczej. Dotarła do osiedla, gdzie każdy dom ma swoje imię, a potem do Cabo Polonio – szalonej osady na końcu świata, zbudowanej na pustyni nad brzegiem oceanu. Przede wszystkim spotkała jednak na swojej drodze ludzi tak delikatnych, uprzejmych i pozytywnie nastawionych, jak nigdzie indziej na świecie. Mimo ogólnej wiedzy i pewnego merytorycznego przygotowania, Urugwaj okazał się dla niej krajem wielu niespodzianek.

O Urugwaju nie wiele wiedziałam. Chociaż interesuję się kulturą latynoamerykańską, to jakoś nigdy nie zdobyłam wystarczającej wiedzy na temat tego kraju 😊 W sumie informacje podane przez p. Beatę nie są pełnym opisem tego kraju, ale dzięki niej dowiedziałam się kilku ciekawostek. Co prawda p. Beata w dużej mierze skupia się (znowu) na zdrowym trybie życia i wartościowym odżywianiu, ale mimo wszystko książkę czytało się wspaniale. Jak już zapewne wiecie, jestem wielką fanką podróżniczych książek autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Zawsze czytam je z wielka przyjemnością, mimo, że momentami są monotematyczne 😊 „Blondynka w Urugwaju” zilustrowana jest autorskimi fotografiami oraz rysunkami Beaty Pawlikowskiej. Dodatkowo na czytelników czekają multimedialne galerie zdjęć oraz filmy wideo, które przeniosą ich prosto na ulice (i bezdroża) Ameryki Południowej. Czekam na ciąg dalszy relacji po Ameryce Południowej, a konkretniej po Paragwaju, do którego udała się w dalszą wędrówkę.

Za książkę dziękuję:

Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic. Lizbona”

Książka „Muzyka moich ulic. Lizbona” została napisana z miłości do stolicy Portugalii, w ramach podziękowania miastu, które przyjęło autora bez szczególnego entuzjazmu, ale i bez najmniejszej wrogości – jak sam o tym mówi. Marcin Kydryński to znany radiowiec, wędrowiec i fotograf. Momentami piosenkopisarz, producent płytowy, organizator koncertów i festiwali; od dwudziestu lat podróżuje po Afryce. Otrzymał odznaczenie „Ordem de Merito” od prezydenta Portugalii za promocję kultury tego kraju, a niedawno ukazało się nowe wydanie jego książki „Muzyka moich ulic. Lizbona”.

„Muzyka moich ulic. Lizbona” to książka pokazująca czytelnikom Lizbonę z jej etniczną różnorodnością, krętymi uliczkami, wielobarwnymi domami, fiestą, plażami, klubami jazzowymi i pełnymi kulinarnej rozpusty restauracjami. Lizbona ma dwa oblicza: mroczną, brudną i niebezpieczną, gdzie dilerzy narkotykowi handlują swoim towarem. Z drugiej zaś strony jest to miasto pełne kolorów, uśmiechów no i przede wszystkim muzyki słyszanej z każdego zakamarka ulic.

No bo właśnie o muzyce jest ta książka. A konkretniej o jednym gatunku muzycznym, zwanym fado. Mieszkańcy Lizbony jako jedyni na świecie potrafią odczuwać saduade, ponieważ jako jedyni mają w swoim języku słowo, które opisuje to uczucie. Bez tej rozkosznie bolesnej tęsknoty, słodkiej tortury poszukiwania sensu życia, Portugalczycy nie wyobrażają sobie życia. W zmaganiu się z losem o wsparcie prosili muzykę i poezję – tak właśnie powstał gatunek muzyczny fado. Jak mówi Kydryński, w Lizbonie każdy zakątek brzmi muzyką i uspokajającymi głosami Pedro Moutinho, Carlosa do Carmo, Camané czy Alfredo Marceneiro. Dla mnie jest to zupełnie obcy gatunek muzyczny, nigdy nie byłam w Lizbonie więc nie miałam z nim styczności. Chociaż rozumiem fascynację Kydryńskiego, czytanie o czymś, o czym nie mam pojęcia było trudne, a momentami nawet męczące. Pojawiało się dużo nieznanych mi nazwisk, a autor opisywał te osobistości w taki sposób, jakby byli jego najlepszymi przyjaciółmi.

Jak sam autor wspomina, „Muzyka moich ulic. Lizbona” nie jest ani albumem fotograficznym, ani przewodnikiem. Chociaż w książce znajduje się mnóstwo pięknych i kolorowych zdjęć zrobionych przez Marcina Kydryńskiego. Spacerując uliczkami stolicy Portugalii chwyta ulotne kadry, uwiecznia widoki inne niż te na pocztówkach, za to świetnie oddające ducha miasta i życie jego mieszkańców. W pewnym sensie jest to przewodnik, bardzo osobisty przewodnik autora, gdyż z namiętnością i czułością prowadzi czytelników przez lizbońskie uliczki i zaprasza do ulubionych knajpek, w których możemy posłuchać muzyki fado.

„Muzyka moich ulic. Lizbona” to lektura obowiązkowa dla fanów audycji Marcina Kydryńskiego, polecana miłośnikom Portugalii i wskazana wszystkim, którzy w dzisiejszych czasach zapominają o tym, że czasem warto się zatrzymać i zachwycić czymś. Autor ujmuje poczuciem humoru, wrażliwością i zdolnością do wyłapywania szczegółów, niewidocznych dla zwykłego turysty.

http://dlalejdis.pl/artykuly/muzyka_moich_ulic_lizbona_recenzja

Marie Freyssac „Sceny z życia rosyjskich milionerów”

Ciekawi Was jak wygląda życie rosyjskich oligarchów od wewnątrz? Marie Freyssac przez chwilę znalazła się w oszałamiającym świecie luksusu i specyficznej izolacji, o którym postanowiła opowiedzieć w swojej książce.

Marie Freyssac to francuska dziennikarka i politolożka, która zdobyła posadę guwernantki u rosyjskich miliarderów, których dwójką dzieci opiekowała się przez trzy dni w tygodniu, zarabiając przy tym pensję dyrektora średniej firmy. W ciągu tych trzech dni, po pół godziny miała nauczać Lizę i Aloszę manier, języka francuskiego oraz spełniać wszystkie ich zachcianki, żeby mogły być w pełni szczęśliwe. Marie miała dużo szczęścia, gdyż trafiła do normalnej rodziny, która nie dramatyzowała i nie dała się omamić ogromnym majątkiem. Kim byli jej pracodawcy? To rodzina Sokołowów – około pięćdziesięcioletni Artiom, przedsiębiorca oraz trzydziestoletnia Nastia, która jest ozdobą męża i organizatorką życia rodzinnego. Mają dwoje dzieci: czteroletniego Aloszę oraz siedmioletnią Lizę. Mieszkają na podmoskiewskiej Rublówce, prowadzą wystawne życie i są nieprzyzwoicie bogaci, ale z drugiej strony również bardzo hojni. Za swoją pracę Marie otrzymywała  5000 euro oraz „dodatki”: wynajęte mieszkanie, podróże prywatnym samolotem, luksusowe hotele, wykwintne wina, wakacje w słonecznych stronach, celebryci.

Jak na prawdziwych oligarchów przystało, Sokołowie żyją jak królowie. Kawior na śniadanie za 200 euro, podróże prywatnym samolotem czy wakacje na własnym jachcie – za całą pewnością czerpią z życia pełnymi garściami. Przyjęcie urodzinowe Lizy przypominające wystawne wesele, Nowy Rok świętowany podczas rejsu z widokiem na podświetloną wieżę Eiffla czy nauka gry golfa na jachcie. Również nie szczędzą luksusów swoim pociechom, gdyż rozpieszczają ich do granic możliwości. Alosza i Liza mają wszystko począwszy od zabawek, poprzez najnowsze zdobycze technologiczne po odzież, buty i dodatki od znanych projektantów. Wystarczy, ze wskażą jakąś rzecz palcem, ta już jest ich. Wydawać by się mogło, że ich jedynym problemem jest nowszy model jachtu czy samochodu, który ostatnio kupił sąsiad. Pomimo swoich miliardów na koncie, Sokołowie są bardzo religijni i bogobojni. Kupując nowy apartament czy jacht, muszą go koniecznie poświęcić. W związku z tym gotowi są ściągnąć prawosławnych kapłanów, by tylko odprawili mszę nad ich najnowszą willą kupioną we Francji. Poza tym głęboko wierzą w moc słowiańskiej duszy i bez skrępowania folgują własnej naturze.

Alosza i Liza żyją pod kloszem, spod którego rodzice nie pozwolą im nigdy wyjść. Poza tym, że są rozpieszczani przez rodziców na każdym kroku, trzy zatrudnione guwernantki mają za zadanie nauczyć nie tylko języka, alei ich dobrych manier. Wychowywanie dzieci w Rosji różni się nieco od tego europejskiego. Potomków kształtuje się i traktuje zależnie od płci. Dziewczynka ma się bawić lalkami, dbać o wygląd i zajmować się modą. Z kolei małych chłopców od początku uczy się, że mają być mężczyznami z krwi i kości. Dlatego też kiedy Alosza kilkukrotnie okazał zainteresowanie zabawkami przeznaczonymi dla dziewczynek, rodzice o mało co nie zeszli na zawał. Według rosyjskich oligarchów, koniecznością jest przyjście w odwiedziny z prezentem dla dzieci, oczywiście nieprzyzwoicie drogim i wyszukanym prezentem. Dlatego kiedy pewnego dnia matka chrzestna Aloszy, a siostra Artioma przybyła z wizytą z pustymi rękoma, przez co o mało co nie doszło do rozłamu w rodzinie Sokołowów. Zabawna też była sytuacja, kiedy mały Alosza „zachorował”. Chłopiec miał podniesioną temperaturę do 37,7 stopni, ale dla rodziny był to kataklizm. Kwarantanna, zakaz kąpieli i odwiedziny w ochronnych maseczkach czy całodobowa opieka prywatnego lekarza dla zwykłych ludzi jest po prostu śmieszna.

Marie Freyssac w zabawny, ale również ironiczny i błyskotliwy sposób ukazuje życie rosyjskich miliarderów. „Sceny z życia rosyjskich milionerów” jest zabawną opowieścią o perypetiach rodziny Sokołowów. Książkę czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Dużo pozytywnej dawki dobrego humoru.

 

Za książkę dziękuję:

Marek Fiedler „Mała wielka Wyspa Wielkanocna”

Od stuleci ta mała, niepozorna polinezyjska wyspa wzbudza zainteresowanie wielu podróżników. Wyspa Wielkanocna zdobyła światową sławę za sprawą niesamowitych posągów moai.

Stworzenie figury przeciętnej wielkości zajmowało około 12 miesięcy i wymagało ogromnego nakładu pracy. Wyspa Wielkanocna to zakątek o dramatycznej i fascynującej historii, a także miejsce kryjące wiele niezwykłych tajemnic. W poszukiwaniu rozwiązania jednej z najbardziej intrygujących zagadek świata wyruszył Marek Fiedler w towarzystwie swojego syna Marka Oliwiera.

O tym by polecieć na Rapa Nui, jedną z najbardziej samotnych wysp na świecie, Marek Fiedler marzył od lat. Autor książki „Mała wielka Wyspa Wielkanocna” chciał przede wszystkim zobaczyć słynne posągi moai, których na wyspie znajduje się aż 887. Niektóre mają ponad 6 metrów wysokości i ważą kilkadziesiąt ton, a największy z nich, o imieniu Paro, mierzy prawie 10 metrów wysokości i waży blisko 90 ton! Stworzenie takiej figury zajmowało około roku. Dlaczego więc Rapanujczycy porwali się na coś takiego? Czy próbowali w ten sposób unieśmiertelnić swoich wielkich przodków, pokonać śmierć? Jak to jest możliwe, że mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej później wszystkie te posągi obalili i porzucili, skoro kosztowały ich tak wiele wysiłku? Czy pozaziemskie istoty z Kosmosu miały w tym swój udział?

Odpowiedzi na wszystkie te pytania starał się rozwikłać Marek Fiedler w swojej książce „Mała wielka Wyspa Wielkanocna”. W związku z tym autor momentami wcielał się w wiele ról: psychologa, antropologa, przyrodnika, detektywa oraz historyka. Razem z synem przybliżają nam dzieje Rapa Nui, m.in. moment odkrycia jej przez Holendrów w niedzielę wielkanocną 1722 roku czy „wizytę” najsłynniejszego żeglarza XVIII wieku Jamesa Cooka. Jak się okazuje, historia Wyspy Wielkanocnej jest smutna. Przez stulecia ta mała i – wydawać by się mogło – nic nieznacząca polinezyjska wysepka była okupowana przez wiele narodów. Została totalnie zdewastowana i prawie zepchnięta na margines. A wszystko przez dobroć i otwartość ówczesnych mieszkańców. Znakomitym uzupełnieniem są barwne, autorskie zdjęcia, które przenoszą czytelników na Wyspę Wielkanocną.

Przez większość lektury jest to polemika między ojcem a synem i muszę przyznać, że momentami nawet nudna. Panowie przybyli na drugi koniec świata, a mam wrażenie, że tylko po to, aby popatrzeć sobie na posągi i rozmawiać „co by było gdyby…”. Momentami było to bardzo męczące i irytujące. Osobiście książka nie urzekła mnie tak bardzo, jak przypuszczałam na początku. Nie mniej jednak warto ja przeczytać. Szczególnie polecam osobom, które interesują się nie tylko dalekimi podróżami, ale także tamtejszą kulturą.

http://dlalejdis.pl/artykuly/mala_wielka_wyspa_wielkanocna_recenzja