Tony Kososki „Widzieć więcej”

Nie ma nic piękniejszego, niż widzieć, jak spełniają się nasze marzenia, sama doskonale coś o tym wiem. A to, że podróże kształcą nie trzeba nikomu specjalnie mówić.

„Widzieć więcej” jest kontynuacją reportażu „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”. Tym razem Tony Kososki zabiera nas w fascynującą podróż pełną zaskakujących i niecodziennych wydarzeń przez Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę.

Tony Kososki, a właściwie Przemysław Śleziak, to 24-letni student pochodzący z Gdańska. Pewnego dna postanowił spełnić swoje marzenie, tym samym udowodniając, że jak się czegoś bardzo chce, to nic nie może nas powstrzymać przed dokonaniem tego. Przez 471 dni zwiedził ponad 28.000 kilometrów, odwiedził kilka krajów Ameryki Południowej. Gdyby tego było mało, podróżował samotnie mając w kieszeni kilka dodlarów na przetrwanie, zaś jego transport stanowił autostop. Tym samym udowodnił, że niemożliwe nie istnieje. Wystarczy tylko bardzo chcieć spełnić swoje marzenie. Na swojej drodze spotka, między innymi, skorumpowanych policjantów na ekwadorskiej granicy, siedemnastoletnich strażaków oferujących działkę kolumbijskiej kokainy czy wenezuelskich zwolenników i przeciwników Hugo Chaveza. Będzie brał udział w walkach kogutów, spróbuje lokalnej kuchni i zabierze nas do miasta kokainowego dyktatora, Pablo Escobara.

Czytając reportaże podróżnicze po mojej ukochanej Ameryce Południowej różnych autorów, zawsze się zastanawiam, czy faktycznie tam jest tak bezpiecznie i ludzie są życzliwi. Co prawda Tony opisuje, że raz go okradli, a innym razem spędził noc w wenezuelskim więzieniu, to tak naprawdę nic groźnego mu się nie stało. A przecież Wenezuela jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata, a samotnie podróżującemu „gringo” grozi wiele niebezpieczeństw! Jednak nie jemu. On uważa, że Wenezuela jest pięknym i cudownym krajem z fantastycznymi ludźmi. Bardzo miło, że tak uważa. Zastanawia mnie to, czy faktycznie jest tam tak miło i przyjemnie, czy po prostu autorzy nie opisują jakiś przykrych sytuacji, które miały tam miejsce, by nie odstraszyć potencjalnych turystów…

Nie jestem zwolenniczką tego typu podróżowania. Oczywiście pięknie jest spełniać własne marzenia i realizować cele, ale nie kosztem innych osób. Super się czyta, jak ktoś przemierza świat z kilkoma dolarami w kieszeni, udowadniając tym samym, że wcale nie trzeba mieć góry pieniędzy, żeby podróżować po egzotycznych zakątkach naszego globu. Ba! Nawet można na tym całkiem nieźle zarobić! Ameryka Południowa jest biednym kontynentem, ludzie robią wiele, żeby przetrwać. Oczywiście, że są oni gościnni i życzliwi, zaproszą do swojego domu, nakarmią i dadzą schronienie na noc. Jednak przez to, że poczęstują obiadem obcą osobę, następnego dnia sami mogą nie zjeść obiadu, bo oddali swoją porcję swojemu gościowi. Poza tym głupio by mi było przyjmować pieniądze od kogoś, kto tak naprawdę bardziej od nas ich potrzebuje. No, ale to kwestia własnego sumienia. Ja wolę najpierw zapracować i uzbierać, a potem ruszyć w nieznane mi rejony.

Nie mniej jednak, świetnie się czyta relację Tony’ego po kolejnych krajach Ameryki Południowej. Młody chłopak zaraża czytelnika swoim entuzjazmem, zapałem i pozytywną energią, że aż sama mam ochotę spakować plecak i wyruszyć w nieznane. Tak jak i „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”, również „Widzieć więcej” przeczytałam za jednym zamachem, z zapartym tchem. Tony świetnie potrafi uchwycić moment, przelewając emocje na papier w zabawny sposób. Czekam na kolejne wciągające i pełne emocjonalnych przygód reportaże młodego podróżnika.

Tutaj możecie przeczytać recenzję książki „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”: https://kobiecaintuicja.wordpress.com/2016/07/05/tony-kososki-nie-kazdy-brazylijczyk-tanczy-sambe/

Za książkę dziękuję:

A. Rook „A miało być tak pięknie”

Chcecie poznać przygody o polskiej Bridget Jones? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, koniecznie sięgnijcie po książkę „A miało być tak pięknie” autorstwa A. Rook.

„Fortuna kołem się toczy” – mówi stare porzekadło. Raz los potrafi dać przysłowiową mannę z nieba, a innym razem zabiera nam dosłownie wszystko. Tak właśnie dzieje się w życiu Anny, bohaterki powieści „A miało być tak pięknie”. Anna to kobieta, która postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie w kraju i dosłownie jak najdalej, zostawiając za sobą wszystkie problemy i niepowodzenia. W akcie desperacji wyjeżdża więc za granicę, mając nadzieję, że czeka ją tam wymarzona praca i spełnienie najskrytszych marzeń. Problem w tym, że gdziekolwiek by nie była, przyciąga do siebie same problemy, jeszcze większe niż poprzednie. Jak to mówią: z deszczu pod rynnę.

Na obczyźnie nie jest łatwo. Na początku trudno jej znaleźć pracę, a pieniądze szybko się kończą. Gdy już znajduje pierwszego pracodawcę, okazuje się otaczają ją same dziwne i podejrzane osobistości, które są na bakier z prawem. Niestety Anna nie ma szczęścia i często zmuszona jest zmieniać pracodawców i przeprowadzać się. Bardzo często musiała podejmować się prac, przez które jej godność znacznie ucierpiała. Kilka razy musiała dosłownie uciekać, nawet w środku nocy. Na szczęście za każdym razem z tarapatów wyciągał ją poczciwy Bob, do którego miała pełne zaufanie. Zła passa sprawia, że bohaterka między innymi wplątuje się w znajomość z narkotykową baronową i trafia nawet przez to do więzienia. Na samym końcu wydawać by się mogło, że wreszcie jej los się odmienił i w końcu znalazła swojego księcia z bajki, jednak zakończenie jest bardzo zaskakujące.

Pomimo życiowego pecha, Anna jest bardzo sympatyczną bohaterką. Polubiłam ją od samego początku. „A miało być tak pięknie” porusza dość trudny temat (zwłaszcza dla Polaków) emigracji i życia na obczyźnie. Co prawda autorka nie mówi wprost o który kraj chodzi, ale wspomina coś o rodzinie królewskiej, więc możemy się domyślić, o którym państwie jest mowa. Ucieczka przed problemami i długami oraz rozpoczynanie nowego życia w obcej rzeczywistości jest cholernie trudne. Tym bardziej trudne, jeśli jest się zdana tylko na siebie i w obcym miejscu, które nie wydaje się być przyjaźnie nastawione na nowych przybyszy.

Tak naprawdę „A miało być tak pięknie” jest o niepowodzeniach i pechowych sytuacjach w życiu bohaterki, ale język i sposób, w jakim autorka opisuje te szalone i niebezpieczne przygody sprawia, że zamiast ubolewać nad ciężkim losem Anny, śmiejemy się z nich do rozpuku. Książkę czytałam z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy, mimo tragi-komicznego przesłania. Polecam i czekam na dalsze opowieści Anny, gdyż zakończenie sugeruje, że coś więcej wydarzy się w życiu bohaterki.

Za książkę dziękuję:

Aleksandra Lisewska „Wyklęte Imperium. Irańskie opowieści”

Jeszcze do niedawna pomysł wjazdu do Iranu spotykał się z wielkim zdumieniem. Kraj przez lata potępiany powoli wraca na polityczne i przede wszystkim podróżnicze salony świata. Aleksandra Lisewska opisuje skarby dawnej Persji, życie codziennie w kraju wyznaniowym i przybliża nam „zakazany owoc” Azji.

Iran nie cieszy się dobrą opinią i prestiżem na świecie – radykalny islam i broń jądrowa – to tylko kilka przykładów, które odstraszają. Mimo to, coraz więcej osób (również wielu moich znajomych) decyduje się na podróż do tego kraju. Co Iran ma w sobie takiego, że przyciąga turystów niczym magnes?

Podróż po Iranie ma wiele wymiarów i odcieni. Stojąc przy elamickim zikkuracie sprzed trzech tysięcy lat, niewątpliwie dotyka się najdawniejszej historii. Podobnie w starożytnym Persepolis – zachowały się tam pozostałości po potędze wielkiego imperium, a także ślady niemalże zapomnianego zoroastryzmu, wyznawanego niegdyś przez jego mieszkańców. Wnętrza meczetów, ich fasady, minarety i kopuły obłożone są barwną majoliką. Kobalt miesza się z turkusem i szafranem. Geometryczne wzory przeplatają się z motywami roślinnymi. Architektura islamu, z charakterystyczną dla siebie pełnią barw i kształtów, to niepowtarzalne zjawisko i uczta dla oczu.

To prawda, gdyż cała książka Aleksandry Lisewskiej jest wprost „ociekająca” przepięknymi, kolorowymi fotografiami. Jakoś nigdy nie myślałam o wycieczce do Iranu, to przyznaję, że jej zdjęcia bardzo przekonały mnie do rozmyślań nad podróżą do tego azjatyckiego państwa. Kto wie, może w przyszłym roku i ja tam zawitam?

Dla mnie Iran jest zbyt konserwatywnym państwem. Podzielam także opinię autorki, że kobiety praktycznie nie mają tam żadnych praw. Aleksandra Liszewska pisze, że na tle cudownej i kolorowej architektury, ogromny kontrast stanowią kobiety – od stóp do głów okryte czernią, czego doskonałym przykładem jest okładka książki. Poza tym fakt, że nawet turystki muszą zakrywać swoje ciało i ubierać abaje na głowę mówi sam za siebie.

Iran, pomimo swego wyznaniowego charakteru, jest krajem przyjaznym i, co najważniejsze, bezpiecznym. Irańczycy to niezwykle życzliwi ludzie. Każdego przybysza zachęcają do rozmowy i zapraszają na poczęstunek do swoich domów. Mimo że na gruncie obyczajowym dzieli nas rzeczywiście wiele, można na nich liczyć w trudnych sytuacjach i mieć pewność, że nikogo nie zostawią w potrzebie. Chociaż w żadnym wypadku nie można bagatelizować obowiązujących w kraju ograniczeń oraz publicznie łamać społecznych zasad, władza potrafi przymknąć oczy na wiele rzeczy i toleruje niektóre „grzeszki” swoich obywateli.

„Wyklęte Imperium. Irańskie opowieści” to świetna lektura, z którą warto zapoznać się przed podróżą do tego kraju. Jest to pewna skarbnica wiedzy na temat kultury, obyczajów, architektury czy kuchni Iranu. Nawet jeśli ktoś w najbliższym czasie nie planuje podróży do Iranu, to także polecam lekturę tej książki, warto pogłębiać swoją wiedzę i poszerzać horyzonty.

Za książkę dziękuję:

Maciej Bernatowicz „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”

Wydawać by się mogło, że o Hiszpanii wiem (prawie) wszystko. A już na pewno sama mogłabym napisać tego typu książkę. Życie lubi zaskakiwać i jak się okazuje, jednak nie wiem (prawie) wszystkiego o tym cudownym śródziemnomorskim kraju.

Moi znajomi wiedzą, że mam lekką obsesję na punkcie Hiszpanii. Jestem totalnie zakochana w tym kraju, traktuję go jak moją drugą ojczyznę. Byłam tam czterokrotnie, a kolejne dwa wyjazdy w tym roku mam już zaplanowane. Nie będę również ukrywać, że kiedyś, w bliskiej przyszłości, chciałabym tam zamieszkać. Dlatego też kiedy książka „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”, pochłonęłam ją niemal od razu. Publikacja jest tym bardziej wiarygodna, gdyż autor spędził w Hiszpanii 9 lat.

Z czym kojarzy się Hiszpania? Flamenco, corrida, piłka nożna, sangria, tapas, sjesta i jedna wielka fiesta. I właśnie między innymi o wszystkim tym pisze obszernie autor. Przeprowadza nas przez hiszpańską historię, ale robi to w sposób łagodny nie zasypując nas niepotrzebnymi datami i nazwiskami. Poza tym, porusza szereg szalenie ważnych tematów, jak np. dążenie Katalończyków do uzyskania niepodległości, a przy okazji obnaża ich (niemalże pogardliwy) stosunek względem innych Hiszpanów. Wspomina także o Baskach i bojówce terrorystycznej ETA. Opisuje odwieczny konflikt pomiędzy dwoma największymi drużynami piłkarskimi: Real Madryt i FC Barceloną. Pisze, że Madryt jest najbardziej zieloną europejską stolicą i na jednego mieszkańca „przypada” po kilka drzew. Wspomina o latach kryzysu 2005-2011, o genezie i jego katastrofalnych skutkach. Tłumaczy, dlaczego Hiszpanie nie potrafią się komunikować w innych językach obcych. Opowiada o fenomenie, jakim jest sjesta.  Rozpisuje się o fiestach, które organizowane są niemal każdego dnia, w różnych częściach Hiszpanii.

„Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko” nie jest żadnym przewodnikiem. Jest to raczej swoiste kompendium wiedzy na temat tego cudownego kraju. Znajdziemy tam nie tylko zarys hiszpańskiej historii, czy opis tamtejszych obyczajów, ale także pojawiają się absurdy, które nie mieszczą się w głowie przeciętnemu Polakowi, chociażby codzienna sjesta. To także błyskotliwy wgląd w to, co współcześni Hiszpanie myślą o swojej historii i tożsamości, co wywołuje w nich radość, a czego się obawiają. Maciej Bernatowicz przybliża czytelnikowi ich tradycje, postawy życiowe, bieżące wyzwania, z którymi przyszło im się zmagać, ale także niewątpliwe sukcesy, które już odnieśli. Poza obszernymi opisami, znajdziemy tam również kolorowe zdjęcia, które doskonale obrazują to, o czym napisał Maciej Bernatowicz.

Autorska relacja pozwala dostrzec różnorodność, niekiedy graniczącą z wewnętrzną sprzecznością, która wypełnia ten iberyjski kraj. Z  jednej strony porusza kwestię muzułmańskiej historii półwyspu, niepodległościowych dążeń Basków oraz Katalończyków, czy pozycji państwa we współczesnych realiach globalizacji, z drugiej zaś – zjawiska potęgi piłki nożnej i fenomenu fiest. Dzięki niepowtarzalnej mozaice tematów powstał reportaż wszechstronny. Jako miłośniczka Hiszpanii i wszystkiego, co dotyczy tego kraju, serdecznie polecam książkę Macieja Bernatowicza.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Niezbędnik podróżnika”

Beata Pawlikowska nie próżnuje. Co chwilę wydaje nowe książki, a to podróżnicze,  motywacyjne, poradniki czy kursy do nauki języków. Osobiście bardzo mnie to cieszy, gdyż jestem wielką fanką książek Beaty Pawlikowskiej.

Tym razem na rynku wydawniczym ukazał się „Niezbędnik podróżnika”. Nie jest to typowa pozycja, którą oferuje nam pani Beata. Dlaczego? Ponieważ w środku, poza praktycznymi radami od podróżniczki, znajduje się notatnik, na własne zapiski i przemyślenia. Strony podzielone są na kilka kategorii, np. wydatki czy właśnie przemyślenia. Idealne w sam raz na swoją wymarzoną podróż.

W środku znajdziemy szereg szalenie istotnych porad, które powinna znać każda szanująca się podróżniczka. Poza kalendarium naszej wyprawy, autorka radzi co zrobić, gdy znajdziemy się w nietypowych i niebezpiecznych sytuacjach, np. co zrobić jeżeli zostaniemy ugryzione przez węża czy skorpiona, albo jak skutecznie odstraszyć owady. Podróżniczka pisze również o tym, jak podróżować bezpiecznie i zdrowo. Jako doświadczona podróżniczka, pani Beata podaje zasady zachowania się w różnych kulturach np. muzułmańskiej czy buddyjskiej, co nie dla każdego jest takie oczywiste jakby mogło się wydawać. Obok tych wszystkich porad, znajdziemy listę ekwipunku, w zależności dokąd wyruszamy, czy w góry czy do dżungli. Nie zabrakło również słynnych, motywujących rysuneczków autorstwa podróżniczki.

Niezależnie od tego, czy wybieramy się na Słowację, czy do Nepalu, należy szanować każdą kulturę. Według Beaty Pawlikowskiej powinnyśmy się dostosować i absolutnie nie krytykować czy próbować podporządkować ją sobie! Każda kultura jest wyjątkowa i rządzi się swoimi prawami, nawet jeżeli czasami jej nie potrafimy zrozumieć. Za każdym razem pisarka podkreśla to w swoich publikacjach, z czym całkowicie się zgadzam.

Z całą pewnością spakuję „Niezbędnik podróżnika” do swojej walizki, gdy będę się wybierać w swoją wymarzoną podróż, czyli do Ameryki Południowej. Na razie jednak jeszcze nie czas na spełnienie tego marzenia, po drodze mam do realizacji kilka innych, mniejszych podróżniczych marzeń 😊 Dlatego też „Niezbędnik podróżnika” musi jeszcze cierpliwie zaczekać na półce. Mimo wszystko warto nabyć ten egzemplarz i mieć go w trakcie swojej wyprawy marzeń.

Za książkę dziękuję:

Emma Straub „Współcześni kochankowie”

To zabawna opowieść o przyjaźni Zoe, Elizabeth i Andrew, która zaczęła się od wspólnych szaleństw lat studenckich. Po kilkudziesięciu latach, gdy dobiegają do pięćdziesiątki, zdali sobie sprawę, że dorosłość dopiero ich dopadła…

Emma Straub jest autorką książek, które znalazły się na liście bestsellerów „New York Timesa”. W Polsce została wydana jedna z nich „Lato na Majorce”. Od lat mieszka w Nowym Jorku. Na co dzień należy do zespołu redakcyjnego „Rookie”, gdzie publikuje teksty literackie i nieliterackie na łamach różnych czasopism.

Elizabeth, Andrew i Zoe od czasów studenckich przez lata wspólnie przeżywali swoje życiowe rozterki, wzloty i upadki. Teraz zbliżają się do pięćdziesiątki, mieszkają w centrum Brooklynu i z przerażeniem odkrywają, że ich dzieci właśnie zaczęły ze sobą sypiać. Jednak czas upływa, a rzeczywistość wieku średniego spada jak grom z jasnego nieba. Kryzys wieku średniego odczują nie tylko sami bohaterowie, ale również ich rodzina i przyjaciele. Co więcej, ich wspólna przeszłość powraca do nich, niczym bumerang, z większymi emocjami. Wydawać by się mogło, że zapewni im świetlaną przyszłość. Jednak prawda jest taka, że komplikuje ich teraźniejszość.

„Współcześni kochankowie” to niezwykle dowcipna opowieść o ekscytującym uroku młodości, piorunującym zaskoczeniu rzeczywistością wieku średniego i o tym, że zamiłowania – do gotowania, muzyki czy pielęgnowania przyjaźni – nigdy nie przemijają, przeciwnie, z biegiem lat ewoluują i dają coraz lepsze owoce.

Sięgając po książkę spodziewałam się czegoś niecodziennego i niebanalnego. Tytuł „Współcześni kochankowie” w końcu zobowiązuje. Przyznam, że rozczarowałam się nieco. Autorka opisuje trzy wątki: kochającego i szanującego się małżeństwa, rozpadającego się związku homoseksualnej pary oraz zakazanej młodzieńczej miłości. Każda osoba spośród tych par jest zupełnym przeciwieństwie tej drugiej. Wydaje się to szalenie ciekawe, ale tak naprawdę czasami nudzi. Chociaż muszę przyznać, że książkę czyta się lekko i przyjemnie, a czasami nawet rozbawi. Nie zmusza jednak czytelnika do zbytniego wysiłku umysłowego. Niemniej jednak „Współcześni kochankowie” to lektura idealna na gorące, leniwe letnie popołudnia.

http://dlalejdis.pl/artykuly/wspolczesni_kochankowie_recenzja

Cecily Wong „Diamentowa góra”

Egzotyczna i liryczna opowieść, która w zaskakujący sposób odsłania prawdę dotyczącą okrutnej klątwy i tajemnicy sprzed lat. „Diamentowa góra” to debiutancka książka Cecily Wong. Wcześniej autorka publikowała swoje artykuły m.in. w The Wall Street Journal, The LA Reviews of Books, Self Magazine czy Bustle. Obecnie mieszka w Nowym Jorku i tam też rozwija swoją pasję, jaką jest pisarstwo.

Jest to historia pewnej chińskiej sagi rodzinnej, opowiedziana z perspektywy trzech pokoleń kobiet. Na początku XX wieku zamożny klan Leongów opuszcza kraj i wyrusza na Hawaje w poszukiwaniu lepszego życia. Udaje im się uniknąć oblężenia przez japońskie władze, ale starożytna klątwa nie wypuszcza ich ze swoich szponów, podążając z nimi przez ocean. Według legendy, każdy człowiek przypisany jest jednej osobie na świecie. Czerwona nić w niewytłumaczalny, magiczny sposób łączy dwie połówki, niewidzialnie zaciskając pętlę na ich sercach. Jeżeli ktoś wybierze inaczej i będzie chciał odmienić swoje przeznaczenie, marny bowiem jego los.

Jednak rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. Pochodząca z biednej rodziny Amy musi wyrzec się silnego uczucia na rzecz małżeństwa z Bohaiem Leongiem, które ma zapewnić jej życie na odpowiednim poziomie. Ślub pociąga za sobą serię niefortunnych i owianych tajemnicą zdarzeń – upiorne morderstwa i różne formy obłędu. Dwadzieścia lat później, młodziutka i ciężarna Theresa, córka Amy jest jedyną osobą, która może ocalić honor klanu Leongów. Jednak wszystko komplikuje spóźniony o 20 lat list, który trafia do jej rąk w dziwnych okolicznościach.

Debiutancka powieść Cecily Wong jest książką wielowątkową. Można rzec, że to piękna baśń dla dorosłych, w której legendy, mity i przeznaczenie prześcigają się wzajemnie. Jest też historia kobiet, w której poznajemy życie, troski oraz dylematy. Autorka zabiera nas w podróż w czasie od końca XIX wieku, aż po lata 60-te ubiegłego wieku. „Diamentowa góra” to nie tylko powieść, to również znakomicie ukazana chińska kultura, obrzędy, wierzenia, tradycje oraz kuchnia. Z kolei całość tworzy egzotyczną mieszankę, którą czyta się z zapartym tchem. Jest to znakomita lektura nie tylko dla osób lubiących powieści obyczajowe, ale także dla tych interesujących się chińską kulturą.

Widać tutaj ogromną inspirację powieściami Lisy See, która także w swoich książkach odnosi się do chińskiego pochodzenia. Również opisuje dzieje chińskich kobiet, żyjących na przestrzeni wieków. Jako wielka fanka Lisy, mogę powiedzieć, że Cecily Wong nie może równać się ze swoim znakomitym pierwowzorem, chociaż „Diamentowa góra” jest udanym debiutem, który zaostrzył mój apetyt na więcej.

 

http://dlalejdis.pl/artykuly/diamentowa_gora_recenzja