Paweł Zgrzebnicki „Tam, gdzie kończy się świat”

„Nie oceniaj książki po okładce” – głosi stare porzekadło. Zazwyczaj tego nie robię, jednak w tym przypadku było nieco inaczej. Nie za bardzo interesowałam się Papuą-Nową Gwineą oraz tym, nie za bardzo nawet wiedziałam, gdzie znajduje się ten kraj. Przyznaję szczerze, że do lektury tej książki zachęciła mnie właśnie okładka. Zahipnotyzowała mnie od pierwszego wejrzenia.

Mało kto wie, gdzie znajduje się państwo o nazwie Papua-Nowa Gwinea. Przeciętny człowiek posiada niewielką wiedzę dotyczącą tego egzotycznego kraju, umiejscowionego gdzieś w Oceanii. Dlatego też cieszę się, że Paweł Zgrzebnicki napisał tę książkę, w oparciu o własne doświadczenia związane z tym państwem. Autor reportażu opisuje swoją miesięczną podróż po jednym z najmniej przyjaznych podróżnikom krajów. Paweł Zgrzebnicki to podróżnik, fotograf oraz organizator licznych wypraw. Swoje doświadczenie zebrał na wielu wyprawach do niemal siedemdziesięciu krajów świata.

Paweł Zgrzebnicki zabiera czytelnika w niecodzienną podróż na tereny, wciąż określane jako dziewicze i dzikie. Mówi się, że są jednym z ostatnich miejsc na Ziemi, gdzie zachowały się jeszcze pierwotne społeczności ludzi, żyjące na sposób diametralnie różny od naszego. To tereny gdzie nie wdarła się jeszcze cywilizacja. Śledzimy jego podróż od momentu wylotu z Krakowa, przez miesięczną wyprawę po Papui, aż do samego powrotu do ojczyzny. Jego reportaż zawiera wiele informacji o kulturze, zwyczajach i codziennym życiu mieszkańców ziem popularnie nazywanych Melanezją. Autor nie pozostaje jednak na powierzchni, ale dociera głębiej, do miejsc, informacji i ludzi gdzie przeciętny podróżnik obawiałby się wyruszyć. Dzięki niemu możemy przeczytać o tajemniczych plemionach Asaro i Simbu, o ich jeszcze bardziej tajemniczych rytuałach i wierzeniach, które nie tylko ciekawią, ale czasem nawet przerażają. Autor narażając się na niebezpieczeństwo dociera do mieszkańców ziem ukrytych przed oczami turystów.

Czegoś mi jednak brakowało, a mianowicie kolorowych zdjęć z tej egzotycznej wyprawy. Co prawda zamiast tego pojawiają się czarno-białe rysunki różnych miejsc i postaci, ale nie niestety nie oddają one tej „prawdziwości” i naturalności, co fotografie. Trochę jestem zawiedziona, bo zdjęcie okładkowe zaostrzyło mi apetyt na więcej takich „perełek”.

Jak wspomniałam wcześniej, nigdy jakoś nie interesowałam się egzotycznymi kulturami, które zamieszkują tereny odległej Oceanii. Cieszę się jednak, że sięgnęłam po książkę „Tam, gdzie kończy się świat”, bo dowiedziałam się szalenie ciekawych informacji. Warto poszerzać swoje horyzonty i otwierać się na świat, który jak się okazuje – nie do końca jest jeszcze dokładnie odkryty, a tym bardziej zrozumiany. Polecam relację z podróży Pawła Zgrzebnickiego – to doskonała lektura dla każdego podróżnika.

Za książkę dziękuję:

Patrycja Dolecka „Trufla. Same dobre rzeczy”

Nie będę ukrywać, że uwielbiam jeść. Jestem ogromnym głodomorem, łasuchem czy innym żarłokiem:)  Zatracam się nie tylko delektując się smakiem potraw, ale także napajam się ich wyglądem. Dlatego też kiedy książka „Trufla. Same dobre rzeczy” Patrycji Doleckiej trafiła w moje ręce, nie posiadałam się z radości.

Lubię gotować, chociaż kucharka ze mnie średnia. Podobno dobrze mi to wychodzi, ale nie mnie to oceniać 🙂 Lubię eksperymentować w kuchni, ale także chętnie wracam do sprawdzonych przepisów. Książka „Trufla. Same dobre rzeczy” jest połączeniem przepisów tradycyjnej kuchni polskiej (w nowoczesnym, bardzo atrakcyjnym ujęciu) oraz receptur na nowoczesne, zdrowe dania kuchni międzynarodowej. Czyli coś zdecydowanie dla mnie.

Patrycja Dolecka jest jedną z popularnych blogerek kulinarnych. Gotowaniem interesuje się praktycznie od zawsze, a pierwsze nauki pobierała w kuchni swoich dziadków. Kulinarna hedonistka, miłośniczka wyrafinowanej prostoty i pełnowartościowej kuchni. Uzależniona od pieczenia chleba, ciemnej czekolady i fotografowania.  Jednak książka zawiera zbiór przepisów w większości niepublikowanych wcześniej na blogu.

W środku znajdziemy szereg przepisów na znane nam przystawki, dania oraz desery, ale w nieco innym – nowym wydaniu. Patrycja pokazuje nam, jak na śniadanie przygotować letni twarożek, niedzielną jajecznicę czy ekspresowy pasztet soczewicowy. Na obiad, razem z nią przyrządzimy domowy makaron, pesto z awokado oraz pulpeciki w sosie pomidorowym. Na deser zaserwujemy razem szarlotkę owsiano-gryczaną, trufle z chili, a nawet śliwki duszone w cynamonowym maśle. Co więcej, Patrycja podpowiada jak łatwo można zrobić przetwory z dyni czy rabarbaru. Już na samą myśl ślinka mi cieknie 🙂 A piękne zdjęcia tych wszystkich potraw tylko potęgują burczenie w brzuchu 🙂

W swojej książce „Trufla. Same dobre rzeczy” w piękny sposób Patrycja Dolecka pokazuje, jak łatwo i szybko można przygotować tradycyjne dania w nowoczesnej wersji. Dodatkowo zdjęcia (również jej autorstwa) sprawiają, że od razu chce się wypróbować wszystkich przepisów naraz J Gorąco polecam książkę nie tylko tym bardziej wprawionym kucharzom, ale przede wszystkim tym, którzy dopiero zaczynają swoja przygodę z gotowaniem.

Za książkę dziękuję:

Beata i Paweł Pomykalscy „Jugosławia. Rozsypana układanka”

Ostatnimi czasy mam ogromną słabość do Bałkan, a może jednak obsesję. Sama już nie wiem. Zaczęłam czytać wszystko na temat tego wciąż tajemniczego regionu Europy. W końcu odważyłam się pojechać tam i osobiście sprawdzić, czy to faktycznie takie dzikie rejony naszego kontynentu.

Kraje znajdujące się na Półwyspie Bałkańskim cieszą się coraz większą popularnością, jak np. Chorwacja, jednak niektóre z nich wciąż pozostają nieodkryte i tajemnicze jak Albania albo mające złą sławę, tak jak Bośnia i Hercegowina. Bałkany to nie tylko zatłoczona Chorwacja czy Słowenia, która „nie przyznaje się” do bycia częścią Jugosławii. Mówi się, że to „dzika Europa”, ta mniej cywilizowana część Starego Kontynentu. Nie zgadzam się z tym w ogóle. Jest to niesłuszne spojrzenie na ten zakątek Europy. Fakt, panuje tam jeszcze bałagan, ale stopniowo wszystko zaczyna się układać. Wiem coś o tym doskonale, bo sama w tym roku eksplorowałam Bośnię i Hercegowinę oraz Macedonię. A w przyszłym roku będę kontynuować podróże po krajach bałkańskich.

Książka „Jugosławia. Rozsypana układanka” autorstwa Beaty i Pawła Pomykalskich podzielona jest na trzy części: „Zjawiska”, „Miejsca” oraz „Smaki i zapachy”. W „Zjawiskach” Pomykalscy starają się wytłumaczyć, czym tak naprawdę była Jugosławia. Z ich zapisków dowiadujemy się kim był marszałek Tito i dlaczego jego kraj działał bez większych zarzutów, mimo panującej wewnątrz mieszanki wybuchowej. Wyjaśniają, jak sobie radzą państwa powstałe po rozpadzie tego dziwnego tworu jakim była Jugosławia. Opowiadają o wojnie w Bośni, która miała miejsce dwadzieścia lat temu i Igrzyskach Olimpijskich w Sarajewie w 1984 roku. Zdradzają tajemnicę fenomenu Dubrownika po tym, jak nakręcono tam kilka odcinków „Gry o tron”.

Druga część poświęcona jest miejscom, które warto zobaczyć będąc na Bałkanach, albo wręcz przeciwnie – takie, które trzeba omijać szerokim łukiem. Poza tymi oczywistymi jak Mostar, Sarajewo Ochryda czy Belgrad, w zestawieniu Pomykalskich znalazły się m.in. Blagaj, Tetowo, Lipic, Travnik oraz Trebinje. Nie są to duże miejscowości, ale zdecydowanie warto tam zajrzeć, bo można odkryć naprawdę niezwykłe skarby. W ostatniej części dowiemy się, jak smakują i czym pachną Bałkany. Autorzy zdradzą, co warto zjeść i jakie pamiątki ze sobą przywieść. Co więcej, Pomykalscy wspominają o pewnym młodym człowieku z Sarajewa, którego sama poznałam! Niesamowite czytać o kimś, kogo się miało się okazję poznać osobiście i spędzić z tą osobą trochę czasu.

„Jugosławia. Rozsypana układanka” to nie tylko Sama książka również jest tak „skonstruowana”. Autorzy skaczą po krajach i miastach, nie skupiają się tylko na jednym miejscu. Nie opisują od razu wszystkiego np. o Serbii, tylko stopniują napięcie i nie pozwolą od razu zaspokoić ciekawości. Żeby jeszcze bardziej rozkoszować się smakiem ich słów, Pomykalscy załączyli piękne, kolorowe zdjęcia tych miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć. Albo wręcz przeciwnie – wyrzucić ze swojej podróżniczej listy marzeń i nie tracić na nie czasu.

Chcesz wiedzieć, dlaczego w sierpniu warto przyjechać do serbskiej Guczy? Chcesz zobaczyć skok w dorosłość i most, który spina nie tylko dwa brzegi? A może jesteś ciekawa, w którym mieście znajduje się symboliczna granica między kulturami? Jeśli opowiedziałaś twierdząco na te pytania, koniecznie sięgnij po reportaż „Jugosławia. Rozsypana układanka”.  To znakomita skarbnica wiedzy na temat krajów byłej Jugosławii.

Za książkę dziękuję:

Elżbieta Sęczykowska „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”

Azja Środkowa to wciąż wielka zagadka. Nieznana, pełna tajemnic, zaskakująca kontrastami, ale z drugiej strony wspaniała, jawiąca się jako miejsce odległych kultur, a jednocześnie budowanych na nowo obyczajów. Elżbieta Sęczykowska opisała swoje  doświadczenia z tamtejszymi kulturami w swojej książce „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”.

Chiny, to podróż z północy na południe, z odległej i dzikiej pustyni Takla Makan, drogami odeszłych w niebyt i zasypanych piaskami traktów jedwabnego szlaku, przez Wielki Mur i Zakazane Miasto aż do krętych wód Lijiang wijących się malowniczo między krasowymi górami prowincji Guangxi. Tam, w bajkowej scenerii, rozgrywają się spektakle połowów z kormoranami i żywioły przyrody splatają się w codzienne swoiste harmonijne współistnienie. Z kolei Tybet, to podróż do świata pełnego tajemnic, medytacji, cudów i duchów, wielkich mistrzów, spotkań z ludźmi głębokiej wiary, nomadami, pątnikami zmierzającymi do świętych miejsc i lamów żyjących w ostatnich ocalałych od zagłady klasztorach. Tam to właśnie dokonują się odwieczne misteria zwycięstwa dobra nad złem i niewyjaśnione do końca znikanie maślanych ołtarzy… Mongolia zaś,  to doświadczenie piękna i bogactwa natury, zachwyt nad spójnością istnienia ludzi i zwierząt, w którym prawa człowieka są równe prawom przyrody. Przenikają się wzajemnie i łączą, by na koniec w szamańskim seansie zjednoczyć się ze światem bogów i demonów. Być może to za sprawą ich mocy sławni przedstawiciele cywilizacji stepu zapanowali w dawnych czasach nad bez mała połową świata.

W każdym kraju Elżbieta Sęczykowska była kilkukrotnie, także nie jest to zapis jej jednej wielkiej azjatyckiej przygody. Dla mnie zdecydowanie najciekawszą częścią książki była ta o Tybecie. O Chinach posiadam nieco wiedzy, bo kiedyś się interesowałam chińską kulturą. Mongolię dopiero poznaję, bo mam w planach (w bliżej nieokreślonej przyszłości) odwiedzić ten kraj. Z kolei o wyjeździe do Tybetu nigdy nie myślałam, historią czy kulturą też się średnio interesowałam, ale teraz wiem, że niesłusznie! Jakże ten uciemiężony kraj ma wiele do zaoferowania! Zarówno pod względem kulturowym, religijnym, obyczajowym oraz przyrodniczym. Opis wszystkich rytuałów, czasami makabrycznych i całkowicie niezrozumiałych w naszym kręgu kulturowym tylko podsycał moją ciekawość. Jednak do końca jej nie zaspokoił i z pewnością sięgnę po więcej książek związanych z Tybetem. I kto wie, może kiedyś zdecyduję się na podróż do tego kraju?

Momentami lektura książki była dla mnie nużąca. Autorka zasypuje czytelnika ogromną ilością informacji na raz, które trudno jest poukładać sobie w głowie. Dobrze, że takie informacje pojawiają się w książce, ale nie przygotowała się zbyt dobrze, nie zrobiła selekcji tych informacji. Czasami miałam wrażenie, że sama nie do końca wiedziała, o czym pisze. Poza tym wyczułam, że autorka nie stara się poznać i zrozumieć tak odległą dla nas kulturę, tylko po prostu ją ocenia – i to negatywnie. Za dużo wszystkiego. Chciała dobrze, ale momentami wyszedł przesyt wszystkiego, a to przekłada się na jakość czytania. Dobrze, że autorka umieściła w środku liczne kolorowe fotografie z podróży. Dzięki temu mogłam mieć wizualizacje opisów wszystkich tych pięknych miejsc, o których pisze Elżbieta Sęczykowska. Zamysł „Tryptyku wschodniego” był jak najbardziej dobry, jednak żeby była to porywająca i ciekawa lektura, trzeba jeszcze nad nią popracować.

Elżbieta Sęczykowska „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”

Barbara Mujica „Frida”

Genialna, opętana i szalona. Ekscentryczna i dzika. Bezkompromisowa i łamiąca wszelkie konwenanse. Paliła cygara, klęła jak szewc, upijała się i czerpała z życia pełnymi garściami. Czy raczej…  zgorzkniała, narzekająca cierpiętnica, skupiona na sobie i pragnąca na siłę podtrzymać swój ekscentryczny wizerunek? Jaka naprawdę była Frida Kahlo?

Nikomu specjalnie nie trzeba przedstawiać Fridy Kahlo, a właściwie Magdaleny Carmen Fridy Kahlo y Calderón. Tworzyła głównie autoportrety, gdzie w przejmujący sposób oddawała własne cierpienie i ból – od dzieciństwa ułomna (jako dziecko ciężko chorowała na polio), jako nastolatka ciężko ranna w wypadku samochodowym, później pozostająca w trudnym i bolesnym związku z wielkim uznanym artystą malarzem – „zapisywała swoje życie” na płótnie. Pełne pasji, nasycone barwami, symboliczne obrazy Fridy są, jak ich autorka – owiane tajemnicą. I każdego roku zdobywają coraz większe rzesze wielbicieli. To właśnie jej śladami podążają rzesze wielbicieli przyjeżdżający do CasaAzul, to o niej kręci się filmy i to ona pozostaje wciąż wielką tajemniczą postacią – kwintesencją meksykańskiej sztuki i symbolem wolnej niezależnej artystki.

Narratorem całej powieści jest młodsza siostra Fridy – Cristina, która na kozetce u swojego psychiatry opowiada historię burzliwego życia jej siostry. Pomimo ogromnej miłości między nimi, w opowieści Cristiny wyraźnie czuć żal, smutek, złość, rozgoryczenie, a niekiedy nawet i nienawiść. Wszystko dlatego, że to Frida była najważniejszą osobą w ich rodzinie; to na niej od najmłodszych lat skupiona była uwaga wszystkich domowników. Choroba, wypadek, poronienia, związek z Diegiem Riverą, kontrowersyjne poglądy i wiele innych wydarzeń. To Fridę rodzice posłali do elitarnej szkoły, której czynsz był astronomicznie wysoki i cała rodzina musiała pracować by związać koniec z końcem. To ona była tą mądrzejszą, ważniejsza, mimo iż przyprawiała wszystkich o ból głowy i zawał serca. Jednak to Fridę  ojciec chciał widzieć na łożu śmierci, mimo iż Cristina opiekowała się nim przez cały czas.

Cristina cały czas podkreśla, że ogromnie kochała swoją siostrę, jednak nie miała żadnych oporów, żeby wdać się w romans z jej mężem. Wiedziała, że bardzo skrzywdziła tym Fridę, to nie mogła zakończyć intymnej znajomości z Riverą, w pewien sposób romans sprawiał jej satysfakcję, że w końcu dotkliwie zraniła Fridę. Mimo zapewnień o bezwzględnej miłości do siostry, wyraźnie da się wyczuć rozgoryczenie i zazdrość o ich wspólne życie. Frida zawsze była tą lepszą. Już za życia stała się legendą.

Jak sama autorka informuje, „Powieść Frida jest dziełem literackim. Większość przedstawionych w niej wydarzeń i postaci zrodziła się w mojej wyobraźni, choć jej ramy stanowią prawdziwe epizody z historii Meksyku i biografii Fridy Kahlo. (…) Pisząc Fridę, chciałam nie tyle udokumentować życie Fridy Kahlo, ile uchwycić istotę jej osobowości. Ciekawiło mnie zwłaszcza, jak może czuć się niepozorna siostra osoby tak wyjątkowej. Rywalizacja między Fridą a Cristiną Kahlo o względy Diega Rivery istotnie miała miejsce, a jej psychologiczne konsekwencje pozostawiają wiele pola do interpretacji. Interesowały mnie także ogólniejsze problemy stosunków międzyludzkich – a w szczególności nasza zdolność do krzywdzenia innych osób, nawet tych, które szczerze kochamy.” Dlatego też nie powinniśmy kreować w głowie wizerunku Fridy Kahlo w oparciu o tę książkę. Mimo to przyznam, że Barbara Mujica stworzyła bardzo wiarygodną powieść i gdybym nie wiedziała, że jest to fikcja, byłabym skłonna uwierzyć, że dokładnie tak wyglądało życie tej nietuzinkowej meksykańskiej malarki.

Frida

Eli Barbur, Krzysztof Urbański „Właśnie Izrael”

Jak to właściwie jest z tym Izraelem? Swoim kształtem przypomina  przecinek na mapie geograficznej świata, ale bulgocze tak głośno i tak silnie, że niebawem może wybuchnąć.

To państwo na wskroś europejskie i liberalne, sąsiadujące ze wszystkich stron z krajami arabskimi i będące z nimi w nieustającym konflikcie. Poza tym to jedyne państwo demokratyczne, które nie posiada uchwalonej konstytucji. Zagadkę tego dziwnego tworu starają się rozwikłać Eli Barbur oraz Krzysztof Urbański w książce „Właśnie Izrael. Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela”.

Jak tytuł wskazuje, książka jest zapisem rozmów pomiędzy autorami na temat różnych aspektów Izraela. Zaczynając od genezy powstania państwa, po różne zawirowania historyczne, aż po czasy współczesne, autorzy starają się rozgryźć ten kraj. Izrael to kraj samotny. Otoczony wrogo nastawionymi krajami arabskimi, z mieszkańcami wyznającymi przede wszystkim islam. Izrael to również kraj osamotniony na arenie międzynarodowej, na której każdego dnia musi udowadniać słuszność swoich działań i walczyć z negatywnym postrzeganiem na  świecie. Wreszcie Izrael to kraj kontrastów, w którym zwykłe, radosne życie miesza się z atakami terrorystycznymi.

Za sprawą Barbura i Urbańskiego, odwiedzamy więc Tel Awiw i Jerozolimę, w sumie jeden z najwrażliwszych punktów w całym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Dowiadujemy się o tym, jak ukrywano prawdę o Holocauście (wyobrażacie sobie, że obywateli Izraela powiadomiono o tragedii dopiero w latach 60?). Barbur przybliża nam istotę kibuców czy samego muru bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony, nie przytacza nam całej historii izraelskiego narodu, nie analizuje dogłębnie samego konfliktu, za to w wielu miejscach czuć jego emocje, przez co książka staje się autentyczna i bardziej wciągająca.

„Właśnie Izrael. Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela” jest zabarwioną anegdotami, żywą i przyjacielska pogawędką o współczesnym Izraelu, jego historii, kulturze i perspektywach. W trakcie lektury tej książki, wyruszymy w podróż do kraju, o którym tak wiele się słyszymy na co dzień, ale zarazem tak niewiele o nim wiemy. Nie jest to typowy przewodnik turystyczny. Obaj autorzy to dziennikarze –  jeden z Polski, drugi z Izraela – opowiadają nam o historii, o atakach, o strachu, ale także i radości. O zwykłych problemach z budownictwem czy kulturze. Poruszonych zostało wiele tematów, choć oczywiście trudno tu o dogłębną analizę sytuacji Izraela. Książka stanowi bardziej drogowskaz, dzięki któremu można obrać pewien kierunek. Ta książka to obowiązkowe uzupełnienie klasycznych przewodników.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Blondynka w Paragwaju”

Beata Pawlikowska zabiera nas w kolejną samotną i pełną niezapomnianych przygód wędrówkę po jednym z najmniej znanych krajów Ameryki Południowej – Paragwaju.

Polska podróżniczka Amerykę Południową darzy szczególnym uczuciem, co widać gołym okiem. Dzikie i nieokrzesane kraje tego kontynentu  wciąż ją fascynują. Dotarła nawet w tych mało znanych, takich jak Gujana Brytyjska czy Surinam. Nic więc dziwnego, że jej najnowsza książka odsyła właśnie na ten kontynent, a dokładnie do Paragwaju – jednego z najbardziej niezwykłych państw na świecie. Trzy powody przyciągnęły Beatę Pawlikowską ponownie nad brzeg rzeki Paragwaj, do kraju o tej samej nazwie. Była to podróż do Urugwaju, jedynego kraju w Ameryce Południowej, którego Pawlikowska wówczas jeszcze nie odwiedziła, chęć ponownego zobaczenia Iguazú, największych wodospadów świata oraz bliżej nieokreślony powód w sercu autorki, z którym według niej nie należy dyskutować.

Co tak naprawdę wiemy o Paragwaju? Jest to mały kraj południowoamerykański, leżący pomiędzy Brazylią, Argentyną a Boliwią. Ale Paragwaj to przede wszystkim kraj yerba mate – znanego również w Polsce napoju oraz chipa – mniej znanego, ulubionego przysmaku autorki. Chipa to mała bułeczka o niezwykłym smaku, nieprzypominającym europejskiego pieczywa, zrobiona z manioku z dodatkiem nasion anyżku. Podróżniczka rozpływa się nad tym przysmakiem i zawsze cieszy się, kiedy może kupić świeżą chipę. Ciekawa jest również historia, kiedy to malutki Paragwaj wywołał wojnę sąsiednim gigantom – Brazylii i Argentynie. Jak to się skończyło? Tego sowiecie się z opowieści autorki, ale wyznam, że jest ono bardzo zaskakujące.

Można odnieść wrażenie, że Beata zabiera czytelnika wszędzie. Razem z autorką spożywamy  śniadanie, parzymy i delektujemy się yerba mate, kupujemy świeżą żywność na bazarze, czekamy na autobus lub właśnie nim jedziemy podczas tropikalnej ulewy, obserwujemy ludzi, uczymy paragwajskiego alfabetu, poznajemy historię tego regionu, odpoczywamy w porcie czy odwiedzamy najtrudniej dostępny zakątek Paragwaju – Trzech Gigantów. Po prostu smakujemy życie i cieszymy się czasem spędzonym w podróży.

Książka „Blondynka w Paragwaju” uzupełniona jest pięknymi zdjęciami autorki oraz multimedialnymi plikami. Czytelnik może zobaczyć w filmikach dziewczynę sprzedającą w autobusie chipy, posłuchać jak brzmi język guarani, zobaczyć jak wielki jest wodospad Iguazú czy razem z autorką odwiedzić Concepcion, jedno z paragwajskich miast. Te dodatkowe materiały dostępne są dzięki bezpłatnej aplikacji Tap2C. Oczywiście na kartach swoich opowieści, autorka jak zawsze umieściła zabawne i kreatywne rysuneczki. Dzięki Beacie Pawlikowskiej i jej najnowszej książce, Paragwaj nie jest już krajem tak bardzo odległym i niedostępnym.

Za książkę dziękuję: