Helen Russell „Atlas szczęścia”

Każdy z nas dąży do osiągnięcia szczęścia. Definicji tego słowa jest tyle, ilu ludzi na świecie. Czym ono zatem jest? Dla jednego będzie to duża rodzina, dla drugiego nieograniczone bogactwo, a dla jeszcze innego nieustanne podróże.

Hellen Russell w swojej książce „Atlas szczęścia” zabiera nas w podróż po 33 państwach świata, by pokazać czym dla mieszkańców poszczególnych krajów jest szczęście. Przeniesiemy się między innymi do: Australii, Brazylii, Hiszpanii, Butanu, Danii, Syrii czy Kostaryki. Dzięki takiej podróży odkryjemy sekrety szczęścia z różnych zakątków świata i przekonamy się, jak dzięki nim można zmienić swoją codzienność.

Każdy kraj, każda kultura posiada w sobie piękne i cenne walory. Każda z nich posiada unikatowe wartości, możemy czerpać z nich same pozytywy i wiele się nauczyć. Jeśli kiedykolwiek pogubiliśmy się w życiu, warto sprawdzić, jak w takiej sytuacji radzą sobie Chińczycy. Według nich trzeba odnaleźć swoje xingf, czyli cel, który nada naszym działaniom głębszy sens. Zbyt wiele spraw znajduje się na twojej głowie? Z pomocą przyjdą Włosi oraz opanowana przez nich do perfekcji sztuka słodkiego nicnierobienia, czyli dolce far niente. Jeśli czujemy nostalgię w związku z jakimś minionym wydarzeniem z przeszłości  albo tęsknimy za kimś bliskim – tak jak Brazylijczycy – pozwólmy sobie na saudade. Określenie to oznacza poczucie tęsknoty i melancholii za minionym szczęściem lub szczęściem, na które liczyliśmy. Biorąc przykład z Hiszpanów, od czasu do czasu urządźmy sobie tapeo – nieformalne spotkanie z przyjaciółmi i chodzenie po barach, żeby napić się drinka i coś przegryźć. Dla mieszkańców tego kraju to uświęcona tradycja oraz synonim szczęścia.

Wszystkie kraje skandynawskie znalazły się w „Atlasie szczęścia” Hellen Russell. Znaczy to tyle, że mieszkańcy Danii, Finlandii, Norwegii, Islandii czy Szwecji należą do jednych z najszczęśliwszych narodów na naszej planecie. Jednak dla obywateli tych krajów szczęście ma różne definicje. I tak dla Islandczyków najważniejsze jest betta reddast, czyli przeświadczenie, że wszystko się jakoś ułoży i na pewno doda wiary we własne możliwości. Duńczycy wyznają zasadę arbejdsglaede, co dosłownie oznacza szczęście w pracy. Finowie są miłośnikami uprawiania relaksu z kalsarikannit, czyli siedzenia i picia alkoholu bez zamiaru wychodzenia z domu. Natomiast Szwedzi lubują się w amultronstalle, czyli chowaniu się przed światem w ulubionym miejscu, w którym zapomina się o wszelkich problemach. Z kolei Norwegowie odnajdują szczęście w friluftsliv, czyli życiu na świeżym powietrzu i spędzaniu czasu w odległych miejscach.

Co ciekawe, w podróży Hellen Russell nie znalazły się żadne kraje Europy południowo-wschodniej. No cóż, wiele nam jeszcze brakuje w porównaniu z Hiszpanami czy Skandynawami. Dlatego dobrze, że powstała taka książka jak „Atlas szczęścia”, dzięki której możemy znaleźć sposób na odnalezienie szczęścia, biorąc przykład z innych narodów. A gdy już zdobędziemy teoretyczną wiedzę na ten temat, zawsze możemy wyruszyć w prawdziwą podróż po wybranych krajach i na własnej skórze zobaczyć, jak to szczęście wygląda w praktyce.

Hellen Russell „Atlas szczęścia”

Ewa Podsiadły-Natorska „Wściekłe”

Jesteście ciekawe, jak będzie wyglądać sytuacja w Polsce w niedalekiej przyszłości? Odpowiedź znajduje się w najnowszej powieści Ewy Podsiadły-Natorskiej. Dodam, że jest to przerażająco realna wizja naszego światka.

Będąca u progu totalitaryzmu Polska realizuje pionierskie Programy Udoskonalania Rodziny. W Polsce rządzą tylko mężczyźni, jedyną kobietą w rządzie jest minister od spraw rodziny, która jest tylko twarzą kolejnych PUR-ów. Kwitnie propaganda. Każdy przejaw niesubordynacji jest surowo karany, a donosicielstwo nagradzane. Nad głowami latają rządowe drony, a propagandowe spoty reklamowe permanentnie robią wodę z mózgu całemu społeczeństwu. Rządząca partia polityczna pragnie przywrócić tradycyjny model rodziny, czyli sprowadzić kobietę do roli strażniczki domowego ogniska, kochającej żony i matki Polki. Prawa kobiet ograniczone są do minimum, zaś obowiązki jasno określone: rodzić jak najwięcej dzieci oraz usługiwać swoim mężom. Inaczej mówiąc: mają być inkubatorami i służącymi. Matematyka jest prosta: im więcej dzieci, tym więcej pieniędzy z rządowej kasy ląduje na ich koncie. Co więcej, gdy kobieta dobrowolnie zrezygnuje z pracy i poświęci się swojej rodzinie, dostanie dodatkowe dochody od naszego wspaniałomyślnego rządu. Brzmi znajomo?

Pojawia się jeden problem: kobiety, które się buntują panującemu systemowi. Niezamężne przedstawicielki płci pięknej są napiętnowane: nie mogą samotnie wyjechać za granicę, kupić dużego mieszkania, zameldować się w hotelu czy po godzinie 22 wyjść z domu, ponieważ na ulicach grasują bojówki. Pojawia się także plan, żeby wprowadzić rejestrację wszystkich singielek po 18. roku życia, by mieć kontrolę na panującym „problemem” i znaleźć dla nich rozwiązanie, czyli męża. Tak – według rządu singielki stanowią ogromny problem dla społeczeństwa. „Samotne kobiety są trzymane jak psy na kagańcach. A teraz rząd jeszcze bardziej chce dokręcić śrubę i zmusić niezamężne do rejestracji.” Nieposłuszne obywatelki minister do spraw rodziny zamyka w ośrodkach resocjalizacyjnych i wysyła propagandowe listy, w których pisze, że „niezależność zapewnia kobiecie radość jedynie na krótką metę. Kobieta, która świadomie rezygnuje z rodziny, ma poczucie niespełnienia”.

Na czele  ruchu oporu stoi Tamara Taszycka. Wściekła do szpiku kości i sprzeciwiająca się obecnej sytuacji, wraz z innymi wściekłymi kobietami (nie tylko singielkami, ale także zmęczonymi i wściekłymi matkami i mężatkami) organizują akcje wymierzone przeciwko rządowi. Przez oponentów nazywana jest „maskulinistką” i „feminazistką”, zafascynowana Glorią Steinem oraz Freddiem Mercurym, żyjąca w totalnej konspiracji, nierozumiana przez najbliższych, rozpoczyna rewolucję, za którą przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę.

Zagłębiając się coraz głębiej w lekturze, czułam dokładnie to samo, co Tamara: przeszywającą do szpiku kości wściekłość. Nie każda kobieta marzy, żeby siedzieć w domu z gromadką rozwydrzonych dzieciaków i usługiwać swojemu mężulkowi. Nie każda się do tego nadaje. Nie da się ukryć, że za kilka lat taki scenariusz jest jak najbardziej realny. Zamroczone darmową kasą społeczeństwo zapewne skusiłoby się na tego typu rozwiązania. Zresztą już widać, co się dzieje. Światem rządzi pieniądz, nieważne za jaką cenę. A jeśli przy okazji uda się uprzedmiotowić kobiety, sprowadzając je do bezmózgiego inkubatora i pokornej służącej, to będzie znakomicie. Jeśli się w porę nie ogarniemy, za kilka lat będziemy żyć właśnie w takiej Polsce. „Wściekłe” to książka kierowana do każdego racjonalnego człowieka, nie tylko do kobiet. Powinien ją przeczytać każdy, ku przestrodze.

„Wściekłe”

Piotr C. „#TO O NAS”

Nikomu specjalnie nie trzeba przedstawiać niejakiego Piotra C. Pokolenie millenialsów doskonale powinno go znać. Autor bloga „Pokolenie Ikea” oraz książek o takim samym tytule powraca z nową powieścią o współczesnych 30-latkach i ich wzajemnych relacjach. A właściwie o ich braku.

350 tysięcy sprzedanych egzemplarzy mówi samo za siebie. Autor bestsellerowych powieści „Pokolenie Ikea”, „Pokolenie Ikea. Kobiety” oraz „Brud” wraca z czwartą książką. Ten, kto czytał poprzednie powieści tego autora  wie, czego się można spodziewać  po Piotrze C.

Żyjemy w beznadziejnych czasach. W czasach Tindera, Facebooka i Instagrama, gdzie seks dostaje się szybciej niż hamburgera w fast foodzie. Gdzie sukienki są krótsze niż sumienia. Gdzie nie ma niczego na stałe. Gdzie nikt nie mówi: kocham cię na zawsze. Wydaje się, że prawdziwa miłość istniej już tylko w bajkach, a szanse na znalezienie swojego księcia na białym koniu (albo uwolnienie księżniczki zamkniętej w wysokiej wieży) są równe zeru.

Krzysztof – lat 30. Życie mu mija na piciu piwa i graniu na konsoli. Pragnie kobiety na stałe, ale zamiast niej ma prawą rękę i darmowe serwisy porno. Do tego ma pracę, której nie lubi i uczucie, że zawiódł wszystkich. Agata – lat 30. Jest samodzielna i piękna. Odnosi sukcesy zawodowe, ale według jej matki poniosła życiową klęskę, bo nie ma ani męża, ani dzieci. Nie ma ochoty ciągle tłumaczyć, dlaczego jest sama. Krzysztof i Agata urodzili się tego samego dnia. Mieszkają na tym samym osiedlu, ale nigdy się nie spotkali. Jednak łączy ich znacznie więcej, niż by się tego mogli spodziewać.

„#TO O NAS” jest kolejną przerażającą książką na temat relacji damsko-męskich. Wydaje się, że współczesnym millenialsom nie zależy na niczym poza szalonymi i mocno zakrapianymi imprezami, szybkim seksem i łatwymi pieniędzmi. Dla nich nie istnieją wartości jak rodzina, wierność, a tym bardziej miłość. Liczy się zabawa i przyjemność. Po raz kolejny Piotr C. opisuje niepokojące zjawisko odrętwienia emocjonalnego względem drugiej osoby. Bo nawet jeśli Krzysztof marzy o kobiecie swojego życia, TEJ jedynej, to niekoniecznie ta jedyna ma ochotę na szczęśliwe zakończenie z jednym facetem. I vice versa. A niestety, będzie coraz gorzej.

Piotr C. powraca w znakomitej formie. Bez żadnych zahamowań, w swoim szyderczym, brawurowym stylu krytykuje współczesne relacje damsko-męskie. „#TO O NAS” to swego rodzaju tragikomedia o szukaniu spełnienia w sieci, na ulicy i w klubie. Niepokojąca, a jednocześnie drażniąca do bólu diagnoza współczesnych relacji.

Za książkę dziękuję:

Bartek Kieżun „Italia do zjedzenia”

Dania kuchni włoskiej należą do moich ulubionych. Z resztą – kto nie lubi pizzy czy makaronów? Jednak smaki Italii to nie tylko pasta i pizza. Bartek Kieżun udowadnia, że kuchnia włoska to coś znacznie bardziej smacznego i subtelniejszego. W swojej książce „Italia do zjedzenia” zabiera nas nie tylko w kulinarną podróż po tym kraju.

Bartek Kieżun jest dziennikarzem kulinarnym i blogerem związanym z magazynem Kukbuk. Z wykształcenia antropolog kultury, z pasji kucharz. Jako kucharz gotuje i karmi, prowadzi warsztaty, organizuje wyjątkowe kolacje degustacyjne oraz sędziuje na konkursach kulinarnych. Jak sam wyznaje: „Lubię jedzenie, podróżowanie i sztukę – gdybym miał wybrać, co jest na miejscu pierwszym, to bym poległ – dlatego najchętniej łączę te trzy przyjemności! Dlatego proponuję bardzo osobiste połączenie książki kucharskiej i przewodnika po Italii, połączenie historii kuchni i historii sztuki ujętych w krótkie rozdziały, uzupełnione moimi zdjęciami z Włoch”.

Książka „Italia do zjedzenia” jest wyjątkowym połączeniem książki kulinarnej i subiektywnego przewodnika po Włoszech. W środku można znaleźć historię włoskiej kuchni i sztuki opatrzoną zdjęciami z licznych podróży autora po tym wyjątkowym kraju. Podzielona została na cztery rozdziały. Pierwszy z nich, Antipasti przybliża miejsca i smaki, które znakomicie pobudzają apetyt czytelnika na dalszą włoską przygodę. Miejsca mniej znane i uczęszczane, takie jak Urbino czy prowincja Marche słynące z nadziewanych oliwek. W rozdziale Primi autor przedstawia miejsca oraz smaki o zdecydowanie większym ciężarze: Ravenna i jej bizantyjskie bazyliki czy Bolonia alla bolognese; Parma z jej wspaniałą katedrą i jeszcze lepszą szynką – prosciutto di Parma’ Genua i troffie z pesto, robionym koniecznie ręcznie. Rozdział Secondi gromadzi najważniejsze włoskie dzieła, między innymi Rzym, Florencję, Wenecję, Neapol oraz Palermo i największe przeboje włoskiej kuchni. A na deser coś słodkiego – autor proponuje wyprawę do San Gimignano, gdzie podają słynne panforte albo do Marsali, w której produkuje się najsłynniejsze włoskie wzmacniane wino.

„Italia do zjedzenia” jest przepięknie wydana. Piękne i zachęcające zdjęcia smakowitych dań, przepisy na nie oraz kolorowe fotografie miejsc, które odwiedził autor pobudzają nie tylko wyobraźnię, ale także apetyt czytelnika. Wszystko to sprawia, że natychmiast ma się ochotę spakować walizkę, wsiąść do samolotu i wyruszyć do Włoch odkrywać nowe smaki, kulinarnym szlakiem proponowanym przez Bartka Kieżuna. To prawdziwe kompendium wiedzy na temat smakoszy włoskich potraw. To także skarbnica wiedzy dla tych, którzy maja ochotę odkryć więcej niestandardowych włoskich smakołyków.

Za książkę dziękuję:

Maria Hawranek, Szymon Opryszek „Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju”

Urugwaj to dziwny kraj, który zupełnie nie pasuje do reszty kontynentu. Reportaż „Wyhoduj sobie wolność” to opowieść o eksperymencie społecznym i otwarte pytanie o granice dla marzycieli i wizjonerów, próbujących wykreować swój własny nowy i lepszy świat.

Choć Urugwaj zajmuje powierzchnię niewiele większą od Grecji i mieszka w nim zaledwie trzy i pół miliona ludzi, zdecydowanie różni się od swoich południowoamerykańskich sąsiadów. Stabilny politycznie i ekonomicznie, to jeden z najbardziej laickich państw świata. Jako pierwsze całkowicie zalegalizowało uprawę i spożycie marihuany, pary jednopłciowe mogą tu adoptować dzieci, a prostytutki płacą składki na ubezpieczenie społeczne. Każdy uczeń dostaje od państwa laptop, emeryt – tablet, a imigrant i uchodźca, nawet były więzień Guantanamo  mają szansę na nowe życie. Co więcej, José Mujica, były prezydent Urugwaju jeździł do pracy wysłużonym, dwudziestoletnim garbusem, a ogromna część swojej pensji oddawał na cele charytatywne.

Maria Harwanek i Szymon Opryszek przemierzają Urugwaj w poszukiwaniu niuansów i nietypowych obyczajów tego latynoskiego światka. Bo tak naprawdę na tle innych krajów Ameryki Południowej, to kraj ten jest nieoczywisty – niejednoznaczny i dziwny. Urugwajczycy cenią sobie wszelką wolność, ale z drugiej strony zapominają jednak o tolerancji, kiedy chodzi o wyznanie religijne. Mają wręcz obsesję na tym punkcie – w sferze publicznej nie ma miejsca na eksponowanie jakiejkolwiek wyznania. Codzienne zakupy są dla nich bardzo drogie, a jednocześnie każde dziecko dostaje darmowy laptop na koszt państwa. Małżeństwa jednopłciowe mogą funkcjonować w szczęśliwych związkach i adoptować dzieci, ale na pełną akceptację związków homoseksualnych długo trzeba było poczekać. Marihuana jest w pełni legalna, ale jednocześnie terroryzuje palaczy tytoniu. W Urugwaju wszystko jest możliwe.

„Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju” to zbiór ciekawych, ale nieco oderwanych od siebie krótkich reportaży. Każdy kolejny rozdział opowiada inną, kompletnie inną historię. Momentami wprowadza to nieco chaosu.  Wydaje się, że autorzy celowo zastosowali takie rozwiązanie, ponieważ sam Urugwaj taki jest. Niby wszystko jest uporządkowane, z jasnymi zasadami, ale jednak nie do końca to wszystko jest jednoznaczne.

Urugwaj nie jest oczywistym kierunkiem podróżniczym. Niewiele jest osób, które podróżują do tego kraju. Bo co tak naprawdę o nim wiemy? Dlatego jeśli ktoś interesuje się kulturą latynoską, jak najbardziej powinien sięgnąć po reportaż Marii Harwanek i Szymona Opryszka. Z drugiej jednak strony to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odbywać czytelnicze podróże po innych kulturach i kontynentach.

Za książkę dziękuję:

Książki z Meksykiem w roli głównej

Meksyk. Od wielu lat znajduje się w kręgu moich zainteresowań, ale póki co do tej pory tam nie dotarłam. Szczerze przyznam, że Meksyk coraz niżej ląduje na mojej podróżniczej liście marzeń. Ostatnimi czasy wpadłam w jakąś obsesję –  czytam i oglądam prawie wszystko na temat tego kraju, a przeważnie nie są to pozytywne obrazy i słowa, a wręcz przeciwnie.

Może jestem stronnicza i nie powinnam się wypowiadać, bo w końcu nie byłam tam i nie widziałam piękna tego kraju. Prawda, ale zawsze zanim gdziekolwiek pojadę, staram się merytorycznie przygotować, czytając literaturę faktu związaną z danym miejscem/regionem. Nie inaczej jest w przypadku Meksyku, chociaż póki co się tam nie wybieram i szczerze powiem – w najbliższym czasie nie mam zamiaru. Nie mniej jednak jeśli ktoś chciałby poczytać o Meksyku, zapraszam do dalszej lektury mojego postu, ale raczej Was odwiedzie, niż zachęci od wyjazdu do tego kraju.

Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal „Miasto – morderca kobiet”

Jest takie miasto, znajdujące się na północy Meksyku, niedaleko granicy z Ameryką, które jest śmiertelnie niebezpieczne dla kobiet. Miasto to nazywa się Ciudad Juárez. W roku 1993 znalezione zostają pierwsze zwłoki okrutnie zamordowanych kobiet, przed śmiercią brutalnie gwałconych i dręczonych. Policja rozkłada ręce, a tymczasem znikają kolejne kobiety. Do 2007 roku (do roku wydania tej książki) zabito ich 400, a ponad 500 uznaje się za zaginione. Książka jest efektem dziennikarskiego śledztwa. Fernandez i Rampal rozmawiali z rodzinami ofiar, z dobrymi i złymi policjantami, adwokatami, urzędnikami.

Osiem rozdziałów – osiem tragedii, których winni zapewne nigdy nie trafia na ławę oskarżonych. Giną głównie dziewczynki, zwłaszcza z ubogich rodzin. Wszystko wskazuje na to, że gwałcenie i zabicie kobiety jest w tym mieście rozrywką dla gangsterów i skorumpowanych stróżów prawa… Przyznam szczerze, że trzy razy podchodziłam do lektury tej książki. Ilość faktów, liczb i dokładnych opisów brutalnych morderstw nie był łatwy do przełknięcia.

Fernandez i Rampal to połączenie dziennikarskiego warsztatu i temperamenty z dociekliwością oraz głęboką wiedzą, zwłaszcza na temat Ameryki Łacińskiej. Aby zdobyć materiał do tej książki, dziennikarze spędzili w Ciudad Juárez dwa lata, niejednokrotnie przy tym ryzykując życie. Uprawiając swój zawód, próbują dotrzeć do korzeni zła i rozpoznać różne jego przejawy.

O morderstwach w Ciudad Juárez powstał film „Miasto śmierci” z Antonio Banderasem i Jennifer Lopez, o którym pisałam tutaj. Jako producentka filmu i odtwórczyni głównej roli aktorka nagrodzona została przez organizację Amnesty International.

Federico Mastrogiovanni „Żywi czy martwi?”

Ponad dwadzieścia tysięcy osób w Meksyku uznaje się obecnie za zaginione. Nie żywi, nie martwi – bez tożsamości, bez ochrony prawnej, bez nadziei na odnalezienie. Ofiary zaginięć, w które uwikłany jest aparat władzy. Autor nie tylko przedstawia problem, ale też szuka przyczyn zjawiska i łączy pozornie niezwiązane ze sobą fakty. To wszystko pozwala mu odkryć przerażająca prawdę –wymuszone zaginięcia to narzędzie terroru państwa, z którego zyski czerpie przestępczość zorganizowana i międzynarodowe koncerny.

Federico Mastrogiovanni to włoski dziennikarz od wielu lat mieszkający w Meksyku. Zajmował się problemami społeczności indiańskich, ruchów społecznych i ekologicznych oraz migrantów. Relacjonował wydarzenia związane z zamachem stanu w Hondurasie w 2009 roku i trzęsieniem ziemi na Haiti w 2010 roku. „Żywi czy martwi?” to dziennikarskie śledztwo ujawniające przerażające rozmiary procederu. Na podstawie rozległych badań w terenie, rozmów z ocalałymi ofiarami uprowadzeń i rodzinami zaginionych, wywiadów z politologami, działaczami i funkcjonariuszami państwa, Federico Mastrogiovanni kreśli ponurą panoramę złożonego zjawiska, które na pierwszy rzut oka zdaje się pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Mia Flores, Olivia Flores „Żony kartelu”

Mia i Olivia Flores to żony okrytą złą sławą bliźniaków Pedro i Jaya Floresów, podwójnej prawej ręki niebezpiecznego kryminalisty, jakim był meksykański baron narkotykowy – El Chapo. W swojej autobiograficznej książce „Żony kartelu” bez owijania w bawełnę opowiadają, jak wyglądało ich życie u boku bliźniaków.

Bracia Flores dorastali w świecie narkotyków. Ich ojciec zajmował się handlem różnymi używkami, więc zarówno Peter i Junior, jak i piątka ich rodzeństwa dorastali w takim świecie, nie znając żadnego innego. Nic zatem dziwnego, że już w liceum weszli głębiej w ten biznes i otworzyli własną działalność. Bardzo szybko wspięli się na szczyt narkobiznesu, aż sam El Chapo zwrócił na nich uwagę, proponując im wysoką posadę u siebie w kartelu. Bliźniacy szybko zyskali zaufanie narkotykowego barona, zaś ten dawał im wszystko, czego zapragnęli. Każdego roku przemycali tony narkotyków na teren USA, zarabiając przy tym miliony dolarów. Ich majątek powiększał się z dnia na dzień, nie wiedząc, co mają robić z pieniędzmi.

Na początku życie obu pań było usłane różami. Jak obie zgodnie twierdzą, poznanie braci Flores było najpiękniejszym momentem w ich życiu. Junior był miłością życia Olivii, zaś Peter drugą połówką Mii. Styl życia, który prowadziły, przyprawiał o ból głowy: posiadały niebotycznie drogie samochody, wielkie domy, ubrania najlepszych projektantów mody i kosztowną biżuterię. Postanowiły jednak zrezygnować z tego wszystkiego, idąc na współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Uznały, że w życiu ważny jest nie tylko majątek, ale przede wszystkim liczy się rodzina i robienie tego, co słuszne.

Jeśli ktoś interesuje się tematyką działalności meksykańskich karteli, to „Żony kartelu” jest odpowiednia pozycją. Panie Flores opowiadają nie tylko swoją własną historię, ale przede wszystkim historię El Chapo oraz strukturę organizacji i działalności meksykańskich karteli.

Ed Vulliamy „Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy”

„Ameksyka” to wstrząsająca historia terroru rozgrywającego się na pograniczu amerykańsko-meksykańskim. W swoistym państwie, które należy zarówno do Stanów zjednoczonych, jak i Meksyku, a jednocześnie do żadnego z nich – w czasie, gdy wojna narkotykowa osiąga tam największe nasilenie.

W 2009 roku, po wielu latach pracy korespondenta, Ed Vulliamy ruszył w podróż wzdłuż tej granicy, od wybrzeża Pacyfiku po Zatokę Meksykańską, od Tijuany do Matamoros – w podróż przez krwawy krajobraz korupcji i wojny domowej, a zarazem piękna, radości i życia. Dzięki temu może opisać, w jaki sposób działają kartele i gangi, jak organizuje się przemyt ludzi, narkotyków i broni, jak z Meksyku ucieka klasa średnia, a rosnąca popularność amerykańskiej kultury celebrytów podsyca przemoc. Autor wjaśnia powiązania biznesu narkotykowego z gospodarką oraz opisuje bezlitosne morderstwa kobiet w Ciudad Juárez.

Ola Synowiec „Dzieci ósmego słońca. W co wierzy Meksyk”

To nieco inna opowieść o Meksyku. Ola Synowiec  opowiada o Meksyku mało znanym, a także o tym, jak uniwersalna jest ludzka potrzeba religijności. „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” to zbiór świetnych reportaży z Meksyku, zupełnie różnych niż te, które do tej pory się ukazały. Autorka pokazuje, jak Meksyk stopniowo odchodzi od przywiezionego z Europy pięćset lat temu katolicyzmu. Pisze o ruchu New Age, psychodelicznych turystach oraz meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych.

Oficjalną religią w Meksyku jest katolicyzm. Oprócz tego istnieje szereg różnych innych wierzeń, które z katolicyzmem niewiele mają wspólnego. Autorka pokazuje, jak współcześnie odchodzi się od religii narzuconej przez hiszpańskich konkwistadorów. „Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk” to reportaż, którego kolejne rozdziały opowiadają o zupełnie innych formach duchowości praktykowanych w tym kraju. Zaczyna od święta zmarłych – Dia De Los Muertos – który stanowi powrót do religii przodków; meksykański new age; rytuały z użyciem halucynogennych grzybów i psychodeliczna turystyka; synkretyczne rytuały ludu Chamula; konflikt między katolikami i ewangelikami oraz meksykański szamanizm. Każde wierzenie ma solidnie opisaną genezę, dzięki której dogłębnie możemy poznać opisywane zjawiska i co się za nimi kryje. Kolejność rozdziałów nie jest przypadkowa – w tych początkowych jest znacznie więcej informacji na temat historii Meksyku i przemian zachodzących w jego społeczeństwie. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik stopniowo zyskuje coraz szerszą wiedzę na temat kraju i jego kultury.

Sylwia Mróz „Pejzaż bez kolców. Meksyk słońcem malowany”

No dobrze, żeby nie było tak krwawo i brutalnie, na sam koniec polecam reportaż Sylwii Mróz „Pejzaż bez kolców. Meksyk słońcem malowany”. Faktycznie autorka skupia się na tym, co w Meksyku jest piękne: tradycje, kultura, fiesty, jedzenie, historia i zabytki. Pokazuje zupełnie inne oblicze tego wielobarwnego kraju.

Bez wątpienia Meksyk jest krajem pełnym kontrastów. Z jednej strony wspaniała kultura i historia, pełne barw i zapachów, z drugiej zaś przestępczość i kartele narkotykowe. Autorka skupia się jednak na wszystkich pozytywnych aspektach tego kraju, w końcu jest to „pejzaż słońcem malowany”. Swoją opowieść zaczyna od historii, ukazując przeszłość Meksyku od pierwszych królów poprzez Majów, Azteków i okres kolonialny, aż po czasy obecne. Wiele miejsca poświęciła religii i wierzeniom meksykańskim. Sylwia Mróz szczegółowo opisuje religijność Meksykanów, patrząc przez pryzmat lokalnych zabobonów, prekolumbijskich wierzeń i kultu śmierci.

Z cała pewnością publikacja Sylwii Mróz wyróżnia się na tle innych tego typu książek. Nie jest zwykłą relacją podróżniczą, ale wciągająca i pasjonującą opowieścią o Meksyku. Znajdziemy w niej nie tylko szereg informacji na temat historii, sztuki czy kultury, ale także pojawiają się przepisy kulinarne na najpopularniejsze (i najsmaczniejsze) dania kuchni meksykańskiej, a także spis polecanych przez autorkę filmów i książek związanych z tematyką Meksyku.

 

Jeśli chcecie poczytać na temat Hiszpanii, to zapraszam tutaj.

Alicja Kubiak, Jan Kurzela „Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś”

Indonezja to aktualnie jeden z najpopularniejszych kierunków podróżniczych. Ale co tak na prawdę wiemy o tym państwie? Jak twierdzą sami autorzy, każda wyspa Indonezji pod względem kulturowym jest całkowicie inna.

Alicja Kubiak i Jan Kerzela od ponad 16 lat wspólnie podróżują. Odwiedzili wiele krajów, poznali wiele różnorodnych kultur i plemion. Przeżyli mnóstwo fantastycznych przygód, które opisują w swoich książkach: „Oczami Dos Gringos: Meksyk, Gwatemala i Belize” oraz „Oczami Dos Gringos: Kuba, Kolumbia i Amazonia”. Tym razem zabierają nas w niesamowitą i ekscytująca podróż do najbardziej dzikich i oddalonych od cywilizacji zakątkach państwa południowo-wschodniej Azji.

Autorzy wraz z przewodnikiem odwiedzają między innymi plemię, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu sądziło, że cały świat stanowi ich okolica i poza nimi nie istnieją żadni inni ludzie. W niedostępnych rejonach Indonezji, dwoje Polaków wchodzi do domów na drzewach umiejscowionych nawet na wysokości kilkudziesięciu metrów, ogląda tzw. „baby grave”, czyli groby małych dzieci wykonane w drzewach, uczestniczy w wyścigach byków, od których publiczność  nie jest w żaden sposób odgrodzona. Ale to tylko kilka przygód, jakie Alicja i Jan przeżywają w tym niezwykłym kraju. Jednak Indonezja to nie tylko beztroska przygoda. Alicja i Jan muszą być ostrożni i uważać na każdym kroku. W końcu znaleźli się na drugim końcu świata, w zupełnie obcej kulturze i naturze, u ludzi, którzy nie mają wiele wspólnego ze współczesną cywilizacją.

Poza informacjami dotyczącymi konkretnych plemion, czy odwiedzanych miejsc, w książce można znaleźć subiektywne przemyślenia oraz sytuacje, które spotkały podróżników podczas ich wycieczki. To nie jest podróż tropem zabytków czy wypoczynku na rajskiej plaży. To wielka wyprawa w nieznane, której metą okazują się nie miejsca, a niezwykli ludzie. Wsłuchując się w słowa przewodnika, przy dźwięku rytualnych tańców i obrzędów wyganiania złych duchów, polscy podróżnicy odkrywają mroczną przeszłość plemion, Alicja i Jan bacznie obserwują kulturę, która dla mieszkańców cywilizowanych krajów może się wydawać pełna absurdów. Opowieści o wielkiej przygodzie, egzotycznej florze i faunie uwieczniona została na pięknych, kolorowych zdjęciach.

Książka autorstwa Alicji Kubiak i Jana Kurzeli to niebywała opowieść o wizycie w najbardziej dzikich i oddalonych od cywilizacji zakątkach Indonezji. Chociaż osobiście średnio interesuję się tamtym rejonem świata, książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Przyznam szczerze, że zaciekawiła mnie kultura południowo-wschodniej Azji. Warto jednak przeczytać czy zobaczyć coś, co pozornie nas nie interesuje.

Za książkę dziękuję:

Robert Rient „Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie”

„Marzenia są po to, by je spełniać” – mówi stare powiedzenie. Niezależnie, czy będzie to kupno nowego samochodu, zrobienie tatuażu czy podróż w wymarzone miejsce – cudownie jest patrzeć, kiedy pragnienia stają się rzeczywistością.

Robert Rient marzył o podróży wokół świata. Pewnego dnia postawił wszystko na jedną kartę i postanowił zrealizować swoje fantazje. Jednak jego podróż to nie dotyczyła tylko odwiedzenia różnych zakątków naszego globu, ale przede wszystkim udał się w podróż, która miała mu dać odpowiedzi na to – kim jest, czego szuka i jak powinien pokierować swoim życiem. Autor „Przebłysku” postanowił odnaleźć raj. Wyprowadził się z Warszawy, spakował plecak i zdecydował się wyruszyć w podróż do najdalszych zakątków świata, żeby zgubić siebie i ponownie odnaleźć. Reportażysta, pisarz i dziennikarz po raz pierwszy postanowił sam sobie zostać przewodnikiem. Tym razem nie podąża szlakiem guru i nauczycieli, ale własnym tropem.

„Przebłysk” zbiera nas od Syberii do Wysp Wielkanocnych przez Tajlandię, Malezję aż do Ameryki Południowej. Jednak największe skarby, trudności i wyzwania autor Robert Rient musi odnaleźć i pokonać we własnej głowie. Swoją podróż zaczyna od kolei transsyberyjskiej, która wiezie nas nad wody Jeniseju. Ma to związek z przeszłością bohatera, a konkretnie z przeszłością jego dziadka, który w trakcie wojny, w bydlęcym wagonie został deportowany na Syberię. Z czasem w głowie autora klaruje się, że ten argument był jedynie przykrywką, małą iskrą, która pozwoliła ruszyć dalej przez Tajlandię, Malezję, do Nowej Zelandii, aż po Peru i Wyspę Wielkanocną, w poszukiwaniu czegoś więcej niż tylko pamięci o przodkach – w poszukiwaniu samego siebie.

Na swoje drodze spotyka wiele interesujących postaci. Jedne z nich są życzliwe i sympatyczne, inne irytujące i złośliwe. Nie chodzi tylko o ludzi, bo ma do czynienia z wszelkimi stworzeniami, jak zwierzęta i rośliny. Każda z tych spotkanych postaci wnosi coś do jego życia, każda zmusza do refleksji. I tak np. śmierć kraba, który umarł na jego oczach sprawia, że Robert zastanawia się nad sensem życia i śmiercią.

Może się wydawać, że „Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie” jest nudnym filozoficznym reportażem podróżniczym, który nic nowego nie wnosi do naszego życia.  To tak naprawdę książka pełna przygód, która w zabawny sposób opisuje wszystko to, co na drodze do odnalezienia samego siebie spotkało Roberta. Wiele razy w trakcie lektury na mojej twarzy gościł szeroki uśmiech.

Podróż Roberta Rienta prowadzi przez kraje i kontynenty, przez niedoskonałość ludzkiego ciała, religijne i filozoficzne prawdy, meandry umysłu, który próbuje wyzwolić się z pułapek i schematów oraz przez inspirujące teksty kultury. „Przebłysk” jest intymna i osobistą opowieścią o samotności i gotowości jej przyjęcia. To zaproszenie do podróży, którą odbywa się zarówno w sobie, jak i poza sobą.

Za książkę dziękuję:

Nadia Hamid „Jarzmo przeszłości”

Każdy popełnia błędy i większość z nas uczy się na tych błędach.  Jednak historia Nadii nie ma szczęśliwego zakończenia. Jej opowieść świadczy o tym, jak jeden zły wybór dokonany w młodości może zaważyć na całym późniejszym życiu. Jeden błąd odciska brzemię, które musi dźwigać do końca swojego życia.

„Jarzmo przeszłości” to kontynuacja opowieści „Gorzka pomarańcza”. Nadia Hamid bez pamięci zakochała się w młodym, inteligentnym i szalenie przystojnym Libijczyku.  Para bardzo szybko bierze ślub i zaraz potem przeprowadza się do ojczyzny Muhtara. Radykalne odmienne obyczaje, prawo szariatu, dyskryminacja kobiet zmieniają życie małżonków w prawdziwy koszmar. Nieustanne nakazy i zakazy, przemoc fizyczna i psychiczna doprowadzają Nadie do skraju załamania. Jednak kobieta musi być silna, przede wszystkim dla swoich dzieci. Kiedy pojawia się okazja powrotu do Polski, kobieta wykorzystuje moment, by powrócić do kraju. Nie znaczy to jednak, że uwolniła się od brutalnego męża.

Nadia przez kilka miesięcy może odpocząć od męża, przebywając z rodzina i przyjaciółmi. Jednak sielanka szybko się kończy wraz z przyjazdem do kraju Muhtara. Niestety nic się nie zmieniło w zachowaniu mężczyzny względem żony, a libijska mentalność przyjechała wraz z nim. Brak szacunku, przemoc, szantaże doprowadziły do tego, że Nadia postanowiła wziąć los w swoje ręce i rozwieść się z Libijczykiem. Jednak nie jest to takie łatwe, musi stoczyć długą i uciążliwą walkę nie tylko z okrutnym mężem, ale także z biurokracją.

Pomimo, że Nadia powróciła do swojego rodzinnego miasta, do swoich sąsiadów i przyjaciół, zaczęła być traktowana przez nich jak wyrzutek społeczny. Wszystko dlatego, że wyszła za mąż za Araba i urodziła mu dzieci, które również zostały wykluczone ze społeczeństwa. Rasizm i piętno społeczne ciążyło nad nią i jej dziećmi nawet długo po rozwodzie. Doprowadziło do tego, że musiała zmienić miejsce zamieszkania, żeby zacząć wszystko od nowa, z czysta kartą i dramatycznej przeszłości. Przykre jest to, że osoby, na których wsparcie liczyła, odwróciły się przeciwko niej w najtrudniejszym momencie jej życia.

Jak sama autorka pisze, książka ta powstała ku przestrodze dla wszystkich kobiet, które decydują się na związek z człowiekiem odmiennej kultury, wyznania czy mentalności. Życie u boku takiego człowieka wiąże się także z innym postrzeganiem i rozumieniem spraw dotyczących małżeństwa oraz rodziny. Konsekwencje swoich decyzji, włączając w to rozwód, do którego doszło po kilku latach pobytu w Polsce, ponosi do dnia dzisiejszego.

Za książkę dziękuję:

Nina Majewska-Brown „Mąż na niby”

Wszystko, co dobre  kiedyś się kończy. Jednak koniec nie zawsze oznacza tragedię, wręcz przeciwnie. Chociaż na początku nie zdajemy sobie sprawy i wydaje nam się, że życie się kończy, ale nic się nie dzieje bez przyczyny. Coś złego się kończy, by nowe i nieznane możliwości zapukały do naszych drzwi. Tak właśnie jest w przypadku bohaterki najnowszej książki Niny Majewskiej-Brown „Mąż na niby”.

Zosia jest szczęśliwą żona i matką. Ma dostatnie i poukładane życie, niczego jej nie brakuje. Tak jej się przynajmniej wydaje. Sielanka się kończy, gdy ukochany mąż Paweł oznajmia, że odchodzi do innej, znacznie młodszej kobiety, która na dodatek spodziewa się jego dziecka. Z dnia na dzień wyprowadza się z domu, zabierając wszystkie cenne przedmioty. Zszokowana i zrozpaczona Zosia nagle zostaje sama, całe jej życie wywraca się do góry nogami. Jak to jest możliwe, że nie zauważyła, kiedy jej Pawełek tak nagle się zmienił? Że nie zauważyła żadnych oznak zdrady? Jak ona sobie teraz poradzi z 11-letnią córka na utrzymaniu? Dlaczego to właśnie ją spotkało takie nieszczęście?

Jak Zosia ma teraz żyć? Ze swojej skromnej nauczycielskiej pensji nie jest w stanie utrzymać siebie i córki. Sytuacji nie poprawia matka oraz teściowe Zosi. Ekscentryczna rodzicielka bohaterki dolewa tylko oliwy do ognia jej nieszczęść. Uważa, że córka sama jest sobie winna zaistniałej sytuacji, bo niewystarczająco dbała o męża i „radzi” jej, żeby błagała Pawełka, by ten do niej wrócił. Z kolei surowi i niesprawiedliwi teściowie również początkowo nie są jej przychylni. Bo jak ich idealny synek mógłby zrobić coś tak strasznego, bez żadnego konkretnego powodu? Jedynym oparciem jest jej przyjaciółka Jola, która wspiera ją na każdym kroku.

Nina Majewska-Brown doskonale opisuje stany emocjonalne bohaterki, które stopniowo w niej narastają, a w końcu wybuchają. Doskonale widać, jak ze zrozpaczonej i niestabilnej kobiety, Zosia przemienia się w pewną siebie, silną i niezależną matkę, a przede wszystkim kobietę. Mimo, że ciągle kocha niewiernego małżonka, nie pozwala mu się zbliżyć emocjonalnie. Zachowuje zimną twarz, by nie wyjść na słabszą istotę pomimo, że bardzo wiele ją to kosztuje.

„Mąż na niby” to mimo wszystko zabawna opowieść o tkwiącej w nas sile i determinacji, dzięki którym można podnieść się nawet wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami. Jest doskonałym przykładem, że właśnie z takich sytuacji kobiety czerpią największą moc, która sprawia, że stają się silniejsze i niepokonane. Książka autorstwa Niny Majewskiej-Brown pełna jest optymizmu; pokazuje, że po każdej burzy pojawia się słońce i nadzieja na lepsze jutro.

Za książkę dziękuję: