„Wonder Woman”

„Wonder Woman” to pierwsza w historii pełnometrażowa superprodukcja w całości poświęcona jednej z najsłynniejszych komiksowych superbohaterek. W roli tytułowej wystąpiła Gal Gadot („Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”), której na dużym ekranie partnerują m.in. Chris Pine („Star Trek”), Connie Nielsen („Gladiator”), Robin Wright ( „House of Cards”) czy Danny Huston („Gniew tytanów”).


Zanim została Wonder Woman, była Dianą (Gal Gadot) – księżniczką Amazonek wychowującą się na odległej, rajskiej wyspie i wyszkoloną na niepokonaną wojowniczkę. Pewnego dnia u brzegów wyspy rozbił się amerykański pilot (Chris Pine), który opowiedział Dianie o wielkim konflikcie ogarniającym świat. Księżniczka porzuciła więc swój dom przekonana, że może powstrzymać zagrożenie. W walce u boku ludzi, w wojnie ostatecznej, Diana stopniowo odkrywa swoją tożsamość, pełnię swojej mocy… i swoje prawdziwe przeznaczenie.

Film „Wonder Woman” opowiada długo wyczekiwaną historię Diany, jedynego dziecka na Themyscirze, tajemniczej wyspie podarowanej jej mieszkańcom przez samego króla bogów – Zeusa, jej podróży i początków legendy tej niezrównanej superbohaterki. Pochodząca z plemienia Amazonek Diana przez całe życie szkoliła się do walki. Jednak aby stać się prawdziwą wojowniczką, będzie musiała odważnie bronić swoich ideałów i posługiwać się unikalnym orężem na najbardziej brutalnym polu bitwy, jakie świat kiedykolwiek widział.


Nie znam komiksowej historii Wonder Woman, więc oglądając produkcję nie miałam żadnego porównania. Być może producenci bazowali na wydarzeniach rozgrywających się w komiksie, ale fabuła niezbyt mnie przekonała. Połączenie mitycznego świata z realiami pierwszej wojny światowej jakoś mi nie pasuje. Zupełnie dwie skrajne rzeczywistości, które nagle się ze sobą ścierają. Jak to się stało, że Steve tak po prostu znalazł się w krainie Amazonek? Z kolei jak to możliwe, że Diana musiała odbyć kilkudniową podróż statkiem do cywilizowanego świata, żeby wziąć udział w wojnie? Dla mnie – czyli osoby, która praktycznie  nie wie nic o tej postaci – było to niezrozumiałe i prawdę mówiąc – bez sensu.

Lubię ekranizacje komiksowych superbohaterów, ale przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś więcej po tej superprodukcji. Rozważałam nawet pójście do kina na seans „Wonder Woman” jednak dobrze, że tego nie zrobiłam, bo byłabym zawiedziona. Ja wiem, że to film, który od początku opierał się na grafice komputerowej, ale ja miałam wrażenie, że to bardziej gra komputerowa, albo bajka niż hollywoodzka produkcja. Poza tym, na każdym kroku widać błędy, które od razu rzucają się w oczy. Fabuła nie jest skomplikowana i da się przewidzieć co się wydarzy, chociaż jeden zwrot akcji jest nieco zaskakujący. Jednak Wonder Woman w wykonaniu pięknej Gal Gadot nie sposób nie polubić. Pełna gracji, wdzięku, a zarazem empatii i subtelnej… naiwności od początku wzbudziła moją sympatię.

Jeśli chcecie obejrzeć najnowszą produkcję, ale spodziewacie się spektakularnego widowiska, to możecie się nieco rozczarować. Ja oczekiwałam dużo więcej i przyznaję, że jestem rozczarowana. Oczywiście warto obejrzeć produkcję o tej komiksowej superbohaterce, zapełniając sobie czas w jesienny, ponury wieczór, ale mając inne filmowe propozycje, to bez wyrzutów sumienia możecie skusić się na inną produkcję.

Wonder Woman