„Zimna wojna”

Jeszcze dobrze film nie wszedł na ekrany polskich kin, a już świat się nim zachwycał. Delikatny i z ludową nutką, rozśpiewany i roztańczony, z wielką historią w tle – taka jest najnowsza produkcja Pawła Pawlikowskiego. „Zimna wojna” to polska wersja Romea i Julii.

Paweł Pawlikowski przenosi nas do Polski lat 50-tych. Wiktor(Tomasz Kot) i Irena (Agata Kulesza) pragną stworzyć zespół, który miałby kultywować polską tradycję i kulturę. Jeżdżą po kraju, szukając młodych i utalentowanych osób do nowopowstającego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Wśród kandydatów jest charyzmatyczna i utalentowana Zula (Joanna Kulig). Już od samego początku pomiędzy Zulą a Wiktorem iskrzy. Chociaż dzieli ich duża różnica wieku, zakochują się w sobie bez pamięci. Jednak ich związek nie należy do najłatwiejszych. Na drodze do szczęścia stoi wiele przeszkód. Ogromne uczucie, które zostaje na przestrzeni lat wystawione na wiele prób, nie tylko wynikających ze społecznych norm i zasad prawnych, ale przede wszystkich z silnych charakterów kochanków. Zula i Wiktor nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć.

Wraz z „Mazurkiem” wędrujemy przez kolejne sceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Znajdujemy się w klubach wypełnionych muzyką jazzową w Paryżu, Berlinie czy byłej Jugosławii. Muzycznym motywem jest piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, którą można usłyszeć w różnych aranżacjach, także jazzowych. „Zimna wojna” przepełniony jest muzyką już od pierwszej sceny. Widzimy w niej górali grających na instrumentach i śpiewających ludowe pieśni. Potem widzimy Joannę Kulig występującą najpierw w zespole, a potem solo. W międzyczasie przemyka się Tomasz Kot, który gra muzyka-artystę, komponującego jazzowe utwory, tworząc magiczną atmosferę.

Choć historia jest burzliwa i spektakularna to jednak opowiedziana prosto, minimalistycznie, bez wielkich scen i patosu. Chociaż Joanna Kulig bez wątpienia odegrała świetną rolę, nie polubiłam jej bohaterki. Dla mnie była zbyt egoistyczna, pokręcona i zagubiona. Sama do końca nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ona i Tomasz Kot wykreowali brawurową ekranową parę, pośród której jest chemia i pasja, o której nie da się zapomnieć. Ich bohaterowie doskonale się uzupełniają: on jest powściągliwy, nieco wycofany; ona pełna energii i trochę nieokrzesana. Filmowi bohaterowie na zmianę przyciągają się i odpychają, padają ofiarą własnych lęków, ambicji i uczuć. A także wyborów, które mają wpływ ich wspólne życie i przyszłość. Jednak nie tylko Joanne Kulig i Tomaszowi Kot należą się oklaski. Także Agata Kulesza wykreowała ciekawą i elektryzującą postać. Borys Szyc wciela się w przedstawiciela Partii, który swoim niewymuszonym dowcipem inteligentnie wplata się w humor sytuacyjny. Bez wątpienia wszyscy oni są pierwszoligowymi polskimi aktorami.

Świat dosłownie zakochał się w „Zimnej wojnie”. „The Hollywood Reporter” napisał, że „Zimna wojna” to „prawdziwa rozkosz dla znawców muzyki”, a „The Guardian” ocenił, że to „wizualnie porywająca epicka opowieść o uwięzieniu i ucieczce ze świata totalitaryzmu”. Jury Festiwalu w Cannes przyznało Pawlikowskiemu Złotą Palmę za reżyserię. Warto dodać, że jest to pierwszy Polak, który  otrzymał nagrodę w tej kategorii. Sama Cate Blanchett zachwycała się rolą, urodą i talentem Joanny Kulig. Czy potrzeba lepszych recenzji?

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same? Natomiast za każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec kraju i swoich Panów grozi surowa kara. Brzmi irracjonalnie? Taki scenariusz wcale nie jest niemożliwy.

Władze Republiki Gileadu zmagając się z rekordowo niskim przyrostem naturalnym, wprowadzają w życie nowe zasady: ubezwłasnowolniają kobiety zdolne do urodzenia dziecka, oddając je na służbę rządzącym krajem komendantom. Jako podręczne mają one co miesiąc oddawać się swoim panom celem spłodzenia nowych obywateli – dzieci narodu. Po urodzeniu im potomka, zostają przekazane kolejnej rodzinie. Pod przykrywką religii i wiecznej chwały Pana, by przetrwać muszą poddać się nowym zasadom, inaczej zostaną zesłane do tajemniczej kolonii, albo ich ciała zawisną na murze, ku przestrodze innym. Muszą, choć niekoniecznie wszystkie chcą poddać się tym zasadom. Niektóre z nich rozpoczynają walkę z niesprawiedliwym systemem.

Podręczne nie są konkubinami, są chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Przyjmują nowe imiona, które są damskim odpowiednikiem imienia głowy rodziny, np. Freda, Daniela czy Warrena. Akt seksualny pomiędzy podręczną, komendantem i jego żoną, nazywany inaczej ceremonią, nie ma na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych czy czerpania przyjemności, ma charakter czysto prokreacyjny – odbywa się on w ciszy, bez żadnych emocji czy nawet dotyku. Jak wspomniałam, żona komendanta także jest obecna w trakcie aktu, co niewątpliwie dla obu pań jest upokarzającym momentem.

Posłuszeństwo i wyrzeczenie się wszelkich rozrywek dotyczy nie tylko podręcznych, ale także pozostałych kobiet, również żon komendantów. Zmagające się z bezpłodnością kobiety, ale marzące o potomstwie muszą znosić całą sytuację z godnością. Serena Joy Waterford (Yvonne Strahovski) była kobietą czynu, można rzec – feministką. Głośno walczyła o prawa kobiet, wydałą książkę i głosiła wykłady na wszelakich uczelniach i w różnych organizacjach. Po reformie prawa, którego również sama była twórczynią, z pokorą poddała się nowym zasadom. Ona również nie może czytać książek czy nakładać makijażu. Także żony komendantów mają jeden uniform, w różnych odcieniach turkusu, chociaż mają nieco większe pole do popisu niż podręczne.

Niestety główna bohaterka Freda/June (Elisabeth Moss) źle została dobrana do tej roli. Przez większość filmu pokazywana jest jej twarz z jednym i tym samym, nijakim grymasem twarzy. Nie jest wiadome, czy na jej obliczu maluje się strach, niepokój, radość czy może ma problemy z wypróżnieniem się. Jej postać jest po prostu nieciekawa, nijaka, a nawet irytująca. Niemrawa gra aktorki bardzo razi. W porównaniu z innymi podręcznymi (które również pozbawione są makijażu i znalazły się w takiej samej sytuacji) Elisabeth Moss wypada po prostu źle. Całe szczęście, że inni aktorzy, tacy jak Alexis Bledel, Joseph Fiennes, Max Minghella, Samira Wiley, Madeline Brewer czy wspomniana Yvonne Strahovski są znacznie bardziej utalentowani i nadrabiają swoją grą. Ich postacie są wyraziste, z charakterem, które mimo beznadziejnej sytuacji starają się istnieć, nie tylko ciałem ale i duchem.

Serialowa produkcja oparta na powieści Margaret Atwood jest szokującym i przerażającym obrazem przyszłości, która wcale nie jest taki niemożliwa. Patrząc na obecną sytuację w naszym kraju niewykluczone, że taki scenariusz może kiedyś wejść w życie. Oglądając „Opowieść podręcznej” odczuwam niepokój, ale również zdenerwowanie, że można traktować kobietę jak krowę rozpłodową, a ich ciało jest tylko inkubatorem. Jak to powiedział komendant Waterford, nie ma nic piękniejszego niż wydanie na świat nowej istoty. Poza spełnieniem obowiązku swojego gatunku nic innego nie istnieje. Słuchając takich wypowiedzi krew się w środku gotuje. Jak to możliwe, że kobiety mogą zgotować taki los innym kobietom, bez żadnego współczucia. Jedynie podręczne mają poczucie solidarności i wspierają się na każdym kroku.

„Opowieść podręcznej” zdecydowanie nie jest pozycją dla feministek. Nie mniej jednak zdecydowałam się ją obejrzeć z czystej ciekawości, jak kiedyś może wyglądać świat. Jak wspomniałam, nie jest to taki utopijny scenariusz, bo stopniowo odbierane są nam pewne prawa, czy nam się to podoba, czy nie.. Mimo wszystko polecam serial wszystkim kobietom, by mieć świadomość, jaki los może nas kiedyś czekać.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”

Wygląda na to, że postać Pablo Escobara, kolumbijskiego barona narkotykowego lat 80-tych ubiegłego wieku nieustannie fascynuje filmowców. W przeciągu kilku lat powstało kilka produkcji o tym człowieku. Najnowsza z nich „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” z Javierem Bardem i Penelope Cruz w rolach głównych opowiada historię romansu pomiędzy mafiosem a kolumbijską dziennikarką – Virginią Valejo.

Historia ukazana tutaj widziana jest z perspektywy kobiety, która pokochała samego diabła. Wielka gwiazda kolumbijskiej telewizji wdaje się w romans z baronem narkotykowym. Początkowo zafascynowana i pełna podziwu jego osobą pomaga mu w zdobyciu pewnego statusu społecznego. Wiedziała czym się zajmuje, a mimo to weszła w ten związek. Oczywiście mafioso nie pozostawał jej dłużny, dziennikarka opływała w luksusy i miała wszystko czego zapragnęła. Postawa kobiety stopniowo ulega demoralizacji – zaczyna latać na zakupy do Nowego Jorku z walizami wypchanymi narko-forsą, a kiedy gangster rozpętuje prywatną wojnę z aparatem państwowym, przy kochanku trzyma ją wyłącznie zwierzęcy strach. Tutaj zaczyna się walka o życie zdesperowanej kobiety, która zrobi wszystko, by nie skończyć jako kolejna ofiara na liście Pablo Escobara.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” oparta jest na biograficznej książce Virginii Valejo o takim samym tytule. Po znakomitym serialu „Narcos”, produkcja kolejnych filmów o Escobarze to bardzo ryzykowne zagranie. Aby udźwignąć taką produkcję, trzeba było zaangażować pierwszoligowych aktorów z Oscarem na koncie, a gwiazdorska para Bardem-Cruz zdołała udźwignąć ten ciężar. Bardem miał ten obłęd w oczach, przez który widz ma ciarki na plecach w trakcie całego seansu. Javier Bardem gra z dużym wyczuciem psychopatycznej podwójności Escobara – rodzinny konserwatyzm kontra sadystyczny narcyzm. To taki swoisty przekrój z życia samozwańczego króla Kolumbii.  Mamy tutaj wszystko, co uczyniło z Escobara figurę globalnej popkultury: brutalną przemoc i ojcowską łagodność; skorumpowaną politykę i biznesowe narady przy basenie; społeczną wrażliwość i orgie z prostytutkami.

Przyznam szczerze, że czułam pewien niedosyt; dwugodzinny seans nie był dla mnie wystarczający, chciałam więcej. Film jest brutalny, może nie w takim stopniu jak „Narcos”, ale scena z piłą mechaniczną czy z psem uwiązanym na plecach na długo zapadają w pamięci. Brak poszanowania dla ludzkiej godności i życia jest tutaj widoczny na każdym kroku.  Aktorska para (na ekranie i w życiu prywatnym) znakomicie się spisała, chociaż przed seansem sądziłam, że nie podołają temu aktorskiemu zadaniu. No, ale nie za darmo zostali obsypani Oscarami.

 

„Geniusz: Picasso”

Historia jednego z najsłynniejszych artystów XX wieku, słoneczna Hiszpania i nieziemsko przystojny Antonio Banderas – czy może być jakieś lepsze połączenie? Wszystko to znajdziemy w najnowszym serialu National Geographic „Geniusz: Picasso”.

Kobieciarz, awanturnik i zabawiaka – takie łatki przylgnęły do najsłynniejszego hiszpańskiego malarza. Pablo Picasso, a właściwie to Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso był prekursorem kubizmu, który żył i działał na przełomie XIX i XX wieku, w niespokojnych czasach obu wojen światowych. Niewielu artystów pozostawiło po sobie tak bogaty dorobek, jak on. Był jednym z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych artystów ubiegłego stulecia, którego kariera trwała nieprzerwanie przez 80 lat. Szacuje się, że dorobek Picassa, który dożył 91. roku życia, obejmuje około 50 tysięcy prac. Jego porywczy temperament i niezwykła wena twórcza były nierozerwalnie związane z pełnym zawirowań życiem prywatnym – burzliwymi małżeństwami, licznymi romansami, zmieniającymi się sympatiami politycznymi i przelotnymi fascynacjami. Picasso nieustannie kreował siebie na nowo, wyznaczał nowe trendy w sztuce i przesuwał granice.

Akcja serialu toczy się na dwóch płaszczyznach jednocześnie. Retrospekcje w pewnym stopniu ilustrują i argumentują zachowania Picasso z bieżącej fabuły (Antonio Banderas), by za chwile przenieść się do czasów młodego Picasso (Alex Rich). Na początku widzimy Picasso jako grzecznego chłopca obserwującego z tatą corridę, następnie jako ciekawego świata młodzieńca, który coraz chętniej odwiedza domy publiczne by zasmakować życia, a wreszcie, jako mężczyznę, który decyduje się postawić wszystko na jedną kartę i iść właśnie w kierunku sztuki. W fabule retrospektywnej nie zabrakło również osobistych traum, które wpłynęły na to, jakim człowiekiem stał się Pablo.  Miał wiele muz, między innymi: Marie-Thérèse Walter (Poppy Delevingne) – matkę jego córki Mai,  piękną fotografkę Dorę Maar (Samantha Colley) czy Francise Gilot (Clémence Poésy).

Produkcja powstała między innymi w Paryżu, Barcelonie, Malcie oraz Maladze – mieście, w którym urodził się nie tylko sam artysta, ale także Antonio Banderas. To właśnie w tym andaluzyjskim mieście obserwujemy dorastanie młodzieńca w pięknej, słonecznej Hiszpanii, gdzie na arenach widowiskowo walczą torreadorzy, a elewacje budynków pokryte są kwiatami. Scenografia produkcji jest rzeczywiście dopięta na ostatni guzik – klimat Malagi bije z ekranu z niezwykłą siłą, hipnotyzując widokami. W tle słychać delikatne gitarowe brzmienia  autorstwa genialnego Hansa Zimmera. W zestawieniu z malowanymi farbami kadrami wypada to fantastycznie.

Przyznam szczerze, że o Pablo Picasso nie wiedziałam zbyt wiele. Oczywiście znałam kilka jego prac, ale o życiu i działalności nie miałam pojęcia. A jako miłośniczka Hiszpanii i wielka fanka Antonio Banderasa nie mogłam nie obejrzeć tego serialu 🙂 „Geniusz: Picasso” jest nieszablonowym, pełnym zawirowań życiorys i wciągający dobry serial. Obejrzeć go powinni nie tylko ci, którzy znają dzieła Picassa, ale przede wszystkim dla takich laików jak ja, które wiedziały jedynie, że Picasso istniał. W serialu znajdziemy wszystko, czego trzeba: świetne kreacje aktorskie, znakomitą realizację i przepiękne krajobrazy.

„Coco”

Podobno z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach. Coś  w tym jest, ale nie do końca to prawda. Bo tak naprawdę rodzina jest najważniejsza i bez względu na wszystko, zawsze można na nią liczyć – nawet w zaświatach.

Nastoletni Miguel marzy, by w przyszłości zostać popularnym muzykiem, tak jak jego idol – światowej sławy meksykański piosenkarz i aktor Ernesto de la Cruz. Jednak chłopiec nie ma łatwego zadania, gdyż rodzina skutecznie mu to utrudnia, zabraniając wszelkiego rodzaju muzykowania. Związane jest to z nieco traumatyczną historią rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Miguel nie poddaje się i po kryjomu szlifuje swój talent. Zbuntowany chłopiec bierze udział w konkursie talentów, ale potrzebuje do tego gitary. Postanawia „pożyczyć” instrument słynnego piosenkarza, ale nie wie, że przez niego przeniesie się do innego świata – świata zmarłych. Tam spotyka swoją ekscentryczną rodzinę, która za wszelką cenę stara się odesłać chłopca do domu, ale na własnych warunkach, które nie do końca podobają się Miguelowi. Chłopiec ucieka i postanawia spotkać się ze swoim idolem. Po drodze poznaje Hectora, który staje się jego kompanem i przewodnikiem po zaświatach. W czasie swojej wędrówki poznaje prawdę o swojej rodzinie oraz odkrywa szokujące informacje o swoim idolu…

Akcja toczy się w Święto Zmarłych, czyli Dia de los Muertos, które jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych w Meksyku. Folklor oraz meksykańska kultura ma tutaj wielkie znaczenie. Niezależnie czy są to mariachi, tradycyjne wycinanki z papieru, typowo meksykańska rasa psa, muzyka w klimacie tego kraju czy obrzędy związane z kultywowaniem Dnia Zmarłych, wszystko to ma swoje dokładne miejsce w fabule filmu i wpływa na to, co widzimy na ekranie. A dzieje się naprawdę dużo. Przenosimy się do świata umarłych, bajkowego świata umarłych. Mnóstwo kolorów, fantastycznych postaci, cudowna muzyka, a także wiele odniesień do znanych meksykańskich postaci jak np. Fridy.

Rzadko się zdarza, żeby współczesne animacje przekazywały jakieś głębsze wartości młodym widzom. W przypadku „Coco” jest inaczej. Twórcy przekonują, że rodzina jest najważniejsza, również pamięć o nich po śmierci. Ba tak naprawdę bez rodziny jesteśmy nikim. Jeśli ona o nas zapomni, to pamięć o nas przeminie.  Babcia Miguela dba o rodzinne tradycje i wbija do głowy krnąbrnemu wnuczkowi te wartości. Swoją drogą „Abuelita” to zabawna (ale czasami również sroga) osoba, która swoim specyficznym poczuciem humoru dostarcza nam dużej dawki śmiechu. Ale z drugiej strony pojawiają się postaci, przez które wręcz pojawiają się łzy wzruszenia, dlatego też w trakcie seansu miejcie pod ręką paczkę chusteczek.

„Coco” to tegoroczny zdobywca dwóch Oscarów w kategorii najlepszy długometrażowy film animowany oraz za najlepszą piosenkę. To także laureat wielu innych prestiżowych nagród: Złotych Globów, BAFTA czy Złotych Laurów. Nie ma się co dziwić, gdyż „Coco” to prawdziwa uczta nie tylko dla oczu, ale również dla duszy. To nie tylko animacja kierowana do najmłodszych widzów, ale także (a może przede wszystkim?) dla dorosłych. To niezwykła i wzruszająca historia o miłości i sile rodzinnych więzi.

„Coco”

Kino z Hawajami w tle

Ten najmłodszy stan należący do Ameryki nie na darmo nazywany jest rajską wyspą albo rajem na ziemi. Jakie skojarzenia nasuwają się nam, kiedy pomyślimy o tym miejscu? To przede wszystkim charakterystyczne spódniczki zrobione z trawy i tradycyjny taniec hula, a także przepiękne, pachnące kwiatami boa. Myśląc o tej wyspie można usłyszeć również typową hawajską muzykę, a także oczami wyobraźni zobaczyć gorące plaże i błękitne morze.

Oto kilka wybranych filmów, których akcja toczy się na tej Rajskiej Wyspie.

 

Żona na niby

reż. Dennis Dugan
Produkcja: USA
Premiera: 2011

Wzięty i bogaty chirurg plastyczny Danny (w tej roli Adam Sandler) dochodzi do wniosku, że kobiety lecą na żonatych facetów. Jako że doktor nie ma szczęścia w miłości i pewnego dnia wpada na genialny (według niego) pomysł. Spotykając się z tuzinem kobiet, zawsze zmyśla nieprawdopodobne historyjki, np. że żona regularnie znęca się nad nim. Pewnego dnia poznaje dziewczynę, w której zakochuje się od pierwszego widzenia. Wydaje mu się, że  jego głupia teoria, wg której kobiety oglądają się za żonatymi zawsze się sprawdza, dlatego też prosi swoją asystentkę Katherine (Jennifer Aniston), żeby udawała jego żonę. W pewnym momencie sytuacja wymyka się spod kontroli, a w pokręconą historyjkę zostają wplątane dzieci Katherine oraz kuzyn Danny’ego.

Mimo, że jest to komedia, to przesłanie ma całkiem poważne. Jest to satyra na niezdrowe zachowanie społeczeństwa. Na ekranie pojawiają się piękne widoki zachodzącego słońca. Poza tym jest plaża, roznegliżowane ciała, drinki z palemką, czyli wszystko to, co charakteryzuje Hawaje.

 

Po zachodzie słońca

reż. Brett Ratner
Produkcja: USA
Premiera: 2005

Max (Pierce Brosnan) to złodziej diamentów, który po swojej ostatniej, spektakularnej akcji postanawia odejść na zasłużoną emeryturę. Wraz ze swoją ukochaną Lolą (Salma Hayek) przenoszą się na Hawaje, gdzie planują spędzić resztę swojego życia na piciu drinków z palemką patrząc na zachody słońca. Jak się okazuje, do portu przypływa ekskluzywny statek, na którego pokładzie odbywa się wystawa drogocennych brylantów. Pośród nich jest unikatowy egzemplarz klejnotu, który kilka wieków temu zdobił szablę Napoleona. Jest to jeden z nielicznych egzemplarzy, którego Max nie zdołał ukraść. Po jego piętach depcze mu agent FBI, który ściga złodzieja od lat. Jest przekonany, że Max będzie szykował skok na brylant i ma zamiar złapać go na gorącym uczynku.

Sama historia jest dosyć banalna i nie wnosi niczego nowego. Mimo wszystko, widoki, jakie serwuje nam reżyser są niewalające. Produkcja jest lekka, ogląda się ją przyjemnie. Skąpane w zachodzącym słońcu widoki, gorący duet Brosnan-Hayek i znakomita muzyka dodają filmowi nie tylko uroku, ale również wyrafinowanego smaku.

 

Pearl Harbor

reż. Michael Bay
Produkcja: USA
Premiera: 2001

Jest rok 1941. Dwaj przyjaciele z dzieciństwa: Rafe (Ben Affleck) i Danny (Josh Hartnett), postanawiają zaciągnąć się do wojska trenując oraz szkoląc się na pilotów. Niebawem oboje zostają wykwalifikowanymi i znakomitymi pilotami, ale żeby zacząć latać – muszą przejść obowiązkowe badania, podczas których wychodzi na jaw, że Rafe ma problemy ze wzrokiem. Jednak udaje mu się przekonać piękną pielęgniarkę, Evelyn (Kate Beckinsale), aby pozwoliła mu szybować w przestworzach. Po pewnym czasie między Evelyn i Rafe zakochują się w sobie. Ich sielanka jednak nie będzie trwała zbyt długo, ponieważ Rafe, w sekrecie przed ukochaną i przyjacielem, zgłasza się do Orlego Szwadronu, który wspomaga Brytyjczyków w bitwie o Anglię. Niespodziewanie, do Evelyn i Danny’ego dochodzą informacje, że jeden z samolotów, w którym był Rafe, został zestrzelony nad Kanałem La Manche. Chłopak postanawia zaopiekować się zrozpaczoną kobietą. Po pewnym czasie zakochują się w sobie na zabój. Kwitnące uczucie między Dannym i Evelyn przerywa atak Japończyków na Pearl Harbor.

„Pearl Harbor” jest jednym z moich ulubionych filmów. Oglądałam go już kilkanaście razy, ale za każdym przeżywam historię nowo i ryczę jak bóbr. Pamiętam kiedy zobaczyłam tę produkcję po raz pierwszy – przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie. Może nie jest to pełnoetatowa produkcja z Hawajami w tle, aczkolwiek są momenty, kiedy Danny i Evelyn spędzają romantyczne chwile na hawajskich plażach skąpanych w gorącym, zachodzącym słońcem.

 

Hawaii 5.0

reż. Leonard Freeman
Produkcja: USA
Premiera: 2010

Były komandos służb specjalnych Steve McGarret (Alex O’Loughlin) przybywa na hawajską wyspę, aby rozwikłać zagadkę dotyczącą śmierci swojego ojca. Od gubernatora otrzymuje propozycję dowodzenia oddziałem do zadań specjalnych. Razem z Dannym Williamsem (Scot Caan) oraz młodą policjantką Kono Kalakaua (Grace Park) rzucają się w wir swojej pracy. Rozwiązując trudne zagadki, niejednokrotnie łamią prawo, nie licząc się z konsekwencjami. Zależy im jedynie na tym, aby ocalić ludzie życie.

Swego czasu serial cieszył się wielką popularnością. Znaczna większość zdjęć kręcona jest na hawajskiej wyspie O’ahu, dzięki czemu możemy przenieść się w to egzotyczne miejsce. Serial jest remakem popularnego w latach 1968-1980 serialu „Hawaii Five-O”.

 

Lilo & Stich

reż. Chris Senders, Dean DeBlois
Produkcja: USA
Premiera: 2002

Propozycja z przymrużeniem oka. Mimo, że jest to film animowany, to akcja rozgrywa się na Hawajach. Jest to piękna historia małej dziewczynki a stworkiem pochodzącym z kosmosu. Lilo mieszka z siostrą, obie są sierotami, a opieka społeczna chce je rozdzielić. Pewnej rozgwieżdżonej nocy, dziewczynka zauważa na niebie spadającą gwiazdę wypowiadając przy tym życzenie. Pragnie, aby znaleźć prawdziwego przyjaciela, który będzie w stanie się nią zaopiekować. Następnego dnia Lilo udaje się do schroniska, z którego zabiera obcego przybysza nadając mu imię Stich. Potworek nie potrafi dostosować się do nowego otoczenia, dlatego wnosi chaos do swojego otoczenia. Ich przyjaźń byłaby piękna, gdyby nie to, że w ich relację ingeruje pracownik opieki społecznej, a także kapitan Gantu, który przybywa po mieszkańca swojej planet

Twórcy bajek Disneya powrócili do swoich korzeni – film jest prosty, lekki i emanuje ciepłem. Widać, że producentom nie zależało tylko na efektach specjalnych, ale przede wszystkim na rozwoju postaci i kameralności animacji. Przesłaniem „Lilo & Stich” jest niezwykła emocjonalność – śmieszy, bawi, są chwile grozy, a nawet chwile wzruszenia. Animacja pokazuje, że nieważne kim się jest, ale zawsze znajdzie się dla każdego miejsce we wszechświecie i odnajdzie prawdziwych przyjaciół.

 

Błękitne Hawaje

reż. Norman Taurog
Produkcja: USA
Premiera: 1961

Jest rok 1961. Chad Gates  (w tej roli Elvis Presley) wraca do rodzinnego Honolulu, do swojej rodziny, dziewczyny i hobby. Jego ojciec pragnie, aby ten rozpoczął pracę na rodzinnej plantacji i rozpoczął obiecującą karierę urzędnika. Młody i spragniony wrażeń mężczyzna nie ma zamiaru ulec prośbom ojca. Zatrudnia się w lokalnym biurze podróży, w którym zostaje przewodnikiem wycieczek. Dzięki temu może podróżować po całej wyspie w towarzystwie pięknych dziewczyn śpiewając, tańcząc i surfując, czyli wszystkim tym, co kocha robić najbardziej.

Poza najpiękniejszymi zakątkami Rajskiej Wyspy, możemy podziwiać nie tylko przystojnego Elvisa, ale również upajać się jego wokalnym talentem. W filmie usłyszeć można takie przeboje jak m. in. „Blue Hawaii”, „Rock-A-Hula Baby”, „Hawaiian Wedding Song” czy „Island of Love” oraz nieśmiertelny przebój „Can’t Help Falling in Love”.

 

Pozostałe filmowe podróże:

Indie: Kino z Indiami w tle

Chiny: Kino z Chinami w tle

Egipt: Kino z Egiptem w tle

Kuba: Kino z Kubą w tle

Meksyk: Kino z Meksykiem w tle

Włochy: Kino z Italią w tle

Afryka: Kino z Afryką w tle

Grecja: Kino z Grecją w tle

„Wonder Woman”

„Wonder Woman” to pierwsza w historii pełnometrażowa superprodukcja w całości poświęcona jednej z najsłynniejszych komiksowych superbohaterek. W roli tytułowej wystąpiła Gal Gadot („Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”), której na dużym ekranie partnerują m.in. Chris Pine („Star Trek”), Connie Nielsen („Gladiator”), Robin Wright ( „House of Cards”) czy Danny Huston („Gniew tytanów”).


Zanim została Wonder Woman, była Dianą (Gal Gadot) – księżniczką Amazonek wychowującą się na odległej, rajskiej wyspie i wyszkoloną na niepokonaną wojowniczkę. Pewnego dnia u brzegów wyspy rozbił się amerykański pilot (Chris Pine), który opowiedział Dianie o wielkim konflikcie ogarniającym świat. Księżniczka porzuciła więc swój dom przekonana, że może powstrzymać zagrożenie. W walce u boku ludzi, w wojnie ostatecznej, Diana stopniowo odkrywa swoją tożsamość, pełnię swojej mocy… i swoje prawdziwe przeznaczenie.

Film „Wonder Woman” opowiada długo wyczekiwaną historię Diany, jedynego dziecka na Themyscirze, tajemniczej wyspie podarowanej jej mieszkańcom przez samego króla bogów – Zeusa, jej podróży i początków legendy tej niezrównanej superbohaterki. Pochodząca z plemienia Amazonek Diana przez całe życie szkoliła się do walki. Jednak aby stać się prawdziwą wojowniczką, będzie musiała odważnie bronić swoich ideałów i posługiwać się unikalnym orężem na najbardziej brutalnym polu bitwy, jakie świat kiedykolwiek widział.


Nie znam komiksowej historii Wonder Woman, więc oglądając produkcję nie miałam żadnego porównania. Być może producenci bazowali na wydarzeniach rozgrywających się w komiksie, ale fabuła niezbyt mnie przekonała. Połączenie mitycznego świata z realiami pierwszej wojny światowej jakoś mi nie pasuje. Zupełnie dwie skrajne rzeczywistości, które nagle się ze sobą ścierają. Jak to się stało, że Steve tak po prostu znalazł się w krainie Amazonek? Z kolei jak to możliwe, że Diana musiała odbyć kilkudniową podróż statkiem do cywilizowanego świata, żeby wziąć udział w wojnie? Dla mnie – czyli osoby, która praktycznie  nie wie nic o tej postaci – było to niezrozumiałe i prawdę mówiąc – bez sensu.

Lubię ekranizacje komiksowych superbohaterów, ale przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś więcej po tej superprodukcji. Rozważałam nawet pójście do kina na seans „Wonder Woman” jednak dobrze, że tego nie zrobiłam, bo byłabym zawiedziona. Ja wiem, że to film, który od początku opierał się na grafice komputerowej, ale ja miałam wrażenie, że to bardziej gra komputerowa, albo bajka niż hollywoodzka produkcja. Poza tym, na każdym kroku widać błędy, które od razu rzucają się w oczy. Fabuła nie jest skomplikowana i da się przewidzieć co się wydarzy, chociaż jeden zwrot akcji jest nieco zaskakujący. Jednak Wonder Woman w wykonaniu pięknej Gal Gadot nie sposób nie polubić. Pełna gracji, wdzięku, a zarazem empatii i subtelnej… naiwności od początku wzbudziła moją sympatię.

Jeśli chcecie obejrzeć najnowszą produkcję, ale spodziewacie się spektakularnego widowiska, to możecie się nieco rozczarować. Ja oczekiwałam dużo więcej i przyznaję, że jestem rozczarowana. Oczywiście warto obejrzeć produkcję o tej komiksowej superbohaterce, zapełniając sobie czas w jesienny, ponury wieczór, ale mając inne filmowe propozycje, to bez wyrzutów sumienia możecie skusić się na inną produkcję.

Wonder Woman