Madryt. W innym wymiarze

Rzadko bywam kilka razy w jednym mieście, nawet jeśli totalnie mnie zauroczy. Z Madrytem to trochę inna sprawa. Zauważyliście pewnie, że to mój pierwszy post o Madrycie. Z całą moją miłością do Hiszpanii, do tej pory z premedytacją pomijałam jakikolwiek wpis o jej stolicy. Dziwne? Nie do końca, bo tak naprawdę to nie lubię tego miasta. Dla mnie jest ono zbyt poukładane, dystyngowane, przewidywalne i nijakie. Los jednak jest przewrotny i sprawił, że po raz kolejny – trzeci już – trafiłam do stolicy Hiszpanii. Prawda jest taka, że bardziej przyciąga mnie pewna osoba tam mieszkająca, niż same miasto 🙂 Właściwie to nie lubiłam Madrytu, aż do ostatniej wizyty.

W trakcie trzeciego pobytu w Królewskim Mieście, nie chciałam po raz kolejny odwiedzać „oklepanych” miejsc, typu Plaza Mayor, Puerta del Sol, El Retiro  czy Templo de Debod. Chciałam tym razem zobaczyć coś innego, całkowicie niepasującego do tego miasta. Byłam przekonana, że Madryt nie ma nic takiego do zaoferowania. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu), okazało się, że jednak ma! Dlatego tym razem cieszyłam się bardzo na wizytę w stolicy Hiszpanii.

Dlaczego zatem zmieniłam zdanie?

Podczas poprzednich moich wizyt w Madrycie zawsze zatrzymywałam się u znajomych, gdzieś z dala od centrum miasta. Tym razem trafiłam do dzielnicy Chueca, która uznawana jest za dzielnicę… LGBT. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy wyłoniłam się z metra na powierzchnię. Niczego nieświadoma, krocząc w nocy prze dzielnicę, wszędzie widziałam kolorowe flagi wiszące dosłownie w każdym oknie, na każdym balkonie. Jak się okazało, dwa dni wcześniej odbyła się tutaj parada Orgullo, która ma zupełnie inny charakter niż ta w Polsce. Poza samym przemarszem odbywają się liczne koncerty i imprezy towarzyszące, na których pojawiają się również skrajni hetero 🙂 Miasto po prostu wtedy żyje pełną piersią. Dwa dni po fiesta nadal trwała. Tłumy imprezujących Hiszpanów zalały każdy bar czy restaurację. Bardzo chciałam do nich dołączyć, ale zmęczenie po całym dniu w podróży wygrało z chęcią wspólnej integracji 🙂

Także sama dzielnica jest bardzo przyjemna, pełna street artu.

La Tabacalera – czyli to, na co czekałam z niecierpliwością i na samą myśl o wizycie w tym miejscu cieszyłam się jak dziecko 🙂 Dlaczego tak bardzo pragnęłam odwiedzić je? La Tabacalera to dawna fabryka tytoniu, która została przekształcona na alternatywne centrum kultury. Bez wątpienia jest to miejsce wielokulturowe. Spotkać tam można osoby o różnej orientacji seksualnej, upodobaniach muzycznych, religijnych czy o różnym kolorze skóry. Miasto oddało dawną fabrykę tytoniu hipisom, którzy teraz sami zarządzają tym obiektem. Odbywają się tam różnorodne koncertów czy wystaw sztuki. Wszystko jest darmowe i każdy może sam zaproponować zajęcia, występy czy namalować sobie coś na ścianie.

Skoro świt (no dobra, ok. godziny 10:00 😛 ) wybiegłam z hostelu i czym prędzej pognałam na stację Embajadores, by odwiedzić dawną fabrykę tytoniu. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy pani siedząca przed wejściem oznajmiła, że teraz nie ma wejścia, ponieważ trwają tam prace i zaprasza po godzinie 18-tej. Moją duszę ogarnęła czarna rozpacz, gdyż wieczorem nie za bardzo miałam czas pojawić się tam – miałam zaplanowane coś innego, coś dla mnie ważniejszego.

Alternatywne centrum kultury również było powodem, dzięki któremu zawitałam do Madrytu, dlatego choćby nie wiem co, ale musiałam pojawić się tam. Nie miałam zbyt dużo czasu, by móc się na spokojnie pozachwycać, jedynie szybko przebrnęłam przez starą fabrykę, robiąc w biegu zdjęcia. Z zewnątrz miejsce to mówiąc delikatnie – straszy. Surowe ściany, zimne mury i echo. Gdybym nie wiedziała, że w środku znajduje się inny wymiar, nigdy z własnej woli bym tam nie weszła 🙂 Wnętrza rodem z horroru 🙂 W środku unosił się zapach marihuany i na cały regulator rozbrzmiewała hip-hopowa muzyka.

Każdego dnia odbywają się tam różne zajęcia, np. z tańca, teatru, rysunku czy fotografii. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia i nie trafiłam na żaden koncert czy warsztaty. Odbywała się tam jedynie prywatna sesja zdjęciowa 🙂 Jednak główną atrakcją tamtego miejsca to murale. Przepiękne, oryginalne i nierzadko dające do myślenia. Nie będę się nad nimi rozpisywać, po prostu sami zobaczcie 🙂 Nie są to wszystkie dzieła, bo było ich tyle, że nie dałam rady  ich umieścić, a wybór był bardzo trudny 🙂 Niestety zdjęcia nie są najlepszej jakości, w biegu robione telefonem. Obiecuję, że następnym razem będą lepsze 🙂

Znalazł się tam również polski akcent 🙂

No i ostatnim, głównym powódem ostatniej wizyty w tym mieście to koncert mojej idolki – kolumbijskiej bogini Shakiry. Długo czekałam na ten koncert, ale zdecydowanie warto było. O samym koncercie pisałam tutaj.

Jak to mówią: do trzech razy sztuka. Tak było w moim przypadku, dopiero za trzecim razem polubiłam Madryt. Jest jeszcze kilka perełek, które chciałabym zobaczyć, a nie udało mi się ostatnim razem, bo były zamknięte. Mam jeszcze kilka marzeń związanych z tym miastem, między innymi wizyta na Santiago Bernabeu 🙂 Więc z cała pewnością jeszcze nie raz zawitam do stolicy mojego ukochanego kraju 🙂

Piran. Słona miłość

Słoweńskie wybrzeże liczące zaledwie 46 km, pełne jest romantycznych miasteczek. Najbardziej malownicze z nich jest średniowieczny Piran, który wyrósł dzięki tradycji uzyskiwania soli morskiej w salinach. Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii.

Wiecie, że uwielbiam małe miasteczka z magicznymi, wąskimi uliczkami. W hiszpańskiej Kordobie spacerowałam jak w jakimś transie, a nogi same mnie prowadziły 🙂 W Dubrowniku było podobnie, chociaż tam musiałam omijać i przeciskać się przez dzikie tłumy, które również – tak jak ja – niczym zombie funkcjonowały pod wpływem uroku miasta 🙂 Dlatego proszę się nie dziwić, że i Piran mną zawładnął 🙂

Miasto, wspaniale położone na wydłużonym, skalistym cyplu, jest perłą słoweńskiego wybrzeża. Jako jedno z najbardziej popularnych miejsc letniego wypoczynku bywa bardzo zatłoczone. Wystarczy jednak wejść w labirynt krętych i wąskich uliczek Starego Miasta, by znaleźć wyludnione zaułki, których jedynymi gośćmi są leniwe koty. Tamtejsze sierściuchy były jednymi  z najpiękniejszych kociaków, jakie widziałam. Wiecie, że jestem miłośniczką kotów, więc byłam tam przeszczęśliwa. Pośród nich znalazłam tego wyśnionego i wymarzonego, o posiadaniu którego marzę: biały, puchaty z niebieskimi oczami.

Głównym placem Starego Miasta jest Tartinjev trg, który w przeszłości pełnił funkcję portu. Na samym jego środku stoi brązowa statua Giuseppe Tartiniego, która – obok kościoła św. Jerzego – jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli miasta. Wiele domów znajdujących się przy placu to interesujące zabytki nierozerwalnie związanych z dziejami miasta.

By zobaczyć widoki, które widnieją na każdej pocztówce z Piranu, należy udać się na mury obronne. Trzeba kawałek wejść pod górkę, ale widoki rekompensują ten wysiłek 🙂 Zabawne było to, że w jednym czasie, na jednej z baszt znajdowało się ok. 20 ludzi, a wszyscy z nich byli Polakami 🙂 Żartowaliśmy, że podbiliśmy Piran.

To, co mnie urzekło w Piranie, to nie tylko wąskie uliczki, ale także witryny okienne i fasady budynków. Są tak klimatyczne, że zdjęcia robiłam tylko im 🙂 Różnokolorowe, pełne rośli i różnych mebli –  miałam wrażenie, że mieszkańcy uczestniczą w jakimś konkursie na najpiękniej ustrojone wejście do domu 🙂  Z resztą – sami zobaczcie 🙂

Jeśli zmęczycie się spacerem po krętych, ciasnych uliczkach, po których niekiedy trzeba iść pod górę, zróbcie sobie relaksujący spacer po betonowej promenadzie. Jest tam mnóstwo ławeczek, na których można usiąść i porozmyślać nad życiem, gapiąc się na morze i jedząc lody bananowo-czekoladowe. Wiem to z autopsji – spędziłam tak tam kilkadziesiąt minut, co jest do mnie niepodobne, bo zazwyczaj nieustannie ganiam po mieście w poszukiwaniu różnych atrakcji 🙂

Ach ten Piran. Z jednej strony miasteczko bardzo mnie urzekło, ale z drugiej chciałam jak najszybciej stamtąd uciekać. Dlaczego chciałabym wiać z tego słonecznego, kolorowego, tajemniczego i umiejscowionego nad Adriatykiem miejsca? Otóż chodziło o turystów. Chociaż byłam tam na początku maja, czyli teoretycznie przed sezonem, to Piran zalała fala… polskich turystów! 90% tamtejszej ludności stanowili Polacy. Serio, nie żartuję. Wszędzie słyszałam tylko język polski. Nie wiem co się stało, ale akurat wtedy nastąpiła jakaś inwazja polskich turystów na tą małą, odległą  słoweńską miejscowość 🙂 Ja wiem, że Polacy są wszędzie (tutaj też mówię poważnie), ale tam to była już lekka przesada 🙂 Pewnie kiedyś już wspomniałam, że podróżując nie lubię spotykać swoich rodaków. Nie dlatego, że coś do nich mam, ale dlatego, że przebywając poza granicami Polski, chcę czerpać jak najwięcej z danego miejsca, w którym aktualnie przebywam: poznać lokalnych ludzi, kulturę, jedzenie, itp. No bo jaki jest sens podróżowania, skoro przemierzając setki kilometrów będziemy przebywać pośród „swoich” i doświadczać wszystkiego, co już nam jest znane?

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Bled. Opowieść o pewnej miłości

„Stare słoweńskie powiedzenie mówi, że kiedy świat został stworzony, każdy kraj otrzymał coś własnego: jeden kraj góry, inny morze, jeszcze inny niekończące się równiny, a inny gęste lasy. Na koniec, kiedy wszystkie kraje poszczyciły się swoimi bogactwami, odezwała się Słowenia: A ja? I wtedy pojawiło się to, co czekało na sam koniec: wszystko, co najlepsze! Wystarczyłoby tego, aby stworzyć jeszcze jeden świat. Wszystko to zostało połączone przez ostatni, najważniejszy element: garść miłości. Miłość ta miała szczególną moc. Połączyła morze i góry, lasy i wody, pola i winnice, bogactwa podziemi i światło nieba – w ten sposób wszystkie te cuda zetknęły się ze sobą w Słowenii. Dzięki tej bliskości zamieniły one początkowe zauroczenie w trwałą, zieloną miłość; dzięki swojemu istnieniu wzbudziły aktywną chęć szukania dobra; dzięki przeżyciom jakie umożliwiają, wzmogły zdrowy rytm serca.”*

Chociaż minął już miesiąc, mentalnie nadal jestem w Słowenii, dlatego też będę Wam opowiadała właśnie o tym kraju. Dzisiaj będzie o pewnej małej miejscowości, dla której totalnie straciłam głowę. W tejże miejscowości znajduje się jezioro z malutką wysepką pośrodku. Mowa oczywiście o Jeziorze Bled, królestwie natury, znajdującego się u podnóża Alp Julijskich, które jest obrazem do raju. Trudno się z tym nie zgodzić patrząc na te widoki.

Co trzeba zrobić będąc nad Jeziorem Bled:

Obejść jezioro

Początkowo myślałam, żeby obejść jezioro wokół, będę musiała poświęcić na to dwa dni. Jak się okazało, zajęło mi to 3 godziny 🙂 Spacer trwałby krócej, ale ja co chwilę stawałam i robiłam zdjęcia, jednak nie ma się co dziwić 🙂

Wspiąć się na punkty widokowe

Ja z moją marną kondycją fizyczną wprost uwielbiam gdziekolwiek się wspinać 🙂 Zachęcona i podekscytowana widokami z licznych pocztówek i obrazów widniejących w centrum miasteczka postanowiłam, że muszę zobaczyć je na własne oczy.  Pierwszy punkt widokowy, zwany Ojstricą (611 m) to ten najpopularniejszy i najliczniej oblegany przez turystów. Na środku znajduje się ławeczka, na której (jeśli się ma szczęście) można przycupnąć, odpocząć po trudach wspinaczki (która nie jest wcale taka łatwa zwłaszcza przy końcowym podejściu) oraz podziwiać widok na jezioro i okolice.

Po kilkunastu minutach odpoczynku zdecydowałam, że idę dalej – na Małą Osojnicę (685 m). Spragniona piękniejszych widoków pognałam wyżej. Idąc sobie spokojnie w pewnym momencie zatrzymałam się by zaczerpnąć powietrza i rozejrzałam się wokół: ja sama stojąca pośrodku lasu – scena niczym z jakiegoś horroru. Nie zniechęcił mnie nawet uciekający w popłochu zaskroniec (?), który wyłonił się wprost spod mojej stopy. Gdy dotarłam na górę, zaparło mi dech w piersiach. Widok (a może wysiłek?) wprost zwalił mnie z nóg. Ku mojemu zaskoczeniu na Małej Osojnicy byłam sama, nikt nie zdecydował się na podziwianie cudownego krajobrazu z tej perspektywy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie będę mieć żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo kto mi miałby takie zrobić? Pogrążona w rozpaczy, w akcie desperacji narobiłam sobie milion nijakich selfików. Następnie usiadłam na ławce i przez 20 minut dumałam nad życiem i rozkoszowałam się widokiem. Niespodziewanie ktoś się zjawił! Były to dwie Azjatki, które dotarły na szczyt w… (nomen omen) japonkach! Nie muszę chyba wspominać, że po drodze trzeba było się wspiąć po skałkach, a o ukrytym zaskrońcu ukrytym pod zeschłymi liśćmi, który przyprawił mnie o palpitacje serca chcę szybko zapomnieć. Koniec końców – mam pamiątkowe zdjęcia 🙂

Zjeść kremówkę

Kremówki z Bledu owiane są sławą. Pierwsze kremówki powstały w Hotelu Park w 1953 roku i do dnia dzisiejszego wykonywane są z tego samego przepisu. Każdego roku powstaje tam ponad 500 tysięcy kremówek. Potwierdzam – są przepyszne!

Pojechać do wąwozu Vintgar

Niestety ja miałam pecha. Okazało się, że wąwóz jest w remoncie (znaczy jego infrastruktura) i wejście do niego było niemożliwe do drugiej połowy maja. Nieco zasmucona tym faktem znalazłam jednak alternatywę. Wraz z przypadkowo poznaną Malezyjką udałyśmy się na 20 km „spacer” do miejscowości Zasip. W informacji turystycznej powiedziano nam, że z drugiej strony wąwozu jest wodospad i tam można spokojnie iść. Sam wodospad nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, ale droga prowadząca do niego była bardzo malownicza 🙂

Popłynąć stateczkiem na wyspę

Będąc w Bledzie, warto popłynąć  na miejscową wysepkę, charakterystyczną łodzią zwaną pletnja. Dzwon kościoła znajdującego się tam jest symbolem spełnionych życzeń. Jak mówi legenda, dzwon, który wykonała młoda wdowa ku pamięci swojego męża, spadł na dno jeziora, a kobieta udała się do zakonu. Jednak jej życzenie się spełniło: dzwon później trafił na wyspę, został poświęcony przez samego papieża i do dziś dzwoni ku chwale miłości i jest symbolem spełnionych życzeń.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

*znalezione w folderze turystycznym.

Lublana. W kręgu romantyzmu

Jeszcze emocje nie opadły i cały czas buzują we mnie (nawet nie zdążyłam się jeszcze porządnie rozpakować 🙂 ), a ja już piszę o swojej wyprawie do Lublany – romantycznej stolicy Słowenii. Może dlatego, że po prostu zakochałam się nie tylko w samym mieście, ale i całym kraju i jak najszybciej chcę się z Wami podzielić uczuciami i przemyśleniami. Nie ma się co dziwić, że wpadłam jak śliwka w kompot, skoro nazwa mówi sama za siebie: Slovenia 🙂

Bilety do Słowenii kupiłam z pół rocznym wyprzedzeniem, więc miałam sporo czasu na zaplanowanie swojej wycieczki. Jest to pierwszy kraj, po którym spodziewałam się pięknych widoków, cudownej atmosfery i wspaniałych ludzi i pierwszy, który mnie w tym nie zawiódł. Niby Bałkany a tak zupełnie różne od Skopje czy Sarajewa. W końcu Słowenia znajdowała się w granicach dawnej Jugosławii, ale zdecydowanie bardziej jej do Zachodniej Europy niż do Południowej. Byłam tak podekscytowana, że na dzień przed wylotem nie mogłam w nocy zasnąć 🙂 Dostałam dokładnie to, co chciałam zobaczyć i czego oczekiwałam od tego kraju.

Lublana to ukochana. Oba słowa w języku słoweńskim brzmią niemal identycznie. A dla tych, którzy naprawdę znają Lublanę, słowa te mają też takie samo znaczenie. Stolica kraju, która w swojej nazwie ma miłość, to miejsce, w którym spotykają się ze sobą różne oblicza Słowenii. Przenikają się tam prehistoryczne czasy osad na palach z epoką rzymskiej Emony, cechy baroku ze wspaniałościami sztuki secesyjnej, słowiańska dusza z dziełami Jože Plečnika – wybitnego europejskiego architekta i inżyniera przestrzeni zurbanizowanej. Stolica Słowenii jest mozaiką różnych epok. W 2014 i 2015 miasto obchodziło 2000. rocznicę powstania rzymskiej Emony. Pozostałości prehistorycznej kultury osad budowlanych na palach znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ulice Lublany to możliwość spotkania z teraźniejszością i przeszłością.

Mówi się, że Lublana kipi romantyzmem. Całkowicie się z tym zgadzam. Piękna, secesyjna architektura, wszechobecna zieleń, uliczni artyści – to tylko kilka elementów składających się na świetną atmosferę panującą w stolicy Słowenii. Mieszkańcy są mili,, życzliwi, pomocni i przede wszystkim uśmiechnięci. Z drugiej jednak strony, to smok jest symbolem miasta, a smoki raczej nie kojarzą się z romantyzmem 🙂 M., który co prawda nie urodził się w Lublanie, ale od kilkunastu lat w niej mieszka powiedział, że to wielki przywilej, iż może żyć w tym cudownym mieście. Z kolei J. – Holender z krwi i kości – świadomie podjął decyzję, że chce przenieść się i żyć w Lublanie. Ja się wcale im nie dziwię, bo mnie również miasto całkowicie zauroczyło.

Lublana nie jest duża, w sumie mieszka w niej ok. 300 000 ludzi. Serce miasta – plac Plečnika – jest chronione przez oswojone smoki siedzące na XIX-wiecznym moście. Niby oswojone, a jednak wyglądają groźnie. Mimo wszystko pozwalają zrobić sobie zdjęcie ciekawskim turystom u swojego boku 🙂

Stare Miasto i nadbrzeże Lublanicy dostarczają malowniczych widoków. Starówka jest bardzo zadbana, a wyłożone brukiem uliczki prowadzą nas do różnych zakamarków centrum. Przy Placu Prešerena znajduje się jeden z najbardziej charakterystycznych punktów w mieście, Franciszkański kościół z różową fasadą i przyległy do niego klasztor. Oczywiście znajdziemy tam wiele obdrapanych budynków, ale uważam, że ma to swój urok i jak najbardziej pasują one do panoramy Lublany.

Po obu stronach rzeki rozciąga się kilka mostów. O smoczym mocie już wspomniałam, ale jest jeszcze inny, równie interesujący: Most Rzeźników, który … stał się symbolem zakochanych 🙂 Kłódki symbolizujące większe lub mniejsze miłości zdobią stalowe linki barierek. Co więcej, tuż obok znajdują się nieco dziwne rzeźby przedstawiające sceny z Biblii oraz mitologii greckiej.

Trzecim mostem łączącym obie strony miasta jest potrójny most (Trzy Mosty), a właściwie kładka dla pieszych. Potrójny most? – zapytacie. Tak, też się zdziwiłam na początku, ale wygląda to tak 🙂

Jeśli chcemy zobaczyć Lublanę z góry, można wybrać się na dwa punkty widokowe. Pierwszy z nich znajduje się na Wzgórzu Zamkowym. Można zrobić sobie kilkunastominutowy spacerek albo wjechać kolejką (wersja dla leniwych/oszczędnych czasu).

Drugim miejscem (dla mnie zdecydowaniem lepszym), z którego możemy podziwiać panoramę miasta jest wieżowiec Nebotičnik. Ten 13-piętrowy drapacz chmur, wybudowany w 1933 roku, okrzyknięty został najwyższym budynkiem ówczesnego Królestwa Jugosławii. Na ostatnim piętrze znajdują się restauracja oraz taras widokowy. Wstęp na taras jest bezpłatny, a widok jest niesamowity, z którego możemy podziwiać m.in. Wzgórze Zamkowe.

Jeśli komuś znudzą się widoki słodkiej, romantycznej Lublany i chce zobaczyć coś innego, alternatywnego, powinien wybrać się na ulicę Metelkovą. Jest tam pewne artystyczne podwórko, zupełnie oderwane od rzeczywistości. Określane mianem niezależnego centrum kulturalnego w Lublanie, znajduje się na terenie opuszczonych przez byłą armię jugosłowiańską koszar. Możemy znaleźć tam galerie sztuki, pracownie artystyczne i rękodzielnicze, czytelnia, kluby muzyczne i mniejszości seksualnych oraz liczne bary. Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia co do tego miejsca. Ostatnimi czasy jestem miłośniczką tego typu atrakcji, ale to, co tam zobaczyłam trochę mnie przytłoczyło. Za dużo wszystkiego, takie pomieszanie z poplątaniem. Czułam się tak, jakbym zażyła tabletkę psychotropową, a wszystkie demony i osobiste lęki wyłaniały się, osaczając mnie z każdej strony… Nie mniej jednak miejsce jak najbardziej ciekawe i jak najbardziej polecam tam zajrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Tallin. W klimacie średniowiecza

Tallin nie widniał wysoko na mojej podróżniczej liście marzeń. Pomysł odwiedzenia tamtejszego rejonu Europy narodził się wraz z pojawieniem się tanich biletów autobusowych. Niewiele myśląc zakupiłam je, choć w 100 % nie byłam przekonana do tej wycieczki. Co więcej, namówiłam nawet kumpelę, żeby pojechała ze mną. Dzisiaj z sentymentem i łezką w oku wspominam swoją podróż do stolicy Estonii 🙂

Do Tallina przybyłyśmy w nocy, a z dworca autobusowego do naszego hostelu trzeba było przejść praktycznie całe miasto. Zmęczone i poddenerwowane dotarłyśmy na Stare Miasto, gdzie znajdował się nasz hotel i nawet pod osłoną nocy miasto nas oczarowało. Potem było już tylko lepiej. Będąc w Tallinie miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie, do średniowiecza. Stare Miasto przypomina twierdzę otoczoną bramami i pozostałościami wysokich murów. Chociaż miasto nie jest duże, jest tam co robić. Godzinami można krążyć po wąskich i klimatycznych uliczkach Starówki. Jeśli jednak zmęczymy się takim spacerem,  można udać się na plażę naładować baterie.

Co warto zobaczyć w Tallinie?

Na początek koniecznie trzeba zajrzeć na Starówkę, która w 1997 roku wpisana została na Listę UNESCO. Dzieli się ona na Górne Miasto, gdzie w przeszłości zapadały najważniejsze decyzje dotyczące miasta i państwa. Stąd też rozpościera się wspaniała panorama na całe miasto. Dolne miasto można określić jako baśniowy twór złożony z setek kamienic, korowodów wież i ciągnących się miedzy nimi murów obronnych. Dolne Miasto to gotyckie kościoły, mury obronne i baszty kryte hełmami z czerwonej dachówki. Mury wraz z basztami i wieżami po dziś dzień bronią Tallina.

Na placu Ratuszowym i zaułkach brukowanych uliczek nietrudno  znaleźć kawiarnie, restauracje czy dyskoteki. W samym sercu Starówki – a konkretniej w Ratuszu – znajduje się restauracja III Draakon, dosłownie wyjęta ze średniowiecza. Nie ma tam elektryczności, a jedzenie powstaje w naturalnych piecach i wielkich garach. Co więcej, nie ma tam sztućców i posiłki zjada się gołymi rękami z glinianych naczyń. Specjalnością jest tam zupa z łosia, którą koniecznie trzeba spróbować!

Na Starym Mieście swoje siedziby miały niegdyś bractwa i zrzeszenia mniej lub bardziej wpływowych kupców. Perłą wśród nich jest Dom Bractwa Czarnogłowych. Uwagę zwracają też drzwi wejściowe, znacząco różniące się od pozostałych na tej ulicy. Zielona brama z herbem przedstawiającym profil Afroamerykanina jest bogato zdobiona złoceniami w kształcie miast i krwistoczerwonymi pasmami. Fasada przedstawia walczących ze sobą rycerzy oraz widnieją na nich wizerunki osób, które wniosły wkład w rozwój Tallina, między innymi król Polski – Zygmunt III Waza.

Trzeba przyznać, że Sobór Aleksandra Newskiego bardzo okazale się prezentuje, ale Estończycy nie darzą go sympatią. Dlaczego? Ano dlatego, że cerkiew miała symbolizować potęgę Rosji i jej wszechogarniające wpływy. Budowla powstała w latach 1894-1900, jednak początkowo mieszkańcy Tallina mieli w planach wzniesienie w tym miejscu pomnika Marcina Lutra. Cerkiew poświęcono protoplaście narodu moskiewskiego, władcy Nowogrodu Wielkiego – Aleksandrowi. Chociaż Estończycy nie lubią tego miejsca, muszę przyznać, że na mnie zrobiła ogromne wrażenie zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz. Wiecie, że nie jestem miłośniczką obiektów sakralnych, ale mimo to sobór urzekł mnie w pewien sposób.  Dla mnie stanowi jeden z symboli tego miasta.

Naprzeciw soboru znajduje się Zamek Toompea. Z okresu swojej świetności zachował się mur zachodni wraz z wieżą zwaną Długim Hermanem ora fragmenty muru północnego z wieżami. W wielu miejscach można odnaleźć ślady rozmaitych trendów architektonicznych, obowiązujących na przestrzeni wieków. Obecnie zamek jest siedzibą parlamentu estońskiego, dlatego też zwiedzanie nie jest możliwe.

Na wschód do Starego Miasta znajduje się wyniosły barokowy pałac z kompleksem parkowym i trzema stawami – Kadriorg. Aktualnie znajduje się tam Estońskie Muzeum Sztuki. Budynek zadziwia bogactwem i rozmachem. Mnie osobiście przypomina warszawski Pałac w Wilanowie, tylko w nieco mniejszej wersji 🙂

Idąc dalej wzdłuż wybrzeża, dojdziemy do dzielnicy Pirita, gdzie znajduje się plaża. Można tam odpocząć i zregenerować siły na jakiś czas i obserwować statki. We wrześniu wieje tam niemiłosiernie, ale mimo to i tak było przyjemnie.

Jeśli jednak znudzi Was średniowieczny klimat i chcecie zobaczyć coś nietypowego, co raczej nie widnieje na liście „must see”, przejdźcie się do dzielnicy Linnahal. Początkowo to dziwne miejsce może wydawać się dziwne i nieco przerażające, bowiem opuszczona bryła betonu wzbudza mieszane uczucia. Ten opuszczony kompleks sportowy wybudowano na igrzyska w 1980 roku. Co prawda odbywały się one nie w Tallinie, a w Moskwie, jednak „Bałtycką Perłę” wyznaczono na gospodarza konkurencji rozgrywanych na morzu.

Idąc dalej natkniemy się na industrialną dzielnicę z nieco kosmicznymi budynkami mieszkalnymi. Nieco dalej natkniemy się na alternatywne miejsce z graffiti i hipsterskimi restauracjami na czele. Można się tam wygodnie rozsiąść, skosztować lokalnych potraw i  w słoneczne dni nacieszyć ładną pogodą.

Największe zaskoczenie?

W celu poznania miasta w wieczorową porą oraz integracji z miejscowymi, postanowiłyśmy wyjść do jakiegoś baru/pubu/restauracji. Było około godziny 21:00. Krążąc po Starówce, nie mogłyśmy niczego znaleźć, bo wszystko było albo zamknięte, albo właśnie się zamykało. Ok, to była środa, środek tygodnia, ale nie było jeszcze tak późno, no i jakby nie patrzeć Tallin to europejska stolica! A tu niespodzianka, bo wszystko zamknięte na cztery spusty. Stojąc na środku ulicy i rozważając co tu robić – czy dalej krążyć i liczyć na łut szczęścia, czy może jednak kupić butelkę wina i wrócić do hotelu – ostatecznie postanowiłyśmy zapytać kogoś, co tu można robić ciekawego o tej porze. Wybór padł na przypadkowo przechodzącego mężczyznę, któremu „trochę” się spieszyło. Zaczepiony przez dwie nieznajome przybyszki z odległego kraju  nawet się nie zatrzymał, tylko powiedział, żebyśmy poszły za nim to pokaże, gdzie są jeszcze otwarte bary. Ostatecznie stwierdził, żebyśmy jednak poszły z nim, bo on idzie do pewnego baru i tam jest całkiem spoko. Po krótkim namyśle stwierdziłyśmy, że w sumie czemu nie, w końcu po to wyszłyśmy na miasto. Okazało się, że na nowy „kolega” (rodowity Estończyk) perfekcyjnie mówił po… polsku! Zapytałam go, dlaczego mówi w naszym ojczystym języku i dlaczego tak dobrze. W odpowiedzi usłyszałam, że dawno temu pracował tutaj z Polakami, ale oni za cholerę nie potrafili nauczyć się estońskiego, dlatego on postanowił nauczyć się polskiego!  Zabawna sytuacja, zwłaszcza, że polski należy do jednych z najtrudniejszych języków świata… Cóż, jak widać estoński klasyfikuje się wyżej w tym rankingu, z czym muszę się zgodzić (nie potrafiłam zapamiętać ani jednego słowa) 😊 Ostatecznie spędziłyśmy miły wieczór w otoczeniu lokalsa (R. – gorąco pozdrawiam! 😊), a także innych Warszawiaków (!!!), których spotkałyśmy w tym pubie. Czy to przypadek, że akurat ze wszystkich przechodniów zaczepiłyśmy Estończyka, który znakomicie mówił po polsku? Nie sądzę 😊

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Bratysława. W odwiedzinach u Čumila

Mój Facebook mi przypomina, że rok temu, mniej więcej w tym okresie, przebywałam w stolicy Słowacji, no i naszło mnie na wspomnienia. Zafundowałam sobie wtedy tripa najpierw do Wiednia, a potem do Bratysławy. Wiele osób mówiło mi, że po Wiedniu nie mam co tam jechać, bo miasto nie zrobi na mnie żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie – wyda mi się brzydkie, brudne i nijakie. Zgodzę się, że Bratysława nie umywa się do Wiednia, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i całkowicie skradł moje serce. Jednak uważam, że stolica Słowacji ma również wiele do zaoferowania ciekawskiemu podróżnikowi.

Pośród trzech innych stolic w tej części Europy: Wiednia, Pragi i Budapesztu, Bratysława plasuje się na szarym końcu. W moim przekonaniu jest niesłusznie niedoceniana. Co prawda nie jest to żadna metropolia, ale z całą pewnością ma swój urok. Stolica Słowacji jest idealnym miastem na krótki weekendowy wypad albo przystanek w dalszej podróży.

Najpopularniejszą atrakcją tego miasta jest Zamek Bratysławski (Bratislavský hrad), który dominuje w panoramie miasta. Zamek z czterema strzelistymi wieżyczkami w narożach, określany jako „stół odwrócony do góry nogami”. Aktualnie działa tam Muzeum Historyczne ze skarbem, w którym wśród najcenniejszych znalezisk archeologicznych z terenów Słowacji króluje bezcenny posążek „Wenus z Moravan” (figurka kobiety o bujnych kształtach wyrzeźbiona w mamucim kle 22,5 tys. lat temu), Muzeum Muzyki oraz punkt widokowy na szczycie Wieży Koronacyjnej.

Rynek Główny jest kwintesencją miasta: barokowo secesyjny, z niewielką domieszką gotyku i klasycyzmu. Na placu – historycznym centrum miasta – znajduje się Stary Ratusz, który stanowi malowniczy zlepek kilku stylów architektonicznych. Jego najstarszą częścią jest narożna wieża z końca XIII wieku.

Wychodząca z Rynku starego ulica Michalska była w średniowieczu częścią ruchliwego szlaku handlowego, łączącego Bałtyk z Dunajem. Dziś zmieniona w deptak, otoczona jest sklepikami i klimatycznymi knajpkami. Ulica Michalska prowadzi nas do Michalskiej brány – jedynej zachowanej spośród czterech średniowiecznych bram w murach miejskich. XIV-wieczna gotycka wieża sięga 50 m, a jej hełm zwieńczony jest posążkiem Michała Anioła. Aktualnie znajduje się tam Muzeum Dawnej Broni i Fortyfikacji.

Bratysława jest znana z pomników (co prawda nie w takim stopniu jak Skopje), nie tylko tych dostojnych, przedstawiających ważne postacie historyczne, ale także mniejszych, bardziej przyjaznych i „ludzkich”. Najbardziej znany jest Čumil, czyli brązowa figurka pracownika kanalizacji, który wychyla się z włazu do kanału i przygląda się przechodniom. Jego imię oznacza gapę i stał się ulubieńcem mieszkańców miasta i turystów. W centrum można także znaleźć jego „kolegów”. Najbardziej popularna jest figura żołnierza armii napoleońskiej pochylająca się nad jedną z ławek przy głównym placu. Kolejny pomnik przedstawia „Pięknego Ignasia”, czyli autentyczną postaćz I polowy XX wieku. Sprzątał lokalne mieszkania bogaczy i za jedno zlecenie otrzymał elegancki strój, z którym prawie nigdy się nie rozstawał.

Jak niejednokrotnie wspominałam, nie jestem miłośniczką zwiedzania kościołów. Niemniej jednak czasami trzeba odwiedzić niektóre „kultowe” miejsca jak np. Sagrada Familia, Notre Dame czy Katedra narodzin św. Marii w Mediolanie. Gdy w Bratysławie zobaczyłam malutki kościółek w kolorze „baby blue”, musiałam tam zajrzeć. Okazało się, że to kościół św. Elżbiety, zwany także Niebieskim kościółkiem (Modrý kostolík). Jest to secesyjna, jednonawowa świątynia, którą ufundował cesarz Franciszek Józef I – w powszechnej opinii druga w mieście świątynia poświęcona św. Elżbiecie miała uczcić pamięć jego tragicznie zmarłej żony, cesarzowej Elżbiety. Kościółek jest niebieski nie tylko z zewnątrz, ale także w środku wszystko jest w tych samych barwach. Muszę przyznać, że jest to jeden z najpiękniejszych obiektów sakralnych jaki kiedykolwiek przyszło mi zobaczyć.

Nad brzegiem Dunaju rozciąga się promenada, gdzie mieszkańcy odpoczywają w ciepłe, słoneczne dni. Coś takiego jak warszawskie schodki nad Wisłą, tylko zdecydowanie bardziej zadbane 😀

Jeśli po całodziennym zwiedzaniu ma się jeszcze trochę czasu (i siły), warto wybrać się na Wzgórze Slavín. Żeby tam wejść, trzeba się trochę napocić i pobłądzić pomiędzy wąskimi uliczkami, jednak widok na miasto rekompensuje cały trud wspinaczki. Znajduje się tam pomnik – który delikatnie mówiąc – wygląda niepokojąco.  Ma kształt surowego mauzoleum, z obeliskiem na szczycie przedstawiającym żołnierza ze sztandarem. Pomnik ten wzniesiono ku czci radzieckich żołnierzy poległych w bitwie o Bratysławę w 1945 r. Z tego miejsca można podziwiać panoramę miasta, w tym także widok na Zamek.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Porto. Na tropie azulejos

O tym, że mam obsesję na ich punkcie azulejos wspominałam tutaj niejednokrotnie. Zakochałam się w nich będąc po raz pierwszy w Hiszpanii, a konkretniej w Andaluzji, potem już tylko pogłębiałam swoją miłość do nich 🙂 Słyszałam wiele opinii od znajomych, że jeśli pojadę do Portugalii, to tam dopiero popadnę w zachwyt i będę w azulejosowym raju.

I była to szczera prawa. Pierwszego dnia zwiedzania miasta, niemal oszalałam, a jednocześnie  dostałam oczopląsu. Azulejos były wszędzie! Cały dzień chodziłam i robiłam zdjęcia każdemu budynkowi, każdej płytce z osobna. W hostelu dostałam mapkę Porto, która zawierała informacje o najpopularniejszych budynkach w mieście wyłożonych tymi cudownymi płytkami. Postanowiłam zrobić sobie całodniowy spacer w poszukiwaniu tych skarbów. Niestety nie wszystkie udało mi się znaleźć, ale  nic straconego, bo mam zajęcie na kolejny raz, kiedy przyjadę do Porto 🙂

 

Czym zatem są te tajemnicze azulejos?

Przepiękne, pokryte błyszczącym szkliwem płytki ceramiczne zdobią Portugalię wzdłuż i wszerz, dekorując zarówno fasady kamienic, jak i bogate wnętrza barokowych kościołów, a nawet stacje metra i dworców. Istnieją dwie teorie na temat etymologii słowa azulejo. Pierwsza z nich mówi, że azulejo pochodzi od arabskiego słowa azzelij lub al zuleycha, które oznacza „mały, gładki kamień”. Druga skłania się ku stwierdzeniu, że azulejo nawiązuje bezpośrednio do słowa azul, oznaczającego w językach hiszpańskim i portugalskim kolor niebieski. W XV w. płytki pełniły funkcję nie tylko dekoracyjną. Odporne na działanie wody i ognia, były też łatwe w utrzymaniu i pomagały zachować higienę wnętrz.

Pierwsze portugalskie kafelki stworzyli przybysze z Afryki Północnej – Maurowie, którzy do XIII w. zamieszkiwali południe Półwyspu Iberyjskiego. Mieli oni wzorować się na złożonych z niewielkich kwadratów mozaikach, tworzonych już w starożytności. W VIII-XV w. w zarządzanym przez Arabów regionie Al.-Andalus sztuka azulejos rozwinęła się głównie w Maladze, Sewilli i Toledo. Właśnie tam przybył portugalski król Dom Manuel I, zachwycony płytkami postanowił jak najszybciej ozdobić swój pałac kolorowymi „cudami”. W ten oto sposób Portugalia zyskała jedną ze swoich bardziej charakterystycznych dziedzin, która pełni rolę sztuki niemal narodowej i razem z fado i piłką nożną jest rozpoznawalnym symbolem „portugalskości”.

Podziwiając te dzieła, warto zwrócić uwagę na unikatowe motywy i tematykę zdobień. Bardzo popularna jest albarrada – spore panele dekorujące ogrodzenia lub fasady kamienic, najczęściej pokryte motywami kwiatowymi. Z kolei barokowa cartela, czyli łatwo rozpoznawalna dekoracja z biało-niebieskich płytek otoczonych ramką oraz azulejo de tapete – ogromnych rozmiarów mozaika pokrywająca ściany klasztorów lub kościołów.

Oto, jakie cuda udało mi się znaleźć w Porto.

Dworzec św. Benedykta

To najpiękniejszy dworzec kolejowy, jaki do tej pory widziałam. Tym, co czyli go sławnym na cały świat jest wnętrze ozdobione panelami z płytek azulejos. Ich autorem jest Jorge Colaço, największy twórca azulejos tamtych czasów. Na panelach znajduje się ponad 20 tys. płytek! W latach 2010-11 odnowiono panele z azulejos, które do dziś zachwycają każdego, kto odwiedza dworzec. Panele na dworcu nie są widoczne z ulicy, dlatego trzeba wejść do środka. Biało-niebeskie płytki ukazują sceny historyczne z dziejów Portugalii: bitwe pod Arcos de Valdeves w 1140 r., spotkanie rycerza Egasa Moniza z królem Leonu – Alfonsem VII (XII w.), przybycie króla Jana I z Filipą Lancaster do Porto (XIV w.) czy zdobycie Ceuty w 1415 r.  Pod sufitem ciągnie się pas kolorowych azulejos, które przedstawiają sceny rodzajowe, takie jak zbiory winogron w dolinie Duoro czy procesję z Matką Boską Uzdrowienia.

Kościół św. Antoniego

Łatwo go poznać po niebiesko-żółtej elewacji wyłożonej płytkami azulejos. Jorge Colaço ozdobił płytkami obejmującą dwa piętra barokową fasadę i do dnia dzisiejszego można na niej podziwiać sceny z życia św. Antoniego z Lizbony.

Kościół św. Ildefonsa

Wyróżnia się fasadą wyłożoną biało-niebieskimi płytkami. W 1932 roku Jorge Colaço ozdobił budynek 11 tys. azulejos. Sceny na panelach przedstawiają epizody z życia św. Ildefonsa oraz sceny biblijne związane z Eucharystią.

Kaplica Dusz

To właśnie na punkcie tego kościoła zwariowałam najbardziej. Krążyłam wokół niej każdego dnia, próbując zrobić aparatem dobre zdjęcie. Trudno było jednak zrobić porządne ujęcie, gdyż znajdowała się na jednej z ruchliwszych ulic w centrum miasta. Nazywana również kaplicą św. Katarzyny. Jej najbardziej charakterystycznym elementem jest zewnętrzna fasada, którą zdobi 15 947 niebiesko-białych płytek azulejos. Powstały one w Lizbonie w 1929 roku i zajmują powierzchnię ponad 360 m2, a ich autorem jest niejaki Eduardo Leite. Przedstawione na nich sceny ukazują momenty z życia s1). Franciszka z Asyżu oraz św. Katarzyny.

Kościół Karmelitów i Trzeciego Zakonu

Mój hostel znajdował się w pobliżu tych dwóch kościołów, dlatego też chcąc nie chcąc, codziennie przechodziłam obok, nie mogąc nasycić oczu ty pięknym wystrojem.  Kościół Karmelitów należy do zespołu klasztornego, obecnie zajmującego przez Gwardię Narodową. Pol lewej stronie wznosi się wieża udekorowana płytkami azulejos, zakończona kopułą w kształcie żarówki. Do kościoła Karmelitów przylega  kościół Trzeciego Zakonu. Największe wrażenie robi jedna boczna fasada budynku, wyłożona panelami płytek azulejos. Przedstawiają one Dziewicę ukazującą się Szymonowi na górze Karmel oraz inne sceny biblijne. Ich twórcą jest  Silvestre Silvestri.

Pozostałe perełki

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kijów. Z innej perspektywy

Miałam dla Was przygotować inny post na temat Kijowa, który od jakiegoś czasu rodził się w mojej głowie. W związku z tym, że ostatnio wszystko robię na opak, swoją przygodę ze stolicą Ukrainy także opiszę nietypowo, z innej perspektywy 🙂 No dobra, tak naprawdę nie mogłam się doczekać, aż podzielę się z Wami wszystkimi perełkami, które udało mi się znaleźć w tym mieście 🙂

Stolica Ukrainy bardzo mnie zaskoczyła, pod wieloma względami. Najbardziej tym, że mało kto mówi po angielsku. Ok, byłam na to przygotowana w pewien sposób, ale nie spodziewałam się, że recepcjonistka w hostelu w centrum miasta, w stolicy kraju ni w ząb nie będzie rozumiała angielskiego! Nie mam pojęcia, jak udało mi się z nią porozumieć, ale było bardzo ciężko. Z moim powolnym polskim i językiem ciała, coś udało mi się ostatecznie ustalić. Ale wyglądało to tak, że pytając ją o szafkę zamykaną na klucz, otrzymałam w zamian ręcznik 🙂 W odpowiedzi na prośbę o adres jakiejś informacji turystycznej otrzymałam numer telefonu i nazwę napisaną po ukraińsku, czyli w cyrylicy, w której wówczas jeszcze nie umiałam czytać. Z kolei na pytanie dotyczące dostępności mapy dla turystów, pani zrozumiała, że nie mam wifi w telefonie i co teraz mamy począć 🙂 Dzisiaj wydaje mi się to przekomiczne, ale w tamtym momencie chciałam ją udusić.

A teraz o tych pozytywnych zaskoczeniach 🙂 Nie spodziewałam się, że to miasto aż tak bardzo mnie urzeknie. Nie wiem czego konkretnie oczekiwałam, ale Kijów totalnie mnie kupił. Z jednej strony majestatyczne i monumentalne cerkwie, z drugiej zaś budynki pamiętające czasy komunizmu,  a gdzieś pomiędzy znajdują się totalnie odjechane i dziwne atrakcje, zupełnie jakby z innego – alternatywnego świata. Dzisiaj skupię się właśnie na tych nietypowych atrakcjach Kijowa.

To, co najbardziej mnie urzekło to niecodzienny plac zabaw, zwany Aleją Pejzażową, gdzie – dosłownie – przeniosłam się do Krainy Czarów (i kotów). Jako naczelna kociara, oszalałam na punkcie tamtejszych zwierzaków. Kolorowy plac zabaw wyłożony jest mozaiką, a efekt jest oszałamiający. Możemy tam spotkać nie tylko wspomniane koty, ale także inne dziwne stwory. Poznamy także  Alicję, ale również w wersji alternatywnej, bo z tego co pamiętam, to ta disneyowska była blondynką 🙂 Przyznaję, że ktoś miał niezła fantazję, żeby stworzyć tak odlotowe miejsce. Ja bawiłam się równie wybornie jak wszystkie dzieciaki przebywające razem ze mną na tym placu zabaw 🙂

Spacerując po mieście można spotkać naprawdę niecodzienne rzeczy 🙂 Kijowskie atrakcje potwierdzają tezę, że można stworzyć coś z niczego, np.  z przyborów kuchennych da się zbudować popiersie konia albo ze zbędnych kabli skonstruować człowieczka siedzącego na ławce 🙂 Chodząc pomiędzy uliczkami natkniemy się między innymi na uliczną galerię „słynnych” dyktatorów, złowrogo spoglądającego lwa albo… przyszłego księcia z bajki! 😀

Gdy zmęczymy się przechadzką po mieście, można przycupnąć i odpocząć na takich oto ławeczkach.

No i na sam koniec- crème de la crème – fantastyczny street art 🙂 Kijów zdecydowanie ma się czym szczycić pod tym względem. Ostatniego dnia, w miejscowej księgarni, kupiłam przewodnik po kijowskich muralach i udałam się w poszukiwanie perełek. Udało mi się zrobić „tylko” 3 trasy z tego przewodnika. Piszę „tylko”, gdyż było tam zaznaczonych ok. 15 tras w różnych częściach miasta, a ja przebyłam jedynie znikomy procent, nie mniej jednak chodziłam po mieście od rana do zapadnięcia zmroku, cały czas szukając tych cudownych murali 🙂 Jedno jest pewne – wrócę tam po więcej 🙂 Oto, co udało mi się znaleźć.

Ta perełka znajdowała się tuż przy  moim hostelu. Nie dało rady ująć go w całości, więc podzieliłam go na kilka części, gdyż jest zbyt piękny, żeby pominąć cokolwiek 🙂

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kiedy pomyślę o Sarajewie, na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech, a serce zaczyna mocniej bić. Mam ogromny sentyment do tego miejsca. Stolica Bośni i Hercegowiny jest dla mnie największym zaskoczeniem podróżniczym tego roku. Śmiem stwierdzić, że Sarajewo jest moim trzecim (zaraz po Warszawie i Barcelonie) ulubionym miastem. Musiałam się nieco zdystansować i poukładać w głowie pewne sprawy, zanim napiszę tutaj o swojej wyprawie do tego miejsca.

Miałam pewne obawy przed przyjazdem, bo nie wiedziałam do końca czego mam się spodziewać. Z jednej strony miasto rozwija się w oka mgnieniu, zaś z drugiej jedną nogą ciągle tkwi w tragicznej przeszłości. Nie oszukujmy się, Sarajewo kojarzy nam się negatywnie – z wojną, która całkiem nie tak dawno temu toczyła się na tych terenach. Owszem, na ulicach nadal stoją budynki, na których widać ślady po ostrzeliwaniu, i które cały czas zamieszkiwane są przez ludzi. Nie można jednak patrzeć na Sarajewo przez pryzmat wojny – to bardzo niesłuszne spojrzenie na to miasto. Nie powinno się tam przyjeżdżać tylko po to, żeby obejrzeć podziurawione ruiny czy róże sarajewskie, ponieważ miasto ma znacznie więcej do zaoferowania, niż tylko powojenne zniszczenia. Oczywiście nie powinno się zapominać o przeszłości, ale nie znaczy to, że trzeba cały czas w niej żyć. Przed przyjazdem byłam przygotowana, przeczytałam kilka reportaży na temat sytuacji w Bośni sprzed ponad dwudziestu lat, że by chociaż odrobinę zrozumieć, co tutaj się wydarzyło. Ale tak naprawdę nadal nie rozumiem, dlaczego tak się stało. I zapewne jeszcze przez długi czas nie będę potrafiła tego zrozumieć, mimo że ciągle sięgam po różne reportaże (i książkowe, i filmowe) na temat tej wojny. Wręcz przeciwnie, bo mam jeszcze większy mętlik w głowie. Nie chcę jednak zagłębiać się w tę straszną i smutną historię, bo nie taki jest mój cel. Początkowo miałam zamieścić zdjęcia tych wszystkich budynków pamiętających wojnę, ale ostatecznie zdecydowałam, że tego nie zrobię. Nie wiem, być może kiedyś jednak napiszę osobny post o jego ciemnej stronie. Sarajewo zasługuje, żeby pokazać z innej strony – jako rozwijającą się europejską stolicę.

Epicentrum kulturowym w Sarajewie jest Baščaršija, czyli stary bazar umiejscowiony na tamtejszej starówce. Muszę przyznać, ze spędziłam tam najwięcej czasu, chodząc po wszystkich zakamarkach tamtejszych uliczek i alejek. To masa wąskich uliczek wypełnionych po brzeg małymi kramami i warsztatami, sprzedającymi  przeróżne pamiąti, z unoszącym się gwarem i tłumem spacerowiczów i turystów. Czuć tutaj mocno wschodni klimat, jakbyśmy nie byli w Europie. Baščaršiję zobaczyć i poczuć po prostu trzeba, bez tego elementu zwiedzanie Sarajewa nigdy nie będzie pełne. No i tu właśnie znajdziecie największe historyczne atrakcje miasta.

Centralnym punktem bazaru jest Sebilj – charakterystyczna studzienka wyglądem przypominająca grzybek, będąca pozostałością po czasach osmańskich i jednym z pierwszych wodociągów w Europie. Kiedyś tego typu studni było w mieście ponad 100. Woda jest zdatna do picia i smaczna. Mówi się, że kto napije się wody z tej studni, nigdy nie zapomni Sarajewa. Co prawda ja się nie skusiłam, ale z całą pewnością o Sarajewie nigdy nie zapomnę 🙂

W Sarajewie przeżyłam kolejny szok kulturowy. Spotkałam się z lokalsami i poszliśmy na cudowną Baščaršiję, do najpopularniejszego tam baru, na sziszę. Lokal pękał w szwach od nadmiaru ludzi i na początku nie było gdzie usiąść. Znalazłszy miejsce zamówiliśmy sziszę, K. zapytał mnie co chcę do picia. Rzekłam, że piwo (bo u nas do sziszy zazwyczaj pije się ten trunek), ale jak się okazało – alkoholu nie podają w tym lokalu. Zdziwiło mnie (i to bardzo), że w najpopularniejszym miejscu w stolicy kraju, pełnym lokalsów i turystów, wieczorową porą nie podają tam alkoholu. No nic, trzeba było się dostosować i zdałam się na gust K., który zamówił mi „magic tea” – do tej pory nie mam pojęcia co to konkretnie było, ale smakowało jak mrożona herbata 🙂 Muszę przyznać, że tamtejsza szisza była najlepszą, jaką do tej pory paliłam 🙂 Potem poszliśmy do klubu na imprezę, która również była dla mnie nieco inna (nie chcę mówić, że dziwna). Na początku DJ grał najnowsze hity z list przebojów, po czym na scenę wkroczył zespół rockowo-folkowy, który śpiewał największe jugosłowiańskie przeboje. Co więcej, nie było przestrzeni do tańca, a na miejscu danceflooru ustawione były stoliki i krzesełka. Mimo, że nic nie rozumiałam, bawiłam się wybornie i skakałam razem ze wszystkimi lokalsami. No i dowiedziałam się czym jest turbo folk 🙂 W klubie można już było zamówić piwo, ale rozglądając się po stolikach, na większości z nich stały napoje bezalkoholowe i bardzo rzadko pojawiały się butelki z piwem. Dlaczego przeżyłam szok kulturowy? Ponieważ w moim kraju młodzież nie potrafi bawić się bez dużej ilości alkoholu, natomiast młodzi ludzie z Sarajewa potrafią to robić. Zaimponowali mi tym, i to bardzo.

Sarajewo położone jest w dolinie pomiędzy wysokimi szczytami gór Dynarskich. Żeby gdziekolwiek dojść, trzeba się porządnie natrudzić wchodząc pod górę. Nie ma tak jak w Warszawie, że teren jest zupełnie płaski. Dla kogoś, kto posiada zerową kondycję fizyczną (mowa oczywiście o mnie), wędrowanie po tym mieście jest nie lada wyzwaniem. Ba! To była prawdziwa udręka, bo prawie zeszłam na zawał i wyplułam po drodze własne płuca wspinając się na jeden z punktów widokowych – Żółty Bastion. Nie ma co ukrywać – sama sobie jestem winna, że nie ćwiczę regularnie. Jednak wysiłek i wewnętrzna walka były warte zachodu – cudowny widok na miasto wynagrodził mi wszelkie trudy 🙂 Sami zobaczcie.

Jak się okazało, to był tylko przedsmak tego, co miało nastąpić później, bo kiedy K. zabrał mnie na jeszcze wyższy punkt widokowy (Biała Twierdza), zaparło mi dech w piersiach. Było to w nocy, a oświetlone Sarajewo wygląda wręcz magicznie. Nie mogłam oderwać wzroku, zahipnotyzowało mnie kompletnie. Gdyby nie to, że zerwał się silny i zimny wiatr, mogłabym tam siedzieć całą noc 🙂 Niestety nie posiadam zdjęć, które oddają urok tego miejsca, bo mój aparat nie podołał temu zadaniu. Jedynie mam takie niewyraźne coś.

Bośnia to istny mix kultur i religii. Największymi religiami w Bośni i Hercegowinie są islam (45%) i chrześcijaństwo (52%). Doskonale widać tę mieszankę wyznań właśnie w Sarajewie. Dlatego nikogo nie powinny dziwić liczne meczety, kościoły, a nawet synagoga. Początkowo może budzić zdziwienie, gdy na ulicach widzi się kobiety ubrane „normalnie” – w luźnych, zwiewnych, letnich, krótkich i kolorowych ubraniach- idące pod rękę z kobietami ubranymi w hidżaby sięgające kostek. Albo młode matki owinięte w czarne czadory, wiozące w wózku piękne i słodkie córeczki w białych sukieneczkach, z kwiecistymi opaskami na włosach. Taki niecodzienny widok dziwił mnie na początku, potem nawet nie zwracałam na to uwagi.

Istnieje zabawna historia związana z budową ratusza. W miejscu, gdzie miał on stanąć, istniały trzy budynki – dwa zajazdy i dom prywatny. Zajazdy wyburzono, jednak właściciel prywatnego domu nie zgadzał się na jego zniszczenie. Zamiast odszkodowania w złocie zażyczył sobie, by jego dom cegła po cegle… przenieść i odbudować na drugim brzegu rzeki Miljacki. I faktycznie – aktualnie dom stoi po drugiej stronie rzeki, a na pamiątkę tamtych wydarzeń nazwa się „Inat Kuća” – Przekorny Dom. Aktualnie znajduje się tam restauracja serwująca lokalne specjały.

Oddalając się od centrum miasta, trafiłam na ulicę i tam również zostałam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że zobaczę tam supernowoczesne, przeszklone drapacze chmur sięgające nieba, których sama Warszawa by się nie powstydziła.

Ze wstydem przyznaję, że zanim przybyłam do Sarajewa, myślałam o nim bardzo stereotypowo. Mówiąc prościej – myślałam, że stolica Bośni i Hercegowiny to jedna wielka ruina. Co prawda miałam pewne rozeznanie o sytuacji w tym mieście i ogólnie kraju, jednak mój mózg zrobił mi dowcip i wykreował własne obrazy tego miejsca. Nie ukrywam, dużo jest zniszczonych pustostanów i budynków ze śladami pocisków, które dają dużo do myślenia. Ten, kto przybędzie tam tylko po to, żeby zobaczyć powojenne ruiny, może się gorzko rozczarować. Miasto powoli staje na nogi, a to co przetrwało w trakcie wojennej zawieruchy urzeka od samego początku. I tak jak wspomniałam – Sarajewo jest w czołówce moich ulubionych miast 🙂

Niestety nie udało mi się wszystkiego zobaczyć, bo czasu zabrakło. Nic jednak straconego, bo mam w planach powrót do stolicy Bośni i Hercegowiny, więc nadrobię zaległości 🙂 Po prostu zostawiłam sobie małe co nieco na kolejny raz 🙂 Do Sarajewa przybyłam w drugiej połowie sierpnia, gdzie żar lał się z nieba i o mało co się nie usmażyłam od tamtejszego słońca, dlatego też tym razem marzy mi się zobaczyć zimowe wydanie tego miasta 🙂

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Bilbao. Miasto przyszłości

Jak co roku (co prawda dopiero od dwóch lat, ale czuję, że stanie się to moim rytuałem), na przełomie października-listopada pakuję walizkę i lecę do swojej drugiej ojczyzny 🙂 Co prawda rok temu i dwa lata temu dotarłam na południe tego kraju, do cudownej Andaluzji, to w tym roku postanowiłam polecieć na północ. Miałam tam spędzić cały tydzień, ale niestety zmuszona zostałam do skrócenia swojego pobytu do czterech dni. Tym razem miałam odkrywać piękno regionu zwanego Krajem Basków, jednak w związku z ograniczeniem czasowym, dotarłam jedynie do Bilbao i postanowiłam skupić się tylko na tym mieście. Resztę zostawiłam sobie na później, bo z całą pewnością tam wrócę, i to całkiem niedługo!

Planując podróż na północ Hiszpanii o tej porze roku sądziłam, że pogoda nie będzie mnie rozpieszczać i temperatura będzie odrobinę wyższa niż w Polsce. Spakowałam więc ciepłe bluzki i swetry, bo nie chciałam się rozchorować na swoim krótkim urlopie. Jednak okazało się, że pogoda była dla mnie bardzo łaskawa, bo na miejscu było ponad 20 stopni, czyli tak ciepło jak rok temu w Andaluzji! Całe szczęście, że na szybko upchnęłam dwie podkoszulki, bo byłoby kiepsko 🙂 Przez całe 4 dni rozkoszowałam się ciepłymi promieniami słońca, przez co moja spieczona twarz potem bardzo cierpiała 🙂 Takie rzeczy tylko w Hiszpanii.

Największą moją obawą był język. I nie chodzi tutaj o hiszpański. Jak wiadomo, Baskowie posługują się swoim własnym językiem, jeszcze bardziej skomplikowanym i niezrozumiałym niż kataloński. Język baskijski jest najstarszym europejskim językiem i tak naprawdę trudno powiedzieć skąd się wywodzi. Z mojego doświadczenia sprzed lat, kiedy to poleciałam do Barcelony, przygotowana byłam na najgorsze. Trzy lata temu, będąc w stolicy Katalonii, wówczas niewiele znając język hiszpański (jedyne co potrafiłam powiedzieć to: „Hola! Soy Klaudia y soy polaca, tengo 26 anos” – bardzo zaawansowany poziom, nie powiem 😉 ), byłam święcie przekonana, że będę mogła dogadać się po angielsku – jak to zazwyczaj bywa za granicą w europejskim kraju. A tutaj niespodzianka, bo mało kto potrafił powiedzieć poprawnie jedno zdanie w tym języku. Przeżyłam wtedy podwójny szok kulturowy – nie dość, że wszystko było po katalońsku (nazwy ulic, menu w restauracjach, itp.), to na dodatek młodzi (!) ludzie nie potrafili sklecić zdania w najczęściej używanym języku świata! Dlatego też przybywają na tereny Kraju Basków, liczyłam się z tym, że jedynym skutecznym językiem, w którym będę w stanie się posługiwać to mowa ciał, intensywna gestykulacja i ekspresyjna mimika twarzy. A tu kolejna niespodzianka, bo baskijskiego nie uświadczysz tam na ulicach czy w restauracjach! Musiałam się bardzo wysilić, żeby podsłuchać rozmowę w tymże dziwacznym dla mnie języku. A byłam wielce zainteresowana brzmieniem tegoż tajemniczego, prastarego dialektu. W końcu udało mi się go usłyszeć od rodowitego Baska i powiem Wam, że nie ma nic wspólnego z pięknym i melodyjnym hiszpańskim , a język polski (który należy do czołówki najtrudniejszych języków świata) na jego tle to pikuś 🙂

Do Kraju Basków przybyłam kilka dni po referendum, które odbyło się w Katalonii i zamieszanie z tym związane z tym wydarzeniem było świeże. Jak wiadomo, Baskowie od dawna  mają zapędy niepodległościowe, dlatego wszędzie widoczne były flagi baskijskie, a tuż obok nich katalońskie – jako wyraz  wsparcia i poparcia dla tego regionu. Co więcej, na Starym Mieście wszędzie widoczne były różne napisy i graffiti podżegające tamtejsze społeczeństwo do działania i „budowania” własnego państwa. Historia Kraju Basków nie należy do chlubnych. Wszyscy zapewne słyszeliśmy o organizacji terrorystycznej ETA, która jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 15-20 lat temu terroryzowała całą Hiszpanię. Teraz jest tam całkowicie spokojnie i absolutnie nie czułam żadnego zagrożenia związanego z zamachami terrorystycznymi sprzed lat. Wręcz przeciwnie, czułam się tam całkowicie bezpiecznie.

Kiedy pomyślę o Bilbao, dokładnie tak wyobrażam sobie nowoczesne miasto przyszłości. Wszystko jest starannie zaplanowane, uporządkowane, kosztownie zaprojektowane i wykonane – nie ma miejsca na zbędne rzeczy czy niedociągnięcia. W przypadku Bilbao motywem przewodnim jest morze i wszystko, co z nim związane. Co prawda miasto to nie znajduje się bezpośrednio nad morzem, ale można tam dojechać w przeciągu 30 minut. Sama nie zdawałam sobie do końca sprawy, dopóki nie zwrócono mi uwagi na niektóre szczegóły. Wszędzie widoczne są motywy statków, masztów, łańcuchów, lin żeglarskich, itp.

Z drugiej jednak strony Bilbao posiada niezwykle klimatyczną starówkę z cudowną architekturą. Tak jakby miasto posiadało dwie zupełnie różne dusze, ale tworzące spójną całość. Poza interesującymi budynkami, możemy zobaczyć inne atrakcje, jak teatr, kościoły czy inne budynki z klimatem.

Oczywiście największą atrakcją, a zarazem wizytówką miasta jest muzeum sztuki współczesnej, czyli Muzeum Guggenheima. Jak na nowoczesny budynek przystało (dla mnie budynek przyszłości), powyginany jest ze wszystkich stron. Ma on powierzchnię 24 000 m². Zbudowany jest m.in. z blachy tytanowej i szkła. Ma dynamiczną formę, składa się z powyginanych elementów, falistych linii i płynnych form. Całość robi oszałamiające wrażenie, a jeszcze o zachodzi słońca, kiedy promienie odbijają światło, jeszcze bardziej podkreślając rangę tego miejsca.

Dla mnie niezbyt zrozumiałe były dwie rzeczy w tym miejscu. Po pierwsze: od frontu muzeum znajduje się ogromna, kolorowa i słodka instalacja (rzeźba) pieska, zwana po prostu „Puppy”. Wykonana jest ze stali nierdzewnej, gleby oraz roślin kwitnących. Z kolei na tyłach budynku straszy przeogromna rzeźba pająka, zwanej „Mama”. Ja panicznie boję się tych insektów (powiem nawet, że ocieram się chyba o arachnofobię)  i moją pierwszą myślą po ujrzeniu tejże atrakcji było: „uciekać gdzie pieprz rośnie – byle dalej od tego ohydnego stwora”. „Mama” jest naprawdę ogromna i wygląda naprawdę przerażająco realistycznie. Kiedy jednak oswoiłam się z jej postacią, krążąc wokół niej niczym sęp, dojrzałam coś, co mnie i zniesmaczyło, i przeraziło. W środku swojego odwłoka miała umieszczone… jaja! Wyglądało tak, jakby miała je za chwilę gdzieś znieść. No cóż, tamtejsi architekci maja bardzo bujną wyobraźnię i zadbali o każdy (przerażający) szczegół tego pająka-giganta. Jak wspomniałam wcześniej, taka koncepcja nie do końca przypadła mi do gustu i według mnie takie połączenie gryzie się ze sobą. Ale kimże ja jestem, aby to oceniać? Poza tym, co ja tam się znam na sztuce nowoczesnej? 🙂

Duże wrażenie robią także mosty, z których każdy jest zupełnie inny. I tak mamy „pokrzywiony” most, drewniany, „normalny”, ale także taki z kosmosu, który w nocy świeci na czerwoni-biało dając wrażenie, że zaraz wystartuje i odleci w odległą galaktykę.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownym i kolorowym streetarcie 🙂

Nie muszę specjalnie nikomu przypominać, że jestem wielkim żarłokiem, co zapewne ostatnio po mnie widać 🙂 A jeśli chodzi o hiszpańskie jedzenie, to wręcz uzależniłam się od niego. Jednak  to, co spróbowałam (i zobaczyłam) w Bilbao, przeszło moje najśmielsze kulinarne oczekiwania (i doznania)! A mowa oczywiście o pintxos, czyli baskijskiej odpowiedzi na popularne w pozostałej części Hiszpanii tapas. Czymże są te tajemnicze przekąski, od których tak się uzależniłam? Są to małe kanapeczki, które zwykle leżą na ladzie baru, po kilka sztuk danego rodzaju na talerzu. Klienci po prostu podchodzą i wybierają te, na które mają ochotę. Nie ma żadnych reguł co do kombinacji składników. Liczy się inwencja osoby, która je przyrządza, a także ich całościowy smak oraz świeżość produktów. A trzeba przyznać, że baskijscy kucharze są prawdziwymi artystami w kuchni, no sami zobaczcie! 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.