Gangster i Królowa w Warszawie!

Długo wyczekiwany koncert za nami. Gwiazdorska para spisała się na medal. W końcu nie na darmo zyskali status power couple  showbiznesu. O warszawskim koncercie państwa Carter mówiło się od jakiegoś czasu. Do stolicy Polski przyjechali w ramach trasy koncertowej „On The Run II”.

Występ zaczął się od krótkiego wideo promującego trasę. Potem wielokrotnie jeszcze mogliśmy obejrzeć  tego typu filmiki, z jednej strony w gangsterskim klimacie, a z drugiej obserwowaliśmy sielankę w rodzinnym gronie. „Raper and the Queen” – jak się przedstawili na jednym z nich – rozpoczęli występ zjeżdżając windą na scenę piosenką „Holy Grail”. Przez całe show towarzyszyło im mnóstwo tancerzy (głównie w trakcie występów Beyonce) kolorowa i dynamiczna oprawa sceniczna, a nawet ruchoma scena, która co jakiś czas przesuwała się w głąb, na środek stadionu. Co ciekawe, na sam koniec występu, Beyonce nie mogła zejść po drabinie z tej sceny, która znajdowała się właśnie na środku  🙂 Mała wpadka na koniec na pewno nie przyćmi całego koncertu.

fot. The Times Polska

Można było usłyszeć hity, które razem wyprodukowali: „Drunk in love”, „Deja vu”, „Crazy in love”, „Bonnie & Clyde, „Upgrade U” oraz piosenki z ich najnowszej płyt „Everything is love”. Poza tym zagrali nowe wersje swoich największych przebojów: „Naughty girl”, „Run the world”, „Niggas in Paris, „Formation”, „99 problems”, Baby boy”, „Show me what you’ve got”. Na koniec występu zrobiło bardzo romantycznie, a para zaśpiewała piosenkę „Forever Young”  w otoczeniu kilkunastu tysięcy stadionowych świecidełek, a w tle leciały filmiki z życia prywatnego pary, między innymi z dziećmi pary. Szkoda tylko, że Queen B. nie zaśpiewała ani jednej piosenki w całości.

Stadion Narodowy pękał w szwach. Fani przygotowali kilka niespodzianek dla Carterów: były kartki z napisem „LOVE”, tysiące światełek w trakcie wykonywanych piosenek oraz żółte, również rozświetlone balony. Te gesty nie pozostały obojętne wobec piosenkarzy, gdyż zachwyceni dziękowali swoim fanom za tak miłą niespodziankę i dobrą energię.

Jay Z był zdecydowanie w lepszym humorze niż diva, co z resztą było widać. Raper przez cały czas się uśmiechał i wchodził w interakcję z publicznością. Dziękował i piał z zachwytu nad warszawską publicznością 🙂 W pewnym momencie zaczął nawet mówić po polsku! Wkraczając na scenę pod koniec występu z jego ust kilkukrotnie padło słowo „jedziemy!” 🙂 Beyonce pozostała w cieniu swojego męża. Owszem, także się uśmiechała i dziękowała, ale wydawała się nieco przygaszona, to Jay zdecydowanie zdominował warszawską scenę. Przez cały występ czuć było miedzy nimi chemię. Chociaż różne plotki krążą na ich temat, to przez cały wieczór para pokazywała jak bardzo się kocha i jak ważna dla nich jest rodzina. Beyonce była wpatrzona w Jay’z jak w obrazek, z kolei ten nie mógł oderwać oczu od swojej seksownej żony.

Wydawało mi się, że gwiazdorzy przyjadą do Warszawy, bez żadnych większych emocji „odbębnią” kolejny koncert i pojadą dalej, szybko zapominając, że byli w Polsce. Artyści bawili się równie dobrze co i publiczność. Nie był to pierwszy koncert Beyonce, w którym uczestniczyłam. Pięć lat temu diva przyjechała do Warszawy w ramach trasy „Mrs Carter World Tour”, ale wtedy nie zachwycił mnie jej występ. Oczywiście zrobiła show na najwyższym poziomie, ale wtedy wyszłam z pewnym niedosytem, liczyłam na coś więcej. Wczorajszy koncert odebrałam zupełnie inaczej. Być może to spora zasługa Jay’a, bo bawiłam się znakomicie. Przed ich występem nie za bardzo przepadałam za raperem. Owszem lubiłam może kilka jego piosenek, ale jego osoba mnie wręcz odpychała. No cóż – teraz to się z pewnością zmieni, bo tryskała od niego pozytywna energia 🙂 To, że mam wręcz obsesje na punkcie Beyonce, wiedzą chyba wszyscy 🙂 To moja wielka idolka, jeszcze z lat wczesnej młodości J Plakaty z jej podobizną wisiały na ścianie mojego pokoju, znałam każdy tekst jej piosenki, nic zatem dziwnego, że nie mogło mnie tam wczoraj zabraknąć 🙂 Byłam na kilkunastu koncertach w swoim życiu i szczerze powiem, że był to jeden z lepszych i trudno go będzie przebić.

W ostatniej chwili znalazłam takiego screena. To są słowa stylistki Beyonce, więc takie same wrażenia po koncercie były obustronne 🙂

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”

Wygląda na to, że postać Pablo Escobara, kolumbijskiego barona narkotykowego lat 80-tych ubiegłego wieku nieustannie fascynuje filmowców. W przeciągu kilku lat powstało kilka produkcji o tym człowieku. Najnowsza z nich „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” z Javierem Bardem i Penelope Cruz w rolach głównych opowiada historię romansu pomiędzy mafiosem a kolumbijską dziennikarką – Virginią Valejo.

Historia ukazana tutaj widziana jest z perspektywy kobiety, która pokochała samego diabła. Wielka gwiazda kolumbijskiej telewizji wdaje się w romans z baronem narkotykowym. Początkowo zafascynowana i pełna podziwu jego osobą pomaga mu w zdobyciu pewnego statusu społecznego. Wiedziała czym się zajmuje, a mimo to weszła w ten związek. Oczywiście mafioso nie pozostawał jej dłużny, dziennikarka opływała w luksusy i miała wszystko czego zapragnęła. Postawa kobiety stopniowo ulega demoralizacji – zaczyna latać na zakupy do Nowego Jorku z walizami wypchanymi narko-forsą, a kiedy gangster rozpętuje prywatną wojnę z aparatem państwowym, przy kochanku trzyma ją wyłącznie zwierzęcy strach. Tutaj zaczyna się walka o życie zdesperowanej kobiety, która zrobi wszystko, by nie skończyć jako kolejna ofiara na liście Pablo Escobara.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” oparta jest na biograficznej książce Virginii Valejo o takim samym tytule. Po znakomitym serialu „Narcos”, produkcja kolejnych filmów o Escobarze to bardzo ryzykowne zagranie. Aby udźwignąć taką produkcję, trzeba było zaangażować pierwszoligowych aktorów z Oscarem na koncie, a gwiazdorska para Bardem-Cruz zdołała udźwignąć ten ciężar. Bardem miał ten obłęd w oczach, przez który widz ma ciarki na plecach w trakcie całego seansu. Javier Bardem gra z dużym wyczuciem psychopatycznej podwójności Escobara – rodzinny konserwatyzm kontra sadystyczny narcyzm. To taki swoisty przekrój z życia samozwańczego króla Kolumbii.  Mamy tutaj wszystko, co uczyniło z Escobara figurę globalnej popkultury: brutalną przemoc i ojcowską łagodność; skorumpowaną politykę i biznesowe narady przy basenie; społeczną wrażliwość i orgie z prostytutkami.

Przyznam szczerze, że czułam pewien niedosyt; dwugodzinny seans nie był dla mnie wystarczający, chciałam więcej. Film jest brutalny, może nie w takim stopniu jak „Narcos”, ale scena z piłą mechaniczną czy z psem uwiązanym na plecach na długo zapadają w pamięci. Brak poszanowania dla ludzkiej godności i życia jest tutaj widoczny na każdym kroku.  Aktorska para (na ekranie i w życiu prywatnym) znakomicie się spisała, chociaż przed seansem sądziłam, że nie podołają temu aktorskiemu zadaniu. No, ale nie za darmo zostali obsypani Oscarami.

 

Bożena Pajdosz „Puch niemarny”

Wino, mężczyzna i wieś – tak w skrócie można opisać książkę Bożeny Pajdosz „Puch niemarny”. W rzeczywistości jest to opowieść przepełniona wieloma emocjami, rozterkami i subtelnym romantyzmem, gdzie proza przeplata się z poezją.

Małgorzata to trochę zagubiona i  popaprana emocjonalnie kobieta w średnim wieku. Jest zagorzałą singielką i uwielbia spędzać czas samotnie (ewentualnie w towarzystwie swojego wielkiego psa) w swojej winnicy na wsi, w której się osiedliła. Swój czas dzieli pomiędzy pracą zawodową w laboratorium a swoją nietypową jak na kobietę pasją – winiarstwem. Gdy niespodziewanie ulega poważnemu wypadkowi, nie zdaje sobie sprawy, że niebawem jej życie wywróci się do góry nogami. Od tej pory musi przełamać własne bariery i dotychczasowe zwyczaje, a tym samym otworzyć się i przede wszystkim zaufać drugiej osobie.

Małgorzata jest typem kobiety-bluszcza, która osacza drugą osobę, w tym przypadku Przemka. Pała do niego uczuciem tak wielkim, że sama nie może się w nim do końca odnaleźć. Przez lata była samotnicą i zagorzałą singielką, która we wszystkim radziła sobie znakomicie sama. Aż tu nagle ulega wypadkowi, potem potrzebuje długiej rehabilitacji, a to uzależniona ją od pomocy drugiej osoby. To dla niej zupełna nowość, a nawet szok, bo początkowo nie potrafi przyjąć tej pomocy. Chce spędzać z ukochanym każdą sekundę i wścieka się, że ten chce mieć czas dla siebie. Robi mu awantury i wypomina, że ciągle albo pracuje, albo jest zmęczony i nie mam dla niej czasu i jest oziębły wobec niej. Przez to ich związek skazany jest na porażkę. To znaczy chce Przemka, ale wie, ze swoim zakochanie go rani. Z drugiej jednak strony nie potrafi się opanować i zmienić swojego zachowania. Emocje biorą nad nią górę i musi zwrócić się o pomoc do specjalisty, bo inaczej ich związek nie przetrwa. Trudno bowiem dopasować poukładane życia dwóch dorosłych osób, ze swoimi nawykami i zajęciami. Jednak oboje wierzą, że miłość potrafi przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu, a nawet setki dzielących ich kilometrów.

Nie jest to typowy romans mimo, że okładka ostrzega, że jest. To raczej portret kobiety zagubionej we własnych emocjach, nie potrafiącej odnaleźć się w nowej dla niej sytuacji, jakim jest stworzenie solidnego i trwałego związku z drugą osobą. To także obraz rozterki kobiety nieco zagubionej, która sama do końca nie wie, czego chce. To ciekawy psychologiczny przekrój psychiki kobiety w średnim wieku, która wiele w życiu przeszła i nagle musi zmienić całe swoje życie oraz podporządkować je drugiej osobie.

Za książkę dziękuję:

Autorce

Piran. Słona miłość

Słoweńskie wybrzeże liczące zaledwie 46 km, pełne jest romantycznych miasteczek. Najbardziej malownicze z nich jest średniowieczny Piran, który wyrósł dzięki tradycji uzyskiwania soli morskiej w salinach. Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii.

Wiecie, że uwielbiam małe miasteczka z magicznymi, wąskimi uliczkami. W hiszpańskiej Kordobie spacerowałam jak w jakimś transie, a nogi same mnie prowadziły 🙂 W Dubrowniku było podobnie, chociaż tam musiałam omijać i przeciskać się przez dzikie tłumy, które również – tak jak ja – niczym zombie funkcjonowały pod wpływem uroku miasta 🙂 Dlatego proszę się nie dziwić, że i Piran mną zawładnął 🙂

Miasto, wspaniale położone na wydłużonym, skalistym cyplu, jest perłą słoweńskiego wybrzeża. Jako jedno z najbardziej popularnych miejsc letniego wypoczynku bywa bardzo zatłoczone. Wystarczy jednak wejść w labirynt krętych i wąskich uliczek Starego Miasta, by znaleźć wyludnione zaułki, których jedynymi gośćmi są leniwe koty. Tamtejsze sierściuchy były jednymi  z najpiękniejszych kociaków, jakie widziałam. Wiecie, że jestem miłośniczką kotów, więc byłam tam przeszczęśliwa. Pośród nich znalazłam tego wyśnionego i wymarzonego, o posiadaniu którego marzę: biały, puchaty z niebieskimi oczami.

Głównym placem Starego Miasta jest Tartinjev trg, który w przeszłości pełnił funkcję portu. Na samym jego środku stoi brązowa statua Giuseppe Tartiniego, która – obok kościoła św. Jerzego – jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli miasta. Wiele domów znajdujących się przy placu to interesujące zabytki nierozerwalnie związanych z dziejami miasta.

By zobaczyć widoki, które widnieją na każdej pocztówce z Piranu, należy udać się na mury obronne. Trzeba kawałek wejść pod górkę, ale widoki rekompensują ten wysiłek 🙂 Zabawne było to, że w jednym czasie, na jednej z baszt znajdowało się ok. 20 ludzi, a wszyscy z nich byli Polakami 🙂 Żartowaliśmy, że podbiliśmy Piran.

To, co mnie urzekło w Piranie, to nie tylko wąskie uliczki, ale także witryny okienne i fasady budynków. Są tak klimatyczne, że zdjęcia robiłam tylko im 🙂 Różnokolorowe, pełne rośli i różnych mebli –  miałam wrażenie, że mieszkańcy uczestniczą w jakimś konkursie na najpiękniej ustrojone wejście do domu 🙂  Z resztą – sami zobaczcie 🙂

Jeśli zmęczycie się spacerem po krętych, ciasnych uliczkach, po których niekiedy trzeba iść pod górę, zróbcie sobie relaksujący spacer po betonowej promenadzie. Jest tam mnóstwo ławeczek, na których można usiąść i porozmyślać nad życiem, gapiąc się na morze i jedząc lody bananowo-czekoladowe. Wiem to z autopsji – spędziłam tak tam kilkadziesiąt minut, co jest do mnie niepodobne, bo zazwyczaj nieustannie ganiam po mieście w poszukiwaniu różnych atrakcji 🙂

Ach ten Piran. Z jednej strony miasteczko bardzo mnie urzekło, ale z drugiej chciałam jak najszybciej stamtąd uciekać. Dlaczego chciałabym wiać z tego słonecznego, kolorowego, tajemniczego i umiejscowionego nad Adriatykiem miejsca? Otóż chodziło o turystów. Chociaż byłam tam na początku maja, czyli teoretycznie przed sezonem, to Piran zalała fala… polskich turystów! 90% tamtejszej ludności stanowili Polacy. Serio, nie żartuję. Wszędzie słyszałam tylko język polski. Nie wiem co się stało, ale akurat wtedy nastąpiła jakaś inwazja polskich turystów na tą małą, odległą  słoweńską miejscowość 🙂 Ja wiem, że Polacy są wszędzie (tutaj też mówię poważnie), ale tam to była już lekka przesada 🙂 Pewnie kiedyś już wspomniałam, że podróżując nie lubię spotykać swoich rodaków. Nie dlatego, że coś do nich mam, ale dlatego, że przebywając poza granicami Polski, chcę czerpać jak najwięcej z danego miejsca, w którym aktualnie przebywam: poznać lokalnych ludzi, kulturę, jedzenie, itp. No bo jaki jest sens podróżowania, skoro przemierzając setki kilometrów będziemy przebywać pośród „swoich” i doświadczać wszystkiego, co już nam jest znane?

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Przemysław Sowiński „Kobiety despotów”

Kobiety, które na trwałe zapisały się w historii świata. Wśród nich nazwiska znane oraz postacie zupełnie anonimowe. Z całą pewnością osoby nietuzinkowe. W swej najnowszej książce Przemysław Słowiński przybliża zarówno sylwetki kobiet, których wpływ na mężczyzn był znikomy, jak i  osoby, których siła oddziaływania była równa wpływom mężczyzn, z którym się związały.

Kobiety Juliusza Cezara, Napoleona, Józefa Piłsudskiego, Lenina, Stalina, Benito Mussoliniego, Mao Zedonga, Goebbelsa, Hitlera, Nicoleau Ceausescu, Fidela Castro, Mohammada Pahlaviego, Michaiła Gorbaczowa, Władimira Putnia i Aleksandra Łukaszenki to główne bohaterki biograficznej powieści Przemysława Sowińskiego. Do szaleństwa oddane i posłuszne, zazdrosne i żądne władzy, żony i kochanki. Bite, osamotnione i zdradzane. Za życie z despotami płaciły wysoką cenę – chorowały na nerwicę, ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach lub popełniały samobójstwa.

Maria Walewska – polska piękność, która urodziła Napoleonowi syna. Wierzyła, że jej związek z cesarzem przysłuży się Polsce. Jedna z nielicznych kobiet, które cesarz Francuzów naprawdę kochał. Przynajmniej Polacy tak wierzą. Nadieżda Alliłujewa – czuła odrazę do barbarzyństwa Stalina. Matka dwojga dzieci Wielkiego Językoznawcy. Delikatna kobieta, cierpliwie znosząca jego zdrady. W jednej wersji – popełniła samobójstwo, według innej – zastrzelił ją sam Stalin. Elena Petrescu – używała tytułu doktora nauk chemicznych, chociaż w rzeczywistości skończyła cztery klasy szkoły powszechnej. Przy mężu, Nicolae Ceausescu, Słońcu Karpat, trwała do końca – rozstrzelano ich razem w niejasnych okolicznościach. Evita Perón – kochano ją gorąco i równie gorąco nienawidzono za życia, wielbiono po śmierci. Do dziś otoczona jest nieprzemijającą legendą jednej z najbardziej fascynujących kobiet XX wieku. Uznana świętą za życia, symbol populizmu i Trzeciej Drogi do dzisiaj budzi ogromne kontrowersje. Łzawa historia o wiejskiej dziewczynce, która wyrosła na jedną z najsłynniejszych kobiet na świecie, nieustannie inspiruje wszelkiego rodzaju twórców. Poświęcono jej setki książek, filmów i musicali.

Wyżej wymienione nazwiska, to tylko niektóre bohaterki biograficznej powieści Przemysława Sowińskiego „Kobiety despotów”. Niektóre z nich  były równie okrutne i bezwzględne jak ich partnerzy; inne z kolei zbyt kruche i wrażliwe na zło, które wyrządzali mężowie. Nie wytrzymując presji i napięcia bardzo często popełniały samobójstwa. Szczerze powiem nie wiem, czy ja miałabym tyle odwagi i siły, żeby dzielić życie z tyranem. Wiedziały, czym zajmowali się ich wybrankowie, a mimo wszystko trwały u ich boku. Czy były równie złe jak ich partnerzy? Może jednak dały się tak zmanipulować, że nie odróżniały dobra od zła? Czy może tak słabe psychicznie, że godziły się na wszystko, czego oni chcieli?

„Kobiety despotów” to fascynujące historie kobiet, o istnieniu których nie miałam pojęcia. To także garść interesujących i mało znanych faktów z życia słynnych kobiet, o których się praktycznie nie mówi. Odczuwam jednak pewien niedosyt, bo chciałabym więcej. O wielu despotach autor nie wspomniał. Dlatego też z niecierpliwieniem czekam na drugą część, w której Przemysław Sowiński opisze więcej takich historii.

 

Za książkę dziękuję: