Pretty Little Obsession: Michelle Pfeiffer

 

 

Reklamy

Patrick Kingsley „Duńczycy. Patent na szczęście”


Skandynawski design od kilkunastu lat cieszy się ogromną popularnością, natomiast filozofia hygge znajduje coraz więcej zwolenników. Ale co tak naprawdę wiemy o Danii i mieszkańcach tego kraju? Na to pytanie stara się nam odpowiedzieć Patrick Kingsley, brytyjski dziennikarz, który spędził miesiąc w Danii i zjeździł ją od Kopenhagi aż po Jutlandię. Stara się zdobyć patent na szczęście opracowany przez samych Duńczyków.

Dania nie widnieje wysoko na mojej podróżniczej liście marzeń. Jest na niej, ale raczej miejsce odwiedzę to w bliżej nieokreślonej przyszłości. Tak naprawdę Dania nadal pozostaje tajemnicza. No bo co kojarzy nam się z tym krajem? Kopenhaska Syrenka, rowery, zimno, drożyzna i… nic poza tym. Tymczasem Patrick Kingsley stara się udowodnić, że Dania jest oazą szczęścia, mimo dziwnych stereotypów o tym państwie. Jak się okazuje, ten skandynawski kraj ma swoją unikatową kulturę, obyczaje, a nawet i jedzenie.

Autor prowadzi dochodzenie odnośnie międzynarodowego sukcesu „The Killing”, serialu telewizyjnego, który był kultowym hitem.  Książka ta obejmuje również słynną restaurację Noma (która cieszy się tak ogromną popularnością, że na jeden stolik w sobotni wieczór czeka aż 100 osób), duńskich producentów mebli, a także kwestie związane z językiem duńskim. Jednak porusza także drażliwe tematy jak ekologia, opieka zdrowotna i edukacja.  Zwraca także uwagę na imigrantów i ich trudności z budowaniem tożsamości w tym kraju. Duńczycy mają problem z zaakceptowaniem przybyszów z innego kręgu kulturowego, co jest solą w oku mieszkańców Danii. Kingsley silnie twierdzi, że protest muzułmański nad karykaturą Muhammada, oddany jako wolny głos w większości demokratycznego Zachodu, był odpowiedzią na karykaturę „mającej na celu sprowokowanie i poniżenie już zmarginalizowanej części społeczeństwa”.

„Duńczycy. Patent na szczęście” to reportaż i dziennik, który opisuje podróż Kingsleya od Kopenhagi do zachodniej Jutlandii. Autor odwiedził tam między innymi plan filmowy serialu „The Killing”, kościoły, meczety, szkoły i farmy. Zawitał do miasteczka nazywanego najszczęśliwszym miejscem na ziemi oraz małą wyspę gdzie rolnicy produkują ekoraj. Wszystko po to aby poznać prawdę o Duńczykach i duńskiej filozofii życia.

Jeśli ciekawi was, dlaczego to Dania właśnie uznawana jest za najszczęśliwszy kraj świata, która najlepsza restauracja na świecie znajdowała się w Danii, dlaczego design jest tak ważny dla Duńczyków i dlaczego Kopenhaga to wymarzony raj dla rowerzystów to koniecznie zajrzyjcie do książki „Duńczycy. Patent na szczęście”. To znakomita wyprawa do kraju, który mimo coraz rosnącej popularności, nadal pozostaje tajemniczy. Polecam każdemu, kto chce poznać Danię, Duńczyków oraz ich patent na szczęście.

Za książkę dziękuję:

Danuta Duszeńczuk „Kariera dla Pań. Krótki kurs rozwoju zawodowego dla każdej z nas”

„Kariera dla Pań. Krótki kurs rozwoju zawodowego dla każdej z nas” to kolejny poradnik z serii „Poradniki na obcasach” wydawnictwa Lingo. Tym razem autorka poradnika pokaże nam, jaką ścieżkę kariery powinnyśmy obrać oraz co robić, by ciągle doskonalić się zawodowo.

Danuta Duszeńczuk napisała ten poradnik z myślą o kobietach, które chcą wziąć los we własne ręce i zadbać o własną karierę zawodową. „Kariera dla Pań. Krótki kurs rozwoju zawodowego dla każdej z nas” podzielony jest na pięć rozdziałów. Pierwszy rozdział dotyczy poszukiwania pracy. Znajdziemy w niej informacje o tym, gdzie i w jaki sposób warto poszukiwać pracy, na co zwracać uwagę w ogłoszeniach o pracę oraz jak stworzyć CV i list motywacyjny, by zainteresować potencjalnego pracodawcę. Druga część poświęcona została rozmowie kwalifikacyjnej. Poza informacjami jak się do niej przygotować, znajdują się przykładowe pytania, które mogą się pojawić na właściwej rozmowie. Dodatkowo dowiemy się co nieco o swojej mowie ciała, która odgrywa istotną rolę w trakcie rozmowie o pracę.  W części trzeciej nacisk położony jest na pierwsze dni w pracy: o swoich prawach i obowiązkach oraz między innymi o dress codzie, który obowiązuje w większości miejsc pracy. Czwarty rozdział porusza tematy związane z zagrożeniami w pracy. Dowiemy się czym jest mobbing, szklany sufit, pracoholizm oraz i toksyczni współpracownicy. Autorka pisze, jak sobie radzić w sytuacjach, gdy jesteś nękana w pracy oraz gdzie szukać pomocy w takich przypadkach. Ostatnia część poświęcona jest rozwojowi kariery: jak można doskonalić swoje kompetencje oraz jak rozmawiać z szefem np. o podwyżce.

W środku znajdziemy wiele cennych informacji. Poza tym, że dowiemy się jak napisać dobre CV i List Motywacyjny, które przykują uwagę potencjalnego pracodawcy, znajdziemy informacje gdzie najlepiej  szukać ogłoszeń o pracę. Dodatkowo będziemy wiedzieć, jak odnaleźć się w nowej kulturze organizacyjnej i na co powinnyśmy uważać. Na końcu każdego rozdziału znajdują się podsumowujące pytania oraz ćwiczenia sprawdzające własne predyspozycje.

Osobiście jestem wielką fanką książek z serii „Poradniki na obcasach”. Miałam przyjemność przeczytać inne książki z tej serii: „Pieniądze dla pań” oraz „Szczęście dla Pań”. Napisane zostały przez kobiety z myślą o kobietach. Dzięki lekkiemu językowi, bez żadnych fachowych terminologii i naukowych zwrotów, czyta się je łatwo, szybko i przyjemnie. Poza tym liczne grafiki, ramki, ciekawostki, kolorowe wypunktowania i zabawne obrazki  zachwycają i przykuwają uwagę. Znajdziemy tutaj wszystko, aby dobrze zaplanować swoją karierę. Bardzo pomocna i praktyczna pozycja, która powinna znaleźć się na półce każdej kobiety, która poważnie myśli o swojej ścieżce zawodowej.

A tutaj znajdziecie recenzje pozostałych „Poradników na obcasach”:

„Szczęście dla Pań”Szczęście dla Pań

„Pieniądze dla Pań”: Pieniądze dla Pań

 

Za książkę dziękuję:

Witold Gapik „Pijany martwym Gruzinem”

„Pijany martwym Gruzinem” to zapis 10-letniej podróży autora po sześciu krajach największego kontynentu,  położonych w obrębie Kaukazu i w Azji Środkowej: Uzbekistanu, Kazachstanu, Tadżykistanu, Azerbejdżanu, Armenii i Gruzji.

Pierwsze, co skłania do myślenia to sam tytuł książki. Jednak aby dowiedzieć się, skąd taki intrygujący tytuł, musimy uzbroić się w cierpliwość i przebrnąć przez lekturę całego reportażu. Dopiero w końcowym rozdziale dowiadujemy się, co autor miał na myśli nadając tytuł „Pijany martwym Gruzinem”. Warto jednak przebrnąć przez wszystkie strony ponad trzystustronicowej publikacji i wzbogacić swoją wiedzę na temat historii, geografii, kultury, tradycji, kuchni, polityki wymienianych w książce krajów, a także codzienności mieszkańców.

„Pijany martwym Gruzinem” jest czysto męską relacją z podróży po Uzbekistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Azerbejdżanie, Armenii i Gruzji. W środku znajdziemy licznych historie na temat przygód autora, spotkań i rozmów z mieszkańcami odwiedzanych zakątków czy przemyśleń na różnorodne tematy. W trakcie podróży Witolda Gapika bardzo dużo się dzieje, a wszechobecny alkohol leje się strumieniami. Momentami opisywane historie wyjęte są niczym z mrożącego krew w żyłam filmu akcji. Autor zanurzył się w klimat codziennego życia, kultury, historii i tradycji ludów mieszkających na terenach fascynujących, ale i bardzo trudnych.

Mam wrażenie, że autor pojechał tam nie tyle w interesach, ale przede wszystkim po to, żeby dobrze się bawić i upijać do nieprzytomności z miejscowymi. W każdym z odwiedzonych krajów opisuje swoje pijackie ekscesy… No cóż, kto co lubi, ale nie wiem, czy jest się czym chwalić. Drugą rzeczą, co irytowało mnie w trakcie czytania, to dużo rosyjskojęzycznych zwrotów, których autor wręcz nadużywał. Nie znam tego języka, więc nie mam pojęcia, o czym autor rozmawiał z tubylcami, bo nie zamieścił żadnego tłumaczenia swoich rozmów. Przez to nieco się denerwowałam w trakcie lektury, a tym samym momentami ciężko się ją czytało.

Kaukaz i Azja Środkowa budzi coraz większą ciekawość wśród Europejczyków. Niestety, ciągle mało jest publikacji na temat tego rejonu świata. A szkoda, bo są bardzo interesujące i chciałabym się dowiedzieć więcej na ich temat. Ale pewnie dowiem się tego dopiero, gdy sama je odwiedzę, co również mam w planach w niedalekiej przyszłości. Jeśli ktoś jest zainteresowany którymś z krajów, które odwiedził Witold Gapik, „Pijany martwym Gruzinem” jest lekturą obowiązkową, by zgłębić wiedzę na ich temat. Polecam, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość, by przez nią przebrnąć.

Za książkę dziękuję:

Ochryda. Perła Macedonii

Do Ochrydy wybierałam się z lekką niepewnością i pewnymi obawami. Kiedy przemieszczam się między hiszpańskimi miastami nie mam żadnych obaw, gdyż potrafię się porozumieć  po hiszpańsku. Jednak będąc w kraju, w którym nie zna się języka, a tym bardziej alfabetu (cyrylica) przyznam szczerze, że nieco spanikowałam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zostać dłużej w Skopje zamiast jechać na drugi koniec kraju. Na szczęście w porę się opanowałam, uspokoiłam i dokładnie przemyślałam sprawę. Następnego dnia kupiłam bilet, wsiadłam w autobus i odjechałam w stronę Jeziora Ochrydzkiego.

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂 A pewnym jest, że pobyt w tym miejscu będzie niezapomnianym przeżyciem.

W 1980 roku miasto wraz z jeziorem zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO, i jak do tej pory jest jedynym tego typu miejscem w Macedonii. Głównym uzasadnieniem włączenia Ochrydy na Listę była jej długa i bogata historia, najstarszy słowiański klasztor św. Pantelejmona oraz kolekcja ponad 800 bizantyjskich ikon z okresu XI-XIV w., która jest drugim pod względem wielkości takim zbiorem na świecie (po moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej). Ciekawostka jest, że Ochryda to jeden z 28 obiektów pod patronatem UNESCO, który wpisano na Listę zarówno ze względu na jego warunki kulturowe, jak i przyrodnicze.

Jednym z najcenniejszych zabytków Ochrydy jest cerkiew św. Zofii. Jest to przepiękny zabytek średniowiecznego budownictwa sakralnego, a jednocześnie jedna z największych świątyń chrześcijańskich w Macedonii. Główny gmach cerkwi został wzniesionyw Xi w., natomiast wiele zewnętrznych elementów dobudowano w późniejszych czasach. Cerkiew św. Zofii uważa się, że była carską cerkwią w czasach, kiedy car Samuil przeniósł stolicę swego państwa z Prespy do Ochrydy. W czasie panowania tureckiego została zmieniona w meczet – freski zamalowano wapnem, z północnej strony cerkwi dobudowano minaret. Na szczęście udało się odsłonić część średniowiecznych malowideł.

Na wzgórzu Plaosznik wznoszącym się ponad Ochrydą, znajduje się cerkiew św. Pantelejmona i Klimenta. Jest to nowa świątynia, której budowę zakończono w 2002 roku. Stoi ona na fundamentach klasztoru św. Pantelejmona z 893 r. część fundamentów została wyeksponowana, można je zobaczyć przez szyby w podłodze cerkwi. Pod świątynią znajduje się przypuszczalny grób św. Klimenta z 916 r., który został tam umieszczony na jego własne życzenie. Jednak historia tego miejsca sięga znacznie głębiej w przeszłość – klasztor został wybudowany na fundamentach jeszcze starszej, chrześcijańskiej bazyliki z okresu IV-Vi w.

Wracając ze wspomnianego wcześniej wzgórza, dotrzemy do pozostałości antycznego teatru. Jest to jedyny zachowany w Macedonii teatr z czasów helleńskich; inne, które odkryto, pochodzą z czasów późniejszego okresu panowania rzymskiego. Co ciekawe, zabytek wciąż służy jako scena, na której odbywają się przedstawienia i występy artystyczne.

Innym ciekawym obiektem w Ochrydzie jest twierdza cara Samuila. Przypuszcza się, że już w czasach starożytnych istniały w tym miejscu fortyfikacje wykorzystywane do obrony przed najazdami. Twierdza należy do największych średniowiecznych zamków Macedonii. Duże wrażenie robi brama główna, jeden z niewielu dobrze zachowanych elementów średniowiecznej budowli. Prowadzone na terenie twierdzy badania archeologiczne zaowocowały kilkoma spektakularnymi znaleziskami – m. in. antyczną złotą maską oraz drobniejsze przedmioty wykonane ze srebra i złota.

Bez wątpienia jednym z najbardziej malowniczych i najpiękniejszych miejsc w Ochrydzie jest położona na skalnym cyplu cerkiew św. Jowana Kaneo. Stojąca na wysokim brzegu Jeziora Ochrydzkiego cerkiew jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Macedonii. Jeśli zdarzy Wam się przeglądać foldery turystyczne czy inne materiały reklamowe o Macedonii, z całą pewnością cerkiew ta pojawi się na 100%. Nie ma co się dziwić, gdyż krajobraz jest naprawdę niesamowity: niewielka średniowieczna cerkiewka stojąca nad brzegiem urwiska, z którego rozciąga się wspaniały widok na błękitne i bezchmurne niebo oraz czyste i spokojne wody jeziora. Ten widok z pewnością zostanie mi w pamięci do końca życia.

Przechadzając się po uliczkach miasteczka, natrafimy na wiele stoisk sprzedających tzw. ochrydzkie perły, które stanowią rzemieślniczy znak rozpoznawczy rejonu. Wytwarzane są z łusek tutejszego endemicznego gatunku ryb zwanego plaszica, ale dokładny sposób obróbki pozostaje tajemnicą poszczególnych, zazwyczaj rodzinnych zakładów.

Ochryda jest miastem unikatowym nie tylko w Macedonii, ale także na całych Bałkanach. Warto tu przyjechać, by poczuć atmosferę, przespacerować się pełnymi uroku starymi uliczkami, zajrzeć do którejś z licznych cerkiewek albo po prostu rozkoszować się wspaniałą przyrodą, dobrym winem oraz czystą, ciepłą wodą Jeziora Ochrydzkiego.

Po nieco kiczowatym i sztucznym Skopje (Skopje. Stolica inna niż wszystkie), Ochryda zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Te klimatyczne uliczki, interesująca architektura, czyste wody jeziora no i TEN słynny widok na klasztor św. Jowana Kaneo, który tak naprawdę zwabił mnie do Ochrydy. Żałowałam, że spędziłam tam tylko jeden dzień. Z całą pewnością wrócę tam jeszcze na dłużej, mam nadzieję, że w przyszłym roku. Gdybym jednak się rozmyśliła i nie pojechała jednak wiem, że gorzko bym tego żałowała. Sami powiedzcie, gdybyście stracili takie widoki, sumienie by Was nie gryzło? 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Emmy Abrahamson „Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach”

Mówi się, że serce nie sługa, a strzała Amora dosięga nas w najmniej spodziewanym momencie… Jest w tym sporo prawdy, ale czy faktycznie rozum nie ma nic do powiedzenia w tej kwestii?

Julia, z pochodzenia Szwedka,  mieszka w uroczym Wiedniu. Jej sąsiadką jest Elfriede Jelinek, która marzy, że któregoś dnia się z nią zaprzyjaźni. W międzyczasie pracuje w szkole językowej jako nauczycielka angielskiego. Musi zmagać się z nauczaniem bezrobotnego dyrektora z przerostem ambicji oraz niedouczoną młodzieżą. Któregoś dnia, siedząc na ławce w parku poznaje Bena. Od samego początku między nimi iskrzy, a następnie dochodzi do wybuchu gorącego uczucia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Ben jest… bezdomny!

Przyznaję, że „Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” jest powieścią kontrowersyjną. Przynajmniej dla mnie. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym związać się z bezdomnym facetem, który nie posiada żadnych ambicji i nie ma zamiaru zmienić swojego życia. Co więcej, nawet lubi funkcjonować jako bezdomny! Nie wiem, co kierowało Julią, że zwróciła uwagę na Bena. Wydaje mi się, że znudzona (i poniekąd rozczarowana) swoim dotychczasowym życiem zawodowym i prywatnym, po prostu szukała jakiś wrażeń. Muszę rzec, że związek z bezdomnym wydaje się być bardzo ekscytującym wrażeniem. Niektóre opisy mnie nie tyle oburzały, co wręcz obrzydzały. Rozumiem, że serce nie sługa i to piękne ze strony Julii, że mimo wszystko dała szansę Benowi, ale – na litość boską – trzeba mieć trochę rozumu w głowie i pomyśleć o swojej przyszłości. Bo ja nie widzę przyszłości z facetem, który nie zamierza nic zmienić w swoim życiu.

Mimo wszystko, powieść Emmy Abrahamson niesie pozytywne przesłanie. Zdecydowanie nie jest to typowa historia miłosna. Julia nie kieruje się powierzchownością czy statusem materialnym, ale z drugiej strony nie kieruje się również zdrowym rozsądkiem. Mimo wszystko to opowieść miłosna, która dyktowana jest głosem serca a nie pozorami, o decyzjach podejmowanych na przekór oczekiwaniom społecznym oraz utartym schematom. „Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach” jest napisana w zabawny sposób, dzięki czemu książkę czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Niekiedy nawet wywołuje wybuch gwałtownego śmiechu. Jedyna dobra rada – lepiej nie spożywajcie nic w trakcie lektury tej książki.

Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach