Skopje. Stolica inna niż wszystkie

Do Skopje ciągnęło mnie od jakiegoś czasu. Nie wiem, dlaczego właśnie akurat do tego miasta, ale wydawało mi się takie inne, byłam ciekawa tego, co o nim pisali – a słyszałam różne opinie. Postanowiłam osobiście to sprawdzić. Nigdy nie byłam na Bałkanach (poza Chorwacją z dużą grupą osób kilka lat temu) i ta część Europy wydawała mi się taka nieokiełznana, inna, fascynująca a wiadomo – wszystko co nieznane jest dla nas kuszące 🙂 Jeszcze 2 lata temu jak ktoś zaproponował mi wyjazd na Bałkany, kręciłam głową z niesmakiem. Przed wyjazdem, napisałam zapytanie do moich znajomych, którzy byli tam kilkanaście dni przede mną, żeby zrobić rozeznanie czego mam się spodziewać. Jednak nie było to rozsądne z mojej strony, gdyż przez to o mało co nie zrezygnowałam z urlopu 😀  Usłyszałam, że tam niebezpiecznie, żebym nie chodziła sama, że nie mówią po angielsku, że protestują cały czas, że zamieszki… No to pięknie, pomyślałam. To spędzę swój urlop w hotelowym pokoju, bo ja – chojrak nie potrafię się bronić w razie ataku ze strony nieprzyjaciela, nie znam języka rosyjskiego, tym bardziej macedońskiego (nie potrafię nawet czytać cyrylicy!) to jak ja sobie tam poradzę?? Zapowiadał się interesujący wyjazd 😀 Moja mama dowiedziawszy się, że znowu lecę gdzieś sama, wpadła w histerię. No bo jak to znowu sama? I jeszcze tam?!?! Przecież tam wojna jest (bo Macedonia ponad 20 lat temu należała do Jugosławii, a – według niej – tam nadal wszędzie się strzelają), że mnie porwą i zabiją (wtedy głośna była sprawa zamordowanej Polki, która sama poleciała do egipskiego kurortu). Groziła, prosiła, krzyczała, błagała – no nic nie pomogło, pozostałam niewzruszona. Ba! Zapowiedziała nawet, że zadzwoni do mojego kierownika i zabroni mu dawać mi urlop! 😀 Zdenerwowana i lekko spanikowana (a codzienne telefony mojej mamy nie pomagały mi się zrelaksować) wykupiłam ubezpieczenie turystyczne (co jest nowością, bo rzadko kiedy to robię), zarejestrowałam się na stronie MSZ-u (żeby było wiadomo gdzie szukać moich zwłok) i następnego dnia wyruszyłam w kierunku Skopje. Hej przygodo! 🙂

Po wylądowaniu w Skopje wpadłam w lekką panikę. Coś dziwnego stało się z moim operatorem, gdyż nie mogłam połączyć się z siecią i nie mogłam zadzwonić do mamy oznajmić jej, że (na razie) jestem cała i zdrowa. Nigdy nie miałam takiego problemu, zawsze automatycznie mnie przełączało, a tym razem musiałam zrobić to ręcznie. W każdym razie chwile grozy zostały szybko zażegnane 🙂 Już na lotnisku powitał mnie (jeden z wielu) wielki pomnik Wielkiego Wojownika – Aleksandra Macedońskiego 🙂 Jeśli chodzi o postać Aleksandra, to jest on źródłem konfliktu między Macedończykami a Grekami, którzy roszczą sobie prawo do traktowania Aleksandra jako własnego bohatera narodowego. Dlatego fontanna z monumentalną rzeźbą znajdująca się na centralnej części Placu Macedońskiego, oficjalnie nazywa się „wojownik na koniu”, ale wiadomo kogo ona przedstawia. Postanowiono nazwać ją w neutralny sposób, aby nie wzbudzać protestów właśnie ze strony Greków.

Skopje jest bardzo nietypową stolicą. W 2010 r. przedstawiono plany dotyczące monumentalnego projektu, który zakładał transformację miasta na nietypową wręcz skalę. Projekt „Skopje 2014” zakładał renowację starych oraz wzniesienie nowych budynków użyteczności publicznej oraz pomników ku czci najważniejszych postaci historycznych tego kraju. Architektura większości budynków to wizje iście futurystyczne lub w monumentalny sposób nawiązujące do architektury klasycznej, z kolei lokalizacja pomników nie ogranicza się do centralnych punktów miasta. Są one dosłownie wszędzie, można odnieść wrażenie, że zostały wrzucone w strukturę miasta bez żadnego ładu i składu. Zamiast początkowo planowanych 40 nowych obiektów wzniesiono… 132, a na same pomniki wydano ponad 35 milionów euro, zaś całkowity budżet (do lata 2015 r.) całego przedsięwzięcia Przekroczył 560 mln euro! A szkoda, bo takie pieniądze mogłyby być zdecydowanie lepiej zagospodarowane, gdyż w pewien sposób kraj ten nadal podnosi się z gruzów swej jugosłowiańskiej przeszłości. Poza tym Macedonia świadomie prowokuje swojego południowego sąsiada. Eksponowanie postaci Aleksandra Wielkiego czy tak oczywiste stosowanie klasycznego stylu architektury, nawiązuje do osiągnięć starożytnej Grecji, co nie jest dobrze odbierane przez rząd w Atenach, a Macedończycy są oskarżani przez Greków o przywłaszczanie sobie historii ich kraju.

Funkcję centrum miasta pełni przestronnie i ładnie zagospodarowany plac Macedoński. Centralną jego część zajmuje fontanna z monumentalną rzeźbą z brązu przedstawiająca wojownika na koniu (taka jest oficjalna nazwa), która przedstawia postać Aleksandra Macedońskiego.

Wokół placu Macedońskiego ora po obu stronach Kamiennego Mostu, można odnaleźć szereg innych budzących ciekawość pomników. Znajdują się tutaj m. in. siedzący na tronie car Samuil, działacz i prezydent ASNOM Metodija Andronow-Czento czy także zasiadający na tronie cesarz Justynian. Dla mnie poszukiwanie tych pomników było tak samo fascynujące, jak znajdowanie wrocławskich krasnali 🙂

Na wschód od placu Macedońskiego wznosi się budowla, która ma stanowić jeden z symboli Skopje – Porta Macedonia, czyli sporych rozmiarów łuk triumfalny. Ma on symbolizować 20 lat macedońskiej niepodległości. Na jego fasadzie umieszczono liczne płaskorzeźby przedstawiające sceny z historii Macedonii, m. in. z udziałem Aleksandra Macedońskiego, co oczywiście nie spodobało się rządowi w Atenach.

Nad rzeką Wardar przerzucony jest Kamienny Most, będący jednocześnie jednym z charakterystycznych punktów Skopje, a także element jego herbu. Prawdopodobnie został wybudowany za czasów panowania tureckiego sułtana Mehmeda Zdobywcy w drugiej połowie XV wieku. Po obu jego stronach znajdują się wyrzeźbione postacie Goce Dełczewa i Dame Gruewa, a także statuty świętych Cyryla i Metodego oraz Klemensa i Nauma. Most łączy nową część miasta ze Starą Czarsziją i jest jedną z kilku budowli, które nie zostały zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi w 1964 r.

Po drugiej stronie Kamiennego Mostu mija się wielką, nową fontannę z monumentalnymi czterema posągami przedstawiającymi macierzyństwo. Dalej stoi kolejna ogromna rzeźba wojownika – Filipa II, ojca Aleksandra Macedońskiego.

Za tymi atrakcjami pojawia się Stara Czarszija, czyli serce Skopje, jego najciekawsza i najpiękniejsza część. Według zapisków wielu podróżników, tutejsza czarszija należała w XVI i XVII w. do najwspanialszych i największych na całych Bałkanach. Później była wielokrotnie niszczona m. in. przez wielkie pożary. To właśnie tu mieści się najwięcej interesujących zabytków oraz ciekawych i wartych obejrzenia miejsc. Jest tu także sporo restauracji i kawiarenek, gdzie można spróbować pysznych lokalnych specjałów (mój faworyt to sopska salata), wypić piwo bądź filiżankę mocnej kawy.

Ale Skopje to nie tylko „nowoczesna starówka” i Stara Czarszija. Jest również wiele innych ciekawych miejsc, którymi Skopje może się pochwalić. Jedną z nich jest cerkiew św. Klimenta Ochrydzkiego, która należy do najciekawszych architektonicznie budynków współczesnego miasta. Śmiało poprowadzone półokrągłe linie, imponująca i oryginalnie skomponowana kopuła, ładna dzwonnica, a całość nowoczesna, choć jednocześnie wpisująca się w rodzimą tradycję architektoniczną.

Czy kiedyś jeszcze wrócę do Skopje? Z całą pewnością TAK! Nie chodzi o samo miasto, chociaż w pewien sposób mnie urzekło. Przede wszystkim przyjadę tam dla ludzi, którzy są bardzo mili, sympatyczni, uśmiechnięci, życzliwi i bardzo mi pomogli. I tak, mówią po angielsku, nawet starsza pani w supermarkecie na stoisku mięsnym potrafi mówić w tym języku 🙂 A gdy dowiedziawszy się skąd jestem, spokojnie zaczęli rozmawiać ze mną po polsku (!!!). Poza tym atmosfera i pyszne jedzenie również przyciągają mnie do tego miejsca. No i poczekam, aż postawią więcej pomników 😉

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Kiszyniów. Inny świat

O stolicy Mołdawii mówi się, że nie warto tam jechać, ponieważ nic tam nie ma. Zgadzam się w  pewnym stopniu, ale nie do końca. O tej wyprawie piszę na świeżo, póki jeszcze emocje we mnie buzują, a przed oczami pojawiają się migawki z tego miasta. Pobyt w Kiszyniowie był bardzo ciekawym doświadczeniem. Uważam, że warto jeździć do takich miejsc, nie tylko żeby poznać kulturę i obyczaje tamtejszych mieszkańców, ale także po to, aby  docenić swoją ojczyznę 🙂 Mołdawia, która umiejscowiona jest między Rumunią a Ukrainą, klasyfikuje się do jednych z najbiedniejszych państw w Europie. Na północy częściowo zajęte jest przez Republikę Naddniestrzańską, która teoretycznie znajduje się w obrębie kraju. Inna część Mołdawii została wydzielona dla Gagauzów, którzy utworzyli tam swoją autonomię.

To, co tam zobaczyłam było dokładnie tym, czego się spodziewałam. Bieda zagląda tutaj na każdym kroku, czasami aż razi w oczy. Kiszyniów to miejsce, w którym ubóstwo, brud i kicz wzajemnie się przenikają. Nie ma tutaj starego miasta, ani nawet żadnych ważnych zabytków. Kiszyniów został całkowicie zniszczony w trakcie II Wojny Światowej. Najstarsze budynki pochodzą z XIX wieku. Ale tutaj nie przyjeżdża się dla zwiedzania, ale do klimatu – trzeba przyznać dosyć specyficznego klimatu. To taka swoista podróż w czasie, do całkowicie innego świata.

Spacerując ulicami tego miasta, można odnieść wrażenie, że budynki powstały z tego, co akurat robotnicy mieli pod ręką. Na początku wydaje się to co najmniej dziwne, ale po jakimś czasie przestaje dziwić fakt, że w bloku mieszkalnym potrafi być kilka różnych typów okien, a jego mieszkańcy zamurowują balkony, dodając tym samym dodatkowe metry kwadratowe do metrażu mieszkania. Odniosłam wrażenie, że w Kiszyniowie nie istnieje takie coś jak osiedlowy fundusz remontowy, gdyż nikt tam nie dba o własne zdrowie, a tym bardziej o jakąkolwiek estetykę. Największą odrazę wzbudził rozrastający się grzyb i pleśń na elewacjach budynków, które wystraszyły i zszokowały nieświadomą turystkę, czyli mnie. Zastanawiam się jak mieszkańcy mogą żyć w takich warunkach i wcale nie przeszkadza im fakt, że razem z nimi zamieszkują inne organizmy żywe, niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Ciekawa jestem co zrobią, jak za kilka lat ich budynek rozleci się na drobne kawałki.

Znalezienie klimatycznej i przyzwoitej restauracji na głównej ulicy miasta graniczy z cudem. Bulevardul Stefan cel Mare jest bardzo długa i to wzdłuż niej znajdują się wszystkie najważniejsze obiekty miasta. Jednak by zjeść lunch w jakiejś konkretnej restauracji, trzeba udać się do innej części miasta. Za to nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem salonu Orange, gdyż co kilkaset metrów umiejscowione są salony tego operatora komórkowego. Powracając do głównej ulicy Bulevardul Stefan cel Mare. W trakcie wędrówki natkniemy się na Łuk Triumfalny, Parlament, pałac prezydencki, liczne katedry i parki.

Rządowe budynki oraz ekskluzywne hotele, znajdują się w sąsiedztwie niedokończonych inwestycji oraz obdrapanymi budynkami. Wielkość parlamentu naprawdę robi wrażenie, który znajduje się w sąsiedztwie porzuconego betonowego szkieletu biurowca po jednej stronie, a po drugiej ruiną dawnej pływalni. Po drugiej stronie ulicy znajduje się pałac prezydencki, zupełnie niepasujący do architektury Kiszyniowa – kicz w pełnej okazałości. Aktualnie ogrodzony jest płotem z blachy falistej, co jeszcze bardziej budzi niepokój wśród turystów. Początkowo sądziłam, że jest to kolejny kiczowaty kościół, a tu takie zaskoczenie 🙂

Zapewne samych mieszkańców miasta nie dziwi, a tym bardziej nie przeszkadza im, kiedy spacerując ulicami miasta, na chodnikach napotykają się na zwisające kable elektryczne. Nie muszę chyba wspominać, że są to kable, które przewodzą prąd. Poplątane, zwisające, zaplątane między gałęziami drzew – to codzienność dla mieszkańców Kiszyniowa. Nikt nie pomyśli, żeby coś z tym zrobić, bo i po co? Przecież tak jest oryginalnie, w żadnej innej stolicy europejskiej tak nie ma 🙂

Czy wróciłabym jeszcze do Kiszyniowa? Chyba nie. Wystarczy mi to, co tam zobaczyłam za pierwszym razem. Było to bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu i z całą pewnością zapamiętam je na bardzo długo. Nie twierdzę, że miasto nie ma klimatu, wręcz przeciwnie. Jednak nie jest to miejsce, które sprawiło, że moje serce zabiło mocniej i pragnie jeszcze tam wrócić. Mimo wszystko polecam Kiszyniów każdemu, bo dzięki temu każdy się czegoś nauczy i dojdzie do pewnych wniosków 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

La Alhambra. Cud architektury mauretańskiej

We wcześniejszym poście pisałam o Granadzie i ogólnikowo o jej największej atrakcji, czyli La Alhambrze. Dzisiejszy wpis całkowicie poświęcony będzie temu niezwykłemu miejscu. Do tej pory, przeglądając zdjęcia z wizyty tego pałacu, serce szybciej mi bije, a mój zachwyt nie ma końca. Dawno nigdzie nie widziałam tyle piękna skupionego w jednym miejscu.

Żeby dostać się do Alhambry, musiałam kupić bilety on-line, kila miesięcy przed moim przyjazdem. Byłam nieco zaskoczona, gdyż na 3 miesiące przed przybyciem do Granady sądziłam, że spokojnie kupię bilet, o dogodnej dla mnie porze dnia. Niestety się przeliczyłam, gdyż zostało niewiele biletów w tym okresie, w którym planowałam tam przebywać. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i w ubiegłoroczne listopadowe południe spacerowałam po tym cudownym miejscu. Na zwiedzanie tego cudu trzeba zarezerwować co najmniej pół dnia. Ja spędziłam tam ponad 5 godzin, spacerując pośród skąpanych w słońcu alejek i rozkoszując się pięknem tego architektonicznego cudu.

fot. http://www.alhambra-entradas.com

Co nieco o architekturze mauretańskiej

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą Andaluzję bez spuścizny, jaka pozostawili na tych ziemiach Maurowie. Najbardziej widocznym jej przejawem jest architektura rozkwitająca między VII a XV stuleciem. Budynki powstające w pierwszych wiekach obecności muzułmanów na ziemiach al-Andalus, wznoszone były ściśle wg zaleceń Koranu. Architekci skupiali się bardziej na ozdabianiu wnętrz niż fasad, co miało być bezpośrednim nawiązaniem do piękna ludzkiej duszy. Unikano przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zastępując je bogato rozbudowaną ornamentyką roślinną, w którą wplecione były często inskrypcje koraniczne.

Niektóre budowle, np. Pałace Nasrydów w Alhambrze celowo zostały wzniesione z nietrwałych i tanich surowców (glina, drewno), a niektóre elementy dekoracyjne pozostawiono niedopracowane – po to, aby nie obrazić Allaha ludzkim dążeniem do doskonałości i wieczności. Niektórzy władcy pozwalali sobie na większy liberalizm, zamawiając sobie ozdobienie swych rezydencji motywami zwierzęcymi, a nawet wyobrażeniami ludzi.

Niezwykle ważnym dodatkiem do mauretańskich budowli były zawsze ogrody pełne roślin i fontann. Architektura krajobrazu wyrażała zamiłowanie Maurów do wody i zieleni. Trudno się temu dziwić, gdyż większość plemion podbijających południową Hiszpanię pochodziła z suchej i gorącej Afryki lub Bliskiego Wschodu. Sentyment do źródlanego szumu widać też w projektach wewnętrznych dziedzińców.

La Alhambra

Ten niesamowity zespół pałacowy znajduje się na górującym nad miastem wzgórzu La Sabika. Według poetów jest to ósmy cud świata, a według statystyk – najczęściej odwiedzany zabytek w Andaluzji. Gdyby ściany mogły mówić, z całą pewnością dowiedzielibyśmy się o twierdzy niejednej zaskakującej rzeczy.

Pierwszą konstrukcją zbudowana przez Maurów była XI-wieczna forteca z czerwonego kamienia (qa’lat al-Hamra), od której cały kompleks wziął później swoją nazwę. Strategiczne położenie zamku zwróciło uwagę Mohammeda I, wodza z dynastii Nasrydów oraz jego następców, którzy w ciągu wieków wznieśli tu i rozbudowali zespół pałacowo-obronny, z przylegającą do niego mediną (miasteczkiem) oraz ogrodami. Wraz z nastaniem panowania chrześcijan, estetyczna jedność architektury Alhambry została przerwana przez dodawanie takich elementów jak renesansowy Palacio de Carlos V i Covento de San Francisco. Po śmierci Karola V, w połowie XVI wieku, Alhambra popadła w ruinę, służąc m. in. jako schronienie dla bezdomnych żebraków, a później jako koszary dla wojsk Napoleona. Te ostatnie w czasie odwrotu niemal wysadziły pałac. W połowie XIX w. świetnie sprzedająca się książka Washingtona Irvinga „Tales of Alhambra”, przyczyniła się do umieszczenia Granady na turystycznej mapie Europy, a zespoły pałacowego na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO.

Główną atrakcja Alhambry są wspaniałe Pałace Nasrydów (Palacios Nazaries). Aby w pełni docenić niesamowite. Misterne dekoracje znajdujące się w ich wnętrzu, trzeba zrozumieć ideę sztuki tamtych czasów: symetryczne, w nieskończoność powtarzające się motywy zdobnicze miały wyrazić nieskończoną chwałę Allaha w skończonej formie i przestrzeni. Dodane do tego bogate inskrypcje to poematy wychwalające potęgę sułtanów lub wpisy z Koranu, a także motto z dynastii Nasrydów: Wa la ghalib ila Allah (Nie ma zdobywcy nad Allaha). Ważnym elementem dekoracyjnym jest również ośmioramienna gwiazda, symbolizująca połączenie nieba i ziemi. Wbrew pozorom wzór nie jest jednak doskonały, ponieważ tworzenie ideałów jest w islamie bluźnierstwem wobec Koranu. Wyrazem pokory architektów i rzemieślników wobec boga było również użycie tanich i nietrwałych materiałów: gipsu, drewna i gliny. To, że pałace te do dziś zachowały się w tak dobrym stanie graniczy z cudem.

Na zachodnim krańcu placu znajduje się wejście do najstarszej części obronnego zespołu pałacowego – Alcazaby. Jej znaczna część jest w ruinie, jednak wciąż można znaleźć tu fundamenty dawnych lochów, meczetu, baraków i łaźni. Spośród czterech wież fortecy, najbardziej znana jest Torre de la Vela, czyli Wieża Czuwania. Właśnie na tej wieży, 2 stycznia 1492 roku Królowie Katoliccy wywiesili swoje flagi, na znak pokoju miasta. Z wieży roztaczają się wspaniałe widoki na miasto i szczyty Sierra Nevada.

Pobliskie wzgórze, Cerro del Sol, pokryte jest dywanem zieleni – to wspaniałe ogrody Generalife. Podczas spaceru pośród bujnej roślinności  trafimy do Patio de la Acequia. W wyżej położonych ogrodach znajduje się Escalera del Agua, z których balustrad spływa strumień wody. Generalife to idealne miejsce na odpoczynek po trudach zwiedzania całego kompleksu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Kreta. W labiryncie Minotaura

Kreta wydaje się być jednym z najbardziej tajemniczych miejsc w Europie. O taki wizerunek zadbała prastara cywilizacja, której początki sięgają legendy o królu Minosie. Do dnia dzisiejszego trudno jest wyjaśnić, jak to się stało, że kultura minojska osiągnęła tak wysoki poziom cywilizacyjny, ale to właśnie ta wyspa uznawana jest  za kolebkę europejskiej cywilizacji.

Starożytni Kreteńczycy mogli się szczycić faktem, że właśnie na ich ziemi na świat przyszedł najważniejszy ze wszystkich bogów greckiej mitologii – gromowładny Zeus. Pojawiają się również wzmianki o innych bogach przebywających na wyspie, m. in. Posejdona, herosa Herkulesa czy zwykłych śmiertelników, jak Dedal. Nie ma się co dziwić, że bogowie upodobali sobie Kretę. Otaczające wyspę wody błękitnego morza, bezchmurne niebo w kolorze akwamaryny, majestatyczne góry Idi czy też winnice i wiecznie zielone gaje oliwne sprawiają, że można w tym miejscu zakochać się bez pamięci.

dsc03546

dsc03533

dscn1942

dscn1901

W żyłach Kreteńczyków płynie minojska krew. O potędze ich przodków  świadczą współczesne wykopaliska, a w szczególności te w Knossos i Fajstos. Pozostałości wspaniałych pałaców do dziś zdumiewają i zadziwiają wiedzą i techniką ich konstruktorów. Późniejsza historia Krety nie jest tak jasna jak w okresie starożytności. Po epoce rozkwitu przychodzi nastaje czas wali i zmagań z kolejnymi najeźdźcami. Nic w tym dziwnego, gdyż wyspa kusiła swoimi walorami, a także znajdowała się  w strategicznym miejscu – na szlaku prowadzącym do Afryki. Po setkach lat okupacji, Kreteńczycy mogą wreszcie żyć w spokoju, według własnego tempa i zasad.

Właśnie tutaj, w kreteńskiej grocie we wnętrzu góry Dikte, miał się narodzić władca wszystkich bogów – Zeus. Pan Olimpu w pogoni za zaspokojeniem swojego pożądania, postanowił uprowadzić fenicka księżniczkę o imieniu Europa. Znudzony bóg szybko porzucił swoją kochankę wraz z ich wspólnym potomstwem, trzema synami: Minosem, Radamantysem i Serpedonem. Bracia podzielili się władzą, a każdy z nich kierował własnym pałacem: Knossos, Fajstos i Malii. Jednak po pewnym czasie Minos objął władzę na całej Krecie i ogłosił się jedynym, prawowitym królem. Poślubił piękną Pazyfae, córkę boga Heliosa, a w krótce przyszło na świat ich liczne potomstwo. Sielanka szybko się skończyła. Rozgniewany brakiem posłuszeństwa  króla Posejdon postanowił zemścić się na niewdzięcznym władcy. Zmieniając się w postać byka, rozkochał w sobie Pazyfae, która wkrótce urodziła syna. Nie było to normalne dziecko; posiadał ciało człowieka i głowę byka. Nadano mu imię Minotaur. Król Minos nakazał swojemu genialnemu konstruktorowi Dedalowi wybudować ogromny labirynt, by osadzić w nim dziecko swojej niewiernej małżonki. Wiele tekstów źródłowym mówi, że labirynt powstał na terenie pałacu w Knossos. Trudno nie zgodzić się z ta hipotezą, gdyż królewska rezydencja liczyła ponad półtora tysiąca pomieszczeń. Ponad tysiącletnia cywilizacja tego mitycznego okresu, na cześć króla Minosa  została nazwana minojską.

Pałac w Knossos

To obowiązkowy punkt na podróżniczej trasie Krety. Ruiny pałacu powstałego ponad 4 tys. lat temu możemy podziwiać w okolicach Iraklionu (Heraklionu). Do dnia dzisiejszego zachwyca odwiedzających doskonałością konstrukcji i rozmachem, z jakim został wybudowany. Poza pałacowymi pomieszczeniami, mieściły się tam również warsztaty i spichlerze zaopatrujące ponad 10 tys. mieszkańców.  Po zachodniej stronie pałacu znajdują się wykopane w ziemi okrągłe jamy, które pełniły funkcję spichlerzy na ziarno. Dalej znajduje się tzw. Dom Wschodni, czyli wystawny budynek, w którym zamieszkiwali zamożni mieszkańcy Knossos. Świadczą o tym potężne schody i kolumny. Idąc po schodach dojdziemy do komnaty, która początkowo uważana była za rezydencje królewskiej pary. Aktualnie uważa się, że w przeszłości było tam sanktuarium. Podążając dalej zaglądamy do sali tronowej i basenu lustralnego. Za nimi rozpościera się główny dziedziniec, który stanowił arenę minojskich obrzędów. Nieopodal mieściła się kaplica, skarbiec oraz schody prowadzące do królewskich komnat. Gdyby nie to, że ruiny pokryte były przez mech, roślinność i pył, nie przetrwałyby do czasów obecnych. Pierwszym poszukiwaczem, który rozpoczął poważne prace wykopaliskowe na tym terenie, był archeolog z Iraklionu, Minos Kolokairinos. W 1879 roku udało mu się wydobyć 12 pitosów. Po sukcesie jego odkrycia, rozpoczęła się prawdziwa wojna o stanowisko archeologiczne w Knossos – ubiegali się o nie Amerykanie, Francuzi, Niemcy i Anglicy.

dsc03560

dscn1903

dsc03565

dsc03576

dscn1928

dsc03557

dscn1908

dsc03537

dscn1934

Dlaczego tak bardzo kocham Andaluzję?

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, co Andaluzja ma w sobie takiego, że ciągle do niej powracam. I nie będę się rozpisywać o walorach estetycznych tamtejszych mężczyzn, gdyż przystojni Hiszpanie występują na terenie całego kraju 🙂 🙂 O tym, że kocham Hiszpanię (i mam lekką obsesję na jej punkcie :)) wiedzą już chyba wszyscy 🙂 Oczywiście jest jeszcze bardzo dużo miejsc, w których nie byłam, ale jakoś zawsze kupuję bilet lotniczy w południowe regiony 🙂 Mimo to, ze byłam tam dwukrotnie, to tak naprawdę niewiele widziałam. Do tej pory dotarłam „tylko” do Malagi, Sewilli, Granady, Rondy i Kordoby, ale jest jeszcze wiele pięknych miejsc przede mną do odkrycia 🙂 Andaluzja jest tak ogromna, że potrzeba czasu, aby ją dobrze poznać. Jest to największy region Hiszpanii, a jednocześnie tak bardzo zróżnicowany.

Andaluzja otoczona jest przez wody Atlantyku i Morza Śródziemnego. Z ośmiu prowincji wchodzących w skład regionu, pięć znajduje się nad brzegami oceanu i morza, pozostałe znajdują się wewnątrz lądu. Sewilla jest stolicą regionu liczącego 7,3 mln mieszkańców, a Giralda jest symbolem miasta leżącego nad rzeką Gwadalkiwir. W Granadzie znajduje się jeden z najczęściej zwiedzanych zabytków na świecie: Alhambra. Meczet jest dumą Kordoby, Las Alcazabas Almerii i Malagi, zatoka zaś symbolem Kadyksu, nadmorskie mokradła charakteryzują Huelvę, a plantacje oliwek Jaén. Ale urok tego regionu, to nie tylko jego stolice. Okręgi należące do regionu oferują wszystko to co może spodobać się turyście. Słońce na piaszczystych plażach, sporty zimowe w ośrodkach narciarskich najbardziej wysuniętych na południe na całym kontynencie, historia zamknięta w murach starych kościołów i pałaców, rozrzuconych wzdłuż i wszerz całego regionu.

Po głębszej analizie doszłam do wniosku, że jest kilka czynników, które przyciągają mnie właśnie na południe Hiszpanii:

Pogoda

Tak, to zdecydowanie największy magnes. Na południu Hiszpanii byłam dwa razy – w listopadzie. Za pierwszym razem było ok. 20. stopni, więc dla mnie – zmarzniętej Polki – było po prostu gorąco. Pamiętam, że wtedy biegałam po mieście w T-shircie z krótkim rękawem 🙂 Podczas mojego drugiego pobytu było nieco chłodniej, a wieczorami wręcz zimno. Mimo to, w ciągu dnia mogłam założyć lekką bluzkę. Listopad to dobry okres, aby polecieć do Andaluzji, gdyż w tamtym regionie słońce świeci każdego dnia. A dla osoby, która przybyła z mroźnego i szarego kraju, taka dawka promieni słonecznych działa zbawiennie dla duszy i ciała 🙂  Jestem ciepłolubna, ale nie wyobrażam sobie pojechać tam w lato, gdyż z całą pewnością słońce i żar totalnie by mnie zniszczyły 🙂

Azulejos

Czyli przepiękne, kolorowe płytki, którymi ozdobione są domy, restauracje, ulice. Można je spotkać dosłownie wszędzie. Również nazwy ulic wyłożone są azulejos. Przyznam szczerze, że dostałam lekkiego fioła na punkcie tych cudownych płytek. Nie da się oderwać od nich wzroku. Jak byłam na Plaza de Espana w Sewilli, po prostu oszalałam ze szczęścia – cały plac wyłożony jest tymi cudeńkami. Wpadłam w jakiś trans, gdyż kręciłam się po nim prawie pół dnia, robiąc zdjęcia każdej azulejos z osobna 🙂

Ceramiczne płytki pokryte szkliwem znane jako azulejos to nieodłączny element Andaluzji. Ich istnienie Hiszpanie zawdzięczają Maurom, którzy zapoczątkowali produkcję. Pierwsze z nich były najczęściej w niebieskich tonacjach. Wraz z upływem czasu wzbogacono je o kolejne kolory, aby obecnie nasze oczy mogły cieszyć się ich całą paletą. Po rekonkwiście produkcja azulejos była kontynuowana, a ich popularność dotarła nawet do sąsiedniej Portugalii oraz Brazylii.

Ważnym ośrodkiem produkcji płytek stała się Sewilla. Obecnie z kolorowych kafelek wykonane są różnego rodzaju obrazki przedstawiające scenki rodzajowe, religijne, napisy z nazwami ulic, tabliczki informacyjne.

img_5036

img_1790

img_1837

img_1889

img_5238

img_5154

img_5075

img_5105

img_5038

17078432_10211935510813547_1456351513_n

Flamenco

Najsłynniejszy andaluzyjski taniec. Wzbogacony rytmami jazzu, bluesa, salsy i rocka dawne cygańskie melodie trafiły na listy przebojów, a niedoceniani dotąd wykonawcy tradycyjnego nurtu tej muzyki stali się prawdziwymi idolami. Muzykę i taniec stworzyli andaluzyjscy Cyganie, czerpiąc z tradycji arabskich i żydowskich. Wsłuchując się w rytmiczne pieśni, słyszymy dalekie echa muzyki z Maroka, Egiptu, Bliskiego Wschodu, Grecji, a nawet Indii i Pakistanu.

Andaluzja to stolica flamenco. Jedynym rozczarowaniem było to, że nie spotkałam tancerzy, którzy spontanicznie oddawali upust emocjom w postaci tańca na ulicach andaluzyjskich miast. Niestety bardzo często za przyjemność zobaczenia show trzeba zapłacić, i to całkiem sporo. Ja miałam okazję (i szczęście) być uczestnikiem takiego wydarzenia, który z cała pewnością zostanie mi w pamięci do końca życia. Co prawda nie jest to taniec, który osobiście chciałabym znać (chociaż kiedyś intensywnie myślałam, żeby zapisać się na zajęcia z flamenco), ale uwielbiam patrzeć na show, który składa się nie tylko z tańca, ale również muzyki. Flamenco to taniec pełen pasji i emocji. Ja odniosłam wrażenie, że pełno w nim bólu, żalu i cierpienia, ale to moje osobiste odczucia. Mój towarzysz miał nieco odmienne zdanie od mojego 🙂 To prawdziwa uczta zarówno dla oczu, jak i uszu. Bo flamenco to nie tylko taniec, ale równiez muzyka. Dźwięki gitary słychać dosłownie wszędzie, na ulicy, w barach, radiu. Nie będę wspominać o przepięknych sukniach, w których występują tancerki. Ostatnio mam wręcz obsesję na ich punkcie i obiecałam, że któregoś dnia sprawię sobie taką oryginalną pamiątkę z Andaluzji.

img_2036

img_2055

17028797_10211935527253958_1041010803_n

17094116_10211935516853698_201776794_n

Architektura mauretańska

To bez wątpienia wyróżnia Andaluzję na tle innych hiszpańskich regionów. Trudno wyobrazić sobie współczesną Andaluzję bez spuścizny, jaka pozostawili po sobie Maurowie. Budynki powstające w pierwszych wiekach obecności muzułmanów na ziemiach południowej Hiszpanii, wznoszone były ściśle według zaleceń Koranu. Architekci koncentrowali się bardziej na ozdabianiu wnętrza niż fasad, co miało być bezpośrednim nawiązaniem do piękna ludzkiego  wnętrza. Unikano przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zastępując je bogato rozbudowaną ornamentyką roślinną, w którą wplecione były często inskrypcje koraniczne. Niezwykle ważnym dodatkiem do mauretańskich budowli były zawsze ogrody pełne roślinności i fontann. Architektura krajobrazu wyrażała zamiłowanie Maurów do wody i zieleni.

Ja nieustannie zachwycałam się i będę się zachwycać tamtejszą architekturą. Za każdym razem odkrywam coś nowego, co totalnie zwala mnie z nóg. Tym razem była to Alhambra i meczet w Kordobie. Nie wiem, czy istnieje coś, co jeszcze bardziej mnie zachwyci. Jeśli tak, to jestem gotowa to zobaczyć i poznać jego historię 🙂

img_2347

img_2352

img_4891

img_4966

img_5276

img_5326

img_5336

img_5350

img_5389

Plaże

Mój znak zodiaku to ryby, więc naturalne jest, że uwielbiam wszelkiego rodzaju wodę 🙂 A to wiąże się z pobytem nad wodą i pływaniem, co prowadzi m. in. do pobytu na plaży 🙂 Może nie jestem wielką fanką leniuchowania na piasku (dwa, trzy dni to max), ale czasem trzeba poleżeć do góry brzuchem 🙂 Andaluzja jest regionem otoczonym przez Morze Śródziemne i Ocean Atlantycki, dlatego posiada niezliczoną ilość wspaniałych plaż. Ja póki co „zaliczyłam” leniuchowanie tylko w Maladze, ale w planach mam porównanie jakości piasku w innych prowincjach 🙂

img_2389

img_5434

Patios

Patios to zdecydowanie jedne z najfajniejszych hiszpańskich „wynalazków”.  Są to tzw. dziedzińce, ale wydawać by się mogło, że to jakby kolejny pokój mieszkalny, tylko pod gołym niebem 🙂 Jest to miejsce, w  którym od wieków spotykały się rodziny i przyjaciele, gdzie miło przespać sjestę albo po prostu ukryć się przez letnimi upałami. Typowe andaluzyjskie patio otoczone jest cienistą galerią, na którą wychodzą drzwi i okna otaczających budowli. Tu wystawiane są krzesła, fotele i leżaki, bo tak odpoczywa się dużo milej niż w dusznym mieszkaniu. Andaluzyjskie patia to prawdziwe perełki, o których często zapomina się zwiedzając najważniejsze zabytki. Warto pobłądzić po małych uliczkach w poszukiwaniu takich ukwieconych oaz i poczuć prawdziwą, taką mniej turystyczną atmosferę tego regionu.

img_2012

img_5064

img_5005

img_5054

Cudowne uliczki i „street art”

We wcześniejszych wpisach wspominałam, że tym razem pozwoliłam się zatracić i prowadzić przeznaczeniu pośród andaluzyjskich uliczek. O samych uliczkach pisałam w poście o Kordobie, dlatego też skupię się na „street arcie”, ale rozumianym nieco inaczej 🙂 W Hiszpanii, a przynajmniej na południu trudno uświadczyć graffiti/malunków na murach (okej, przynajmniej ja nie niczego nie zauważyłam – a również na tym punkcie mam ostatnio fioła). Za to na fasadach budynków znajdują się inne przedmioty jak doniczki z kwiatami, butelki, skrzynki, itp. Stwierdzam, że takie ozdoby prezentują się znacznie lepiej niż typowe malunki 🙂

15970087_10211470768955291_947121545_n

15978128_10211470761995117_654194755_n

img_5052

img_5230

img_5056

17094047_10211935522213832_1673001767_n

Tapas

Tapas słyną w całej Hiszpanii, ale tylko w Andaluzji, do zamówionego napoju dostaniemy je całkiem za darmo! I to nie jakieś małe oliwki czy kawałek pieczywa. W Kordobie tapas stanowiły dla mnie główny posiłek 🙂 Do zamówionego tinto de verano otrzymałam burgera z frytkami! W Granadzie miałam przyjemność spróbować przepysznych tapas, ale to za sprawą osobistego przewodnika, który pokazał mi najlepsze bary w mieście 🙂 Osobiście jestem wielką wielbicielką hiszpańskiej kuchni, a w szczególności tapasów, dlatego dla mnie Andaluzja stanowi raj na ziemi 🙂

17028752_10211935524733895_1299785580_n

17092264_10211935523293859_1837071309_n

17028656_10211935505333410_1042469772_n

Pomarańcze

Pamiętam, jak przybyłam do Sewilli, to był już późny wieczór, a wujek Google wskazał mi drogę do mojego hostelu przez jakiś park. Nie powiem – miałam obawy iść sama w noc przez ten park. Ale szybko zapomniałam o strachu, gdy poczułam zapach kwitnących kwiatów pomarańczy… w listopadzie! Co więcej, na drzewach cały czas wisiały sobie soczyste pomarańcze! J W świetle dziennym prezentują się jeszcze cudowniej. Takie rzeczy można spotkać tylko w Andaluzji! 🙂

img_1579

img_2008

img_2002

img_4882

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Granada. Na styku kultur

Jedno z hiszpańskich powiedzeń głosi, że  „kto nie widział Granady, ten niczego nie widział”. Miasto znajduje się w południowej części Andaluzji, wzdłuż brzegu rzeki Genil, u stóp gór Sierra Nevada. Stanowi ważny ośrodek handlowy, przemysłowy i kulturalny. Jest to jedna z kilku najważniejszych miejscowości turystycznych w kraju, słynąca z pięknej architektury, licznych zabytków oraz zapierających dech krajobrazów.

Gdy przybyłam do Granady, musiałam spory kawałek, a właściwie kawał drogi by przejść z dworca autobusowego do mojego hostelu, w związku z tym już na samym początku (chcąc nie chcąc) miałam zafundowaną szybką wycieczkę krajoznawczą. Jakie było moje pierwsze wrażenie? Negatywne i to bardzo. Granada jest miasteczkiem studenckim, co bardzo rzuca się w oczy, wokół słychać wiele języków świata, zaś wszędzie unosił się zapach… marihuany!

Początkowo Granada wydała mi się po prostu brzydka. Przez pierwsze pół dnia mojego pobytu, coraz bardziej zniechęcona zastanawiałam się, czy nie wrócić do Kordoby. I pewnie by tak było, gdybym nie miała kupionego biletu do Alhambry. Jednak po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że nie po to przejechałam tyle kilometrów, żeby  się teraz wycofać. W porównaniu właśnie z Kordobą czy Sewillą, Granada jest po prostu nijaka. Jedynie co mnie urzekło (poza samą Alhambrą oczywiście), to dzielnica Albaicin. Tam faktycznie można było poczuć klimat prawdziwej Andaluzji. Również za sprawą pewnego Pana C., który pokazał mi inne oblicze Granady, przez co zmieniłam zdanie i przekonałam się tego miasta. Co więcej – mam ochotę do niego kiedyś jeszcze wrócić 🙂

img_5417

img_5425

img_5159

img_5249

Co warto zobaczyć:

La Alhambra

Niektórzy mówią, że o malowniczości Alhambry w dużym stopniu decyduje je pejzaż: ośnieżony przez większość roku łańcuch Sierra Nevada, w którego sercu znajdują się najwyższe szczyty kontynentalnej Hiszpanii. Poeci opiewają to miejsce jako ósmy cud świata, zaś statystyki mówią, że jest to najczęściej odwiedzany zabytek w całej Andaluzji – prawdziwa perła pośród innych pamiątek przeszłości w całej Hiszpanii. Zbudowany w latach 1232-1273 bez wątpienia stanowi najpiękniejszy pałac muzułmański, jaki kiedykolwiek powstał. Tylko wielkie imperium mogło zbudować tak coś wspaniałego. A takim imperium bez wątpienia była wówczas dominacja islamu na rozległym terytorium od Chin, przez Północną Afrykę aż po enklawę Al-Andaluz na zachodnim krańcu Europy. Na szczególną uwagę zasługują bardzo liczne zdobienia i dekoracje. W skład całego kompleksu wchodzą: zamek Alcazaba, Mexuar, Dziedziniec Mirtowy, Dziedziniec Lwów, pałac Karola V oraz Generalife. Przez długi czas znajdowało się tu więzienie, dopiero w XIX wieku pałac został odbudowany z zachowaniem pierwotnego stylu, według ściśle określonych zasad architektonicznych. W 1984 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Bilet kupiłam on-line, dwa miesiące przed moim przyjazdem. Powiem szczerze, że nie było łatwo, gdyż rozeszły się jak ciepłe bułeczki i nie było dużego wyboru – nabyłam jedną z ostatnich sztuk. Cale szczęście, że ogarnęłam się z tym odpowiednio wcześniej, po potem byłby płacz i lament 🙂 Przyznaję, że La Alhambra była wisienką na torcie mojej ostatniej wędrówki po Andaluzji. Całkowicie zrekompensowała moje wcześniejsze narzekania na miasto. Słusznie, że wszyscy zachwycają się tym miejscem, bo w pełni na to zasługuje. Najpiękniejszym, jednocześnie najbardziej popularnym i najbardziej obleganym miejscem jest pałac Nasrydów, o którym więcej napiszę więcej innym razem. Tak jak wcześniej wspomniałam o La Mezquicie w Kordobie, teraz także piszę: La Alhambra jest miejscem, które koniecznie trzeba zobaczyć przed śmiercią 🙂 Na obejście tego obiektu trzeba poświęcić kilka godzin, mi to zajęło około pięciu. I nie był to szybki spacer, jak to miewam w zwyczaju. Ty razem była to spokojna przechadzka w promieniach słońca, rozkoszowanie się świeżym powietrzem i zachwycanie pięknymi obiektami. Brakuje mi słów, żeby opisać to, co tam widziałam. Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy 🙂

img_5334

img_5339

img_5364

img_5365

img_5370

img_5388

16830160_10211858443006900_617325108_n

El Generalife

Pałac ten powstał za czasów panowania Muhammada III, na początku XIV wieku i miał pełnić funkcję letniej, nieoficjalnej rezydencji władców muzułmańskich. W skład tego kompleksu wchodzą najstarsze z zachowanych do dzisiaj ogrodów mauretańskich. Jeden z nich, tzw. „Ogród Sułtanki”, uważany jest za miejsce schadzek żony Abu I Hasana z jej kochankiem. To idealna strefa odpoczynku po trudach zwiedzania całego kompleksu.

img_5257

img_5258

img_5263

img_5265

img_5267

La Catedral de Granada

Budowa gmachu rozpoczęła się w latach 20. XVI wieku. Początkowo miała to być świątynia wybudowana w stylu gotyckim, ale ostatecznie jest jedną z najznakomitszych przykładów hiszpańskiego renesansu. Całkowite zakończenie gmachu zajęło jednak niemal dwa wieki. Warto zwrócić uwagę na fasadę główną, wzorowaną na rzymskich łukach triumfalnych – miała ona opiewać zwycięstwo katolicyzmu nad islamem w Europie.

Tak jak już niejednokrotnie wspominałam, nie urzekają mnie miejsca sakralne – poza pewnymi wyjątkami. No i tak właśnie było w przypadku katedry w Granadzie. Wstęp kosztował 5 euro, ale powiem szczerze – nie było warto. Kościół jak każdy inny, jedynie co go wyróżniało to wielkość, bo był naprawdę duży. Umiejscowiony w samym sercu miasta, otoczony nowoczesnymi budynkami, z zewnątrz był niedostępny do sfotografowania.

img_5163

img_5167

img_5200

img_5423

Alabaicin

Najstarsza dzielnica miasta, umiejscowiona na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na Alhambrę. Cechą charakterystyczną są wąskie uliczki, przy których podziwiać możemy pozostałości architektury Maurów. Najciekawszymi obiektami są fragmenty łaźni arabskich, na terenie których założono muzeum archeologiczne oraz kościół San Salvador, który podobnie jak reszta świątyń, zbudowany został na gruzach mauretańskiego meczetu. Warta naszej uwagi jest również architektura budowli inspirowana Afryką Południową.

img_5210

img_5234

img_5240

img_5391

Mirador de San Nicolaus

To najsłynniejszy punkt widokowy, w którym możemy podziwiać Alhambrę z daleka. Znajduje się w dzielnicy Albaicin i trochę trzeba się natrudzić, żeby pośród ciasnych uliczek wspiąć się na szczyt. Stąd podziwia się Alhambrę w całej okazałości z ośnieżoną Sierrą Nevadą w tle. Obok tarasu widokowego stoi najstarszy kościół w mieście San Nicolas.

img_5226

16900395_10211858440926848_175949712_n

img_5224

img_5211

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Santorini. Raj na ziemi

Wydawać by się mogło, że to ateński Akropol jest symbolem Grecji. Jednak Ci, którzy mieli przyjemność spędzić czas na jednej z cykladzkich wysp wie, że prawda jest całkiem inna. Dla nich Grecja będzie kojarzyć się z oślepiająco białymi domkami zawieszonych na zboczach stromych skał, z błękitnymi kopułami na szczycie. Mowa oczywiście o Santorini, prawdziwym raju na ziemi. Wspaniała panorama zalanej morskimi wodami kaldery, malowniczy kontrast między białymi domkami a ciemnymi, wulkanicznymi skałami, dymiące wierzchołki wulkanów i ciągle żywy mit o zaginionej Atlantydzie – wszystko to sprawia, że przybywają tu rzesze turystów. Odkąd pamiętam, Santorini było moim wielkim marzeniem. Patrząc na piękne pocztówki z bajkowymi krajobrazami, białymi domkami i niebieskimi kopułami, wąskimi i krętymi uliczkami, zapragnęłam tam pojechać. Co prawda było to parę ładnych lat temu, ale jak kiedyś wspomniałam – po ostatniej wizycie w Atenach, moje uczucia do Grecji powróciły niczym bumerang i naszło mnie na wspominki sprzed lat 🙂

dscn2159

dsc03641

dscn2137

dsc03659

Thira, bardziej popularna pod nazwą Santoryn lub Santorini, a w czasach starożytnych nazywana Kalliste (najpiękniejsza), to mały archipelag południowoegejskiego łuku wulkanicznego. W jego skład wchodzą następujące wysepki: Thira, Thirassia, Nea Kameni, Palea Kameni i Aspro. Kształt przerwanego okręgu zawdzięcza kataklizmowi z roku 1450 p. n. e. Właśnie wtedy nastąpiła potężna erupcja wulkanu o sile trzykrotnie przekraczającej wybuch Karatakau w 1883 r. Zniszczeniu uległa cała centralna część wyspy, a na jej miejscu utworzyła się rozległa, wypełniona morskimi wodami kaldera o powierzchni 83 m kw. i głębokości 400 m, paradoksalnie stanowiąca teraz jedną z największych atrakcji na wyspie. Widok, jaki roztacza się przed oczami turystów wpływających w kaldere, nie ma sobie równych w całej Grecji.

dsc03671

dsc03670

Stolicą wyspy jest Fira, drugie (zaraz za Oia) najczęściej odwiedzane miasto na wyspie, które rozpościera się na klifie o wysokości 300 m. Nie jest skomplikowanym architektonicznie miastem – główna ulica to ta, po której poruszają się samochody i autokary. Tutaj znajduje się Stary Port, do którego przybywają wielkie, ekskluzywne statki. W centralnym miejscu Firy znajduje się taras widokowy, z zapierającym dech w piersiach widokiem na całą kalderę. Również w tym miejscu możemy podziwiać Ortodoksyjny Sobór Metropolitalny. Budynek został wybudowany w 1956 r., ale w wyniku trzęsienia ziemi jej pierwotna część została zniszczona. Idąc dalej w głąb miast, trafimy na tzw. „złotą uliczkę”. Skąd  taka nazwa? Właśnie tam znajdują się sklepy z ekskluzywnymi markami, między innymi Chanel, Prada, Gucci, Rolex. Na samej górze miasteczka znajduje się ważny budynek sakralny – Katolicka Katedra Santorynu pod wezwaniem Świętego Jana Baptysty.

dscn2164

dscn2184

dsc03637

dscn2080

dsc03667

Najczęściej fotografowanym miejscem na całej wyspie, które widnieje na większości pocztówek i zdjęć przedstawiających Santorini, jest Oia (wymawiane „Ija”). Mówi się, że jest miastem artystów, malarzy, rzeźbiarzy, i że nie ma serca, które nie zostałoby poruszone tamtejszymi widokami, z czym zgadzam się w stu procentach. Właśnie w tym miasteczku mieści się najczęściej fotografowany kościół  wezwaniem Św. Mikołaja, czyli patrona rybaków oraz słynny wiatrak znajdujący się przy końcu miasteczka, tuż nad klifem. W samym centrum miasta stoi bardzo popularny, zwłaszcza wśród par, które zamierzają się w nim pobrać, kościół Panagia Platsani.

dsc03630

dscn2105

dscn2166

dscn2156

Dlaczego domy malowane są w barwach biało-niebieskich? Istnieją 3 wersje tłumaczące użycie tych barw: patriotyczna, ekonomiczna oraz praktyczna. Patriotyczna ma związek z historią Grecji. Barwy narodowe tego kraju, które widnieją na fladze to właśnie biel i błękit. Kolor niebieski symbolizować ma barwę morza okalającego Grecję, zaś biel pianę morską, która uderza o grecki ląd. Wersja praktyczna związana jest z wszechobecnie panującym upałem i skwarem, dlatego też mieszkańcy wyspy wybudowali domy w tych barwach, ponieważ kolor biały nie przyciągają  słońca a odbijają je, przez co w domu jest chłodniej. Z kolei niebieski odstrasza insekty. Wersja ekonomiczna zakłada, że farby w tych dwóch kolorach były po prostu najtańsze ze wszystkich innych dostępnych.

Na Cykladach krąży legenda, że mieszkańcy wyspy to… wampiry. Ludzie, którzy zginęli nagle prowadzili życie pełne grzechu, zaś ci co nie otrzymali odpowiedniego pochówku padali w sidła złych mocy i zamienili się w wampiry, zwane vrykolakas. Co było przyczyną takiej przemiany? Po pierwsze wystarczyło, że kot skoczył na martwe ciało jeszcze przed pochówkiem, a moce nieczyste przejmowały kontrolę nad zmarłą osobą. Po drugie wampir może przyjść i zapukać do drzwi, ot tak po prostu. Jeżeli nikt mu nie otworzy od razu, pójdzie sobie dalej, dlatego też wielu Santoryńczyków czeka aż ktoś zastuka przynajmniej dwa razy. Porą, w której Vrykolakas są najbardziej aktywne to południe i  północ. Co ciekawe, starsi mieszkańcy wyspy nadal z trwogą czekają, aż ta pora dnia i nocy miną…

dscn2138

dscn2187

Do tej pory z ogromnym sentymentem wspominam pobyt na tej wyspie. Żałuję tylko, że tak mało czasu tam spędziłam, ale pewne jest to, że jeszcze tam powrócę. Poza magią i pięknem tego miejsca, najbardziej zapadło mi w pamięci to, że nabawiłam się tam poparzenia słonecznego pierwszego stopnia i chyba nawet dostałam lekkiego udaru 🙂 Słońce daje o sobie tutaj znać niezwykle mocno, dlatego wybierając się tam KONIECZNIE należy zabrać ze sobą ciemne okulary przeciwsłoneczne, krem z mocnym filtrem i najlepiej kapelusz na głowę! Przekonałam się o tym na własnej skórze, i to dosłownie. Żar lał się z nieba a ja niczym  w transie, biegałam po mieście jak szalona bez żadnej ochrony. Do tego biały kolor budynków sprawiał, że słońce odbijało się od nich, a to z kolei powodowało, że było gorąco jak w piekarniku. A ja, całkowicie wyluzowana i zahipnotyzowana tą piękną wyspą zapomniałam posmarować się kremem z filtrem, a o kapeluszu na głowie nawet nie pomyślałam, bo i po co? Przez tę głupotę (tak, to była ogromna głupota) połowa mojego ciała była pięknie przysmażona słońcem, a druga połowa blada jak ściany tamtejszych domków. Wyniosłam z tego cenną lekcję i mam nauczkę na całe życie 🙂 Ku przestrodze zamieszczam zdjęcie zrobione po powrocie z wyspy – może ktoś, poprzez moje nieszczęście nauczy się czegoś 🙂

dscn2271

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.