Po co mi te podróże?

Nie będę pisać o zaletach podróżowania, bo powstało na ten temat miliony artykułów, a nawet całe księgi. Wiem też, że niektórzy nie lubią podróżować w żaden możliwy sposób, a opuszczenie swojego miejsca zamieszkania jest dla nich najgorszą karą. Nie potrafię tego zrozumieć, ale z trudem akceptuję taki stan rzeczy. Ja całkowicie uzależniłam się od podróżowania. Świat jest taki piękny i interesujący, że nie sposób usiedzieć na jednym miejscu!  Każdy swój grosz wydaję na podróże 🙂 Wychodzę z założenia, że jest to wspaniałe uzależnienie 🙂 Kiedy wracam z jednej wojażki, już w myślach planuję kolejną. Chociaż za każdym razem wracam padnięta i cieszę się, że mogę posiedzieć trochę w ciszy i spokoju we własnym domu, to jednak chwilę potem już nie mogę znaleźć sobie miejsca. Tak było ostatnio, gdy wróciłam z Macedonii. Ledwie weszłam do domu, z przyrzeczeniem, że nie ruszam się z niego do końca tygodnia (tylko do pracy). Rozpakowałam się, wstawiłam pranie, zasiadłam przed komputerem by nadrobić zaległości. Po godzinie nie mogłam usiedzieć już na miejscu. Zadzwoniłam do kilku znajomych i wyciągnęłam ich na spacer. Tyle mnie widzieli we własnym M1. No i to by było na tyle jeśli chodzi o moją silną wolę i postanowienia 🙂

Mojej mamie mówię jeden, dwa dni przed podróżą, że wybieram się w dane miejsce. Nie chcę jej ani denerwować, ani nie chcę, żeby ona mnie denerwowała i stresowała, bo zawsze kreuje czarne scenariusze. Niestety przed wyjazdem do Macedonii popełniłam ten błąd i powiedziałam jej o moich planach na tydzień przed wyjazdem. Potem musiałam znosić najpierw codzienne telefony mające na celu wyperswadowani mi tego szalonego pomysłu, a potem codzienne telefoniczne meldowanie się, czy nadal żyję. Jak widać przeżyłam i mam się znakomicie 🙂 Już dawno temu nadała mi przydomek „powsinoga”, ale najwidoczniej nadal nie potrafi zaakceptować, że tak faktycznie jest 🙂

Ale tak, to szczera prawda, stuprocentowa ze mnie „powsinoga”. Nie potrafię usiedzieć długo w jednym miejscu. Na samą myśl o wczasach all inclusive robi mi się niedobrze. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy w ten sposób odpoczywają i nikogo nie mam zamiaru krytykować czy oceniać. Sama tak przecież podróżowałam i pewnie kiedyś jeszcze będę się relaksować w taki sposób. Po prostu takie poznawanie świata, na tym etapie mojego życia, nie jest dla mnie. Owszem, lubię plażować i zażywać kąpieli słonecznych na piaszczystych plażach, ale więcej niż dwa dni nie wytrzymam. Po prostu uwielbiam jak coś się dzieje, jak zmieniają się miejsca, krajobrazy i ludzie. Dlatego też lecąc do danego kraju, przemieszczam się miedzy miastami. Organizuję sobie czas w taki sposób, żeby jak najwięcej zobaczyć. I prawda, że z każdym razem przeklinam siebie w duchu, że po co mi to było, że ciągle gdzieś w drodze, że nie ma czasu na naładowanie baterii. I za każdym razem obiecuję sobie, że moja następna podróż będzie do miejsca (np. do mojej ukochanej Barcelony), w którym będę mogła połączyć i odpoczynek, i odkrywanie ciekawych miejsc. Jak już wcześniej wspomniałam jak to bywa z moją silną wolą 🙂 Wracam do Warszawy fizycznie jeszcze bardziej zmęczona niż wyjechałam, ale za to psychicznie „zresetowana”. Ale przecież o to w tym chodzi 🙂

Podróżowałam na wiele sposobów: wczasy all inclusive, wycieczki zorganizowane, romantyczne podróże z ukochanymi,  wypady z paczką przyjaciół, wyjazdy z koleżankami, wojaże solo. Muszę przyznać, że ten ostatni sposób jest moim ulubionym 🙂 Nie znaczy to jednak, że jestem aspołeczna i nie chcę już nigdy mieć towarzysza podróży. Nie. Lubię podróżować z kimś, ale jednak podróże solo (proszę nie mylić z samotnymi) są z perspektywy czasu najlepszym dla mnie rozwiązaniem. Na tym etapie mojego życia.

Jak to wszystko się zaczęło? Jeszcze dwa lata temu na samą myśl o podróży w pojedynkę dostawałam gęsiej skórki. Jak to sama? Przecież to ani bezpieczne, ani przyjemne. Planując każdą podróż, brałam pod uwagę swoich znajomych, pytając ich czy nie chcieliby pojechać gdzieś razem ze mną. Początkowo wszyscy bardzo entuzjastycznie podłapywali temat: „Tak Klaudia! Pewnie! Jedziemy, będzie fajnie!”. No to super, myślałam. Jednak kiedy przyszedł moment zakupu biletów lotniczych lub organizacji wyprawy, nagle ta entuzjastycznie nastawiona osoba albo już jednak nie chce tam jechać, albo nie może bo w pracy problemy, albo nie ma pieniędzy, albo ma już coś zaplanowane w tym terminie, albo właśnie z kimś się związała i nie wyobraża sobie kilkudniowej rozłąki. Zawsze coś… Basta! – rzekłam któregoś dnia. Nie chcę tracić swojego życia i nie zaprzestanę spełniać swoich marzeń, tylko dlatego, że ktoś nie ma ochoty, albo nie może mi towarzyszyć! Jestem silną osobą (co prawda trochę panikarą) i dam sobie radę. No i tak któregoś dnia kupiłam swój pierwszy bilet lotniczy bez konsultacji z kimkolwiek. Na pierwszy raz wybrałam swoją ukochaną Hiszpanię, a konkretniej Andaluzję. Gdy zbliżał się termin mojego wyjazdu, nie będę ukrywać – otarłam się o panikę, a wręcz histerię. Stres był nieziemski, bo na samą myśl o tej podróży o mało co nie mdlałam. Również dlatego, że miałam w tamtym okresie trochę osobistych zawirowań w życiu. Wówczas większość osób odradzała mi mój wyjazd, ale ja twardo mówiłam, że nic nie zniszczy mi mojego planowanego od pół roku cudownego urlopu. Z dokładnie zaplanowaną trasą, z wydrukowanymi mapami konkretnych dojazdów i dokładnego godzinowego rozkładu, niemalże rozrysowanymi wykresami mojej wyprawy, dotarłam na hiszpańską ziemię 🙂 Pamiętam, że do Sewilli przybyłam późnym wieczorem, więc musiałam przemierzyć miasto po ciemku. Na dodatek moja mapa wskazywała drogę przez jakiś ciemny park. „No trudno, jak zginę to przynajmniej w cudownym miejscu” – taka myśl wtedy mi towarzyszyła 🙂 Nie będę wspominać, że dotarłam do hotelu cała i zdrowa, a moja rozbuchana wyobraźnia za każdym razem coraz bardziej mnie zaskakuje 🙂 Tak, wiem – też teraz zrywam z tego boki 😀 No cóż, każdy pierwszy raz jest trudny 🙂 Jednak z każdą kolejna podróżą solo było już coraz lepiej.

Nie bez powodu wybrałam Hiszpanię jako cel mojej pierwszej solowej podróży. Poza sprawdzeniem własnych możliwości psycho-fizycznych, chciałam także poddać ocenie swoje umiejętności językowe, gdyż od jakiegoś czasu uczę się hiszpańskiego. Co prawda nadal nie zdołałam jeszcze opanować tego języka na satysfakcjonującym mnie poziomie, ale nie jest źle 😀 W końcu odważyłam się komunikować z „żywym” językiem hiszpańskim na obcej ziemi, a dla kogoś, kto posiada ogromną barierę językową, jest to nie lada wyczyn! Jednak ci, którzy byli w Andaluzji doskonale wiedzą, że to wyższy stopień hiszpańskiego, nie do końca zrozumiały nawet dla Hiszpanów z innych części kraju. Inną sprawą było to, że każdy kto widział bladolicą blondynkę, z automatu zaczynał rozmawiać ze mną po angielsku! A ja jak na upartego odpowiadałam po hiszpańsku, jednak moi rozmówcy pozostali niewzruszeni. No więc była to taka pogawędka w bardzo popularnym języku, zwanym Spanglish 🙂 Mimo wszystko odważyłam się i jestem z siebie dumna 🙂 Jest jeszcze jeden powód, dla którego wybrałam wtedy Hiszpanię. Zakładając najgorsze i rysując czarny scenariusz, że gdyby coś nie wyszło po mojej myśli, albo przydarzyło się coś przykrego, miałam wówczas w Maladze znajomego, który służył swoją pomocą i gościną. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, ale z moim „profe” i tak się spotkałam – na piwo i pogaduchy 🙂

Mimo to, że coraz częściej podróżuję sama, to nigdy nie jestem… sama 🙂 Chociaż (tak mi się wydaje) nie wyglądam na tzw. „sierotkę Marysię”, to i tak zawsze widząc blondwłosą dziewczynę samą, ludziom włącza się tryb pomocy 🙂 Mam to szczęście, że zawsze poznaję wspaniałych ludzi, którzy są mili i zawsze służą wsparciem. Jeśli chodzi o lokalsów, to bardzo chętnie oprowadzają po mieście i pokazują swoje ulubione miejsca, albo takie, o których mało kto wie. Zaprowadzą do swoich ulubionych barów, powiedzą gdzie iść dobrze zjeść, a  od które knajpy omijać szerokim łukiem. Pomogą sprawdzić rozkład jazdy autobusów, kiedy nie rozumiesz miejscowego języka, a angielski nie jest tam popularny. Nawet jeśli nie ma okazji spotkać się z miejscowymi, to w hostelach można nawiązać bardzo cenne i interesujące znajomości pośród innych globtroterów 🙂 Wymienić się swoimi doświadczeniami i opowieściami „z drogi”.

Wiem, co sobie pomyślicie – ale wyczyn jechać gdzieś samej tutaj, w Europie. Wiem, żadne to wybitne osiągnięcie. Mam znajomych, którzy sami jeżdżą po całym świecie i bynajmniej nie leniuchują w kurortach turystycznych, tylko wędrują także po niebezpiecznych zakątkach naszego globu. I nie mówię tu tylko o silnych i odważnych przedstawicielach płci męskiej, o nie. Mam wiele koleżanek – filigranowych, drobnych i wiecznie uśmiechniętych blondynek, które same podróżują np. po Ameryce Południowej czy Azji. Dla mnie to jest wielki wyczyn! Podziwiam je ogromnie, bo ja jako panikara, nie wyobrażam sobie tego. Na chwilę obecną. Za kilka miesięcy mogę już myśleć zupełnie inaczej, to wszystko kwestia psychiki i pokonania wewnętrznej bariery. Każdy z nas ma swój próg, swoją granicę, którą krok po kroku przekracza. Ja zaczęłam ją przekraczać w Hiszpanii, teraz odważyłam się przybywać do krajów, w których nie znam języka, co więcej – nawet nie potrafię odczytać alfabetu! Łatwo nie jest, ale na pewno jest bardzo interesująco! 🙂

Mimo tego, że coraz odważniej podróżuję po Europie, to nadal mam obawy wyruszyć gdzieś dalej sama. Ostatnio pojawiły się bilety lotnicze za grosze do Ameryki Południowej – mojego największego podróżniczego marzenia. Byłam o krok od zakupu lotów, ale jednak w ostatniej chwili stchórzyłam… Wiem – kiedyś trzeba się odważyć i wiem, że kiedyś to zrobię. Widocznie to jeszcze nie mój czas 🙂

Co mi dają takie podróże? Przede wszystkim jest to dla mnie prawdziwa lekcja życia. Wtedy, niecałe dwa lata temu, gdy postanowiłam lecieć do Andaluzji, chciałam sprawdzić, jak poradzę sobie w takiej sytuacji. Sama. I tak, poradziłam sobie i świadomość tego jest cudowna. Przekroczyłam własną barierę, przede wszystkim psychiczną, z czego jestem cholernie dumna. Bo wiem, że udźwignę ten ciężar 🙂 Poza tym daje mi to całkowitą wolność, bo podróżując sama mam możliwość  wyboru. Poza tym mam czas, żeby pomyśleć i poukładać sobie w głowie pewne sprawy, a także zupełnie inaczej spojrzeć na daną kulturę czy miejsce. Powiem tylko jedno: podróżowanie jest wspaniałe! Ja mam zamiar robić to do momentu, aż zdrowie i finanse na to pozwolą 🙂 A mam nadzieje, że taki stan rzeczy będzie trwał do końca mych dni 🙂

Być jak Antoni Gaudí

Nazywany jest twórcą bajkowej architektury, a budowle jego projektów stały się symbolem stolicy Katalonii i są rozpoznawane na całym świecie. Wszyscy wiedzą co to Sagrada Familia, nawet jeśli nigdy nie byli w tym mieście. Z kolei Park Güell jest ulubionym miejscem schadzek zakochanych par. Mieszkańcy Barcelony mają powody do dumy, gdyż żadne inne miasto nie może pochwalić się tak wybitnym architektem, z tak bujną wyobraźnią.

Antoni_Gaudi_1878Dzieciństwo i kariera

Antonio Gaudí, a właściwie Antoni Plàcid Guillem Gaudí przyszedł na świat 25 czerwca 1852 w miejscowości Reus w Katalonii. Mieszkańcy oddalonego o kilka kilometrów niewielkiego Riudoms uparcie twierdzą jednak, że mistrz urodził się u nich i do dziś spierają się o swojego artystę.

Gaudí był bardzo chorowitym dzieckiem – cierpiał na reumatyzm, przez co rzadko kiedy opuszczał dom. Niektórzy twierdzą, że to właśnie wtedy wykształciła się u niego niezwykła wyobraźnia. Był samotnikiem i sprawiał wrażenie człowieka pogrążonego we własnym świecie. Choroby, z którymi borykał się w latach młodzieńczych wpłynęły też na jego późniejszy, aktywny tryb życia oraz dbałość o dietę (Gaudí był wegetarianinem).

Artysta swoją naukę rozpoczął w Reus, w szkole pijarskiej. Jak sam twierdził, zawdzięczał jej poznanie prawdziwej wartości nauki chrześcijańskiej, która miała ogromny wpływ na jego twórczość. Nie był pilnym uczniem, ale był świetny w tworzeniu rysunków do gazetki szkolnej i scenografii. Już w tym okresie swojego życia, Gaudí próbował zaprojektować restaurację klasztoru w Poblet.

W 1876 r. wraz z ojcem i siostrzenicą przeprowadzili się do Barcelony. Tam też rozpoczął studia w Escula Tecina Superior de Arquitectura. Z powodu kłopotów finansowych zmuszony był podjąć się pracy. Zarabiał jako asystent barcelońskich architektów: Francisco Villara, Josepa Fontsere i Joana Martorella. To właśnie ten ostatni wprowadził Gaudíego na salony architektury. W 1878 r. dzięki nowatorskim projektom i świetnemu rysunkowi, młody architekt otrzymał dyplom i rozpoczął praktykę zawodową.

Twórczość Gaudíego

Na początku kariery zawodowej Artysta brał każde zlecenie: projektował kioski, bramy wjazdowe, płoty i mury. Dzięki znajomościom ze słynnymi architektami nie narzekał na brak klientów. Jego projekt gabloty dla sklepu fabrykanta rękawiczek, Esteve Comelli, doczekał się premiery na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 roku.

(tapeciarnia.pl)207736_barcelona_modernistyczne_budynki_projektu_gaudiego_panorama_miastaPierwszym poważnym projektem była praca nad rezydencją dla przedsiębiorcy Manuela Vicensego. Casa Vicens łączyła w nowatorski sposób wpływy mauretańskiej architektury z neogotykiem. Przełomowym momentem w życiu architekta było poznanie Eusebio Güell, z którym połączyła go wieloletnia przyjaźń. Barceloński przemysłowiec docenił pomysły młodego architekta i był fundatorem oraz wykonawcą wielu jego projektów.

W twórczości Gaudíego można znaleźć odniesienia do gotyku. Jego znakiem rozpoznawczym było użycie łuków, płynnych zawiłych deseni i organicznych form. Architekt tworzył budynki przypominające kształty, które można znaleźć w przyrodzie i podwodnym świecie. Testował różne materiały, a na etapie projektowania wykorzystywał lustra i zwierciadła. Wszystko po to, aby stworzyć takie dzieła jak: Casa de los botines w León, Park Güell, Casa Batlló, Casa Milà (La Pedrera), Villa Qiujano czy wreszcie Sagrada Familia.

La Sagrada Familia

To bez wątpienia najważniejsze dzieło jego życia. Prawdopodobnie żaden inny przybytek sakralny na świecie nie wzbudza tylu emocji co ta barcelońska katedra. Jest jedną z najbardziej charakterystycznych budowli jakimi może pochwalić się Hiszpania.

W 1883 roku Gaudí przejął kierownictwo prac nad rozpoczętą rok wcześniej budową kościoła, która w założeniu miała być katedrą biedaków. Początkowo bazylika była bardzo prosta – kościół w stylu neogotyckim na planie krzyża. Gaudí dostosował projekt do swojego stylu, nadając mu niepowtarzalny charakter i spędzając nad nim 15 ostatnich lat swego życia. W chwili jego śmierci gotowa była tylko jedna z trzech głównych fasad. Niemniej prace budowlane były nadal kontynuowane i trwają po dzień dzisiejszy.

Projektując katedrę, Gaudí czerpał inspirację ze świata przyrody, która miała przypominać jeden, ogromny organizm. Każdy z elementów bazyliki różni się od innych i był rzeźbiony osobno, zgodnie z zasadą, że w przyrodzie nie ma dwóch jednakowych rzeczy. Główna część kościoła (Fasada Narodzenia, złożona z trzech portali: Wiary, Nadziei i Miłości) ukończona była jeszcze za życia Artysty. Od ponad 20 lat w budowie jest natomiast Fasada Pasji, którą tworzą smutne figury wyrażające bolesne tajemnice różańca. Nad kościołem wznosi się osiem z dwunastu zaplanowanych iglic, symbolizujących dwunastu apostołów i mierzących ponad 100 metrów wysokości.

Choć La Sagrada Familia powstaje już przez ponad sto lat, z powodu deficytu finansowego daleko jeszcze do jej całkowitego ukończenia, które jest przewidziane na rok 2026. Problemem są również projekty Gaudíego, zniszczone w czasie wojny domowej. Mimo tego nawet niedokończona bazylika robi ogromne wrażenie i jest  obowiązkowym punktem w trakcie wycieczki po Barcelonie.

sagrada-familia

Tragiczna śmierć

Praca nad budową bazyliki była sensem życia Gaudíego, dlatego też w 1920 r. postanowił zamieszkać na placu budowy. Coraz bardziej tracił też wówczas kontakt ze światem, a jego stan zdrowia bardzo się pogarszał. Regularnie chodził jednak do odległego o 15 km kościoła Santo Felipe Neri. Ta codzienna pielgrzymka wymagała przejścia przez ruchliwą ulicę Gran Via, a widok przejeżdżających tam tramwajów ogromnie go denerwował. To właśnie jeden z nich 17 czerwca 1926 roku doprowadził do tragicznego wypadku, w wyniku którego artysta został potrącony. W szpitalu nikt nie był w stanie go rozpoznać i został wzięty za włóczęgę, ponieważ miał na sobie kapcie i ubranie związane sznurkiem, z kieszeniami pełnymi orzechów. Zmarł w przeciągu trzech dni.

Jego śmierć bardzo poruszyła mieszkańców Barcelony. Na ulicach zgromadziły się tysiące żałobników, a na pogrzeb przyszły tłumy. Chociaż nie wszyscy byli wielbicielami architektury Gaudíego, to podziwiali go jako człowieka i lokalnego patriotę, który gorąco kochał Katalonię i rzadko ją opuszczał. Wedle własnego życzenia, artysta został pochowany w podziemiach katedry, a do jego grobu każdego roku tłumnie przybywają pielgrzymki.

Kubańskie cygaro – złoto Kuby

Każdy miłośnik cygar doskonale wie, że najlepsze tego typu używki produkowane są nigdzie indziej, ale właśnie na Kubie. Co sprawia, że są tak wyjątkowe?

Po pierwsze – Kuba posiada idealne warunki dla uprawy luksusowych rodzajów tytoniu. Po drugie – wszystkie kubańskie cygara robione są ręcznie i nie zawierają żadnych chemicznych dodatków. Po trzecie produkcja cygar w tym kraju ma wielowiekową tradycję, a dzięki swojej najwyższej jakości, stały się one narodową dumą Kuby i jej mieszkańców.

Jak-zacząć-przygodę-z-cygarami-300x200

Historia cygara w pigułce

Cygara istniały jeszcze przed przybyciem Krzysztofa Kolumba na kubańską ziemię. Tradycja palenia tytoniu sięga czasów kultury starożytnych Majów i Indian amerykańskich, dla których stanowiła swego rodzaju rytuał związany z wierzeniami religijnymi, które miały odpędzać duchy i oczyszczać duszę. Kiedy hiszpańscy konkwistadorzy przybyli na Kubę i zastali Indian palących tytoń owinięty w liście kukurydzy, bardzo szybko przejęli od nich ten zwyczaj.

Co ciekawe, pierwsze fabryki tytoniu powstały nie na karaibskiej wyspie, ale w… hiszpańskiej Sewilli. Z początku palenie cygar w Europie traktowano jako pogański zwyczaj, który nie tylko nie był mile widziany, ale także często zakazany. Z biegiem lat ten typ używki zyskał jednak nie tylko sporą popularność i aprobatę ludu, ale także zaczęto go traktować jak dobro luksusowe.

Przez długi czas Hiszpania była wyłącznym producentem cygar. Kuba otrzymała zgodę na ich samodzielną produkcję dopiero w 1821 r. Wtedy też narodziła się legenda kubańskiego cygara, która jest żywa do dnia dzisiejszego.

Kilkadziesiąt lat temu, zanim do władzy doszedł Fidel Castro, cygara pochodzenia kubańskiego były uważane za najlepsze na świecie. Reżim komunistyczny spowodował jednak, że większość właścicieli fabryk produkujących cygara została zmuszona do ucieczki z Kuby. Wywieźli oni nie tylko część swoich majątków oraz ogromny skarb, czyli najlepsze nasiona tytoniu, ale także swoją wiedzę na ich temat. Tego typu producenci wkrótce zaczęli zakładać plantacje w krajach, w których znaleźli odpowiednie warunki pod uprawy, uczyli nowych pracowników sztuki zwijania cygar i budowali coraz nowocześniejszą infrastrukturę pod obróbkę i dystrybucję produktów tytoniowych.

Kubańskie cygaro od podszewki

Jaki jest sekret wyjątkowości kubańskich cygar? Przede wszystkim idealne warunki na uprawę tytoniu: wilgotność powietrza na Kubie sięga 70%, a dzięki stale świecącemu słońcu, na wyspie panuje odpowiednio wysoka temperatura, która sprzyja uprawom. Ważna jest także czerwona i niezwykle żyzna gleba, której nie brakuje w tej części naszej planety.

Nie bez znaczenia dla wysokiej jakości tytoniu pozostają też profesjonalizm plantatorów oraz ich wiedza na temat uprawy, suszenia i fermentacji liści, która często przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.

Wszystkie te czynniki sprawiają, że kubańskie cygara stanowią klasę samą w sobie i są cenione nawet przez najbardziej wybrednych koneserów.

Uprawa liści tytoniu

Proces uprawy roślin rozpoczyna się już na etapie selekcji nasion. Dobierane są one pod względem ich przeznaczenia (tzn. w jakiej części cygara będą się znajdować). Najlepsze jakościowo sadzonki umieszcza się w ziemi, a już po upływie 3 miesięcy wyrasta z nich duży krzew.

W trakcie zbiorów selekcjonuje się także liście – te najbardziej wartościowe znajdują się na szczycie rośliny. To właśnie z nich powstają najlepsze cygara. Po zebraniu, transportowane są do suszarni, w której zachodzi proces fermentacji. Liście umieszcza się w stosach, w których panuje wysoka temperatura – a wszystko po to, żeby usunąć z nich nadmiar nikotyny i amoniaku.

Na koniec miesza się niektóre gatunki, by uzyskać różne kompozycje smakowe, a następnie poddaje leżakowaniu w specjalnych drewnianych skrzyniach.

Cygaro cygaru nierówne

Wszystko, co posiada dużą wartość i wysoką jakość, jest też podrabiane. Nie inaczej jest w przypadku kubańskich cygar. Czarny rynek jest znacznie większy i zdecydowanie lepiej zorganizowany niż legalna produkcja tych używek.

Praktycznie każdy mieszkaniec Kuby może zaoferować cygaro w bardzo atrakcyjnej cenie – już za 50-60 CUC możemy stać się posiadaczami pudełka zawierającego 25 sztuk oryginalnych cygar. Niestety taki zestaw ma zwykle niewiele wspólnego z prawdziwymi kubańskimi wyrobami. Podrobione produkty znanych marek wykonane są z wątpliwej jakości tytoniu, a niekiedy nawet ze zwiniętych liści bananowca. Gwarancją zakupu oryginalnych produktów nie są nawet opakowania i etykiety, ponieważ bywają tak znakomicie podrobione, że nie sposób odróżnić ich od oryginałów.

Jedyny sposób na zakup w 100% oryginalnych wyrobów jest udanie się do przyfabrycznego sklepu lub hotelu. Trzeba jednak pamiętać, że aby wywieźć z Kuby więcej niż 2 pudełka cygar (50 sztuk), musimy na lotnisku przedstawić kubańskiemu celnikowi dowód zakupu. Inaczej nasze zdobycze mogą być skonfiskowane.

z12204765Q,Kuba-Hawana---Shutterstock

Jak kupić oryginalne kubańskie cygaro?

Tym którzy nie znają się na kubańskich cygarach, trudno będzie odróżnić podróbkę od oryginału. Przedstawiamy Wam jednak dwie wskazówki, które mogą okazać się kluczowe przy decyzji o zakupie tej wyjątkowej używki:

  1. Cygara – każde z nich powinno być równej długości oraz posiadać równo oklejone banderole, z których farba nie schodzi po potarciu palcem. Konsystencja musi być sprężysta, a po delikatnym naciśnięciu cygaro powrócić do pierwotnego kształtu. Ważny jest też mocny, aromatyczny zapach tytoniu – słabo wyczuwalny zapach oznacza niskiej jakości tytoń.
  2. Pudełko – powinno być szczelne i wykonane z drewna cedrowego, a na nim nalepki akcyzy, banderole.

Kubańskie cygaro – złoto Kuby

Palcem po tanecznej mapie świata – Flamenco

Mówi się, że oglądnięcie pokazu flamenco to obowiązkowy punkt na mapie andaluzyjskich atrakcji turystycznych. Mimo że obecnie flamenco kojarzone jest głównie z kastanietami i kolorowymi, falbaniastymi sukienkami, w rzeczywistości ta pełna pasji sztuka rozwijała się przez prawie 500 lat. Skoro jednak mowa o datowaniu historii flamenco, trzeba pamiętać, że jest ona dokumentowana dopiero od dwóch stuleci. Wiele z tego, co aktualnie wiemy, ma swoje źródło w opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

To, czego można jednak być pewnym, to fakt, że przodkiem flamenco była zawodząca pieśń przy akompaniamencie wystukiwanego rytmu. Nie jest jednak wiadome, kiedy dokładnie niezbędnym elementem pokazów tanecznych stała się także gitara.

12729207_1213696828659498_8174351971050580902_n

Historia flamenco

Po przybyciu z Indii, Cyganie przywieźli ze sobą wiele pieśni i stylów tańca charakterystycznych dla swojej kultury. Między innymi to sprawiło, że wiele osób przypisuje właśnie tej grupie stworzenie flamenco. Warto jednak pamiętać, że mimo że rzeczywiście – byli oni głównymi propagatorami tej sztuki – to nie są jej jedynymi twórcami.

Koniec wieku XV był dla mieszkańców obecnej Andaluzji szczególnie burzliwy. Wówczas bowiem doszło do ostatecznego zwycięstwa katolicyzmu nad islamem, co pociągnęło za sobą szereg zmian nie tylko na południu, ale i w całej Hiszpanii. Wraz z umocnieniem się religii chrześcijańskiej, Żydzi, Maurowie i Cyganie zaczęli być prześladowani przez inkwizycję. Ci ostatni padli ofiarą najgorszych represji, które miały na celu całkowite zniszczenie ich tożsamości kulturowej. Zmuszano ich do porzucenia własnego języka, tradycyjnego ubioru oraz wędrownego stylu życia.

Przedstawiciele tych trzech represjonowanych kultur, pod wpływem wspólnych kłopotów, zasymilowali się, a flamenco, które znamy dzisiaj, jest ich wspólnym dziełem.

W XVIII w. stosunek hiszpańskiego rządu i obywateli do Cyganów uległ poprawie. Dużą w tym zasługę mieli romantyczni poeci, zafascynowani tajemniczością i autentycznością romskiej sztuki. Właśnie wtedy flamenco po raz pierwszy w historii stanęło przed szansą wyjścia z podziemi i zadymionych klubów na prawdziwe sceny przed hiszpańską publiczność.

Mimo to Cyganie nie chcieli dawać pokazów w określonym miejscu i czasie – w ich rozumieniu flamenco miało być spontanicznym aktem, skutkiem intensywnych przeżyć i efektem natchnienia. Na potrzeby szerokiej publiczności zaczęły więc powstawać pierwsze niecygańskie grupy performerów.

W czasie wojen w latach 30. i 40. ubiegłego wieku sceniczna sztuka flamenco w dużym stopniu zamarła. Jej renesans zapoczątkowany w latach 50. XX wieku trwa jednak do dnia dzisiejszego.

Flamenco współcześnie

Współczesne flamenco składa się z czterech podstawowych elementów: cante (śpiew, glos), baile (taniec), toque (gitara) i jaleo (klaskanie, tupanie, okrzyki). Do tej wyliczanki znawcy dodają jeszcze jeden element: duende – istotę i duszę flamenco. Poeci przez lata przypisywali duende znaczenie, którego nie dało się pojąć rozumem.

To czym flamenco różni się od innych stylów to przede wszystkim pierwszoplanowa rola rytmu i słów. Harmonia i melodia nie są najważniejsze. Siła i piękno jakie niesie ze sobą ta sztuka, mogą przerodzić się w mistyczne przeżycie i potrafią wywrzeć ogromne wrażenie na widzach.

Gdzie można zobaczyć show?

Warto zapłacić za możliwość zobaczenia tego widowiska na prawdziwej scenie. Cena biletu na show często kosztuje tyle, co posiłek w dobrej restauracji, a opłaca się raz zrezygnować z dwudaniowego obiadu, by przeżyć coś naprawdę niezwykłego.

Dobrą okazją do obejrzenia występów mistrzów flamenco są także festiwale, organizowane głownie latem. Panująca tam atmosfera zdecydowanie sprzyja odczuciu duende. Jeśli posiadasz ograniczony budżet, ale dysponujesz dużą ilością czasu, możesz też spróbować szczęścia w małych lokalach zlokalizowanych w cygańskich dzielnicach, takich jak Sacromonte w Granadzie. Zdaniem niektórych to właśnie tam, a nie na dużych scenach, kryje się prawdziwe piękno tej pasjonującej sztuki.

2227

Flamenco – więcej niż taniec

La Tomatina – pomidorowa fiesta

W każdą ostatnia środę sierpnia, w hiszpańskiej prowincji Walencja, w mieście Buñol odbywa się istna pomidorowa fiesta. Każdego roku przyciąga rzesze turystów z całego świata. Nazywana jest największą na świecie bitwą na jedzenie.

latomatina-logofot. latomatina.info

Historia

La Tomatina trwa nieprzerwanie od 1945 r. Właśnie wtedy na rynku głównym odbywała się parada, w której uczestniczyli mieszkańcy Buñol. Między grupą młodzieńców wywiązała się bójka. Los chciał, że w okolicy pola walki znajdował się warzywniak, a w nim skrzynie pełne soczystych pomidorów wystawione na sprzedaż. Niewiele myśląc, chłopaki złapali warzywa i zaczęli się nimi rzucać. Rok później, w tym samym miejscu i o tym samym czasie, ta sama grupa awanturników wszczęła kolejną bitwę, tym razem przynosząc własne pomidory. Mimo braku oficjalnej zgody burmistrza Buñol, pomidorowa walka stała się tradycją. Dopiero w 1957 r. została uznana przez władze i stała się częścią corocznych obchodów miasta.

Przebieg i przygotowania

Przygotowania do tego wydarzenia trwają na długo przed jej rozpoczęciem. Z regionu Extramadura sprowadzana jest specjalna odmiana pomidorów, o obniżonych wartościach smakowych, które są tańsze. Na kilka dni przed rozpoczęciem fiesty, budynki w okolicy rynku głównego zabezpieczane są plandekami, by uniknąć ich zniszczeń i zabrudzeń. Sygnałem rozpoczęcia jest armatni wystrzał. Zanim jednak rozpocznie się pomidorowe szaleństwo, jeden z ochotników musi wspiąć się na słup nasmarowany mydłem, na szczycie którego znajduje się hiszpańska szynka. Dopiero, gdy szynka zniknie ze słupa, rozpoczyna się walka. Bitwa polega na wzajemnym obrzucaniu się pomidorami, na zasadzie „każdy każdego”. Organizatorzy zlecają, by wcześniej zgnieść w dłoni warzywo, zapobiegając ewentualnym obrażeniom. Odpowiednim strojem będzie luźny ubiór, który w przyszłości już nam się raczej nie przyda oraz solidne, wiązane buty. Impreza trwa godzinę i również kończy się armatnim wystrzałem.

Corocznie w bitwie na pomidory bierze udział ok. 30 tys. osób. Co ciekawe, w 2002 r. hiszpańskie Ministerstwo Turystyki zaliczyło Tomatinę do imprez o międzynarodowej wartości turystycznej.

1fot. www.andalucia.com

la-tomatina-spainfot. www.dogonews.com

Palcem po tanecznej mapie świata – Kizomba

Taniec nie tylko wyraża emocje i opowiada różne historie, ale przede wszystkim wabi i kusi. Niekiedy nawet uznawany jest za sztukę. W niektórych stylach tanecznych wymagana jest precyzja, technika i doskonałość, w innych zaś liczy się spontaniczności, improwizacja i tzw. flow. A jak to się robi tańcząc kizombę?

2867_kizombaweekend_283b

Miejsce pochodzenia: Angola

Historia: taniec powstał pod koniec lat 70-tych XX wieku. Jest mieszanką semby (odmiana samby) oraz karaibskiego zouk. Ten styl taneczny dominuje przede wszystkim w afrykańskich portugalskojęzycznych koloniach. Natomiast europejskie centrum kizomby to Lizbona i jej przedmieścia, gdzie znajdują się duże skupiska afrykańskich imigrantów.

Cechy charakterystyczne: niezwykle zmysłowy taniec, opierający się na bliskim kontakcie między partnerami i prowadzeniu przypominającym tango – ponieważ ma sztywną ramę oraz nieruchomy tors. Niewielka przestrzenność tańca pozwala, aby tancerze przez większość czasu się nie przemieszczali, a jeśli już to na niedużym obszarze i bardzo powoli. Istnieją różne odmiany kizomby, mające różny stopień napięcia seksualnego. Najczęściej tańczą go małżeństwa i osoby zakochane. Praktykowanie tego tańca może budzić sprzeciw i zgorszenie u wielu ludzi, zwłaszcza wśród osób starszych. Mimo wszystko jest to taniec, który ma określone zasady – prowadzenia, wykonywania kroków i figur, dzięki czemu można kontrolować stopień zbliżenia, w zależności od tego, z kim się tańczy i jak się chce tańczyć.

Odmiany:  kizomba standard, tarraxinha, tarraxa

keep-calm-and-dance-kizomba-5

Palcem po tanecznej mapie świata – Bachata

Taniec nie tylko wyraża emocje i opowiada różne historie, ale przede wszystkim wabi i kusi. Niekiedy nawet uznawany jest za sztukę.

5d471eed34c09158377823c6a00c40f1

W niektórych stylach tanecznych wymagana jest precyzja, technika i doskonałość, w innych zaś liczy się spontaniczności, improwizacja i tzw. flow. A jak to się robi tańcząc bachatę?

Miejsce pochodzenia: Dominikana

Historia: Tak jak w przypadku salsy, bachata również klasyfikuje się jako taniec i muzyka. Pojawiła się pod koniec lat 30. ubiegłego wieku i została wymyślona przez czarnoskórych służących, którzy pod koniec dnia śpiewali piosenki i do nich tańczyli. W niektórych rejonach Dominikany uważano, że słowo bachata używane jest do określenia śmierci. Jednak zdecydowana większość mieszkańców tego kraju twierdzi, że oznacza przede wszystkim dobrą zabawę i imprezę. Początki bachaty nie były łatwe. Kilkanaście lat temu nie cieszyła się wielką popularnością, tak jak w czasach obecnych.

Cechy charakterystyczne: krok podstawowy nie należy do trudnych. Rytm liczony jest na 4, zaś następujące po sobie kroki powodują przemieszczanie się na boki oraz do przodu i do tyłu. Bachata nabiera charakteru poprzez charakterystyczne i dynamiczne ruchy bioder akcentując uderzenia w muzyce, a także bliski kontakt z partnerem. Tańcząc w parze, partnerzy robią kroki w tym samym kierunku. Bachata jest tańcem idealnym dla osób, które preferują spokojniejsze rytmy oraz bliski kontakt z partnerem.

Odmiany:  bachata standard, bachata dominikana, bachata sensual, bachatango, bachata modrena

keep-calm-and-dance-bachata