Kanion Szaryński. Kazachski cud natury

Niewiele jest miejsc, które potrafią mnie zachwycić do tego stopnia, że na sam widok zapiera mi dech. Kanion Szaryński był jednym z punktów „must see” w trakcie wizyty w Kazachstanie. Właściwie nie – to był główny cel mojej tej wyprawy. Zanim jeszcze zaplanowałam cała trasę, wiedziałam, że koniecznie muszę tam pojechać.

Kazachowie są bardzo dumni i szczycą się Kanionem. Trudno się dziwić, gdyż Matka Natura podarowała im cenny dar. Nazywają go młodszym bratem amerykańskiego Wielkiego Kanionu. To jedno z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Kazachstanie. Znajduje się on około 200 km na wschód od miasta Ałmaty, dawnej stolicy kraju. Rozciąga się na długości 120 km i liczy aż 12 mln lat. Został wyżłobiony przez rzekę Szaryn. Szerokość waha się od 20-80 metrów a wysokość od 80 do 300 metrów.

Żeby dostać się do Kanionu, najlepszym środkiem transportu będzie samochód. Oczywiście z Ałmaty jeżdżą marszrutki w tamtym kierunku, ale nie dowożą pod sam kanion – czeka nas jeszcze 10 km „spacer” 🙂 Wstęp do Kanionu jest płatny, około 700 tenge za osobę, czyli w przeliczeniu jakieś 8 zł! Co do samochodu, to najlepiej mieć wyposażony w napęd 4×4, gdyż będzie nim można zjechać na sam dół Kanionu. Niestety nasza „limuzyna” nie nadawała się do ekstremalnej i wyboistej „drogi” pomiędzy przepaściami, więc musiałyśmy iść pieszo. Spakowałyśmy najpotrzebniejszy dobytek, zarzuciłyśmy na plecy  sprzęt i pognałyśmy w dół, obładowane niczym cygański tabor.

Najpiękniejsze miejsce Kanionu to tzw. Dolina Zamków, czyli duże i rozciągające się na obszarze ok. 3 km skupisko skał i kamieni o fantazyjnych kształtach. Niektóre z nich faktycznie przypominają zamki, wieże i grzyby, inne zaś maja dziwne i do niczego nieporównywalne kształty. Podążając nim możemy podziwiać ciekawe formy powstałe ze skał podatnych na działanie wody, wiatru i temperatury. Za sprawą zachodzącego słońca, skały mienią się na pomarańczowo i czerwono, ale zmieniają odcienie w zależności od padających promieni. Właśnie ten widok sprawił, że zaparło mi dech.  Dla takich chwil warto podróżować.

Na samym końcu Kanionu, tuz przy rzece znajduje się Eco Park. Można wypożyczyć na noc jurtę lub bungalow, ale jest również opcja darmowego rozbicia namiotu na kempingu, z której my skorzystałyśmy. Jest tam również restauracja i bar, gdyby ktoś chciał wieczorem posiedzieć i zrelaksować się przy piwku. Właśnie tam, wracając do namiotu natknęłam się na spacerującego skorpiona 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Wrocław. Po drugiej stronie podwórka

Uwielbiam Wrocław. To moje drugie ulubione miasto w Polsce, mogłabym tam spędzać każdą wolną chwilę. Stolica Dolnośląska zachwyci każdego przybysza ciekawą historią, mnóstwem urokliwych kamienic,  świetnymi knajpkami, no i przede wszystkim krasnalami ukrytymi w całym mieście. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Ale dzisiaj nie będzie o jego pięknie, przynajmniej nie w standardowym znaczeniu tego słowa. Całkiem niedawno odkryłam inną twarz tego miasta. Jest taka dzielnica we Wrocławiu, która przenosi nas do świata magii. Spotkamy w nim Vincenta Van Gogha, Fridę Kahlo, Irenę Sendlerową, Gustawa Klimta, Spartan, starożytnych faraonów, Marię Skłodowską-Curie czy Janosika ze swoją zbójnicką ekipą. Tą dzielnicą jest Nadodrze.

Szare kamienice przy ul. Jedności Narodowej i Roosevelta skrywają niesamowite podwórko stworzone przez samych mieszkańców, pod kierunkiem artystów. Głównym celem ekspozycji jest pokazanie street art’u nie tylko jako zjawiska społecznego i formy aktywności twórczej młodych ludzi, ale przede wszystkim jako sposobu szczególnego dialogu międzypokoleniowego Nadodrza.

Jednak to, był dopiero przedsmak, co tak naprawdę Po drugiej stronie ulicy czekała na mnie wrocławska Kraina Czarów.

Dzieło to zajmuje ponad 1200 metrów kwadratowych i jest połączeniem malarstwa, rzeźby i ceramiki, zaangażowani byli wszyscy mieszkańcy – od najmłodszych, przez młodzież, mniejszość romską, kibiców piłkarskiego Śląska, po seniorów Na malowidle, w które wkomponowane są rzeźby, płaskorzeźby, a nawet wiersz znajdują się portrety mieszkańców kamienic i ich pupili – kotów i psów.

Miałam okazję spotkać  jednego młodego modela, którego wizerunek widnieje na wejściu do jednej z kamienic 🙂 To ten młodzieniec w białym ubraniu, po lewej stronie 🙂

Przyznam szczerze, że jeszcze nie spotkałam się z taką piękną sztuka uliczną. Przy tych muralach wszystkie inne wydają się być zwykłymi bohomazami 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Astana. Stolica kiczu i tandety

Podróż do Kazachstanu była moją pierwszą wyprawą do Azji. Zachwyciłam się tam cudowną i zniewalająco piękną naturą, poznałam wspaniałych i przemiłych ludzi, ale mimo wszystko mam mieszane uczucia co do tego kraju. Wróciłam trochę rozbita i zmęczona fizycznie. Sama nie wiem, czy chciałabym tam wrócić. Uważam jednak, że Kazachstan jest państwem, które doskonale przygotowuje nas do zderzenia z innym kontynentem, religią oraz kulturą i mimo wszystko – warto tam zawitać.

Astana. Na samą myśl o tym miejscu mam mdłości. To nie tak, że miasto jest brzydkie i brudne, albo ludzie są nieuprzejmi. Nie. Po prostu czułam się tam mocno przytłoczona tą supernowoczesną architekturą, zaś  liczba piechotą przebytych tam kilometrów sprawiła, że na długo po powrocie do Warszawy nogi dawały mi znać o tamtejszym „spacerze”. Astana jest ogromnym miastem, w sumie nie ma się co dziwić, w końcu cały Kazachstan jest ogromny i rozległy. Odległości do pokonania, czy to w mieście czy na trasie, są niesamowicie długie. Po wizycie w macedońskim Skopje nie sądziłam, że jakieś inne miasto może odebrać mało zaszczytny tytuł tandetnego i kiczowatego, ale jednak Astana znacznie przebiła Skopje. Pompatyczna architektura, drapacze chmur, centra handlowe rodem z kosmosu, nowe pomniki, luksus, blichtr i patos – tak w jednym zdaniu można opisać stolicę Kazachstanu. Byłam przytłoczona wizytą w tym mieście jeszcze przez długi czas po powrocie do Polski. Pewnie dlatego tak długo zeszło mi zebranie się w sobie i napisanie tego postu.

Stolica Kazachstanu to miasto przyszłości, które ma pokazać światu, że kraj ten aspiruje do miana wielkiego mocarstwa. Niewiele istnieje państw na świecie zbudowanych w takim tempie i determinacją. Mówi się, że kazachska stolica i Dubaj ścigają się w zdobyciu tytułu supernowoczesnego miasta. Co prawda nie byłam w Dubaju, ale co do Astany to mogę potwierdzić. Jest stosunkowo młodą stolicą, bo w ubiegłym roku świętowano 20-lecie jej ustanowienia. Co prawda nie jest jeszcze w pełni ukończona, ciągle jest w budowie i wszędzie widać wiszące nad miastem żurawie budowlane.

Symbolem nie tylko Astany, ale całego Kazachstanu jest Wieża Bajterek. Zaprojektowana została przez architekta Normana Fostera i powstała na początku XXI wieku. Sięga 97 m – na pamiątkę 1997 roku, w którym to Astana została mianowana stolicą kraju. Na szczycie wieży umieszczono szklaną kulę , a jej wnętrzu jest się taras widokowy. Na najwyższym poziomie znajduje się odcisk dłoni do spełnienia życzeń. Legenda głosi, że jest to odcisk dłoni samego prezydenta Nazarbajewa, zaś inna mówi – jednego z budowniczych wieży.

Wokół Bajtereku powstał cały zespół pompatycznych i przytłaczających swą wielkością (i wysokością) budynków ze szkła i betonu, zwany kazachskim Manhattanem. Na mnie nie zrobiło to szczególnego wrażenia. Ilość tych drapaczy chmur, ale również ich zróżnicowanie architektoniczne powodowało, że chciałam stamtąd czym prędzej uciekać. Z jednej strony szklane, niekiedy nawet kosmiczne budynki, z innej ociekające złotem, a obok nich chińska „świątynia”. Zdecydowanie dla mnie za dużo tego wszystkiego na raz.

Nieopodal, czyli jakaś 1-1,5 godziny spaceru (a tak naprawdę tylko dwie przecznice) znajduje się rezydencja ich ukochanego prezydenta Nazarbajewa, Ak-Orda oraz siedziba ministerstw. Pośród nich jest wyróżniający się swa długością, ponad kilometrowy budynek, w którym mieszczą się wszystkie ministerstwa Kazachstanu.

Meczet Nur-Astana to piękna budowla z 2005 roku, zaprojektowana przez libańskiego architekta, zbudowana przez tureckich pracowników, a sfinansowana przez bogobojnego emira Kataru. Duża sala meczetu mieści 5 tys. mężczyzn, zaś balkon na piętrze 2 tys. kobiet.

Przyznaję, że było to jedyne miejsce w całym Kazachstanie, w którym poczułam się nieswojo. Mimo tego, że miałyśmy na sobie długie szaty i zasłonięte włosy, to mężczyźni modlący się tam patrzyli na nas groźnie, a wręcz wrogo. Fakt, że nie miałyśmy pojęcia, że sala dla kobiet znajdowała się na górze, ale razem z nami było kilka innych zagubionych kobiecych duszyczek i tylko na nas patrzyli się w taki sposób. Niesmak pozostał i miałyśmy obawy, żeby pójść do innego meczetu znajdującego się w Astanie, który moim zdaniem jest nie tylko większy, ale przede wszystkim bardziej interesujący.

Poza tym, w całym mieście znajduje się masa tandetnych budowli, jak np. szklana piramida (do tej pory nie wiem, co znajduje się w jej wnętrzu) czy centrum handlowe, które swym kształtem przypomina pojazd kosmiczny. Znalazła się także kazachska wersja Pałacu Kultury 😊

Czym byłoby miasto z tytułem tandetnego i kiczowatego bez mnóstwa pomników, figurek i innych bajerów poustawianych i wciśniętych gdzie się tylko da? 😊

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Madryt. W innym wymiarze

Rzadko bywam kilka razy w jednym mieście, nawet jeśli totalnie mnie zauroczy. Z Madrytem to trochę inna sprawa. Zauważyliście pewnie, że to mój pierwszy post o Madrycie. Z całą moją miłością do Hiszpanii, do tej pory z premedytacją pomijałam jakikolwiek wpis o jej stolicy. Dziwne? Nie do końca, bo tak naprawdę to nie lubię tego miasta. Dla mnie jest ono zbyt poukładane, dystyngowane, przewidywalne i nijakie. Los jednak jest przewrotny i sprawił, że po raz kolejny – trzeci już – trafiłam do stolicy Hiszpanii. Prawda jest taka, że bardziej przyciąga mnie pewna osoba tam mieszkająca, niż same miasto 🙂 Właściwie to nie lubiłam Madrytu, aż do ostatniej wizyty.

W trakcie trzeciego pobytu w Królewskim Mieście, nie chciałam po raz kolejny odwiedzać „oklepanych” miejsc, typu Plaza Mayor, Puerta del Sol, El Retiro  czy Templo de Debod. Chciałam tym razem zobaczyć coś innego, całkowicie niepasującego do tego miasta. Byłam przekonana, że Madryt nie ma nic takiego do zaoferowania. Ku mojemu zaskoczeniu (i zadowoleniu), okazało się, że jednak ma! Dlatego tym razem cieszyłam się bardzo na wizytę w stolicy Hiszpanii.

Dlaczego zatem zmieniłam zdanie?

Podczas poprzednich moich wizyt w Madrycie zawsze zatrzymywałam się u znajomych, gdzieś z dala od centrum miasta. Tym razem trafiłam do dzielnicy Chueca, która uznawana jest za dzielnicę… LGBT. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy wyłoniłam się z metra na powierzchnię. Niczego nieświadoma, krocząc w nocy prze dzielnicę, wszędzie widziałam kolorowe flagi wiszące dosłownie w każdym oknie, na każdym balkonie. Jak się okazało, dwa dni wcześniej odbyła się tutaj parada Orgullo, która ma zupełnie inny charakter niż ta w Polsce. Poza samym przemarszem odbywają się liczne koncerty i imprezy towarzyszące, na których pojawiają się również skrajni hetero 🙂 Miasto po prostu wtedy żyje pełną piersią. Dwa dni po fiesta nadal trwała. Tłumy imprezujących Hiszpanów zalały każdy bar czy restaurację. Bardzo chciałam do nich dołączyć, ale zmęczenie po całym dniu w podróży wygrało z chęcią wspólnej integracji 🙂

Także sama dzielnica jest bardzo przyjemna, pełna street artu.

La Tabacalera – czyli to, na co czekałam z niecierpliwością i na samą myśl o wizycie w tym miejscu cieszyłam się jak dziecko 🙂 Dlaczego tak bardzo pragnęłam odwiedzić je? La Tabacalera to dawna fabryka tytoniu, która została przekształcona na alternatywne centrum kultury. Bez wątpienia jest to miejsce wielokulturowe. Spotkać tam można osoby o różnej orientacji seksualnej, upodobaniach muzycznych, religijnych czy o różnym kolorze skóry. Miasto oddało dawną fabrykę tytoniu hipisom, którzy teraz sami zarządzają tym obiektem. Odbywają się tam różnorodne koncertów czy wystaw sztuki. Wszystko jest darmowe i każdy może sam zaproponować zajęcia, występy czy namalować sobie coś na ścianie.

Skoro świt (no dobra, ok. godziny 10:00 😛 ) wybiegłam z hostelu i czym prędzej pognałam na stację Embajadores, by odwiedzić dawną fabrykę tytoniu. Moje zdziwienie było przeogromne, gdy pani siedząca przed wejściem oznajmiła, że teraz nie ma wejścia, ponieważ trwają tam prace i zaprasza po godzinie 18-tej. Moją duszę ogarnęła czarna rozpacz, gdyż wieczorem nie za bardzo miałam czas pojawić się tam – miałam zaplanowane coś innego, coś dla mnie ważniejszego.

Alternatywne centrum kultury również było powodem, dzięki któremu zawitałam do Madrytu, dlatego choćby nie wiem co, ale musiałam pojawić się tam. Nie miałam zbyt dużo czasu, by móc się na spokojnie pozachwycać, jedynie szybko przebrnęłam przez starą fabrykę, robiąc w biegu zdjęcia. Z zewnątrz miejsce to mówiąc delikatnie – straszy. Surowe ściany, zimne mury i echo. Gdybym nie wiedziała, że w środku znajduje się inny wymiar, nigdy z własnej woli bym tam nie weszła 🙂 Wnętrza rodem z horroru 🙂 W środku unosił się zapach marihuany i na cały regulator rozbrzmiewała hip-hopowa muzyka.

Każdego dnia odbywają się tam różne zajęcia, np. z tańca, teatru, rysunku czy fotografii. Ja niestety nie miałam tyle szczęścia i nie trafiłam na żaden koncert czy warsztaty. Odbywała się tam jedynie prywatna sesja zdjęciowa 🙂 Jednak główną atrakcją tamtego miejsca to murale. Przepiękne, oryginalne i nierzadko dające do myślenia. Nie będę się nad nimi rozpisywać, po prostu sami zobaczcie 🙂 Nie są to wszystkie dzieła, bo było ich tyle, że nie dałam rady  ich umieścić, a wybór był bardzo trudny 🙂 Niestety zdjęcia nie są najlepszej jakości, w biegu robione telefonem. Obiecuję, że następnym razem będą lepsze 🙂

Znalazł się tam również polski akcent 🙂

No i ostatnim, głównym powódem ostatniej wizyty w tym mieście to koncert mojej idolki – kolumbijskiej bogini Shakiry. Długo czekałam na ten koncert, ale zdecydowanie warto było. O samym koncercie pisałam tutaj.

Jak to mówią: do trzech razy sztuka. Tak było w moim przypadku, dopiero za trzecim razem polubiłam Madryt. Jest jeszcze kilka perełek, które chciałabym zobaczyć, a nie udało mi się ostatnim razem, bo były zamknięte. Mam jeszcze kilka marzeń związanych z tym miastem, między innymi wizyta na Santiago Bernabeu 🙂 Więc z cała pewnością jeszcze nie raz zawitam do stolicy mojego ukochanego kraju 🙂

Piran. Słona miłość

Słoweńskie wybrzeże liczące zaledwie 46 km, pełne jest romantycznych miasteczek. Najbardziej malownicze z nich jest średniowieczny Piran, który wyrósł dzięki tradycji uzyskiwania soli morskiej w salinach. Piran to miasto otoczone murem, jednak zawsze miało ono otwarty, wielkomiejski charakter. Pełne życia bazary w stylu śródziemnomorskim zlokalizowane nad morzem i w wąskich uliczkach wiodących na wzgórze kościelne odbijają echem rytm fal. Z miejsca narodzin wirtuoza skrzypiec i kompozytora Giuseppe Tariniego wiele ścieżek prowadzi do przyrodniczych i kulturalnych atrakcji wybrzeża i pobliskich wzgórz Istrii.

Wiecie, że uwielbiam małe miasteczka z magicznymi, wąskimi uliczkami. W hiszpańskiej Kordobie spacerowałam jak w jakimś transie, a nogi same mnie prowadziły 🙂 W Dubrowniku było podobnie, chociaż tam musiałam omijać i przeciskać się przez dzikie tłumy, które również – tak jak ja – niczym zombie funkcjonowały pod wpływem uroku miasta 🙂 Dlatego proszę się nie dziwić, że i Piran mną zawładnął 🙂

Miasto, wspaniale położone na wydłużonym, skalistym cyplu, jest perłą słoweńskiego wybrzeża. Jako jedno z najbardziej popularnych miejsc letniego wypoczynku bywa bardzo zatłoczone. Wystarczy jednak wejść w labirynt krętych i wąskich uliczek Starego Miasta, by znaleźć wyludnione zaułki, których jedynymi gośćmi są leniwe koty. Tamtejsze sierściuchy były jednymi  z najpiękniejszych kociaków, jakie widziałam. Wiecie, że jestem miłośniczką kotów, więc byłam tam przeszczęśliwa. Pośród nich znalazłam tego wyśnionego i wymarzonego, o posiadaniu którego marzę: biały, puchaty z niebieskimi oczami.

Głównym placem Starego Miasta jest Tartinjev trg, który w przeszłości pełnił funkcję portu. Na samym jego środku stoi brązowa statua Giuseppe Tartiniego, która – obok kościoła św. Jerzego – jest jednym z najbardziej charakterystycznych symboli miasta. Wiele domów znajdujących się przy placu to interesujące zabytki nierozerwalnie związanych z dziejami miasta.

By zobaczyć widoki, które widnieją na każdej pocztówce z Piranu, należy udać się na mury obronne. Trzeba kawałek wejść pod górkę, ale widoki rekompensują ten wysiłek 🙂 Zabawne było to, że w jednym czasie, na jednej z baszt znajdowało się ok. 20 ludzi, a wszyscy z nich byli Polakami 🙂 Żartowaliśmy, że podbiliśmy Piran.

To, co mnie urzekło w Piranie, to nie tylko wąskie uliczki, ale także witryny okienne i fasady budynków. Są tak klimatyczne, że zdjęcia robiłam tylko im 🙂 Różnokolorowe, pełne rośli i różnych mebli –  miałam wrażenie, że mieszkańcy uczestniczą w jakimś konkursie na najpiękniej ustrojone wejście do domu 🙂  Z resztą – sami zobaczcie 🙂

Jeśli zmęczycie się spacerem po krętych, ciasnych uliczkach, po których niekiedy trzeba iść pod górę, zróbcie sobie relaksujący spacer po betonowej promenadzie. Jest tam mnóstwo ławeczek, na których można usiąść i porozmyślać nad życiem, gapiąc się na morze i jedząc lody bananowo-czekoladowe. Wiem to z autopsji – spędziłam tak tam kilkadziesiąt minut, co jest do mnie niepodobne, bo zazwyczaj nieustannie ganiam po mieście w poszukiwaniu różnych atrakcji 🙂

Ach ten Piran. Z jednej strony miasteczko bardzo mnie urzekło, ale z drugiej chciałam jak najszybciej stamtąd uciekać. Dlaczego chciałabym wiać z tego słonecznego, kolorowego, tajemniczego i umiejscowionego nad Adriatykiem miejsca? Otóż chodziło o turystów. Chociaż byłam tam na początku maja, czyli teoretycznie przed sezonem, to Piran zalała fala… polskich turystów! 90% tamtejszej ludności stanowili Polacy. Serio, nie żartuję. Wszędzie słyszałam tylko język polski. Nie wiem co się stało, ale akurat wtedy nastąpiła jakaś inwazja polskich turystów na tą małą, odległą  słoweńską miejscowość 🙂 Ja wiem, że Polacy są wszędzie (tutaj też mówię poważnie), ale tam to była już lekka przesada 🙂 Pewnie kiedyś już wspomniałam, że podróżując nie lubię spotykać swoich rodaków. Nie dlatego, że coś do nich mam, ale dlatego, że przebywając poza granicami Polski, chcę czerpać jak najwięcej z danego miejsca, w którym aktualnie przebywam: poznać lokalnych ludzi, kulturę, jedzenie, itp. No bo jaki jest sens podróżowania, skoro przemierzając setki kilometrów będziemy przebywać pośród „swoich” i doświadczać wszystkiego, co już nam jest znane?

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Bled. Opowieść o pewnej miłości

„Stare słoweńskie powiedzenie mówi, że kiedy świat został stworzony, każdy kraj otrzymał coś własnego: jeden kraj góry, inny morze, jeszcze inny niekończące się równiny, a inny gęste lasy. Na koniec, kiedy wszystkie kraje poszczyciły się swoimi bogactwami, odezwała się Słowenia: A ja? I wtedy pojawiło się to, co czekało na sam koniec: wszystko, co najlepsze! Wystarczyłoby tego, aby stworzyć jeszcze jeden świat. Wszystko to zostało połączone przez ostatni, najważniejszy element: garść miłości. Miłość ta miała szczególną moc. Połączyła morze i góry, lasy i wody, pola i winnice, bogactwa podziemi i światło nieba – w ten sposób wszystkie te cuda zetknęły się ze sobą w Słowenii. Dzięki tej bliskości zamieniły one początkowe zauroczenie w trwałą, zieloną miłość; dzięki swojemu istnieniu wzbudziły aktywną chęć szukania dobra; dzięki przeżyciom jakie umożliwiają, wzmogły zdrowy rytm serca.”*

Chociaż minął już miesiąc, mentalnie nadal jestem w Słowenii, dlatego też będę Wam opowiadała właśnie o tym kraju. Dzisiaj będzie o pewnej małej miejscowości, dla której totalnie straciłam głowę. W tejże miejscowości znajduje się jezioro z malutką wysepką pośrodku. Mowa oczywiście o Jeziorze Bled, królestwie natury, znajdującego się u podnóża Alp Julijskich, które jest obrazem do raju. Trudno się z tym nie zgodzić patrząc na te widoki.

Co trzeba zrobić będąc nad Jeziorem Bled:

Obejść jezioro

Początkowo myślałam, żeby obejść jezioro wokół, będę musiała poświęcić na to dwa dni. Jak się okazało, zajęło mi to 3 godziny 🙂 Spacer trwałby krócej, ale ja co chwilę stawałam i robiłam zdjęcia, jednak nie ma się co dziwić 🙂

Wspiąć się na punkty widokowe

Ja z moją marną kondycją fizyczną wprost uwielbiam gdziekolwiek się wspinać 🙂 Zachęcona i podekscytowana widokami z licznych pocztówek i obrazów widniejących w centrum miasteczka postanowiłam, że muszę zobaczyć je na własne oczy.  Pierwszy punkt widokowy, zwany Ojstricą (611 m) to ten najpopularniejszy i najliczniej oblegany przez turystów. Na środku znajduje się ławeczka, na której (jeśli się ma szczęście) można przycupnąć, odpocząć po trudach wspinaczki (która nie jest wcale taka łatwa zwłaszcza przy końcowym podejściu) oraz podziwiać widok na jezioro i okolice.

Po kilkunastu minutach odpoczynku zdecydowałam, że idę dalej – na Małą Osojnicę (685 m). Spragniona piękniejszych widoków pognałam wyżej. Idąc sobie spokojnie w pewnym momencie zatrzymałam się by zaczerpnąć powietrza i rozejrzałam się wokół: ja sama stojąca pośrodku lasu – scena niczym z jakiegoś horroru. Nie zniechęcił mnie nawet uciekający w popłochu zaskroniec (?), który wyłonił się wprost spod mojej stopy. Gdy dotarłam na górę, zaparło mi dech w piersiach. Widok (a może wysiłek?) wprost zwalił mnie z nóg. Ku mojemu zaskoczeniu na Małej Osojnicy byłam sama, nikt nie zdecydował się na podziwianie cudownego krajobrazu z tej perspektywy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie będę mieć żadnego przyzwoitego zdjęcia, bo kto mi miałby takie zrobić? Pogrążona w rozpaczy, w akcie desperacji narobiłam sobie milion nijakich selfików. Następnie usiadłam na ławce i przez 20 minut dumałam nad życiem i rozkoszowałam się widokiem. Niespodziewanie ktoś się zjawił! Były to dwie Azjatki, które dotarły na szczyt w… (nomen omen) japonkach! Nie muszę chyba wspominać, że po drodze trzeba było się wspiąć po skałkach, a o ukrytym zaskrońcu ukrytym pod zeschłymi liśćmi, który przyprawił mnie o palpitacje serca chcę szybko zapomnieć. Koniec końców – mam pamiątkowe zdjęcia 🙂

Zjeść kremówkę

Kremówki z Bledu owiane są sławą. Pierwsze kremówki powstały w Hotelu Park w 1953 roku i do dnia dzisiejszego wykonywane są z tego samego przepisu. Każdego roku powstaje tam ponad 500 tysięcy kremówek. Potwierdzam – są przepyszne!

Pojechać do wąwozu Vintgar

Niestety ja miałam pecha. Okazało się, że wąwóz jest w remoncie (znaczy jego infrastruktura) i wejście do niego było niemożliwe do drugiej połowy maja. Nieco zasmucona tym faktem znalazłam jednak alternatywę. Wraz z przypadkowo poznaną Malezyjką udałyśmy się na 20 km „spacer” do miejscowości Zasip. W informacji turystycznej powiedziano nam, że z drugiej strony wąwozu jest wodospad i tam można spokojnie iść. Sam wodospad nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, ale droga prowadząca do niego była bardzo malownicza 🙂

Popłynąć stateczkiem na wyspę

Będąc w Bledzie, warto popłynąć  na miejscową wysepkę, charakterystyczną łodzią zwaną pletnja. Dzwon kościoła znajdującego się tam jest symbolem spełnionych życzeń. Jak mówi legenda, dzwon, który wykonała młoda wdowa ku pamięci swojego męża, spadł na dno jeziora, a kobieta udała się do zakonu. Jednak jej życzenie się spełniło: dzwon później trafił na wyspę, został poświęcony przez samego papieża i do dziś dzwoni ku chwale miłości i jest symbolem spełnionych życzeń.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

*znalezione w folderze turystycznym.

Lublana. W kręgu romantyzmu

Jeszcze emocje nie opadły i cały czas buzują we mnie (nawet nie zdążyłam się jeszcze porządnie rozpakować 🙂 ), a ja już piszę o swojej wyprawie do Lublany – romantycznej stolicy Słowenii. Może dlatego, że po prostu zakochałam się nie tylko w samym mieście, ale i całym kraju i jak najszybciej chcę się z Wami podzielić uczuciami i przemyśleniami. Nie ma się co dziwić, że wpadłam jak śliwka w kompot, skoro nazwa mówi sama za siebie: Slovenia 🙂

Bilety do Słowenii kupiłam z pół rocznym wyprzedzeniem, więc miałam sporo czasu na zaplanowanie swojej wycieczki. Jest to pierwszy kraj, po którym spodziewałam się pięknych widoków, cudownej atmosfery i wspaniałych ludzi i pierwszy, który mnie w tym nie zawiódł. Niby Bałkany a tak zupełnie różne od Skopje czy Sarajewa. W końcu Słowenia znajdowała się w granicach dawnej Jugosławii, ale zdecydowanie bardziej jej do Zachodniej Europy niż do Południowej. Byłam tak podekscytowana, że na dzień przed wylotem nie mogłam w nocy zasnąć 🙂 Dostałam dokładnie to, co chciałam zobaczyć i czego oczekiwałam od tego kraju.

Lublana to ukochana. Oba słowa w języku słoweńskim brzmią niemal identycznie. A dla tych, którzy naprawdę znają Lublanę, słowa te mają też takie samo znaczenie. Stolica kraju, która w swojej nazwie ma miłość, to miejsce, w którym spotykają się ze sobą różne oblicza Słowenii. Przenikają się tam prehistoryczne czasy osad na palach z epoką rzymskiej Emony, cechy baroku ze wspaniałościami sztuki secesyjnej, słowiańska dusza z dziełami Jože Plečnika – wybitnego europejskiego architekta i inżyniera przestrzeni zurbanizowanej. Stolica Słowenii jest mozaiką różnych epok. W 2014 i 2015 miasto obchodziło 2000. rocznicę powstania rzymskiej Emony. Pozostałości prehistorycznej kultury osad budowlanych na palach znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ulice Lublany to możliwość spotkania z teraźniejszością i przeszłością.

Mówi się, że Lublana kipi romantyzmem. Całkowicie się z tym zgadzam. Piękna, secesyjna architektura, wszechobecna zieleń, uliczni artyści – to tylko kilka elementów składających się na świetną atmosferę panującą w stolicy Słowenii. Mieszkańcy są mili,, życzliwi, pomocni i przede wszystkim uśmiechnięci. Z drugiej jednak strony, to smok jest symbolem miasta, a smoki raczej nie kojarzą się z romantyzmem 🙂 M., który co prawda nie urodził się w Lublanie, ale od kilkunastu lat w niej mieszka powiedział, że to wielki przywilej, iż może żyć w tym cudownym mieście. Z kolei J. – Holender z krwi i kości – świadomie podjął decyzję, że chce przenieść się i żyć w Lublanie. Ja się wcale im nie dziwię, bo mnie również miasto całkowicie zauroczyło.

Lublana nie jest duża, w sumie mieszka w niej ok. 300 000 ludzi. Serce miasta – plac Plečnika – jest chronione przez oswojone smoki siedzące na XIX-wiecznym moście. Niby oswojone, a jednak wyglądają groźnie. Mimo wszystko pozwalają zrobić sobie zdjęcie ciekawskim turystom u swojego boku 🙂

Stare Miasto i nadbrzeże Lublanicy dostarczają malowniczych widoków. Starówka jest bardzo zadbana, a wyłożone brukiem uliczki prowadzą nas do różnych zakamarków centrum. Przy Placu Prešerena znajduje się jeden z najbardziej charakterystycznych punktów w mieście, Franciszkański kościół z różową fasadą i przyległy do niego klasztor. Oczywiście znajdziemy tam wiele obdrapanych budynków, ale uważam, że ma to swój urok i jak najbardziej pasują one do panoramy Lublany.

Po obu stronach rzeki rozciąga się kilka mostów. O smoczym mocie już wspomniałam, ale jest jeszcze inny, równie interesujący: Most Rzeźników, który … stał się symbolem zakochanych 🙂 Kłódki symbolizujące większe lub mniejsze miłości zdobią stalowe linki barierek. Co więcej, tuż obok znajdują się nieco dziwne rzeźby przedstawiające sceny z Biblii oraz mitologii greckiej.

Trzecim mostem łączącym obie strony miasta jest potrójny most (Trzy Mosty), a właściwie kładka dla pieszych. Potrójny most? – zapytacie. Tak, też się zdziwiłam na początku, ale wygląda to tak 🙂

Jeśli chcemy zobaczyć Lublanę z góry, można wybrać się na dwa punkty widokowe. Pierwszy z nich znajduje się na Wzgórzu Zamkowym. Można zrobić sobie kilkunastominutowy spacerek albo wjechać kolejką (wersja dla leniwych/oszczędnych czasu).

Drugim miejscem (dla mnie zdecydowaniem lepszym), z którego możemy podziwiać panoramę miasta jest wieżowiec Nebotičnik. Ten 13-piętrowy drapacz chmur, wybudowany w 1933 roku, okrzyknięty został najwyższym budynkiem ówczesnego Królestwa Jugosławii. Na ostatnim piętrze znajdują się restauracja oraz taras widokowy. Wstęp na taras jest bezpłatny, a widok jest niesamowity, z którego możemy podziwiać m.in. Wzgórze Zamkowe.

Jeśli komuś znudzą się widoki słodkiej, romantycznej Lublany i chce zobaczyć coś innego, alternatywnego, powinien wybrać się na ulicę Metelkovą. Jest tam pewne artystyczne podwórko, zupełnie oderwane od rzeczywistości. Określane mianem niezależnego centrum kulturalnego w Lublanie, znajduje się na terenie opuszczonych przez byłą armię jugosłowiańską koszar. Możemy znaleźć tam galerie sztuki, pracownie artystyczne i rękodzielnicze, czytelnia, kluby muzyczne i mniejszości seksualnych oraz liczne bary. Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia co do tego miejsca. Ostatnimi czasy jestem miłośniczką tego typu atrakcji, ale to, co tam zobaczyłam trochę mnie przytłoczyło. Za dużo wszystkiego, takie pomieszanie z poplątaniem. Czułam się tak, jakbym zażyła tabletkę psychotropową, a wszystkie demony i osobiste lęki wyłaniały się, osaczając mnie z każdej strony… Nie mniej jednak miejsce jak najbardziej ciekawe i jak najbardziej polecam tam zajrzeć.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.