Bilbao. Miasto przyszłości

Jak co roku (co prawda dopiero od dwóch lat, ale czuję, że stanie się to moim rytuałem), na przełomie października-listopada pakuję walizkę i lecę do swojej drugiej ojczyzny 🙂 Co prawda rok temu i dwa lata temu dotarłam na południe tego kraju, do cudownej Andaluzji, to w tym roku postanowiłam polecieć na północ. Miałam tam spędzić cały tydzień, ale niestety zmuszona zostałam do skrócenia swojego pobytu do czterech dni. Tym razem miałam odkrywać piękno regionu zwanego Krajem Basków, jednak w związku z ograniczeniem czasowym, dotarłam jedynie do Bilbao i postanowiłam skupić się tylko na tym mieście. Resztę zostawiłam sobie na później, bo z całą pewnością tam wrócę, i to całkiem niedługo!

Planując podróż na północ Hiszpanii o tej porze roku sądziłam, że pogoda nie będzie mnie rozpieszczać i temperatura będzie odrobinę wyższa niż w Polsce. Spakowałam więc ciepłe bluzki i swetry, bo nie chciałam się rozchorować na swoim krótkim urlopie. Jednak okazało się, że pogoda była dla mnie bardzo łaskawa, bo na miejscu było ponad 20 stopni, czyli tak ciepło jak rok temu w Andaluzji! Całe szczęście, że na szybko upchnęłam dwie podkoszulki, bo byłoby kiepsko 🙂 Przez całe 4 dni rozkoszowałam się ciepłymi promieniami słońca, przez co moja spieczona twarz potem bardzo cierpiała 🙂 Takie rzeczy tylko w Hiszpanii.

Największą moją obawą był język. I nie chodzi tutaj o hiszpański. Jak wiadomo, Baskowie posługują się swoim własnym językiem, jeszcze bardziej skomplikowanym i niezrozumiałym niż kataloński. Język baskijski jest najstarszym europejskim językiem i tak naprawdę trudno powiedzieć skąd się wywodzi. Z mojego doświadczenia sprzed lat, kiedy to poleciałam do Barcelony, przygotowana byłam na najgorsze. Trzy lata temu, będąc w stolicy Katalonii, wówczas niewiele znając język hiszpański (jedyne co potrafiłam powiedzieć to: „Hola! Soy Klaudia y soy polaca, tengo 26 anos” – bardzo zaawansowany poziom, nie powiem 😉 ), byłam święcie przekonana, że będę mogła dogadać się po angielsku – jak to zazwyczaj bywa za granicą w europejskim kraju. A tutaj niespodzianka, bo mało kto potrafił powiedzieć poprawnie jedno zdanie w tym języku. Przeżyłam wtedy podwójny szok kulturowy – nie dość, że wszystko było po katalońsku (nazwy ulic, menu w restauracjach, itp.), to na dodatek młodzi (!) ludzie nie potrafili sklecić zdania w najczęściej używanym języku świata! Dlatego też przybywają na tereny Kraju Basków, liczyłam się z tym, że jedynym skutecznym językiem, w którym będę w stanie się posługiwać to mowa ciał, intensywna gestykulacja i ekspresyjna mimika twarzy. A tu kolejna niespodzianka, bo baskijskiego nie uświadczysz tam na ulicach czy w restauracjach! Musiałam się bardzo wysilić, żeby podsłuchać rozmowę w tymże dziwacznym dla mnie języku. A byłam wielce zainteresowana brzmieniem tegoż tajemniczego, prastarego dialektu. W końcu udało mi się go usłyszeć od rodowitego Baska i powiem Wam, że nie ma nic wspólnego z pięknym i melodyjnym hiszpańskim , a język polski (który należy do czołówki najtrudniejszych języków świata) na jego tle to pikuś 🙂

Do Kraju Basków przybyłam kilka dni po referendum, które odbyło się w Katalonii i zamieszanie z tym związane z tym wydarzeniem było świeże. Jak wiadomo, Baskowie od dawna  mają zapędy niepodległościowe, dlatego wszędzie widoczne były flagi baskijskie, a tuż obok nich katalońskie – jako wyraz  wsparcia i poparcia dla tego regionu. Co więcej, na Starym Mieście wszędzie widoczne były różne napisy i graffiti podżegające tamtejsze społeczeństwo do działania i „budowania” własnego państwa. Historia Kraju Basków nie należy do chlubnych. Wszyscy zapewne słyszeliśmy o organizacji terrorystycznej ETA, która jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 15-20 lat temu terroryzowała całą Hiszpanię. Teraz jest tam całkowicie spokojnie i absolutnie nie czułam żadnego zagrożenia związanego z zamachami terrorystycznymi sprzed lat. Wręcz przeciwnie, czułam się tam całkowicie bezpiecznie.

Kiedy pomyślę o Bilbao, dokładnie tak wyobrażam sobie nowoczesne miasto przyszłości. Wszystko jest starannie zaplanowane, uporządkowane, kosztownie zaprojektowane i wykonane – nie ma miejsca na zbędne rzeczy czy niedociągnięcia. W przypadku Bilbao motywem przewodnim jest morze i wszystko, co z nim związane. Co prawda miasto to nie znajduje się bezpośrednio nad morzem, ale można tam dojechać w przeciągu 30 minut. Sama nie zdawałam sobie do końca sprawy, dopóki nie zwrócono mi uwagi na niektóre szczegóły. Wszędzie widoczne są motywy statków, masztów, łańcuchów, lin żeglarskich, itp.

Z drugiej jednak strony Bilbao posiada niezwykle klimatyczną starówkę z cudowną architekturą. Tak jakby miasto posiadało dwie zupełnie różne dusze, ale tworzące spójną całość. Poza interesującymi budynkami, możemy zobaczyć inne atrakcje, jak teatr, kościoły czy inne budynki z klimatem.

Oczywiście największą atrakcją, a zarazem wizytówką miasta jest muzeum sztuki współczesnej, czyli Muzeum Guggenheima. Jak na nowoczesny budynek przystało (dla mnie budynek przyszłości), powyginany jest ze wszystkich stron. Ma on powierzchnię 24 000 m². Zbudowany jest m.in. z blachy tytanowej i szkła. Ma dynamiczną formę, składa się z powyginanych elementów, falistych linii i płynnych form. Całość robi oszałamiające wrażenie, a jeszcze o zachodzi słońca, kiedy promienie odbijają światło, jeszcze bardziej podkreślając rangę tego miejsca.

Dla mnie niezbyt zrozumiałe były dwie rzeczy w tym miejscu. Po pierwsze: od frontu muzeum znajduje się ogromna, kolorowa i słodka instalacja (rzeźba) pieska, zwana po prostu „Puppy”. Wykonana jest ze stali nierdzewnej, gleby oraz roślin kwitnących. Z kolei na tyłach budynku straszy przeogromna rzeźba pająka, zwanej „Mama”. Ja panicznie boję się tych insektów (powiem nawet, że ocieram się chyba o arachnofobię)  i moją pierwszą myślą po ujrzeniu tejże atrakcji było: „uciekać gdzie pieprz rośnie – byle dalej od tego ohydnego stwora”. „Mama” jest naprawdę ogromna i wygląda naprawdę przerażająco realistycznie. Kiedy jednak oswoiłam się z jej postacią, krążąc wokół niej niczym sęp, dojrzałam coś, co mnie i zniesmaczyło, i przeraziło. W środku swojego odwłoka miała umieszczone… jaja! Wyglądało tak, jakby miała je za chwilę gdzieś znieść. No cóż, tamtejsi architekci maja bardzo bujną wyobraźnię i zadbali o każdy (przerażający) szczegół tego pająka-giganta. Jak wspomniałam wcześniej, taka koncepcja nie do końca przypadła mi do gustu i według mnie takie połączenie gryzie się ze sobą. Ale kimże ja jestem, aby to oceniać? Poza tym, co ja tam się znam na sztuce nowoczesnej? 🙂

Duże wrażenie robią także mosty, z których każdy jest zupełnie inny. I tak mamy „pokrzywiony” most, drewniany, „normalny”, ale także taki z kosmosu, który w nocy świeci na czerwoni-biało dając wrażenie, że zaraz wystartuje i odleci w odległą galaktykę.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownym i kolorowym streetarcie 🙂

Nie muszę specjalnie nikomu przypominać, że jestem wielkim żarłokiem, co zapewne ostatnio po mnie widać 🙂 A jeśli chodzi o hiszpańskie jedzenie, to wręcz uzależniłam się od niego. Jednak  to, co spróbowałam (i zobaczyłam) w Bilbao, przeszło moje najśmielsze kulinarne oczekiwania (i doznania)! A mowa oczywiście o pintxos, czyli baskijskiej odpowiedzi na popularne w pozostałej części Hiszpanii tapas. Czymże są te tajemnicze przekąski, od których tak się uzależniłam? Są to małe kanapeczki, które zwykle leżą na ladzie baru, po kilka sztuk danego rodzaju na talerzu. Klienci po prostu podchodzą i wybierają te, na które mają ochotę. Nie ma żadnych reguł co do kombinacji składników. Liczy się inwencja osoby, która je przyrządza, a także ich całościowy smak oraz świeżość produktów. A trzeba przyznać, że baskijscy kucharze są prawdziwymi artystami w kuchni, no sami zobaczcie! 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Ochryda. Perła Macedonii

Do Ochrydy wybierałam się z lekką niepewnością i pewnymi obawami. Kiedy przemieszczam się między hiszpańskimi miastami nie mam żadnych obaw, gdyż potrafię się porozumieć  po hiszpańsku. Jednak będąc w kraju, w którym nie zna się języka, a tym bardziej alfabetu (cyrylica) przyznam szczerze, że nieco spanikowałam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zostać dłużej w Skopje zamiast jechać na drugi koniec kraju. Na szczęście w porę się opanowałam, uspokoiłam i dokładnie przemyślałam sprawę. Następnego dnia kupiłam bilet, wsiadłam w autobus i odjechałam w stronę Jeziora Ochrydzkiego.

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂 A pewnym jest, że pobyt w tym miejscu będzie niezapomnianym przeżyciem.

W 1980 roku miasto wraz z jeziorem zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO, i jak do tej pory jest jedynym tego typu miejscem w Macedonii. Głównym uzasadnieniem włączenia Ochrydy na Listę była jej długa i bogata historia, najstarszy słowiański klasztor św. Pantelejmona oraz kolekcja ponad 800 bizantyjskich ikon z okresu XI-XIV w., która jest drugim pod względem wielkości takim zbiorem na świecie (po moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej). Ciekawostka jest, że Ochryda to jeden z 28 obiektów pod patronatem UNESCO, który wpisano na Listę zarówno ze względu na jego warunki kulturowe, jak i przyrodnicze.

Jednym z najcenniejszych zabytków Ochrydy jest cerkiew św. Zofii. Jest to przepiękny zabytek średniowiecznego budownictwa sakralnego, a jednocześnie jedna z największych świątyń chrześcijańskich w Macedonii. Główny gmach cerkwi został wzniesionyw Xi w., natomiast wiele zewnętrznych elementów dobudowano w późniejszych czasach. Cerkiew św. Zofii uważa się, że była carską cerkwią w czasach, kiedy car Samuil przeniósł stolicę swego państwa z Prespy do Ochrydy. W czasie panowania tureckiego została zmieniona w meczet – freski zamalowano wapnem, z północnej strony cerkwi dobudowano minaret. Na szczęście udało się odsłonić część średniowiecznych malowideł.

Na wzgórzu Plaosznik wznoszącym się ponad Ochrydą, znajduje się cerkiew św. Pantelejmona i Klimenta. Jest to nowa świątynia, której budowę zakończono w 2002 roku. Stoi ona na fundamentach klasztoru św. Pantelejmona z 893 r. część fundamentów została wyeksponowana, można je zobaczyć przez szyby w podłodze cerkwi. Pod świątynią znajduje się przypuszczalny grób św. Klimenta z 916 r., który został tam umieszczony na jego własne życzenie. Jednak historia tego miejsca sięga znacznie głębiej w przeszłość – klasztor został wybudowany na fundamentach jeszcze starszej, chrześcijańskiej bazyliki z okresu IV-Vi w.

Wracając ze wspomnianego wcześniej wzgórza, dotrzemy do pozostałości antycznego teatru. Jest to jedyny zachowany w Macedonii teatr z czasów helleńskich; inne, które odkryto, pochodzą z czasów późniejszego okresu panowania rzymskiego. Co ciekawe, zabytek wciąż służy jako scena, na której odbywają się przedstawienia i występy artystyczne.

Innym ciekawym obiektem w Ochrydzie jest twierdza cara Samuila. Przypuszcza się, że już w czasach starożytnych istniały w tym miejscu fortyfikacje wykorzystywane do obrony przed najazdami. Twierdza należy do największych średniowiecznych zamków Macedonii. Duże wrażenie robi brama główna, jeden z niewielu dobrze zachowanych elementów średniowiecznej budowli. Prowadzone na terenie twierdzy badania archeologiczne zaowocowały kilkoma spektakularnymi znaleziskami – m. in. antyczną złotą maską oraz drobniejsze przedmioty wykonane ze srebra i złota.

Bez wątpienia jednym z najbardziej malowniczych i najpiękniejszych miejsc w Ochrydzie jest położona na skalnym cyplu cerkiew św. Jowana Kaneo. Stojąca na wysokim brzegu Jeziora Ochrydzkiego cerkiew jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Macedonii. Jeśli zdarzy Wam się przeglądać foldery turystyczne czy inne materiały reklamowe o Macedonii, z całą pewnością cerkiew ta pojawi się na 100%. Nie ma co się dziwić, gdyż krajobraz jest naprawdę niesamowity: niewielka średniowieczna cerkiewka stojąca nad brzegiem urwiska, z którego rozciąga się wspaniały widok na błękitne i bezchmurne niebo oraz czyste i spokojne wody jeziora. Ten widok z pewnością zostanie mi w pamięci do końca życia.

Przechadzając się po uliczkach miasteczka, natrafimy na wiele stoisk sprzedających tzw. ochrydzkie perły, które stanowią rzemieślniczy znak rozpoznawczy rejonu. Wytwarzane są z łusek tutejszego endemicznego gatunku ryb zwanego plaszica, ale dokładny sposób obróbki pozostaje tajemnicą poszczególnych, zazwyczaj rodzinnych zakładów.

Ochryda jest miastem unikatowym nie tylko w Macedonii, ale także na całych Bałkanach. Warto tu przyjechać, by poczuć atmosferę, przespacerować się pełnymi uroku starymi uliczkami, zajrzeć do którejś z licznych cerkiewek albo po prostu rozkoszować się wspaniałą przyrodą, dobrym winem oraz czystą, ciepłą wodą Jeziora Ochrydzkiego.

Po nieco kiczowatym i sztucznym Skopje (Skopje. Stolica inna niż wszystkie), Ochryda zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Te klimatyczne uliczki, interesująca architektura, czyste wody jeziora no i TEN słynny widok na klasztor św. Jowana Kaneo, który tak naprawdę zwabił mnie do Ochrydy. Żałowałam, że spędziłam tam tylko jeden dzień. Z całą pewnością wrócę tam jeszcze na dłużej, mam nadzieję, że w przyszłym roku. Gdybym jednak się rozmyśliła i nie pojechała jednak wiem, że gorzko bym tego żałowała. Sami powiedzcie, gdybyście stracili takie widoki, sumienie by Was nie gryzło? 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Split. Jeden dzień w stolicy Dalmacji

Z racji tego, że za miesiąc wybieram się w następną podróż, między innymi właśnie do Chorwacji,  naszło mnie na sentymenty i wspominki. W Splicie byłam prawie 4 lata temu i do tej pory miło wspominam ten wyjazd, a zdjęcia sprawiają, że serce mocniej mi bije. Co prawda spędziłam tam niecały dzień, ale chyba więcej nie potrzeba. Także za miesiąc znowu zawitam do tego cudownego miasta i już odliczam dni!

Chorwacja słynie z niezliczonych plaż, klifów, zatoczek i wysp. Przejrzyste lazurowe wody Adriatyku można godzinami podziwiać z pokładu statku lub żaglówki. Niekończące się gaje oliwne, stare portowe miasteczka o pięknej architekturze i śródziemnomorska kuchnia, która cieszy podniebienia nie tylko miłośników owoców morza – to tylko część powodów, dla których warto spędzić tutaj wakacje. Nic dziwnego, że kraj ten każdego roku szturmem oblegany jest przez Polaków (i nie tylko). Czyżby był to nowy raj na ziemi?

Jest to drugie co do wielkości chorwackie miasto i jednocześnie stolica Dalmacji. Jego historia sięga starożytności i jest ważnym ośrodkiem administracyjnym, gospodarczym i komunikacyjnym. Miasto zasłynęło dzięki pozostałościom gigantycznego pałacu rzymskiego z lat 295-305, wybudowanego dla cesarza Dioklecjana. W późniejszych stuleciach miasto znajdowało się pod panowaniem Bizancjum oraz Chorwacji. W średniowieczu cieszyło się znaczną autonomią, dzięki czemu mogło rozwijać się gospodarczo. Za czasów Wenecjan w obawie przed tureckimi atakami wzniesiono mury obronne. Po II wojnie światowej nastąpił gwałtowny rozwój przemysłu, dzięki któremu miasto jest obecnie jedną z największych chorwackich metropolii.

Największą atrakcją miasta jest bez wątpienia pałac Dioklecjana, który na przestrzeni wieków został tak zniszczony, że dzisiaj właściwie go nie widać. Warto wiedzieć, że obecne kamienne uliczki starówki były kiedyś korytarzami kolosalnego pałacu, a placyki komnatami. Pałac wzniesiono z kamienia z wyspy Brać, jak również z włoskich i greckich marmurów, a dla ozdoby sprowadzono z Egiptu sfinksy wyrzeźbione w XV w. p. n. e. Całość otaczały mury obronne mające do 26 m wysokości.

Znajdująca się na północy kompleksu Złota Brama była głównym wejściem do budowli. Za nią znajduje się pomnik Grugura Ninskiego, biskupa Ninu w X w. , który odprawiał liturgię w języku chorwackim. Statua jest jedną z wizytówek miasta, stworzoną przez Ivana Mestrovica. Legenda mówi, że dotknięcie dużego palca u lewej nogi przynosi szczęście. Nic dziwnego, że jest on tak wytarty przez przyjezdnych.

Od wschodniej strony pałacu znajduje się katedra św. Dujama, które początkowo było ośmiokątnym mauzoleum Djoklecjana. Wejście znajdowało się w miejscu obecnej dzwonnicy, a pilnowały go cztery egipskie sfinksy i lwy. Jeszcze kilka lat temu oryginalny sfinks z ok. II tysiąclecia p. n. e., stał przed katedrą narażony na deszcz, upał i dotyk ciekawskich turystów. Dopiero niedawno poddano go konserwacji, a na jego miejscu umieszczono kopię. Wysoka biała dzwonnica o koronkowej konstrukcji była wznoszona w stylu romańskim. Z dzwonnicy roztacza się cudowny widok na starówkę i okolicę.

Pod murami dawnego placu rzymskiego ciągnie się Obala hrvatskog narodnog preporoda, czyli nadmorska promenada, potocznie nazywana Rivą. Z jednej strony ciągnie się nad portowymi wodami miasta, z drugiej zamknięta jest pięknie zadbanymi wysokimi palmami i górującym nad okolicą Pałacem Dioklecjana. Jest miejscem popołudniowych i wieczornych spacerów zarówno mieszkańców miasta, jak i turystów. Wzdłuż niej znajdują się kawiarenki gdzie można usiąść i cieszyć się słońcem i widokiem.

Będąc w Splicie nie można pominąć tamtejszej mariny. Cumują w niej statki z całego świata, różnych rozmiarów, od żaglówek, przez jachty, aż po ogromne statki pasażerskie. Niesamowity widok!

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Po co mi te podróże?

Nie będę pisać o zaletach podróżowania, bo powstało na ten temat miliony artykułów, a nawet całe księgi. Wiem też, że niektórzy nie lubią podróżować w żaden możliwy sposób, a opuszczenie swojego miejsca zamieszkania jest dla nich najgorszą karą. Nie potrafię tego zrozumieć, ale z trudem akceptuję taki stan rzeczy. Ja całkowicie uzależniłam się od podróżowania. Świat jest taki piękny i interesujący, że nie sposób usiedzieć na jednym miejscu!  Każdy swój grosz wydaję na podróże 🙂 Wychodzę z założenia, że jest to wspaniałe uzależnienie 🙂 Kiedy wracam z jednej wojażki, już w myślach planuję kolejną. Chociaż za każdym razem wracam padnięta i cieszę się, że mogę posiedzieć trochę w ciszy i spokoju we własnym domu, to jednak chwilę potem już nie mogę znaleźć sobie miejsca. Tak było ostatnio, gdy wróciłam z Macedonii. Ledwie weszłam do domu, z przyrzeczeniem, że nie ruszam się z niego do końca tygodnia (tylko do pracy). Rozpakowałam się, wstawiłam pranie, zasiadłam przed komputerem by nadrobić zaległości. Po godzinie nie mogłam usiedzieć już na miejscu. Zadzwoniłam do kilku znajomych i wyciągnęłam ich na spacer. Tyle mnie widzieli we własnym M1. No i to by było na tyle jeśli chodzi o moją silną wolę i postanowienia 🙂

Mojej mamie mówię jeden, dwa dni przed podróżą, że wybieram się w dane miejsce. Nie chcę jej ani denerwować, ani nie chcę, żeby ona mnie denerwowała i stresowała, bo zawsze kreuje czarne scenariusze. Niestety przed wyjazdem do Macedonii popełniłam ten błąd i powiedziałam jej o moich planach na tydzień przed wyjazdem. Potem musiałam znosić najpierw codzienne telefony mające na celu wyperswadowani mi tego szalonego pomysłu, a potem codzienne telefoniczne meldowanie się, czy nadal żyję. Jak widać przeżyłam i mam się znakomicie 🙂 Już dawno temu nadała mi przydomek „powsinoga”, ale najwidoczniej nadal nie potrafi zaakceptować, że tak faktycznie jest 🙂

Ale tak, to szczera prawda, stuprocentowa ze mnie „powsinoga”. Nie potrafię usiedzieć długo w jednym miejscu. Na samą myśl o wczasach all inclusive robi mi się niedobrze. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy w ten sposób odpoczywają i nikogo nie mam zamiaru krytykować czy oceniać. Sama tak przecież podróżowałam i pewnie kiedyś jeszcze będę się relaksować w taki sposób. Po prostu takie poznawanie świata, na tym etapie mojego życia, nie jest dla mnie. Owszem, lubię plażować i zażywać kąpieli słonecznych na piaszczystych plażach, ale więcej niż dwa dni nie wytrzymam. Po prostu uwielbiam jak coś się dzieje, jak zmieniają się miejsca, krajobrazy i ludzie. Dlatego też lecąc do danego kraju, przemieszczam się miedzy miastami. Organizuję sobie czas w taki sposób, żeby jak najwięcej zobaczyć. I prawda, że z każdym razem przeklinam siebie w duchu, że po co mi to było, że ciągle gdzieś w drodze, że nie ma czasu na naładowanie baterii. I za każdym razem obiecuję sobie, że moja następna podróż będzie do miejsca (np. do mojej ukochanej Barcelony), w którym będę mogła połączyć i odpoczynek, i odkrywanie ciekawych miejsc. Jak już wcześniej wspomniałam jak to bywa z moją silną wolą 🙂 Wracam do Warszawy fizycznie jeszcze bardziej zmęczona niż wyjechałam, ale za to psychicznie „zresetowana”. Ale przecież o to w tym chodzi 🙂

Podróżowałam na wiele sposobów: wczasy all inclusive, wycieczki zorganizowane, romantyczne podróże z ukochanymi,  wypady z paczką przyjaciół, wyjazdy z koleżankami, wojaże solo. Muszę przyznać, że ten ostatni sposób jest moim ulubionym 🙂 Nie znaczy to jednak, że jestem aspołeczna i nie chcę już nigdy mieć towarzysza podróży. Nie. Lubię podróżować z kimś, ale jednak podróże solo (proszę nie mylić z samotnymi) są z perspektywy czasu najlepszym dla mnie rozwiązaniem. Na tym etapie mojego życia.

Jak to wszystko się zaczęło? Jeszcze dwa lata temu na samą myśl o podróży w pojedynkę dostawałam gęsiej skórki. Jak to sama? Przecież to ani bezpieczne, ani przyjemne. Planując każdą podróż, brałam pod uwagę swoich znajomych, pytając ich czy nie chcieliby pojechać gdzieś razem ze mną. Początkowo wszyscy bardzo entuzjastycznie podłapywali temat: „Tak Klaudia! Pewnie! Jedziemy, będzie fajnie!”. No to super, myślałam. Jednak kiedy przyszedł moment zakupu biletów lotniczych lub organizacji wyprawy, nagle ta entuzjastycznie nastawiona osoba albo już jednak nie chce tam jechać, albo nie może bo w pracy problemy, albo nie ma pieniędzy, albo ma już coś zaplanowane w tym terminie, albo właśnie z kimś się związała i nie wyobraża sobie kilkudniowej rozłąki. Zawsze coś… Basta! – rzekłam któregoś dnia. Nie chcę tracić swojego życia i nie zaprzestanę spełniać swoich marzeń, tylko dlatego, że ktoś nie ma ochoty, albo nie może mi towarzyszyć! Jestem silną osobą (co prawda trochę panikarą) i dam sobie radę. No i tak któregoś dnia kupiłam swój pierwszy bilet lotniczy bez konsultacji z kimkolwiek. Na pierwszy raz wybrałam swoją ukochaną Hiszpanię, a konkretniej Andaluzję. Gdy zbliżał się termin mojego wyjazdu, nie będę ukrywać – otarłam się o panikę, a wręcz histerię. Stres był nieziemski, bo na samą myśl o tej podróży o mało co nie mdlałam. Również dlatego, że miałam w tamtym okresie trochę osobistych zawirowań w życiu. Wówczas większość osób odradzała mi mój wyjazd, ale ja twardo mówiłam, że nic nie zniszczy mi mojego planowanego od pół roku cudownego urlopu. Z dokładnie zaplanowaną trasą, z wydrukowanymi mapami konkretnych dojazdów i dokładnego godzinowego rozkładu, niemalże rozrysowanymi wykresami mojej wyprawy, dotarłam na hiszpańską ziemię 🙂 Pamiętam, że do Sewilli przybyłam późnym wieczorem, więc musiałam przemierzyć miasto po ciemku. Na dodatek moja mapa wskazywała drogę przez jakiś ciemny park. „No trudno, jak zginę to przynajmniej w cudownym miejscu” – taka myśl wtedy mi towarzyszyła 🙂 Nie będę wspominać, że dotarłam do hotelu cała i zdrowa, a moja rozbuchana wyobraźnia za każdym razem coraz bardziej mnie zaskakuje 🙂 Tak, wiem – też teraz zrywam z tego boki 😀 No cóż, każdy pierwszy raz jest trudny 🙂 Jednak z każdą kolejna podróżą solo było już coraz lepiej.

Nie bez powodu wybrałam Hiszpanię jako cel mojej pierwszej solowej podróży. Poza sprawdzeniem własnych możliwości psycho-fizycznych, chciałam także poddać ocenie swoje umiejętności językowe, gdyż od jakiegoś czasu uczę się hiszpańskiego. Co prawda nadal nie zdołałam jeszcze opanować tego języka na satysfakcjonującym mnie poziomie, ale nie jest źle 😀 W końcu odważyłam się komunikować z „żywym” językiem hiszpańskim na obcej ziemi, a dla kogoś, kto posiada ogromną barierę językową, jest to nie lada wyczyn! Jednak ci, którzy byli w Andaluzji doskonale wiedzą, że to wyższy stopień hiszpańskiego, nie do końca zrozumiały nawet dla Hiszpanów z innych części kraju. Inną sprawą było to, że każdy kto widział bladolicą blondynkę, z automatu zaczynał rozmawiać ze mną po angielsku! A ja jak na upartego odpowiadałam po hiszpańsku, jednak moi rozmówcy pozostali niewzruszeni. No więc była to taka pogawędka w bardzo popularnym języku, zwanym Spanglish 🙂 Mimo wszystko odważyłam się i jestem z siebie dumna 🙂 Jest jeszcze jeden powód, dla którego wybrałam wtedy Hiszpanię. Zakładając najgorsze i rysując czarny scenariusz, że gdyby coś nie wyszło po mojej myśli, albo przydarzyło się coś przykrego, miałam wówczas w Maladze znajomego, który służył swoją pomocą i gościną. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, ale z moim „profe” i tak się spotkałam – na piwo i pogaduchy 🙂

Mimo to, że coraz częściej podróżuję sama, to nigdy nie jestem… sama 🙂 Chociaż (tak mi się wydaje) nie wyglądam na tzw. „sierotkę Marysię”, to i tak zawsze widząc blondwłosą dziewczynę samą, ludziom włącza się tryb pomocy 🙂 Mam to szczęście, że zawsze poznaję wspaniałych ludzi, którzy są mili i zawsze służą wsparciem. Jeśli chodzi o lokalsów, to bardzo chętnie oprowadzają po mieście i pokazują swoje ulubione miejsca, albo takie, o których mało kto wie. Zaprowadzą do swoich ulubionych barów, powiedzą gdzie iść dobrze zjeść, a  od które knajpy omijać szerokim łukiem. Pomogą sprawdzić rozkład jazdy autobusów, kiedy nie rozumiesz miejscowego języka, a angielski nie jest tam popularny. Nawet jeśli nie ma okazji spotkać się z miejscowymi, to w hostelach można nawiązać bardzo cenne i interesujące znajomości pośród innych globtroterów 🙂 Wymienić się swoimi doświadczeniami i opowieściami „z drogi”.

Wiem, co sobie pomyślicie – ale wyczyn jechać gdzieś samej tutaj, w Europie. Wiem, żadne to wybitne osiągnięcie. Mam znajomych, którzy sami jeżdżą po całym świecie i bynajmniej nie leniuchują w kurortach turystycznych, tylko wędrują także po niebezpiecznych zakątkach naszego globu. I nie mówię tu tylko o silnych i odważnych przedstawicielach płci męskiej, o nie. Mam wiele koleżanek – filigranowych, drobnych i wiecznie uśmiechniętych blondynek, które same podróżują np. po Ameryce Południowej czy Azji. Dla mnie to jest wielki wyczyn! Podziwiam je ogromnie, bo ja jako panikara, nie wyobrażam sobie tego. Na chwilę obecną. Za kilka miesięcy mogę już myśleć zupełnie inaczej, to wszystko kwestia psychiki i pokonania wewnętrznej bariery. Każdy z nas ma swój próg, swoją granicę, którą krok po kroku przekracza. Ja zaczęłam ją przekraczać w Hiszpanii, teraz odważyłam się przybywać do krajów, w których nie znam języka, co więcej – nawet nie potrafię odczytać alfabetu! Łatwo nie jest, ale na pewno jest bardzo interesująco! 🙂

Mimo tego, że coraz odważniej podróżuję po Europie, to nadal mam obawy wyruszyć gdzieś dalej sama. Ostatnio pojawiły się bilety lotnicze za grosze do Ameryki Południowej – mojego największego podróżniczego marzenia. Byłam o krok od zakupu lotów, ale jednak w ostatniej chwili stchórzyłam… Wiem – kiedyś trzeba się odważyć i wiem, że kiedyś to zrobię. Widocznie to jeszcze nie mój czas 🙂

Co mi dają takie podróże? Przede wszystkim jest to dla mnie prawdziwa lekcja życia. Wtedy, niecałe dwa lata temu, gdy postanowiłam lecieć do Andaluzji, chciałam sprawdzić, jak poradzę sobie w takiej sytuacji. Sama. I tak, poradziłam sobie i świadomość tego jest cudowna. Przekroczyłam własną barierę, przede wszystkim psychiczną, z czego jestem cholernie dumna. Bo wiem, że udźwignę ten ciężar 🙂 Poza tym daje mi to całkowitą wolność, bo podróżując sama mam możliwość  wyboru. Poza tym mam czas, żeby pomyśleć i poukładać sobie w głowie pewne sprawy, a także zupełnie inaczej spojrzeć na daną kulturę czy miejsce. Powiem tylko jedno: podróżowanie jest wspaniałe! Ja mam zamiar robić to do momentu, aż zdrowie i finanse na to pozwolą 🙂 A mam nadzieje, że taki stan rzeczy będzie trwał do końca mych dni 🙂

Skopje. Stolica inna niż wszystkie

Do Skopje ciągnęło mnie od jakiegoś czasu. Nie wiem, dlaczego właśnie akurat do tego miasta, ale wydawało mi się takie inne, byłam ciekawa tego, co o nim pisali – a słyszałam różne opinie. Postanowiłam osobiście to sprawdzić. Nigdy nie byłam na Bałkanach (poza Chorwacją z dużą grupą osób kilka lat temu) i ta część Europy wydawała mi się taka nieokiełznana, inna, fascynująca a wiadomo – wszystko co nieznane jest dla nas kuszące 🙂 Jeszcze 2 lata temu jak ktoś zaproponował mi wyjazd na Bałkany, kręciłam głową z niesmakiem. Przed wyjazdem, napisałam zapytanie do moich znajomych, którzy byli tam kilkanaście dni przede mną, żeby zrobić rozeznanie czego mam się spodziewać. Jednak nie było to rozsądne z mojej strony, gdyż przez to o mało co nie zrezygnowałam z urlopu 😀  Usłyszałam, że tam niebezpiecznie, żebym nie chodziła sama, że nie mówią po angielsku, że protestują cały czas, że zamieszki… No to pięknie, pomyślałam. To spędzę swój urlop w hotelowym pokoju, bo ja – chojrak nie potrafię się bronić w razie ataku ze strony nieprzyjaciela, nie znam języka rosyjskiego, tym bardziej macedońskiego (nie potrafię nawet czytać cyrylicy!) to jak ja sobie tam poradzę?? Zapowiadał się interesujący wyjazd 😀 Moja mama dowiedziawszy się, że znowu lecę gdzieś sama, wpadła w histerię. No bo jak to znowu sama? I jeszcze tam?!?! Przecież tam wojna jest (bo Macedonia ponad 20 lat temu należała do Jugosławii, a – według niej – tam nadal wszędzie się strzelają), że mnie porwą i zabiją (wtedy głośna była sprawa zamordowanej Polki, która sama poleciała do egipskiego kurortu). Groziła, prosiła, krzyczała, błagała – no nic nie pomogło, pozostałam niewzruszona. Ba! Zapowiedziała nawet, że zadzwoni do mojego kierownika i zabroni mu dawać mi urlop! 😀 Zdenerwowana i lekko spanikowana (a codzienne telefony mojej mamy nie pomagały mi się zrelaksować) wykupiłam ubezpieczenie turystyczne (co jest nowością, bo rzadko kiedy to robię), zarejestrowałam się na stronie MSZ-u (żeby było wiadomo gdzie szukać moich zwłok) i następnego dnia wyruszyłam w kierunku Skopje. Hej przygodo! 🙂

Po wylądowaniu w Skopje wpadłam w lekką panikę. Coś dziwnego stało się z moim operatorem, gdyż nie mogłam połączyć się z siecią i nie mogłam zadzwonić do mamy oznajmić jej, że (na razie) jestem cała i zdrowa. Nigdy nie miałam takiego problemu, zawsze automatycznie mnie przełączało, a tym razem musiałam zrobić to ręcznie. W każdym razie chwile grozy zostały szybko zażegnane 🙂 Już na lotnisku powitał mnie (jeden z wielu) wielki pomnik Wielkiego Wojownika – Aleksandra Macedońskiego 🙂 Jeśli chodzi o postać Aleksandra, to jest on źródłem konfliktu między Macedończykami a Grekami, którzy roszczą sobie prawo do traktowania Aleksandra jako własnego bohatera narodowego. Dlatego fontanna z monumentalną rzeźbą znajdująca się na centralnej części Placu Macedońskiego, oficjalnie nazywa się „wojownik na koniu”, ale wiadomo kogo ona przedstawia. Postanowiono nazwać ją w neutralny sposób, aby nie wzbudzać protestów właśnie ze strony Greków.

Skopje jest bardzo nietypową stolicą. W 2010 r. przedstawiono plany dotyczące monumentalnego projektu, który zakładał transformację miasta na nietypową wręcz skalę. Projekt „Skopje 2014” zakładał renowację starych oraz wzniesienie nowych budynków użyteczności publicznej oraz pomników ku czci najważniejszych postaci historycznych tego kraju. Architektura większości budynków to wizje iście futurystyczne lub w monumentalny sposób nawiązujące do architektury klasycznej, z kolei lokalizacja pomników nie ogranicza się do centralnych punktów miasta. Są one dosłownie wszędzie, można odnieść wrażenie, że zostały wrzucone w strukturę miasta bez żadnego ładu i składu. Zamiast początkowo planowanych 40 nowych obiektów wzniesiono… 132, a na same pomniki wydano ponad 35 milionów euro, zaś całkowity budżet (do lata 2015 r.) całego przedsięwzięcia Przekroczył 560 mln euro! A szkoda, bo takie pieniądze mogłyby być zdecydowanie lepiej zagospodarowane, gdyż w pewien sposób kraj ten nadal podnosi się z gruzów swej jugosłowiańskiej przeszłości. Poza tym Macedonia świadomie prowokuje swojego południowego sąsiada. Eksponowanie postaci Aleksandra Wielkiego czy tak oczywiste stosowanie klasycznego stylu architektury, nawiązuje do osiągnięć starożytnej Grecji, co nie jest dobrze odbierane przez rząd w Atenach, a Macedończycy są oskarżani przez Greków o przywłaszczanie sobie historii ich kraju.

Funkcję centrum miasta pełni przestronnie i ładnie zagospodarowany plac Macedoński. Centralną jego część zajmuje fontanna z monumentalną rzeźbą z brązu przedstawiająca wojownika na koniu (taka jest oficjalna nazwa), która przedstawia postać Aleksandra Macedońskiego.

Wokół placu Macedońskiego ora po obu stronach Kamiennego Mostu, można odnaleźć szereg innych budzących ciekawość pomników. Znajdują się tutaj m. in. siedzący na tronie car Samuil, działacz i prezydent ASNOM Metodija Andronow-Czento czy także zasiadający na tronie cesarz Justynian. Dla mnie poszukiwanie tych pomników było tak samo fascynujące, jak znajdowanie wrocławskich krasnali 🙂

Na wschód od placu Macedońskiego wznosi się budowla, która ma stanowić jeden z symboli Skopje – Porta Macedonia, czyli sporych rozmiarów łuk triumfalny. Ma on symbolizować 20 lat macedońskiej niepodległości. Na jego fasadzie umieszczono liczne płaskorzeźby przedstawiające sceny z historii Macedonii, m. in. z udziałem Aleksandra Macedońskiego, co oczywiście nie spodobało się rządowi w Atenach.

Nad rzeką Wardar przerzucony jest Kamienny Most, będący jednocześnie jednym z charakterystycznych punktów Skopje, a także element jego herbu. Prawdopodobnie został wybudowany za czasów panowania tureckiego sułtana Mehmeda Zdobywcy w drugiej połowie XV wieku. Po obu jego stronach znajdują się wyrzeźbione postacie Goce Dełczewa i Dame Gruewa, a także statuty świętych Cyryla i Metodego oraz Klemensa i Nauma. Most łączy nową część miasta ze Starą Czarsziją i jest jedną z kilku budowli, które nie zostały zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi w 1964 r.

Po drugiej stronie Kamiennego Mostu mija się wielką, nową fontannę z monumentalnymi czterema posągami przedstawiającymi macierzyństwo. Dalej stoi kolejna ogromna rzeźba wojownika – Filipa II, ojca Aleksandra Macedońskiego.

Za tymi atrakcjami pojawia się Stara Czarszija, czyli serce Skopje, jego najciekawsza i najpiękniejsza część. Według zapisków wielu podróżników, tutejsza czarszija należała w XVI i XVII w. do najwspanialszych i największych na całych Bałkanach. Później była wielokrotnie niszczona m. in. przez wielkie pożary. To właśnie tu mieści się najwięcej interesujących zabytków oraz ciekawych i wartych obejrzenia miejsc. Jest tu także sporo restauracji i kawiarenek, gdzie można spróbować pysznych lokalnych specjałów (mój faworyt to sopska salata), wypić piwo bądź filiżankę mocnej kawy.

Ale Skopje to nie tylko „nowoczesna starówka” i Stara Czarszija. Jest również wiele innych ciekawych miejsc, którymi Skopje może się pochwalić. Jedną z nich jest cerkiew św. Klimenta Ochrydzkiego, która należy do najciekawszych architektonicznie budynków współczesnego miasta. Śmiało poprowadzone półokrągłe linie, imponująca i oryginalnie skomponowana kopuła, ładna dzwonnica, a całość nowoczesna, choć jednocześnie wpisująca się w rodzimą tradycję architektoniczną.

Czy kiedyś jeszcze wrócę do Skopje? Z całą pewnością TAK! Nie chodzi o samo miasto, chociaż w pewien sposób mnie urzekło. Przede wszystkim przyjadę tam dla ludzi, którzy są bardzo mili, sympatyczni, uśmiechnięci, życzliwi i bardzo mi pomogli. I tak, mówią po angielsku, nawet starsza pani w supermarkecie na stoisku mięsnym potrafi mówić w tym języku 🙂 A gdy dowiedziawszy się skąd jestem, spokojnie zaczęli rozmawiać ze mną po polsku (!!!). Poza tym atmosfera i pyszne jedzenie również przyciągają mnie do tego miejsca. No i poczekam, aż postawią więcej pomników 😉

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Kiszyniów. Inny świat

O stolicy Mołdawii mówi się, że nie warto tam jechać, ponieważ nic tam nie ma. Zgadzam się w  pewnym stopniu, ale nie do końca. O tej wyprawie piszę na świeżo, póki jeszcze emocje we mnie buzują, a przed oczami pojawiają się migawki z tego miasta. Pobyt w Kiszyniowie był bardzo ciekawym doświadczeniem. Uważam, że warto jeździć do takich miejsc, nie tylko żeby poznać kulturę i obyczaje tamtejszych mieszkańców, ale także po to, aby  docenić swoją ojczyznę 🙂 Mołdawia, która umiejscowiona jest między Rumunią a Ukrainą, klasyfikuje się do jednych z najbiedniejszych państw w Europie. Na północy częściowo zajęte jest przez Republikę Naddniestrzańską, która teoretycznie znajduje się w obrębie kraju. Inna część Mołdawii została wydzielona dla Gagauzów, którzy utworzyli tam swoją autonomię.

To, co tam zobaczyłam było dokładnie tym, czego się spodziewałam. Bieda zagląda tutaj na każdym kroku, czasami aż razi w oczy. Kiszyniów to miejsce, w którym ubóstwo, brud i kicz wzajemnie się przenikają. Nie ma tutaj starego miasta, ani nawet żadnych ważnych zabytków. Kiszyniów został całkowicie zniszczony w trakcie II Wojny Światowej. Najstarsze budynki pochodzą z XIX wieku. Ale tutaj nie przyjeżdża się dla zwiedzania, ale do klimatu – trzeba przyznać dosyć specyficznego klimatu. To taka swoista podróż w czasie, do całkowicie innego świata.

Spacerując ulicami tego miasta, można odnieść wrażenie, że budynki powstały z tego, co akurat robotnicy mieli pod ręką. Na początku wydaje się to co najmniej dziwne, ale po jakimś czasie przestaje dziwić fakt, że w bloku mieszkalnym potrafi być kilka różnych typów okien, a jego mieszkańcy zamurowują balkony, dodając tym samym dodatkowe metry kwadratowe do metrażu mieszkania. Odniosłam wrażenie, że w Kiszyniowie nie istnieje takie coś jak osiedlowy fundusz remontowy, gdyż nikt tam nie dba o własne zdrowie, a tym bardziej o jakąkolwiek estetykę. Największą odrazę wzbudził rozrastający się grzyb i pleśń na elewacjach budynków, które wystraszyły i zszokowały nieświadomą turystkę, czyli mnie. Zastanawiam się jak mieszkańcy mogą żyć w takich warunkach i wcale nie przeszkadza im fakt, że razem z nimi zamieszkują inne organizmy żywe, niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Ciekawa jestem co zrobią, jak za kilka lat ich budynek rozleci się na drobne kawałki.

Znalezienie klimatycznej i przyzwoitej restauracji na głównej ulicy miasta graniczy z cudem. Bulevardul Stefan cel Mare jest bardzo długa i to wzdłuż niej znajdują się wszystkie najważniejsze obiekty miasta. Jednak by zjeść lunch w jakiejś konkretnej restauracji, trzeba udać się do innej części miasta. Za to nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem salonu Orange, gdyż co kilkaset metrów umiejscowione są salony tego operatora komórkowego. Powracając do głównej ulicy Bulevardul Stefan cel Mare. W trakcie wędrówki natkniemy się na Łuk Triumfalny, Parlament, pałac prezydencki, liczne katedry i parki.

Rządowe budynki oraz ekskluzywne hotele, znajdują się w sąsiedztwie niedokończonych inwestycji oraz obdrapanymi budynkami. Wielkość parlamentu naprawdę robi wrażenie, który znajduje się w sąsiedztwie porzuconego betonowego szkieletu biurowca po jednej stronie, a po drugiej ruiną dawnej pływalni. Po drugiej stronie ulicy znajduje się pałac prezydencki, zupełnie niepasujący do architektury Kiszyniowa – kicz w pełnej okazałości. Aktualnie ogrodzony jest płotem z blachy falistej, co jeszcze bardziej budzi niepokój wśród turystów. Początkowo sądziłam, że jest to kolejny kiczowaty kościół, a tu takie zaskoczenie 🙂

Zapewne samych mieszkańców miasta nie dziwi, a tym bardziej nie przeszkadza im, kiedy spacerując ulicami miasta, na chodnikach napotykają się na zwisające kable elektryczne. Nie muszę chyba wspominać, że są to kable, które przewodzą prąd. Poplątane, zwisające, zaplątane między gałęziami drzew – to codzienność dla mieszkańców Kiszyniowa. Nikt nie pomyśli, żeby coś z tym zrobić, bo i po co? Przecież tak jest oryginalnie, w żadnej innej stolicy europejskiej tak nie ma 🙂

Czy wróciłabym jeszcze do Kiszyniowa? Chyba nie. Wystarczy mi to, co tam zobaczyłam za pierwszym razem. Było to bardzo ciekawe doświadczenie w moim życiu i z całą pewnością zapamiętam je na bardzo długo. Nie twierdzę, że miasto nie ma klimatu, wręcz przeciwnie. Jednak nie jest to miejsce, które sprawiło, że moje serce zabiło mocniej i pragnie jeszcze tam wrócić. Mimo wszystko polecam Kiszyniów każdemu, bo dzięki temu każdy się czegoś nauczy i dojdzie do pewnych wniosków 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

La Alhambra. Cud architektury mauretańskiej

We wcześniejszym poście pisałam o Granadzie (Granada. Na styku kultur) i ogólnikowo o jej największej atrakcji, czyli La Alhambrze. Dzisiejszy wpis całkowicie poświęcony będzie temu niezwykłemu miejscu. Do tej pory, przeglądając zdjęcia z wizyty tego pałacu, serce szybciej mi bije, a mój zachwyt nie ma końca. Dawno nigdzie nie widziałam tyle piękna skupionego w jednym miejscu.

Żeby dostać się do Alhambry, musiałam kupić bilety on-line, kila miesięcy przed moim przyjazdem. Byłam nieco zaskoczona, gdyż na 3 miesiące przed przybyciem do Granady sądziłam, że spokojnie kupię bilet, o dogodnej dla mnie porze dnia. Niestety się przeliczyłam, gdyż zostało niewiele biletów w tym okresie, w którym planowałam tam przebywać. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i w ubiegłoroczne listopadowe południe spacerowałam po tym cudownym miejscu. Na zwiedzanie tego cudu trzeba zarezerwować co najmniej pół dnia. Ja spędziłam tam ponad 5 godzin, spacerując pośród skąpanych w słońcu alejek i rozkoszując się pięknem tego architektonicznego cudu.

fot. http://www.alhambra-entradas.com

Co nieco o architekturze mauretańskiej

Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą Andaluzję bez spuścizny, jaka pozostawili na tych ziemiach Maurowie. Najbardziej widocznym jej przejawem jest architektura rozkwitająca między VII a XV stuleciem. Budynki powstające w pierwszych wiekach obecności muzułmanów na ziemiach al-Andalus, wznoszone były ściśle wg zaleceń Koranu. Architekci skupiali się bardziej na ozdabianiu wnętrz niż fasad, co miało być bezpośrednim nawiązaniem do piękna ludzkiej duszy. Unikano przedstawiania wizerunków zwierząt i ludzi, zastępując je bogato rozbudowaną ornamentyką roślinną, w którą wplecione były często inskrypcje koraniczne.

Niektóre budowle, np. Pałace Nasrydów w Alhambrze celowo zostały wzniesione z nietrwałych i tanich surowców (glina, drewno), a niektóre elementy dekoracyjne pozostawiono niedopracowane – po to, aby nie obrazić Allaha ludzkim dążeniem do doskonałości i wieczności. Niektórzy władcy pozwalali sobie na większy liberalizm, zamawiając sobie ozdobienie swych rezydencji motywami zwierzęcymi, a nawet wyobrażeniami ludzi.

Niezwykle ważnym dodatkiem do mauretańskich budowli były zawsze ogrody pełne roślin i fontann. Architektura krajobrazu wyrażała zamiłowanie Maurów do wody i zieleni. Trudno się temu dziwić, gdyż większość plemion podbijających południową Hiszpanię pochodziła z suchej i gorącej Afryki lub Bliskiego Wschodu. Sentyment do źródlanego szumu widać też w projektach wewnętrznych dziedzińców.

La Alhambra

Ten niesamowity zespół pałacowy znajduje się na górującym nad miastem wzgórzu La Sabika. Według poetów jest to ósmy cud świata, a według statystyk – najczęściej odwiedzany zabytek w Andaluzji. Gdyby ściany mogły mówić, z całą pewnością dowiedzielibyśmy się o twierdzy niejednej zaskakującej rzeczy.

Pierwszą konstrukcją zbudowana przez Maurów była XI-wieczna forteca z czerwonego kamienia (qa’lat al-Hamra), od której cały kompleks wziął później swoją nazwę. Strategiczne położenie zamku zwróciło uwagę Mohammeda I, wodza z dynastii Nasrydów oraz jego następców, którzy w ciągu wieków wznieśli tu i rozbudowali zespół pałacowo-obronny, z przylegającą do niego mediną (miasteczkiem) oraz ogrodami. Wraz z nastaniem panowania chrześcijan, estetyczna jedność architektury Alhambry została przerwana przez dodawanie takich elementów jak renesansowy Palacio de Carlos V i Covento de San Francisco. Po śmierci Karola V, w połowie XVI wieku, Alhambra popadła w ruinę, służąc m. in. jako schronienie dla bezdomnych żebraków, a później jako koszary dla wojsk Napoleona. Te ostatnie w czasie odwrotu niemal wysadziły pałac. W połowie XIX w. świetnie sprzedająca się książka Washingtona Irvinga „Tales of Alhambra”, przyczyniła się do umieszczenia Granady na turystycznej mapie Europy, a zespoły pałacowego na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO.

Główną atrakcja Alhambry są wspaniałe Pałace Nasrydów (Palacios Nazaries). Aby w pełni docenić niesamowite. Misterne dekoracje znajdujące się w ich wnętrzu, trzeba zrozumieć ideę sztuki tamtych czasów: symetryczne, w nieskończoność powtarzające się motywy zdobnicze miały wyrazić nieskończoną chwałę Allaha w skończonej formie i przestrzeni. Dodane do tego bogate inskrypcje to poematy wychwalające potęgę sułtanów lub wpisy z Koranu, a także motto z dynastii Nasrydów: Wa la ghalib ila Allah (Nie ma zdobywcy nad Allaha). Ważnym elementem dekoracyjnym jest również ośmioramienna gwiazda, symbolizująca połączenie nieba i ziemi. Wbrew pozorom wzór nie jest jednak doskonały, ponieważ tworzenie ideałów jest w islamie bluźnierstwem wobec Koranu. Wyrazem pokory architektów i rzemieślników wobec boga było również użycie tanich i nietrwałych materiałów: gipsu, drewna i gliny. To, że pałace te do dziś zachowały się w tak dobrym stanie graniczy z cudem.

Na zachodnim krańcu placu znajduje się wejście do najstarszej części obronnego zespołu pałacowego – Alcazaby. Jej znaczna część jest w ruinie, jednak wciąż można znaleźć tu fundamenty dawnych lochów, meczetu, baraków i łaźni. Spośród czterech wież fortecy, najbardziej znana jest Torre de la Vela, czyli Wieża Czuwania. Właśnie na tej wieży, 2 stycznia 1492 roku Królowie Katoliccy wywiesili swoje flagi, na znak pokoju miasta. Z wieży roztaczają się wspaniałe widoki na miasto i szczyty Sierra Nevada.

Pobliskie wzgórze, Cerro del Sol, pokryte jest dywanem zieleni – to wspaniałe ogrody Generalife. Podczas spaceru pośród bujnej roślinności  trafimy do Patio de la Acequia. W wyżej położonych ogrodach znajduje się Escalera del Agua, z których balustrad spływa strumień wody. Generalife to idealne miejsce na odpoczynek po trudach zwiedzania całego kompleksu.

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.