Kijów. Z innej perspektywy

Miałam dla Was przygotować inny post na temat Kijowa, który od jakiegoś czasu rodził się w mojej głowie. W związku z tym, że ostatnio wszystko robię na opak, swoją przygodę ze stolicą Ukrainy także opiszę nietypowo, z innej perspektywy 🙂 No dobra, tak naprawdę nie mogłam się doczekać, aż podzielę się z Wami wszystkimi perełkami, które udało mi się znaleźć w tym mieście 🙂

Stolica Ukrainy bardzo mnie zaskoczyła, pod wieloma względami. Najbardziej tym, że mało kto mówi po angielsku. Ok, byłam na to przygotowana w pewien sposób, ale nie spodziewałam się, że recepcjonistka w hostelu w centrum miasta, w stolicy kraju ni w ząb nie będzie rozumiała angielskiego! Nie mam pojęcia, jak udało mi się z nią porozumieć, ale było bardzo ciężko. Z moim powolnym polskim i językiem ciała, coś udało mi się ostatecznie ustalić. Ale wyglądało to tak, że pytając ją o szafkę zamykaną na klucz, otrzymałam w zamian ręcznik 🙂 W odpowiedzi na prośbę o adres jakiejś informacji turystycznej otrzymałam numer telefonu i nazwę napisaną po ukraińsku, czyli w cyrylicy, w której wówczas jeszcze nie umiałam czytać. Z kolei na pytanie dotyczące dostępności mapy dla turystów, pani zrozumiała, że nie mam wifi w telefonie i co teraz mamy począć 🙂 Dzisiaj wydaje mi się to przekomiczne, ale w tamtym momencie chciałam ją udusić.

A teraz o tych pozytywnych zaskoczeniach 🙂 Nie spodziewałam się, że to miasto aż tak bardzo mnie urzeknie. Nie wiem czego konkretnie oczekiwałam, ale Kijów totalnie mnie kupił. Z jednej strony majestatyczne i monumentalne cerkwie, z drugiej zaś budynki pamiętające czasy komunizmu,  a gdzieś pomiędzy znajdują się totalnie odjechane i dziwne atrakcje, zupełnie jakby z innego – alternatywnego świata. Dzisiaj skupię się właśnie na tych nietypowych atrakcjach Kijowa.

To, co najbardziej mnie urzekło to niecodzienny plac zabaw, zwany Aleją Pejzażową, gdzie – dosłownie – przeniosłam się do Krainy Czarów (i kotów). Jako naczelna kociara, oszalałam na punkcie tamtejszych zwierzaków. Kolorowy plac zabaw wyłożony jest mozaiką, a efekt jest oszałamiający. Możemy tam spotkać nie tylko wspomniane koty, ale także inne dziwne stwory. Poznamy także  Alicję, ale również w wersji alternatywnej, bo z tego co pamiętam, to ta disneyowska była blondynką 🙂 Przyznaję, że ktoś miał niezła fantazję, żeby stworzyć tak odlotowe miejsce. Ja bawiłam się równie wybornie jak wszystkie dzieciaki przebywające razem ze mną na tym placu zabaw 🙂

Spacerując po mieście można spotkać naprawdę niecodzienne rzeczy 🙂 Kijowskie atrakcje potwierdzają tezę, że można stworzyć coś z niczego, np.  z przyborów kuchennych da się zbudować popiersie konia albo ze zbędnych kabli skonstruować człowieczka siedzącego na ławce 🙂 Chodząc pomiędzy uliczkami natkniemy się między innymi na uliczną galerię „słynnych” dyktatorów, złowrogo spoglądającego lwa albo… przyszłego księcia z bajki! 😀

Gdy zmęczymy się przechadzką po mieście, można przycupnąć i odpocząć na takich oto ławeczkach.

No i na sam koniec- crème de la crème – fantastyczny street art 🙂 Kijów zdecydowanie ma się czym szczycić pod tym względem. Ostatniego dnia, w miejscowej księgarni, kupiłam przewodnik po kijowskich muralach i udałam się w poszukiwanie perełek. Udało mi się zrobić „tylko” 3 trasy z tego przewodnika. Piszę „tylko”, gdyż było tam zaznaczonych ok. 15 tras w różnych częściach miasta, a ja przebyłam jedynie znikomy procent, nie mniej jednak chodziłam po mieście od rana do zapadnięcia zmroku, cały czas szukając tych cudownych murali 🙂 Jedno jest pewne – wrócę tam po więcej 🙂 Oto, co udało mi się znaleźć.

Ta perełka znajdowała się tuż przy  moim hostelu. Nie dało rady ująć go w całości, więc podzieliłam go na kilka części, gdyż jest zbyt piękny, żeby pominąć cokolwiek 🙂

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kiedy pomyślę o Sarajewie, na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech, a serce zaczyna mocniej bić. Mam ogromny sentyment do tego miejsca. Stolica Bośni i Hercegowiny jest dla mnie największym zaskoczeniem podróżniczym tego roku. Śmiem stwierdzić, że Sarajewo jest moim trzecim (zaraz po Warszawie i Barcelonie) ulubionym miastem. Musiałam się nieco zdystansować i poukładać w głowie pewne sprawy, zanim napiszę tutaj o swojej wyprawie do tego miejsca.

Miałam pewne obawy przed przyjazdem, bo nie wiedziałam do końca czego mam się spodziewać. Z jednej strony miasto rozwija się w oka mgnieniu, zaś z drugiej jedną nogą ciągle tkwi w tragicznej przeszłości. Nie oszukujmy się, Sarajewo kojarzy nam się negatywnie – z wojną, która całkiem nie tak dawno temu toczyła się na tych terenach. Owszem, na ulicach nadal stoją budynki, na których widać ślady po ostrzeliwaniu, i które cały czas zamieszkiwane są przez ludzi. Nie można jednak patrzeć na Sarajewo przez pryzmat wojny – to bardzo niesłuszne spojrzenie na to miasto. Nie powinno się tam przyjeżdżać tylko po to, żeby obejrzeć podziurawione ruiny czy róże sarajewskie, ponieważ miasto ma znacznie więcej do zaoferowania, niż tylko powojenne zniszczenia. Oczywiście nie powinno się zapominać o przeszłości, ale nie znaczy to, że trzeba cały czas w niej żyć. Przed przyjazdem byłam przygotowana, przeczytałam kilka reportaży na temat sytuacji w Bośni sprzed ponad dwudziestu lat, że by chociaż odrobinę zrozumieć, co tutaj się wydarzyło. Ale tak naprawdę nadal nie rozumiem, dlaczego tak się stało. I zapewne jeszcze przez długi czas nie będę potrafiła tego zrozumieć, mimo że ciągle sięgam po różne reportaże (i książkowe, i filmowe) na temat tej wojny. Wręcz przeciwnie, bo mam jeszcze większy mętlik w głowie. Nie chcę jednak zagłębiać się w tę straszną i smutną historię, bo nie taki jest mój cel. Początkowo miałam zamieścić zdjęcia tych wszystkich budynków pamiętających wojnę, ale ostatecznie zdecydowałam, że tego nie zrobię. Nie wiem, być może kiedyś jednak napiszę osobny post o jego ciemnej stronie. Sarajewo zasługuje, żeby pokazać z innej strony – jako rozwijającą się europejską stolicę.

Epicentrum kulturowym w Sarajewie jest Baščaršija, czyli stary bazar umiejscowiony na tamtejszej starówce. Muszę przyznać, ze spędziłam tam najwięcej czasu, chodząc po wszystkich zakamarkach tamtejszych uliczek i alejek. To masa wąskich uliczek wypełnionych po brzeg małymi kramami i warsztatami, sprzedającymi  przeróżne pamiąti, z unoszącym się gwarem i tłumem spacerowiczów i turystów. Czuć tutaj mocno wschodni klimat, jakbyśmy nie byli w Europie. Baščaršiję zobaczyć i poczuć po prostu trzeba, bez tego elementu zwiedzanie Sarajewa nigdy nie będzie pełne. No i tu właśnie znajdziecie największe historyczne atrakcje miasta.

Centralnym punktem bazaru jest Sebilj – charakterystyczna studzienka wyglądem przypominająca grzybek, będąca pozostałością po czasach osmańskich i jednym z pierwszych wodociągów w Europie. Kiedyś tego typu studni było w mieście ponad 100. Woda jest zdatna do picia i smaczna. Mówi się, że kto napije się wody z tej studni, nigdy nie zapomni Sarajewa. Co prawda ja się nie skusiłam, ale z całą pewnością o Sarajewie nigdy nie zapomnę 🙂

W Sarajewie przeżyłam kolejny szok kulturowy. Spotkałam się z lokalsami i poszliśmy na cudowną Baščaršiję, do najpopularniejszego tam baru, na sziszę. Lokal pękał w szwach od nadmiaru ludzi i na początku nie było gdzie usiąść. Znalazłszy miejsce zamówiliśmy sziszę, K. zapytał mnie co chcę do picia. Rzekłam, że piwo (bo u nas do sziszy zazwyczaj pije się ten trunek), ale jak się okazało – alkoholu nie podają w tym lokalu. Zdziwiło mnie (i to bardzo), że w najpopularniejszym miejscu w stolicy kraju, pełnym lokalsów i turystów, wieczorową porą nie podają tam alkoholu. No nic, trzeba było się dostosować i zdałam się na gust K., który zamówił mi „magic tea” – do tej pory nie mam pojęcia co to konkretnie było, ale smakowało jak mrożona herbata 🙂 Muszę przyznać, że tamtejsza szisza była najlepszą, jaką do tej pory paliłam 🙂 Potem poszliśmy do klubu na imprezę, która również była dla mnie nieco inna (nie chcę mówić, że dziwna). Na początku DJ grał najnowsze hity z list przebojów, po czym na scenę wkroczył zespół rockowo-folkowy, który śpiewał największe jugosłowiańskie przeboje. Co więcej, nie było przestrzeni do tańca, a na miejscu danceflooru ustawione były stoliki i krzesełka. Mimo, że nic nie rozumiałam, bawiłam się wybornie i skakałam razem ze wszystkimi lokalsami. No i dowiedziałam się czym jest turbo folk 🙂 W klubie można już było zamówić piwo, ale rozglądając się po stolikach, na większości z nich stały napoje bezalkoholowe i bardzo rzadko pojawiały się butelki z piwem. Dlaczego przeżyłam szok kulturowy? Ponieważ w moim kraju młodzież nie potrafi bawić się bez dużej ilości alkoholu, natomiast młodzi ludzie z Sarajewa potrafią to robić. Zaimponowali mi tym, i to bardzo.

Sarajewo położone jest w dolinie pomiędzy wysokimi szczytami gór Dynarskich. Żeby gdziekolwiek dojść, trzeba się porządnie natrudzić wchodząc pod górę. Nie ma tak jak w Warszawie, że teren jest zupełnie płaski. Dla kogoś, kto posiada zerową kondycję fizyczną (mowa oczywiście o mnie), wędrowanie po tym mieście jest nie lada wyzwaniem. Ba! To była prawdziwa udręka, bo prawie zeszłam na zawał i wyplułam po drodze własne płuca wspinając się na jeden z punktów widokowych – Żółty Bastion. Nie ma co ukrywać – sama sobie jestem winna, że nie ćwiczę regularnie. Jednak wysiłek i wewnętrzna walka były warte zachodu – cudowny widok na miasto wynagrodził mi wszelkie trudy 🙂 Sami zobaczcie.

Jak się okazało, to był tylko przedsmak tego, co miało nastąpić później, bo kiedy K. zabrał mnie na jeszcze wyższy punkt widokowy (Biała Twierdza), zaparło mi dech w piersiach. Było to w nocy, a oświetlone Sarajewo wygląda wręcz magicznie. Nie mogłam oderwać wzroku, zahipnotyzowało mnie kompletnie. Gdyby nie to, że zerwał się silny i zimny wiatr, mogłabym tam siedzieć całą noc 🙂 Niestety nie posiadam zdjęć, które oddają urok tego miejsca, bo mój aparat nie podołał temu zadaniu. Jedynie mam takie niewyraźne coś.

Bośnia to istny mix kultur i religii. Największymi religiami w Bośni i Hercegowinie są islam (45%) i chrześcijaństwo (52%). Doskonale widać tę mieszankę wyznań właśnie w Sarajewie. Dlatego nikogo nie powinny dziwić liczne meczety, kościoły, a nawet synagoga. Początkowo może budzić zdziwienie, gdy na ulicach widzi się kobiety ubrane „normalnie” – w luźnych, zwiewnych, letnich, krótkich i kolorowych ubraniach- idące pod rękę z kobietami ubranymi w hidżaby sięgające kostek. Albo młode matki owinięte w czarne czadory, wiozące w wózku piękne i słodkie córeczki w białych sukieneczkach, z kwiecistymi opaskami na włosach. Taki niecodzienny widok dziwił mnie na początku, potem nawet nie zwracałam na to uwagi.

Istnieje zabawna historia związana z budową ratusza. W miejscu, gdzie miał on stanąć, istniały trzy budynki – dwa zajazdy i dom prywatny. Zajazdy wyburzono, jednak właściciel prywatnego domu nie zgadzał się na jego zniszczenie. Zamiast odszkodowania w złocie zażyczył sobie, by jego dom cegła po cegle… przenieść i odbudować na drugim brzegu rzeki Miljacki. I faktycznie – aktualnie dom stoi po drugiej stronie rzeki, a na pamiątkę tamtych wydarzeń nazwa się „Inat Kuća” – Przekorny Dom. Aktualnie znajduje się tam restauracja serwująca lokalne specjały.

Oddalając się od centrum miasta, trafiłam na ulicę i tam również zostałam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że zobaczę tam supernowoczesne, przeszklone drapacze chmur sięgające nieba, których sama Warszawa by się nie powstydziła.

Ze wstydem przyznaję, że zanim przybyłam do Sarajewa, myślałam o nim bardzo stereotypowo. Mówiąc prościej – myślałam, że stolica Bośni i Hercegowiny to jedna wielka ruina. Co prawda miałam pewne rozeznanie o sytuacji w tym mieście i ogólnie kraju, jednak mój mózg zrobił mi dowcip i wykreował własne obrazy tego miejsca. Nie ukrywam, dużo jest zniszczonych pustostanów i budynków ze śladami pocisków, które dają dużo do myślenia. Ten, kto przybędzie tam tylko po to, żeby zobaczyć powojenne ruiny, może się gorzko rozczarować. Miasto powoli staje na nogi, a to co przetrwało w trakcie wojennej zawieruchy urzeka od samego początku. I tak jak wspomniałam – Sarajewo jest w czołówce moich ulubionych miast 🙂

Niestety nie udało mi się wszystkiego zobaczyć, bo czasu zabrakło. Nic jednak straconego, bo mam w planach powrót do stolicy Bośni i Hercegowiny, więc nadrobię zaległości 🙂 Po prostu zostawiłam sobie małe co nieco na kolejny raz 🙂 Do Sarajewa przybyłam w drugiej połowie sierpnia, gdzie żar lał się z nieba i o mało co się nie usmażyłam od tamtejszego słońca, dlatego też tym razem marzy mi się zobaczyć zimowe wydanie tego miasta 🙂

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

Bilbao. Miasto przyszłości

Jak co roku (co prawda dopiero od dwóch lat, ale czuję, że stanie się to moim rytuałem), na przełomie października-listopada pakuję walizkę i lecę do swojej drugiej ojczyzny 🙂 Co prawda rok temu i dwa lata temu dotarłam na południe tego kraju, do cudownej Andaluzji, to w tym roku postanowiłam polecieć na północ. Miałam tam spędzić cały tydzień, ale niestety zmuszona zostałam do skrócenia swojego pobytu do czterech dni. Tym razem miałam odkrywać piękno regionu zwanego Krajem Basków, jednak w związku z ograniczeniem czasowym, dotarłam jedynie do Bilbao i postanowiłam skupić się tylko na tym mieście. Resztę zostawiłam sobie na później, bo z całą pewnością tam wrócę, i to całkiem niedługo!

Planując podróż na północ Hiszpanii o tej porze roku sądziłam, że pogoda nie będzie mnie rozpieszczać i temperatura będzie odrobinę wyższa niż w Polsce. Spakowałam więc ciepłe bluzki i swetry, bo nie chciałam się rozchorować na swoim krótkim urlopie. Jednak okazało się, że pogoda była dla mnie bardzo łaskawa, bo na miejscu było ponad 20 stopni, czyli tak ciepło jak rok temu w Andaluzji! Całe szczęście, że na szybko upchnęłam dwie podkoszulki, bo byłoby kiepsko 🙂 Przez całe 4 dni rozkoszowałam się ciepłymi promieniami słońca, przez co moja spieczona twarz potem bardzo cierpiała 🙂 Takie rzeczy tylko w Hiszpanii.

Największą moją obawą był język. I nie chodzi tutaj o hiszpański. Jak wiadomo, Baskowie posługują się swoim własnym językiem, jeszcze bardziej skomplikowanym i niezrozumiałym niż kataloński. Język baskijski jest najstarszym europejskim językiem i tak naprawdę trudno powiedzieć skąd się wywodzi. Z mojego doświadczenia sprzed lat, kiedy to poleciałam do Barcelony, przygotowana byłam na najgorsze. Trzy lata temu, będąc w stolicy Katalonii, wówczas niewiele znając język hiszpański (jedyne co potrafiłam powiedzieć to: „Hola! Soy Klaudia y soy polaca, tengo 26 anos” – bardzo zaawansowany poziom, nie powiem 😉 ), byłam święcie przekonana, że będę mogła dogadać się po angielsku – jak to zazwyczaj bywa za granicą w europejskim kraju. A tutaj niespodzianka, bo mało kto potrafił powiedzieć poprawnie jedno zdanie w tym języku. Przeżyłam wtedy podwójny szok kulturowy – nie dość, że wszystko było po katalońsku (nazwy ulic, menu w restauracjach, itp.), to na dodatek młodzi (!) ludzie nie potrafili sklecić zdania w najczęściej używanym języku świata! Dlatego też przybywają na tereny Kraju Basków, liczyłam się z tym, że jedynym skutecznym językiem, w którym będę w stanie się posługiwać to mowa ciał, intensywna gestykulacja i ekspresyjna mimika twarzy. A tu kolejna niespodzianka, bo baskijskiego nie uświadczysz tam na ulicach czy w restauracjach! Musiałam się bardzo wysilić, żeby podsłuchać rozmowę w tymże dziwacznym dla mnie języku. A byłam wielce zainteresowana brzmieniem tegoż tajemniczego, prastarego dialektu. W końcu udało mi się go usłyszeć od rodowitego Baska i powiem Wam, że nie ma nic wspólnego z pięknym i melodyjnym hiszpańskim , a język polski (który należy do czołówki najtrudniejszych języków świata) na jego tle to pikuś 🙂

Do Kraju Basków przybyłam kilka dni po referendum, które odbyło się w Katalonii i zamieszanie z tym związane z tym wydarzeniem było świeże. Jak wiadomo, Baskowie od dawna  mają zapędy niepodległościowe, dlatego wszędzie widoczne były flagi baskijskie, a tuż obok nich katalońskie – jako wyraz  wsparcia i poparcia dla tego regionu. Co więcej, na Starym Mieście wszędzie widoczne były różne napisy i graffiti podżegające tamtejsze społeczeństwo do działania i „budowania” własnego państwa. Historia Kraju Basków nie należy do chlubnych. Wszyscy zapewne słyszeliśmy o organizacji terrorystycznej ETA, która jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 15-20 lat temu terroryzowała całą Hiszpanię. Teraz jest tam całkowicie spokojnie i absolutnie nie czułam żadnego zagrożenia związanego z zamachami terrorystycznymi sprzed lat. Wręcz przeciwnie, czułam się tam całkowicie bezpiecznie.

Kiedy pomyślę o Bilbao, dokładnie tak wyobrażam sobie nowoczesne miasto przyszłości. Wszystko jest starannie zaplanowane, uporządkowane, kosztownie zaprojektowane i wykonane – nie ma miejsca na zbędne rzeczy czy niedociągnięcia. W przypadku Bilbao motywem przewodnim jest morze i wszystko, co z nim związane. Co prawda miasto to nie znajduje się bezpośrednio nad morzem, ale można tam dojechać w przeciągu 30 minut. Sama nie zdawałam sobie do końca sprawy, dopóki nie zwrócono mi uwagi na niektóre szczegóły. Wszędzie widoczne są motywy statków, masztów, łańcuchów, lin żeglarskich, itp.

Z drugiej jednak strony Bilbao posiada niezwykle klimatyczną starówkę z cudowną architekturą. Tak jakby miasto posiadało dwie zupełnie różne dusze, ale tworzące spójną całość. Poza interesującymi budynkami, możemy zobaczyć inne atrakcje, jak teatr, kościoły czy inne budynki z klimatem.

Oczywiście największą atrakcją, a zarazem wizytówką miasta jest muzeum sztuki współczesnej, czyli Muzeum Guggenheima. Jak na nowoczesny budynek przystało (dla mnie budynek przyszłości), powyginany jest ze wszystkich stron. Ma on powierzchnię 24 000 m². Zbudowany jest m.in. z blachy tytanowej i szkła. Ma dynamiczną formę, składa się z powyginanych elementów, falistych linii i płynnych form. Całość robi oszałamiające wrażenie, a jeszcze o zachodzi słońca, kiedy promienie odbijają światło, jeszcze bardziej podkreślając rangę tego miejsca.

Dla mnie niezbyt zrozumiałe były dwie rzeczy w tym miejscu. Po pierwsze: od frontu muzeum znajduje się ogromna, kolorowa i słodka instalacja (rzeźba) pieska, zwana po prostu „Puppy”. Wykonana jest ze stali nierdzewnej, gleby oraz roślin kwitnących. Z kolei na tyłach budynku straszy przeogromna rzeźba pająka, zwanej „Mama”. Ja panicznie boję się tych insektów (powiem nawet, że ocieram się chyba o arachnofobię)  i moją pierwszą myślą po ujrzeniu tejże atrakcji było: „uciekać gdzie pieprz rośnie – byle dalej od tego ohydnego stwora”. „Mama” jest naprawdę ogromna i wygląda naprawdę przerażająco realistycznie. Kiedy jednak oswoiłam się z jej postacią, krążąc wokół niej niczym sęp, dojrzałam coś, co mnie i zniesmaczyło, i przeraziło. W środku swojego odwłoka miała umieszczone… jaja! Wyglądało tak, jakby miała je za chwilę gdzieś znieść. No cóż, tamtejsi architekci maja bardzo bujną wyobraźnię i zadbali o każdy (przerażający) szczegół tego pająka-giganta. Jak wspomniałam wcześniej, taka koncepcja nie do końca przypadła mi do gustu i według mnie takie połączenie gryzie się ze sobą. Ale kimże ja jestem, aby to oceniać? Poza tym, co ja tam się znam na sztuce nowoczesnej? 🙂

Duże wrażenie robią także mosty, z których każdy jest zupełnie inny. I tak mamy „pokrzywiony” most, drewniany, „normalny”, ale także taki z kosmosu, który w nocy świeci na czerwoni-biało dając wrażenie, że zaraz wystartuje i odleci w odległą galaktykę.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownym i kolorowym streetarcie 🙂

Nie muszę specjalnie nikomu przypominać, że jestem wielkim żarłokiem, co zapewne ostatnio po mnie widać 🙂 A jeśli chodzi o hiszpańskie jedzenie, to wręcz uzależniłam się od niego. Jednak  to, co spróbowałam (i zobaczyłam) w Bilbao, przeszło moje najśmielsze kulinarne oczekiwania (i doznania)! A mowa oczywiście o pintxos, czyli baskijskiej odpowiedzi na popularne w pozostałej części Hiszpanii tapas. Czymże są te tajemnicze przekąski, od których tak się uzależniłam? Są to małe kanapeczki, które zwykle leżą na ladzie baru, po kilka sztuk danego rodzaju na talerzu. Klienci po prostu podchodzą i wybierają te, na które mają ochotę. Nie ma żadnych reguł co do kombinacji składników. Liczy się inwencja osoby, która je przyrządza, a także ich całościowy smak oraz świeżość produktów. A trzeba przyznać, że baskijscy kucharze są prawdziwymi artystami w kuchni, no sami zobaczcie! 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Ochryda. Perła Macedonii

Do Ochrydy wybierałam się z lekką niepewnością i pewnymi obawami. Kiedy przemieszczam się między hiszpańskimi miastami nie mam żadnych obaw, gdyż potrafię się porozumieć  po hiszpańsku. Jednak będąc w kraju, w którym nie zna się języka, a tym bardziej alfabetu (cyrylica) przyznam szczerze, że nieco spanikowałam. Zastanawiałam się nawet, czy nie zostać dłużej w Skopje zamiast jechać na drugi koniec kraju. Na szczęście w porę się opanowałam, uspokoiłam i dokładnie przemyślałam sprawę. Następnego dnia kupiłam bilet, wsiadłam w autobus i odjechałam w stronę Jeziora Ochrydzkiego.

Ochryda jest przepięknym miastem z burzliwą i barwną historią, interesującymi zabytkami i znakomitym zapleczem turystycznym. Pomimo, że jest niewielkim miasteczkiem, liczącym zaledwie 55 tys. mieszkańców, jest prawdziwą letnią stolicą Macedonii, do której zjeżdża niemal cała elita kraju. Jest to także najpopularniejszy kurort na całych Bałkanach. Nie ma żadnych wątpliwości, że Ochryda jest jednym z najciekawszych, najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc w Macedonii. Fascynująca, wielowiekowa tradycja, zabytki przeszłości, życzliwi ludzie, przepiękna przyroda, ciepłe i przejrzyste wody Jeziora Ochrydzkiego – wszystko to sprawia, że Ochryda może kwalifikować się do miana kolejnego raju na ziemi 🙂 A pewnym jest, że pobyt w tym miejscu będzie niezapomnianym przeżyciem.

W 1980 roku miasto wraz z jeziorem zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO, i jak do tej pory jest jedynym tego typu miejscem w Macedonii. Głównym uzasadnieniem włączenia Ochrydy na Listę była jej długa i bogata historia, najstarszy słowiański klasztor św. Pantelejmona oraz kolekcja ponad 800 bizantyjskich ikon z okresu XI-XIV w., która jest drugim pod względem wielkości takim zbiorem na świecie (po moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej). Ciekawostka jest, że Ochryda to jeden z 28 obiektów pod patronatem UNESCO, który wpisano na Listę zarówno ze względu na jego warunki kulturowe, jak i przyrodnicze.

Jednym z najcenniejszych zabytków Ochrydy jest cerkiew św. Zofii. Jest to przepiękny zabytek średniowiecznego budownictwa sakralnego, a jednocześnie jedna z największych świątyń chrześcijańskich w Macedonii. Główny gmach cerkwi został wzniesionyw Xi w., natomiast wiele zewnętrznych elementów dobudowano w późniejszych czasach. Cerkiew św. Zofii uważa się, że była carską cerkwią w czasach, kiedy car Samuil przeniósł stolicę swego państwa z Prespy do Ochrydy. W czasie panowania tureckiego została zmieniona w meczet – freski zamalowano wapnem, z północnej strony cerkwi dobudowano minaret. Na szczęście udało się odsłonić część średniowiecznych malowideł.

Na wzgórzu Plaosznik wznoszącym się ponad Ochrydą, znajduje się cerkiew św. Pantelejmona i Klimenta. Jest to nowa świątynia, której budowę zakończono w 2002 roku. Stoi ona na fundamentach klasztoru św. Pantelejmona z 893 r. część fundamentów została wyeksponowana, można je zobaczyć przez szyby w podłodze cerkwi. Pod świątynią znajduje się przypuszczalny grób św. Klimenta z 916 r., który został tam umieszczony na jego własne życzenie. Jednak historia tego miejsca sięga znacznie głębiej w przeszłość – klasztor został wybudowany na fundamentach jeszcze starszej, chrześcijańskiej bazyliki z okresu IV-Vi w.

Wracając ze wspomnianego wcześniej wzgórza, dotrzemy do pozostałości antycznego teatru. Jest to jedyny zachowany w Macedonii teatr z czasów helleńskich; inne, które odkryto, pochodzą z czasów późniejszego okresu panowania rzymskiego. Co ciekawe, zabytek wciąż służy jako scena, na której odbywają się przedstawienia i występy artystyczne.

Innym ciekawym obiektem w Ochrydzie jest twierdza cara Samuila. Przypuszcza się, że już w czasach starożytnych istniały w tym miejscu fortyfikacje wykorzystywane do obrony przed najazdami. Twierdza należy do największych średniowiecznych zamków Macedonii. Duże wrażenie robi brama główna, jeden z niewielu dobrze zachowanych elementów średniowiecznej budowli. Prowadzone na terenie twierdzy badania archeologiczne zaowocowały kilkoma spektakularnymi znaleziskami – m. in. antyczną złotą maską oraz drobniejsze przedmioty wykonane ze srebra i złota.

Bez wątpienia jednym z najbardziej malowniczych i najpiękniejszych miejsc w Ochrydzie jest położona na skalnym cyplu cerkiew św. Jowana Kaneo. Stojąca na wysokim brzegu Jeziora Ochrydzkiego cerkiew jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Macedonii. Jeśli zdarzy Wam się przeglądać foldery turystyczne czy inne materiały reklamowe o Macedonii, z całą pewnością cerkiew ta pojawi się na 100%. Nie ma co się dziwić, gdyż krajobraz jest naprawdę niesamowity: niewielka średniowieczna cerkiewka stojąca nad brzegiem urwiska, z którego rozciąga się wspaniały widok na błękitne i bezchmurne niebo oraz czyste i spokojne wody jeziora. Ten widok z pewnością zostanie mi w pamięci do końca życia.

Przechadzając się po uliczkach miasteczka, natrafimy na wiele stoisk sprzedających tzw. ochrydzkie perły, które stanowią rzemieślniczy znak rozpoznawczy rejonu. Wytwarzane są z łusek tutejszego endemicznego gatunku ryb zwanego plaszica, ale dokładny sposób obróbki pozostaje tajemnicą poszczególnych, zazwyczaj rodzinnych zakładów.

Ochryda jest miastem unikatowym nie tylko w Macedonii, ale także na całych Bałkanach. Warto tu przyjechać, by poczuć atmosferę, przespacerować się pełnymi uroku starymi uliczkami, zajrzeć do którejś z licznych cerkiewek albo po prostu rozkoszować się wspaniałą przyrodą, dobrym winem oraz czystą, ciepłą wodą Jeziora Ochrydzkiego.

Po nieco kiczowatym i sztucznym Skopje (Skopje. Stolica inna niż wszystkie), Ochryda zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Te klimatyczne uliczki, interesująca architektura, czyste wody jeziora no i TEN słynny widok na klasztor św. Jowana Kaneo, który tak naprawdę zwabił mnie do Ochrydy. Żałowałam, że spędziłam tam tylko jeden dzień. Z całą pewnością wrócę tam jeszcze na dłużej, mam nadzieję, że w przyszłym roku. Gdybym jednak się rozmyśliła i nie pojechała jednak wiem, że gorzko bym tego żałowała. Sami powiedzcie, gdybyście stracili takie widoki, sumienie by Was nie gryzło? 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Split. Jeden dzień w stolicy Dalmacji

Z racji tego, że za miesiąc wybieram się w następną podróż, między innymi właśnie do Chorwacji,  naszło mnie na sentymenty i wspominki. W Splicie byłam prawie 4 lata temu i do tej pory miło wspominam ten wyjazd, a zdjęcia sprawiają, że serce mocniej mi bije. Co prawda spędziłam tam niecały dzień, ale chyba więcej nie potrzeba. Także za miesiąc znowu zawitam do tego cudownego miasta i już odliczam dni!

Chorwacja słynie z niezliczonych plaż, klifów, zatoczek i wysp. Przejrzyste lazurowe wody Adriatyku można godzinami podziwiać z pokładu statku lub żaglówki. Niekończące się gaje oliwne, stare portowe miasteczka o pięknej architekturze i śródziemnomorska kuchnia, która cieszy podniebienia nie tylko miłośników owoców morza – to tylko część powodów, dla których warto spędzić tutaj wakacje. Nic dziwnego, że kraj ten każdego roku szturmem oblegany jest przez Polaków (i nie tylko). Czyżby był to nowy raj na ziemi?

Jest to drugie co do wielkości chorwackie miasto i jednocześnie stolica Dalmacji. Jego historia sięga starożytności i jest ważnym ośrodkiem administracyjnym, gospodarczym i komunikacyjnym. Miasto zasłynęło dzięki pozostałościom gigantycznego pałacu rzymskiego z lat 295-305, wybudowanego dla cesarza Dioklecjana. W późniejszych stuleciach miasto znajdowało się pod panowaniem Bizancjum oraz Chorwacji. W średniowieczu cieszyło się znaczną autonomią, dzięki czemu mogło rozwijać się gospodarczo. Za czasów Wenecjan w obawie przed tureckimi atakami wzniesiono mury obronne. Po II wojnie światowej nastąpił gwałtowny rozwój przemysłu, dzięki któremu miasto jest obecnie jedną z największych chorwackich metropolii.

Największą atrakcją miasta jest bez wątpienia pałac Dioklecjana, który na przestrzeni wieków został tak zniszczony, że dzisiaj właściwie go nie widać. Warto wiedzieć, że obecne kamienne uliczki starówki były kiedyś korytarzami kolosalnego pałacu, a placyki komnatami. Pałac wzniesiono z kamienia z wyspy Brać, jak również z włoskich i greckich marmurów, a dla ozdoby sprowadzono z Egiptu sfinksy wyrzeźbione w XV w. p. n. e. Całość otaczały mury obronne mające do 26 m wysokości.

Znajdująca się na północy kompleksu Złota Brama była głównym wejściem do budowli. Za nią znajduje się pomnik Grugura Ninskiego, biskupa Ninu w X w. , który odprawiał liturgię w języku chorwackim. Statua jest jedną z wizytówek miasta, stworzoną przez Ivana Mestrovica. Legenda mówi, że dotknięcie dużego palca u lewej nogi przynosi szczęście. Nic dziwnego, że jest on tak wytarty przez przyjezdnych.

Od wschodniej strony pałacu znajduje się katedra św. Dujama, które początkowo było ośmiokątnym mauzoleum Djoklecjana. Wejście znajdowało się w miejscu obecnej dzwonnicy, a pilnowały go cztery egipskie sfinksy i lwy. Jeszcze kilka lat temu oryginalny sfinks z ok. II tysiąclecia p. n. e., stał przed katedrą narażony na deszcz, upał i dotyk ciekawskich turystów. Dopiero niedawno poddano go konserwacji, a na jego miejscu umieszczono kopię. Wysoka biała dzwonnica o koronkowej konstrukcji była wznoszona w stylu romańskim. Z dzwonnicy roztacza się cudowny widok na starówkę i okolicę.

Pod murami dawnego placu rzymskiego ciągnie się Obala hrvatskog narodnog preporoda, czyli nadmorska promenada, potocznie nazywana Rivą. Z jednej strony ciągnie się nad portowymi wodami miasta, z drugiej zamknięta jest pięknie zadbanymi wysokimi palmami i górującym nad okolicą Pałacem Dioklecjana. Jest miejscem popołudniowych i wieczornych spacerów zarówno mieszkańców miasta, jak i turystów. Wzdłuż niej znajdują się kawiarenki gdzie można usiąść i cieszyć się słońcem i widokiem.

Będąc w Splicie nie można pominąć tamtejszej mariny. Cumują w niej statki z całego świata, różnych rozmiarów, od żaglówek, przez jachty, aż po ogromne statki pasażerskie. Niesamowity widok!

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Po co mi te podróże?

Nie będę pisać o zaletach podróżowania, bo powstało na ten temat miliony artykułów, a nawet całe księgi. Wiem też, że niektórzy nie lubią podróżować w żaden możliwy sposób, a opuszczenie swojego miejsca zamieszkania jest dla nich najgorszą karą. Nie potrafię tego zrozumieć, ale z trudem akceptuję taki stan rzeczy. Ja całkowicie uzależniłam się od podróżowania. Świat jest taki piękny i interesujący, że nie sposób usiedzieć na jednym miejscu!  Każdy swój grosz wydaję na podróże 🙂 Wychodzę z założenia, że jest to wspaniałe uzależnienie 🙂 Kiedy wracam z jednej wojażki, już w myślach planuję kolejną. Chociaż za każdym razem wracam padnięta i cieszę się, że mogę posiedzieć trochę w ciszy i spokoju we własnym domu, to jednak chwilę potem już nie mogę znaleźć sobie miejsca. Tak było ostatnio, gdy wróciłam z Macedonii. Ledwie weszłam do domu, z przyrzeczeniem, że nie ruszam się z niego do końca tygodnia (tylko do pracy). Rozpakowałam się, wstawiłam pranie, zasiadłam przed komputerem by nadrobić zaległości. Po godzinie nie mogłam usiedzieć już na miejscu. Zadzwoniłam do kilku znajomych i wyciągnęłam ich na spacer. Tyle mnie widzieli we własnym M1. No i to by było na tyle jeśli chodzi o moją silną wolę i postanowienia 🙂

Mojej mamie mówię jeden, dwa dni przed podróżą, że wybieram się w dane miejsce. Nie chcę jej ani denerwować, ani nie chcę, żeby ona mnie denerwowała i stresowała, bo zawsze kreuje czarne scenariusze. Niestety przed wyjazdem do Macedonii popełniłam ten błąd i powiedziałam jej o moich planach na tydzień przed wyjazdem. Potem musiałam znosić najpierw codzienne telefony mające na celu wyperswadowani mi tego szalonego pomysłu, a potem codzienne telefoniczne meldowanie się, czy nadal żyję. Jak widać przeżyłam i mam się znakomicie 🙂 Już dawno temu nadała mi przydomek „powsinoga”, ale najwidoczniej nadal nie potrafi zaakceptować, że tak faktycznie jest 🙂

Ale tak, to szczera prawda, stuprocentowa ze mnie „powsinoga”. Nie potrafię usiedzieć długo w jednym miejscu. Na samą myśl o wczasach all inclusive robi mi się niedobrze. Oczywiście rozumiem ludzi, którzy w ten sposób odpoczywają i nikogo nie mam zamiaru krytykować czy oceniać. Sama tak przecież podróżowałam i pewnie kiedyś jeszcze będę się relaksować w taki sposób. Po prostu takie poznawanie świata, na tym etapie mojego życia, nie jest dla mnie. Owszem, lubię plażować i zażywać kąpieli słonecznych na piaszczystych plażach, ale więcej niż dwa dni nie wytrzymam. Po prostu uwielbiam jak coś się dzieje, jak zmieniają się miejsca, krajobrazy i ludzie. Dlatego też lecąc do danego kraju, przemieszczam się miedzy miastami. Organizuję sobie czas w taki sposób, żeby jak najwięcej zobaczyć. I prawda, że z każdym razem przeklinam siebie w duchu, że po co mi to było, że ciągle gdzieś w drodze, że nie ma czasu na naładowanie baterii. I za każdym razem obiecuję sobie, że moja następna podróż będzie do miejsca (np. do mojej ukochanej Barcelony), w którym będę mogła połączyć i odpoczynek, i odkrywanie ciekawych miejsc. Jak już wcześniej wspomniałam jak to bywa z moją silną wolą 🙂 Wracam do Warszawy fizycznie jeszcze bardziej zmęczona niż wyjechałam, ale za to psychicznie „zresetowana”. Ale przecież o to w tym chodzi 🙂

Podróżowałam na wiele sposobów: wczasy all inclusive, wycieczki zorganizowane, romantyczne podróże z ukochanymi,  wypady z paczką przyjaciół, wyjazdy z koleżankami, wojaże solo. Muszę przyznać, że ten ostatni sposób jest moim ulubionym 🙂 Nie znaczy to jednak, że jestem aspołeczna i nie chcę już nigdy mieć towarzysza podróży. Nie. Lubię podróżować z kimś, ale jednak podróże solo (proszę nie mylić z samotnymi) są z perspektywy czasu najlepszym dla mnie rozwiązaniem. Na tym etapie mojego życia.

Jak to wszystko się zaczęło? Jeszcze dwa lata temu na samą myśl o podróży w pojedynkę dostawałam gęsiej skórki. Jak to sama? Przecież to ani bezpieczne, ani przyjemne. Planując każdą podróż, brałam pod uwagę swoich znajomych, pytając ich czy nie chcieliby pojechać gdzieś razem ze mną. Początkowo wszyscy bardzo entuzjastycznie podłapywali temat: „Tak Klaudia! Pewnie! Jedziemy, będzie fajnie!”. No to super, myślałam. Jednak kiedy przyszedł moment zakupu biletów lotniczych lub organizacji wyprawy, nagle ta entuzjastycznie nastawiona osoba albo już jednak nie chce tam jechać, albo nie może bo w pracy problemy, albo nie ma pieniędzy, albo ma już coś zaplanowane w tym terminie, albo właśnie z kimś się związała i nie wyobraża sobie kilkudniowej rozłąki. Zawsze coś… Basta! – rzekłam któregoś dnia. Nie chcę tracić swojego życia i nie zaprzestanę spełniać swoich marzeń, tylko dlatego, że ktoś nie ma ochoty, albo nie może mi towarzyszyć! Jestem silną osobą (co prawda trochę panikarą) i dam sobie radę. No i tak któregoś dnia kupiłam swój pierwszy bilet lotniczy bez konsultacji z kimkolwiek. Na pierwszy raz wybrałam swoją ukochaną Hiszpanię, a konkretniej Andaluzję. Gdy zbliżał się termin mojego wyjazdu, nie będę ukrywać – otarłam się o panikę, a wręcz histerię. Stres był nieziemski, bo na samą myśl o tej podróży o mało co nie mdlałam. Również dlatego, że miałam w tamtym okresie trochę osobistych zawirowań w życiu. Wówczas większość osób odradzała mi mój wyjazd, ale ja twardo mówiłam, że nic nie zniszczy mi mojego planowanego od pół roku cudownego urlopu. Z dokładnie zaplanowaną trasą, z wydrukowanymi mapami konkretnych dojazdów i dokładnego godzinowego rozkładu, niemalże rozrysowanymi wykresami mojej wyprawy, dotarłam na hiszpańską ziemię 🙂 Pamiętam, że do Sewilli przybyłam późnym wieczorem, więc musiałam przemierzyć miasto po ciemku. Na dodatek moja mapa wskazywała drogę przez jakiś ciemny park. „No trudno, jak zginę to przynajmniej w cudownym miejscu” – taka myśl wtedy mi towarzyszyła 🙂 Nie będę wspominać, że dotarłam do hotelu cała i zdrowa, a moja rozbuchana wyobraźnia za każdym razem coraz bardziej mnie zaskakuje 🙂 Tak, wiem – też teraz zrywam z tego boki 😀 No cóż, każdy pierwszy raz jest trudny 🙂 Jednak z każdą kolejna podróżą solo było już coraz lepiej.

Nie bez powodu wybrałam Hiszpanię jako cel mojej pierwszej solowej podróży. Poza sprawdzeniem własnych możliwości psycho-fizycznych, chciałam także poddać ocenie swoje umiejętności językowe, gdyż od jakiegoś czasu uczę się hiszpańskiego. Co prawda nadal nie zdołałam jeszcze opanować tego języka na satysfakcjonującym mnie poziomie, ale nie jest źle 😀 W końcu odważyłam się komunikować z „żywym” językiem hiszpańskim na obcej ziemi, a dla kogoś, kto posiada ogromną barierę językową, jest to nie lada wyczyn! Jednak ci, którzy byli w Andaluzji doskonale wiedzą, że to wyższy stopień hiszpańskiego, nie do końca zrozumiały nawet dla Hiszpanów z innych części kraju. Inną sprawą było to, że każdy kto widział bladolicą blondynkę, z automatu zaczynał rozmawiać ze mną po angielsku! A ja jak na upartego odpowiadałam po hiszpańsku, jednak moi rozmówcy pozostali niewzruszeni. No więc była to taka pogawędka w bardzo popularnym języku, zwanym Spanglish 🙂 Mimo wszystko odważyłam się i jestem z siebie dumna 🙂 Jest jeszcze jeden powód, dla którego wybrałam wtedy Hiszpanię. Zakładając najgorsze i rysując czarny scenariusz, że gdyby coś nie wyszło po mojej myśli, albo przydarzyło się coś przykrego, miałam wówczas w Maladze znajomego, który służył swoją pomocą i gościną. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, ale z moim „profe” i tak się spotkałam – na piwo i pogaduchy 🙂

Mimo to, że coraz częściej podróżuję sama, to nigdy nie jestem… sama 🙂 Chociaż (tak mi się wydaje) nie wyglądam na tzw. „sierotkę Marysię”, to i tak zawsze widząc blondwłosą dziewczynę samą, ludziom włącza się tryb pomocy 🙂 Mam to szczęście, że zawsze poznaję wspaniałych ludzi, którzy są mili i zawsze służą wsparciem. Jeśli chodzi o lokalsów, to bardzo chętnie oprowadzają po mieście i pokazują swoje ulubione miejsca, albo takie, o których mało kto wie. Zaprowadzą do swoich ulubionych barów, powiedzą gdzie iść dobrze zjeść, a  od które knajpy omijać szerokim łukiem. Pomogą sprawdzić rozkład jazdy autobusów, kiedy nie rozumiesz miejscowego języka, a angielski nie jest tam popularny. Nawet jeśli nie ma okazji spotkać się z miejscowymi, to w hostelach można nawiązać bardzo cenne i interesujące znajomości pośród innych globtroterów 🙂 Wymienić się swoimi doświadczeniami i opowieściami „z drogi”.

Wiem, co sobie pomyślicie – ale wyczyn jechać gdzieś samej tutaj, w Europie. Wiem, żadne to wybitne osiągnięcie. Mam znajomych, którzy sami jeżdżą po całym świecie i bynajmniej nie leniuchują w kurortach turystycznych, tylko wędrują także po niebezpiecznych zakątkach naszego globu. I nie mówię tu tylko o silnych i odważnych przedstawicielach płci męskiej, o nie. Mam wiele koleżanek – filigranowych, drobnych i wiecznie uśmiechniętych blondynek, które same podróżują np. po Ameryce Południowej czy Azji. Dla mnie to jest wielki wyczyn! Podziwiam je ogromnie, bo ja jako panikara, nie wyobrażam sobie tego. Na chwilę obecną. Za kilka miesięcy mogę już myśleć zupełnie inaczej, to wszystko kwestia psychiki i pokonania wewnętrznej bariery. Każdy z nas ma swój próg, swoją granicę, którą krok po kroku przekracza. Ja zaczęłam ją przekraczać w Hiszpanii, teraz odważyłam się przybywać do krajów, w których nie znam języka, co więcej – nawet nie potrafię odczytać alfabetu! Łatwo nie jest, ale na pewno jest bardzo interesująco! 🙂

Mimo tego, że coraz odważniej podróżuję po Europie, to nadal mam obawy wyruszyć gdzieś dalej sama. Ostatnio pojawiły się bilety lotnicze za grosze do Ameryki Południowej – mojego największego podróżniczego marzenia. Byłam o krok od zakupu lotów, ale jednak w ostatniej chwili stchórzyłam… Wiem – kiedyś trzeba się odważyć i wiem, że kiedyś to zrobię. Widocznie to jeszcze nie mój czas 🙂

Co mi dają takie podróże? Przede wszystkim jest to dla mnie prawdziwa lekcja życia. Wtedy, niecałe dwa lata temu, gdy postanowiłam lecieć do Andaluzji, chciałam sprawdzić, jak poradzę sobie w takiej sytuacji. Sama. I tak, poradziłam sobie i świadomość tego jest cudowna. Przekroczyłam własną barierę, przede wszystkim psychiczną, z czego jestem cholernie dumna. Bo wiem, że udźwignę ten ciężar 🙂 Poza tym daje mi to całkowitą wolność, bo podróżując sama mam możliwość  wyboru. Poza tym mam czas, żeby pomyśleć i poukładać sobie w głowie pewne sprawy, a także zupełnie inaczej spojrzeć na daną kulturę czy miejsce. Powiem tylko jedno: podróżowanie jest wspaniałe! Ja mam zamiar robić to do momentu, aż zdrowie i finanse na to pozwolą 🙂 A mam nadzieje, że taki stan rzeczy będzie trwał do końca mych dni 🙂

Skopje. Stolica inna niż wszystkie

Do Skopje ciągnęło mnie od jakiegoś czasu. Nie wiem, dlaczego właśnie akurat do tego miasta, ale wydawało mi się takie inne, byłam ciekawa tego, co o nim pisali – a słyszałam różne opinie. Postanowiłam osobiście to sprawdzić. Nigdy nie byłam na Bałkanach (poza Chorwacją z dużą grupą osób kilka lat temu) i ta część Europy wydawała mi się taka nieokiełznana, inna, fascynująca a wiadomo – wszystko co nieznane jest dla nas kuszące 🙂 Jeszcze 2 lata temu jak ktoś zaproponował mi wyjazd na Bałkany, kręciłam głową z niesmakiem. Przed wyjazdem, napisałam zapytanie do moich znajomych, którzy byli tam kilkanaście dni przede mną, żeby zrobić rozeznanie czego mam się spodziewać. Jednak nie było to rozsądne z mojej strony, gdyż przez to o mało co nie zrezygnowałam z urlopu 😀  Usłyszałam, że tam niebezpiecznie, żebym nie chodziła sama, że nie mówią po angielsku, że protestują cały czas, że zamieszki… No to pięknie, pomyślałam. To spędzę swój urlop w hotelowym pokoju, bo ja – chojrak nie potrafię się bronić w razie ataku ze strony nieprzyjaciela, nie znam języka rosyjskiego, tym bardziej macedońskiego (nie potrafię nawet czytać cyrylicy!) to jak ja sobie tam poradzę?? Zapowiadał się interesujący wyjazd 😀 Moja mama dowiedziawszy się, że znowu lecę gdzieś sama, wpadła w histerię. No bo jak to znowu sama? I jeszcze tam?!?! Przecież tam wojna jest (bo Macedonia ponad 20 lat temu należała do Jugosławii, a – według niej – tam nadal wszędzie się strzelają), że mnie porwą i zabiją (wtedy głośna była sprawa zamordowanej Polki, która sama poleciała do egipskiego kurortu). Groziła, prosiła, krzyczała, błagała – no nic nie pomogło, pozostałam niewzruszona. Ba! Zapowiedziała nawet, że zadzwoni do mojego kierownika i zabroni mu dawać mi urlop! 😀 Zdenerwowana i lekko spanikowana (a codzienne telefony mojej mamy nie pomagały mi się zrelaksować) wykupiłam ubezpieczenie turystyczne (co jest nowością, bo rzadko kiedy to robię), zarejestrowałam się na stronie MSZ-u (żeby było wiadomo gdzie szukać moich zwłok) i następnego dnia wyruszyłam w kierunku Skopje. Hej przygodo! 🙂

Po wylądowaniu w Skopje wpadłam w lekką panikę. Coś dziwnego stało się z moim operatorem, gdyż nie mogłam połączyć się z siecią i nie mogłam zadzwonić do mamy oznajmić jej, że (na razie) jestem cała i zdrowa. Nigdy nie miałam takiego problemu, zawsze automatycznie mnie przełączało, a tym razem musiałam zrobić to ręcznie. W każdym razie chwile grozy zostały szybko zażegnane 🙂 Już na lotnisku powitał mnie (jeden z wielu) wielki pomnik Wielkiego Wojownika – Aleksandra Macedońskiego 🙂 Jeśli chodzi o postać Aleksandra, to jest on źródłem konfliktu między Macedończykami a Grekami, którzy roszczą sobie prawo do traktowania Aleksandra jako własnego bohatera narodowego. Dlatego fontanna z monumentalną rzeźbą znajdująca się na centralnej części Placu Macedońskiego, oficjalnie nazywa się „wojownik na koniu”, ale wiadomo kogo ona przedstawia. Postanowiono nazwać ją w neutralny sposób, aby nie wzbudzać protestów właśnie ze strony Greków.

Skopje jest bardzo nietypową stolicą. W 2010 r. przedstawiono plany dotyczące monumentalnego projektu, który zakładał transformację miasta na nietypową wręcz skalę. Projekt „Skopje 2014” zakładał renowację starych oraz wzniesienie nowych budynków użyteczności publicznej oraz pomników ku czci najważniejszych postaci historycznych tego kraju. Architektura większości budynków to wizje iście futurystyczne lub w monumentalny sposób nawiązujące do architektury klasycznej, z kolei lokalizacja pomników nie ogranicza się do centralnych punktów miasta. Są one dosłownie wszędzie, można odnieść wrażenie, że zostały wrzucone w strukturę miasta bez żadnego ładu i składu. Zamiast początkowo planowanych 40 nowych obiektów wzniesiono… 132, a na same pomniki wydano ponad 35 milionów euro, zaś całkowity budżet (do lata 2015 r.) całego przedsięwzięcia Przekroczył 560 mln euro! A szkoda, bo takie pieniądze mogłyby być zdecydowanie lepiej zagospodarowane, gdyż w pewien sposób kraj ten nadal podnosi się z gruzów swej jugosłowiańskiej przeszłości. Poza tym Macedonia świadomie prowokuje swojego południowego sąsiada. Eksponowanie postaci Aleksandra Wielkiego czy tak oczywiste stosowanie klasycznego stylu architektury, nawiązuje do osiągnięć starożytnej Grecji, co nie jest dobrze odbierane przez rząd w Atenach, a Macedończycy są oskarżani przez Greków o przywłaszczanie sobie historii ich kraju.

Funkcję centrum miasta pełni przestronnie i ładnie zagospodarowany plac Macedoński. Centralną jego część zajmuje fontanna z monumentalną rzeźbą z brązu przedstawiająca wojownika na koniu (taka jest oficjalna nazwa), która przedstawia postać Aleksandra Macedońskiego.

Wokół placu Macedońskiego ora po obu stronach Kamiennego Mostu, można odnaleźć szereg innych budzących ciekawość pomników. Znajdują się tutaj m. in. siedzący na tronie car Samuil, działacz i prezydent ASNOM Metodija Andronow-Czento czy także zasiadający na tronie cesarz Justynian. Dla mnie poszukiwanie tych pomników było tak samo fascynujące, jak znajdowanie wrocławskich krasnali 🙂

Na wschód od placu Macedońskiego wznosi się budowla, która ma stanowić jeden z symboli Skopje – Porta Macedonia, czyli sporych rozmiarów łuk triumfalny. Ma on symbolizować 20 lat macedońskiej niepodległości. Na jego fasadzie umieszczono liczne płaskorzeźby przedstawiające sceny z historii Macedonii, m. in. z udziałem Aleksandra Macedońskiego, co oczywiście nie spodobało się rządowi w Atenach.

Nad rzeką Wardar przerzucony jest Kamienny Most, będący jednocześnie jednym z charakterystycznych punktów Skopje, a także element jego herbu. Prawdopodobnie został wybudowany za czasów panowania tureckiego sułtana Mehmeda Zdobywcy w drugiej połowie XV wieku. Po obu jego stronach znajdują się wyrzeźbione postacie Goce Dełczewa i Dame Gruewa, a także statuty świętych Cyryla i Metodego oraz Klemensa i Nauma. Most łączy nową część miasta ze Starą Czarsziją i jest jedną z kilku budowli, które nie zostały zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi w 1964 r.

Po drugiej stronie Kamiennego Mostu mija się wielką, nową fontannę z monumentalnymi czterema posągami przedstawiającymi macierzyństwo. Dalej stoi kolejna ogromna rzeźba wojownika – Filipa II, ojca Aleksandra Macedońskiego.

Za tymi atrakcjami pojawia się Stara Czarszija, czyli serce Skopje, jego najciekawsza i najpiękniejsza część. Według zapisków wielu podróżników, tutejsza czarszija należała w XVI i XVII w. do najwspanialszych i największych na całych Bałkanach. Później była wielokrotnie niszczona m. in. przez wielkie pożary. To właśnie tu mieści się najwięcej interesujących zabytków oraz ciekawych i wartych obejrzenia miejsc. Jest tu także sporo restauracji i kawiarenek, gdzie można spróbować pysznych lokalnych specjałów (mój faworyt to sopska salata), wypić piwo bądź filiżankę mocnej kawy.

Ale Skopje to nie tylko „nowoczesna starówka” i Stara Czarszija. Jest również wiele innych ciekawych miejsc, którymi Skopje może się pochwalić. Jedną z nich jest cerkiew św. Klimenta Ochrydzkiego, która należy do najciekawszych architektonicznie budynków współczesnego miasta. Śmiało poprowadzone półokrągłe linie, imponująca i oryginalnie skomponowana kopuła, ładna dzwonnica, a całość nowoczesna, choć jednocześnie wpisująca się w rodzimą tradycję architektoniczną.

Czy kiedyś jeszcze wrócę do Skopje? Z całą pewnością TAK! Nie chodzi o samo miasto, chociaż w pewien sposób mnie urzekło. Przede wszystkim przyjadę tam dla ludzi, którzy są bardzo mili, sympatyczni, uśmiechnięci, życzliwi i bardzo mi pomogli. I tak, mówią po angielsku, nawet starsza pani w supermarkecie na stoisku mięsnym potrafi mówić w tym języku 🙂 A gdy dowiedziawszy się skąd jestem, spokojnie zaczęli rozmawiać ze mną po polsku (!!!). Poza tym atmosfera i pyszne jedzenie również przyciągają mnie do tego miejsca. No i poczekam, aż postawią więcej pomników 😉

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.