Och-Teatr: „One Mąż Show”

Do Szymona Majewskiego mam ogromną słabość i sentyment. Kilkukrotnie miałam przyjemność obcować z nim w trakcie nagrań jego autorskiego show sprzed lat. Jako studentka brałam udział w nagraniach i miałam ogromną radość poznać go osobiście, a nawet zamienić z nim kilka zdań. Jest to ciepła, sympatyczna, a przede wszystkim – normalna osoba. Dlatego też z wielką przyjemnością wybrałam się na spektakl z jego udziałem.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy na wieść o tym, że słynny Szymon Majewski zaczął występować w teatrze to: Szymon Majewski został aktorem?? No bo przecież każdy, kto występuje na deskach teatru staje się z automatu aktorem. Ale nie w tym przypadku. Szymon doskonale wie, gdzie znajduje się jego miejsce i nie ma zamiaru konkurować z zawodowcami. Robi to, na czym się zna, czyli na robieniu show. Szymon Majewski znany jest z celnego i błyskotliwego poczucia humoru oraz niewyczerpanej energii.

„One Mąż Show” to monolog, w którym autor na przykładzie swojego małżeństwa opowiada o kłopotach i radościach współczesnego związku, o relacji kobieta-mężczyzna, mąż-żona. Pełen śmiesznych anegdot i zabawnych komentarzy spektakl o uczuciu bezkompromisowym. Ciepła, ironiczna, autoironiczna i bardzo prawdziwa opowieść o uczuciach i związkach. „One Mąż Show” to spektakl ukazujący jego mniej znane oblicze – na scenie zobaczyliśmy czujnego i czułego obserwatora swojej żony, który wychodząc od drobnych rzeczy, z właściwym sobie humorem potrafi mówić o tym, co w relacjach jest najważniejsze.

Wielokrotnie powtarzał, że żona nie jest specjalnie zadowolona, że opowiada ludziom o ich wspólnym, 25-letnim pożyciu małżeńskim. Jednak Szymon robi to w tak subtelny sposób, że znakomicie się tego słucha. A to, w jaki sposób naśladował Krystynę Jandę rozwala na łopatki. Majewski jest znakomitym showmanem i nie jest prawdą, że jego żarty i poczucie humoru dawno się skończyły. Śmiem twierdzić, że Szymon odradza się na nowo i jeszcze wszystkim pokaże, na co go stać. Ja śmiałam się przez całe 90 minut spektaklu. Znakomity pomysł i mam wielką nadzieję, że będzie kontynuacja jego „One Mąż Show”.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Och-Teatr: Maria Callas. Master Class

Powrót Callas. Po latach, po wielu nowych opracowaniach jej życia, setkach materiałów zamieszonych przez ostatnie 20 lat, wywiadów i filmów na youtube, po dwóch biograficznych filmach kinowych i kilku telewizyjnych, nowa interpretacja niezwykłego tekstu teatralnego Terrence’a McNally’ego Maria Callas. Master Class.

Maria Callas, wielka diwa światowej opery. Tak naprawdę to Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulou, pochodząca z rodziny greckich imigrantów, urodzona w Nowym Jorku. Posiadała wielki talent, nazywana primadonną stulecia oraz największą (i najjaśniejszą) gwiazdą mediolańskiej La Scali i Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Była obdarzona sopranem dramatycznym ze zdolnością do wykonywania partii koloraturowych. Callas to również bohaterka licznych skandali, zaś kontrowersje wzbudzało jej zachowanie, oceniane jako manieryczne, publicznie toczone spory z rywalkami oraz romans z Onasisem. W 2007 Callas została uhonorowana pośmiertnie nagrodą Grammy za całokształt osiągnięć. Zmarła w Paryżu w roku 1977.

Surowa, krytyczna, wymagająca, zmanierowana, a momentami nawet bezczelna i złośliwa – to słowa doskonale opisujące Marię Callas, światowej sławy primadonnę, która po zakończeniu wspaniałej kariery muzycznej, postanowiła przekazać swoja wiedzę i doświadczenie młodym, początkującym artystom z pasją i talentem. Naturalnie, nikt nie jest (i nigdy nie będzie) w stanie dorównać wielkiej operowej diwie. Jednak jako nauczycielka jest bardzo wymagająca i nie pozwala dojść do głosu nikomu. Ciągle jej coś nie pasuje, przerywa występy, nim w ogóle się zaczną. Studenci muszą wykazać się dużą dawką cierpliwości, ale przecież z taka diwą się nie dyskutuje. Maria jest przekonana, że każdy student marzy, aby być takim artysta, jakim w czasach swojej świetności była Callas. Tymczasem, prawda okazuje się być zupełnie inna, niż wyobrażenia greckiej primadonny…

Reżyserem spektaklu „Maria Callas. Master Class” jest Andrzej Domalik, zaś w  roli tytułowej występuje fenomenalna Krystyna Janda. Przez cały czas główna bohaterka wchodzi w interakcję z publicznością, co dla mnie było nowością, ale i pozytywnym zaskoczeniem. Maria osiągnęła wszystko w swojej karierze i mimo ogromnej sławy, ma żal, że życie ją rozczarowało. Oddała wszystko i poświęciła się sztuce, a w zamian otrzymała niewiele. Po zakończeniu fenomenalnej kariery nikt nie potrafi jej docenić. Kilkunastu minutowe monologi w wykonaniu Krystyny Jandy były po prostu zjawiskowe. W trakcie swoich przemów, jako Maria cofała się w czasie i wspominała życie osobiste, które w ogóle jej się nie poukładało. Wspomina między innymi związek z Arystotelesem Onasisem, greckim multimilionerem, dla którego stanowiła jedynie trofeum, dodatkiem dodającym mu klasy i prestiżu pośród światowej elity. Aktorka po raz kolejny udowodniła, że jest znakomita aktorką, nie tylko dramatyczną, ale również i komediową. Bo mimo, że rola Marii Callas tak naprawdę jest dramatyczna, to mimo wszystko posiada ogromne poczucie humoru, a nawet powiem – czarnego humoru.

To wielokrotnie nagradzany, grany na całym świecie tekst. O miłości do sztuki. Do muzyki. Fascynujący. Dowodzący tezy, że życie bez sztuki nie ma sensu. Że sztuka potrafi  sprawić, że wszystko, nawet codzienność, nabiera bogactwa i wartości. Opowieść o artystce, która z kolei sztuce oddała wszystko. Sztuce, która uczyniła ją szczęśliwą i podziwianą, a jednocześnie – samotną i zawiedzioną życiem. Wielka opowieść o pracy, warsztacie i relacji artysty z publicznością. Gorąco polecam.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Teatr Kamienica: „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical”

Pamiętacie kultowy film z Markiem Kondratem w roli głównej? Po 15 latach od premiery kinowej filmu Marka Koterskiego tragikomiczna historia Adasia Miauczyńskiego powraca w wersji scenicznej jako „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical”.

Adaś Miauczyński to 49-letni rozwiedziony polonista, które żyje w kręgu swoich natręctw, nie potrafiąc wyrwać się z nudy i rutyny dnia codziennego. Na każdym kroku napotyka przeciwności losu, a cały świat jest przeciwko niemu: sąsiad słuchający Szopena, ludzie przebywający na plaży czy nawet pies załatwiający swoje potrzeby na trawniku pod oknem. Dosłownie wszyscy chcą mu zaszkodzić. A jego obsesja na punkcie liczy 7 jest wprost niezrozumiana – całe życie podporządkowuje do tej właśnie liczby, np. mieszanie herbaty (3 w prawo, 4 w lewo).

Pomimo, że ekspresja i dialogi/monologi aktorów (zarówno w filmie, jak i spektaklu) są przezabawne i powodują wybuchy niekontrolowanego śmiechu, to tak naprawdę historia Adama Miauczyńskiego jest dramatyczna. Sfrustrowany, znerwicowany, zmęczony i rozczarowany życiem, a także zagubiony „inteligent” – polonista zmaga się prozą dnia codziennego. Adaś uważa, że cały świat go nienawidzi i wszyscy życzą mu jak najgorzej. Pomimo, że korzysta z usług chińskiej akupunkturzystki czy nawet psychiatry, nic i nikt nie jest w stanie mu pomóc. Jak sam twierdzi, nie potrafi odpoczywać, nawet wyjazd nad morze jest nieskuteczny, bo ciągle ktoś mu przeszkadza w odpoczynku. Smutne, że 49-letni mężczyzna, który fizycznie jest zdrowy, ma pracę, dom oraz syna, widzi świat w zupełnie innych barwach. Tak naprawdę boryka się z własnymi natręctwami i dziwactwami, praca za marne grosze od dawna przestała go satysfakcjonować, matka go w ogóle nie rozumie, synek wyrasta na debila i nieuka, zaś cztery ściany mieszkania w bloku pogłębiają jego samotność. Adam nie potrafi wydostać się z tego kręgu niemocy, który go ogarnia i coraz bardziej pogrąża.

Nawet to, że ma smutny oddźwięk, to jak najbardziej polecam spektakl „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical” z Maciejem Miecznikowskim w roli głównej, znanym z formacji Leszcze. Partnerowali mu: Joanna Kołaczkowska, Wojciech Solarz oraz Kwartet Rampa w składzie: Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro i Grzegorz Kucias. Niektórzy z nich wcielali się w dwie, a niekiedy nawet i w trzy postacie. Jak sama nazwa spektaklu sugeruje, przedstawienie było operą-musicalem, gdyż aktorzy nie wypowiadali swoich kwestii, tylko je wyśpiewali. Efekt był zaskakujący i przezabawny, niekiedy nie adekwatny do sytuacji, ale to dodawało tylko uroku całemu przedstawieniu. Nie brakuje również wulgaryzmów, a słowa na „k” padają dosyć często. Całość spektaklu koncentrowała się wokół liczby 7: np. siedmiu aktorów na scenie, czy 21 – minutowa przerwa (3×7). Co ciekawe, oficjalna premiera przedstawienia w warszawskim Teatrze Kamienica  odbyła się 7.07. 2017 r. o godz. 19.07 (7:07 pm).

Specjalnie przed spektaklem, dzień wcześniej obejrzałam filmową wersję „Dnia świra”, żeby przypomnieć sobie szczegóły. Scenariusz teatralnej wersji oraz dialogi odwzorowane były praktycznie 1:1. Marcin Kołaczkowski, reżyser spektaklu postarał się, aby każdy szczegół był dopracowany. Scenografia była w wersji minimalistycznej, ale przez to spektakl stał się bardziej interesujący. Ja bawiłam się wybornie i szczerze polecam spektakl w Teatrze Kamienica, zwłaszcza w szare, długie i zimne jesienne wieczory.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Teatr Capitol: „Hawaje, czyli przygody siostry Jane”

A gdyby tak rzucić wszystko i polecieć na Hawaje? Z Teatrem Capitol jest to możliwe. „Hawaje, czyli przygody siostry Jane” w reżyserii Marcina Sławińskiego jest doskonałą propozycją Teatru Capitol na niebanalne spędzenie długich, jesiennych wieczorów. To zabawna komedia pełna omyłek, chaosu i zaskakujących zwrotów akcji nie tylko dla miłośników… dalekich podróży.

Szalona i ekscentryczna autorka harlequinów Vivien (Daria Widawska), desperacko pragnie przeżyć swój pierwszy raz… Wydawać by się mogło, że plan jest bliski realizacji a weekend z niedawno poznanym Edgarem (Piotr Nowak) zapowiada się obiecująco, gdyby nie… Doris (Agnieszka Warchulska) – żona niedoszłego kochanka, która przyłapała parę! Nieudane plany romansowe to jednak nie jedyny problem Vivien. Pisarka bowiem musi napisać nową książkę, wydawnictwo coraz bardziej się niecierpliwi, czas ucieka, a natchnienia brak. Wydarzenia nabierają tempa i sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy do domu Edgara i Doris zaczyna przybywać coraz więcej nieproszonych gości, którzy jak się później okaże nie do końca są przypadkowi! Sprytna pisarka w zaistniałej sytuacji dostrzega jednak pewną korzyść, a w jej głowie powstaje iście szatański plan – nadciągająca awantura „małżeńska” może stać się inspiracją do jej nowej powieści!

O tym, że Daria Widawska jest świetną aktorką, wiedziałam od dawna. Jednak w roli szalonej Vivien wypadła znakomicie. Autentyczna i żywiołowa, „odrobinę” szalona biegała po scenie niczym w transie, trzaskała drzwiami, a niekiedy jej słowotok przyprawiał o  zawrót głowy – po prostu nie dało się nie polubić jej postaci. Uzbrojona w dyktafon, nagrywała i komentowała wszystkie wydarzenia na bieżąco, a wszyscy wkoło zostają bohaterami gorącego romansu, który rozgrywa się w pięknej scenerii Hawajów.

Co prawda fabuła spektaklu nie jest jakaś innowacyjna i skomplikowana, ale czasem pojawiają się zaskakujące momenty. Dopełnieniem efektu i klimatu, który wykreowali twórcy, jest kolorowa scenografia, która co prawda nie zmieniała się w trakcie przedstawienia, ale doskonale odzwierciedliła jego treść. A dzięki muzyce i niesamowitej grze świateł, faktycznie można było poczuć egzotyczny klimat Hawajów. Jeśli chcecie wybrać się na to przedstawienie z przyjacielem, który nie mówi po polsku, to jak najbardziej możecie iść na „Hawaje”, gdyż spektakl grany jest z angielskimi napisami.

Cieszę się, że za sprawą spektaklu „Hawaje, czyli przygody siostry Jane” chociaż na chwilę mogłam przenieść się w zupełnie inny klimat w ten chłodny, październikowy wieczór. Niespodziewane i niekontrolowane wybuchy śmiechu gwarantowane!

Hawaje, czyli przygody siostry Jane