30th birthday, 30 wishes

30 lat minęło jak jeden dzień… I stało się, dzisiaj kończę pewien (cudowny) etap w swoim życiu i rozpoczynam nowy, a tym samym zmieniam cyferkę z przodu. Zabawne, bo będąc dużo młodszą (powiedzmy o połowę młodszą) sądziłam, że ludzie w tym wieku są po prostu… starzy 😀 No cóż, dzisiaj i ja dołączam do tego zacnego grona 🙂

Kiedy byłam małą dziewczynką pamiętam, jak cieszyłam się na swoje 11 urodziny. No bo w końcu wkraczałam w „poważny” nastoletni wiek i już przestaną mnie traktować  jak dziecko. Stałam się nastolatką i wkroczyłam – jak wtedy uważałam – w najlepszy okres życia człowieka. Dzisiaj patrzę na niego, jak na najczarniejszy czas, do którego nigdy nie chciałabym powrócić. Byłam okropną nastolatką, bardzo buntowniczą i pyskatą, wiedziałam wszystko najlepiej, z domu uciekałam 3 razy w tygodniu, a awantury z rodzicami wszczynałam kilka razy dziennie. Czasami zastanawiam się, jak oni ze mną wytrzymali 🙂 Może inaczej, mogłabym powrócić do czasów, gdy miałam 17,18,19 lat, ale z tą wiedzą i mentalnością, którą posiadam teraz 🙂 Z kolei nie za bardzo pamiętam moment „przejścia” z nastolatki i zmianę cyfry na 20. Dziwne to, bo uważam ten okres za cudowny czas w moim życiu, zwłaszcza po przekroczeniu 25. lat.

Kiedyś wyobrażając siebie jako 30-latkę, widziałam duży dom, przystojnego męża u boku i co najmniej dwójkę dzieci. A co z tego wynikło? No cóż, życie zweryfikowało moje młodzieńcze plany 😀 Ale wiecie co? Absolutnie nie ubolewam z tego powodu, wręcz przeciwnie! Długo dochodziłam do tego miejsca, w którym aktualnie jestem. I jest mi tu dobrze 🙂 Na męża i dzieci mam jeszcze czas. A jak nie, to trudno. Widocznie niebiosa mają na mnie jakiś inny opracowany plan 🙂

Nie będę ukrywać, że zmiana cyfry z przodu jest dla mnie łatwa. Ubolewam nad tym faktem już od października ubiegłego roku 😀 Powoli jednak oswajam się z nową sytuacją, niestety nie ominie mnie ten moment  🙂 Dlaczego ubolewam? Głównie dlatego, że nie  osiągnęłam wszystkiego, co sobie postanowiłam i trochę mi z tym źle. Mówią, że 30+ to najpiękniejszy okres w życiu każdej kobiety. Ja jednak uważam, że w tym wieku stawia się kobietom pewne wymagania, jest większa presja i parcie, nie tylko ze strony społeczeństwa i rodziny, ale również od siebie samej. Od kobiety trzydziestoletniej oczekuje się męża, dzieci, domu/mieszkania, stabilnej i satysfakcjonującej pracy, solidnego konta w banku, ustatkowania się – cokolwiek by to znaczyło. Ja z tych rzeczy dorobiłam się tylko kredytu na kolejne 30 lat (a przepraszam – już teraz na 28 :)) i własnego mieszkania na warszawskich Bielanach. Jednak czuję presję ze strony rodziny, która naciska i „tłumaczy”, że to już czas na „uspokojenie się” i stabilizację życiową. Nie wiem o co im za bardzo chodzi, ale spokojna jestem, a moje życie jest w miarę stabilne 🙂

W dniu swoich 30. urodzin, mam dla siebie kilka życzeń. Ok, ogólnie mam ich znacznie więcej, ale wybrałam 30 najrozsądniejszych i takich, które (mam nadzieję) spełnią się w miarę szybko. Kolejność jest przypadkowa 🙂

1) Podróżować więcej – to pojęcie względne. Mnie się wydaje, że ciągle za mało jest tych podróży i nosi mnie bardzo jak za długo posiedzę w domu. Jednak ja na swoje możliwości finansowe i czasowe, nie jest źle. Moi znajomi uważają, że ciągle jestem „gdzieś”, a dla mojej mamy to już całkowicie zwariowałam z tymi „moimi podróżami”. Wiem jednak, ze można więcej, dalej, na dłużej. Póki co podbijam Europę, ale i ona staje się dla mnie mała. Chciałabym wybyć gdzieś poza jej granice, ale póki co sama nie mam na to odwagi 🙂 Jednak w głębi duszy wiem, że przygotowuję się na ten moment i któregoś dnia on nastąpi 🙂 Nie będę pisać tutaj o podróżniczej liście marzeń, bo taką owszem mam – tylko znajduje się na niej nie 30, a 3000 pozycji 🙂

2) Opanować do perfekcji hiszpański i przyswoić podstawy rosyjskiego – tak… hiszpański to moja pięta achillesowa i ogromna bolączka. Chcę biegle władać tym językiem, ale albo nie mam czasu na naukę, albo brak motywacji… Co prawda potrafię się dogadać i rozumiem praktycznie wszystko, co do mnie mówią, ale to jednak nie jest satysfakcjonujący dla mnie poziom. Co do rosyjskiego, to czuję, że to też będzie wyzwanie. Mam cichą nadzieje, ze nie będzie tak opornie z nauką, jak w przypadku hiszpańskiego 🙂

3) Ruszać biodrami jak Shakira – co prawda podobno nieźle mi to wychodzi (takie doszły mnie słuchy), ale dążę do tego, żeby moje biodra poruszały się w rytm muzyki dokładnie tak, jak to robią biodra Shakiry 🙂

4) Mniej oceniać i krytykować – tak, niestety to robię. Nie lubię tego u siebie, ale nawet jak nie chce, to ale podświadomie to robię. Staram się jednak walczyć z tą wadą.

5) Sprawić sobie kota – każda szanująca się stara panna powinna mieć u swego boku mruczącego sierściucha 🙂 Ja przymierzam się do przygarnięcia jednego kociaka, ale „zawsze coś” staje mi na przeszkodzie 🙂 W moim domu rodzinnym zawsze był kot. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy marzyłam, żeby mieć kociaka, ale zawsze trafiałam na ludzi, którzy albo nie lubili kotów, albo byli na nie uczuleni… Teraz kiedy w końcu mam swoje mieszkanie, to jakoś się złożyło, że do tej pory nie mam zwierzaka. A powodem jest to, że szukam tego wymarzonego: całkowicie białego z niebieskimi oczami. Wiadome jest, że ciężko jest znaleźć takiego kocurka. Jednak dojrzałam do tego, by w końcu dzielić swoje mieszkanie z innym (wymagającym) współlokatorem. Jak na prawdziwą starą pannę przystało 🙂

6) Polubić owoce morza – jak zapewne wiecie, jestem wielbicielką południowych rejonów Europy, a zwłaszcza Hiszpanii. I jak wiadomo, w kuchni śródziemnomorskiej na tamtejszych stołach królują potrawy z owoców morza. Ja na samą myśl o tych produktach robi mi się słabo i niedobrze. Nawet krewetki średnio do mnie przemawiają. Jak to jest możliwe, skoro często podróżuję na południe Europy? Sama się nad tym zastanawiam i ciągle się dziwię. Pomimo to małymi kroczkami próbuję różnych dań z tych małych zwierzątek morskich. Póki co jeszcze żyję w związku z tym, także nadal będę przełamywać swoją niechęć 🙂

7) Zamieszkać za granicą – tak, to marzy mi się już od dawna. A gdzie? Tu chyba nie będzie żadnej niespodzianki, jak rzeknę, że w Hiszpanii 🙂 Zdaję sobie sprawę, że sytuacja ekonomiczna tego kraju nie jest teraz najlepsza i trudno tam znaleźć pracę. Jednak liczę na to, że pewnego dnia uda mi się znaleźć coś satysfakcjonującego i zacząć życie w tym cudownym kraju. Nie na zawsze, ale na kilka lat.

8) Zrobić prawo jazdy – może być zaskoczeniem, że „silna i niezależna kobieta” w tym wieku nie posiada takiego dokumentu. No cóż, nie jest mi to niezbędne do życia, ale dla świętego spokoju zrobię tę licencję. Kilka lat temu ukończyłam nawet kurs, ale nie podeszłam do egzaminu. Sama sobie zadaje pytanie, dlaczego wtedy tego nie zrobiłam. I nie znalazłam na nie odpowiedzi.

9) Znaleźć pracę marzeń – no cóż, każdy chce robić w życiu to, co kocha najbardziej. Słyszałam ostatnio, że poszukują opiekuna do flamingów gdzieś na Karaibach. Mam zamiar złożyć swoją aplikację i modlić się do bogów oraz odprawiać czary, żeby dostać tę posadę 🙂

10) Nauczyć się gospodarności – tak, mimo sędziwego wieku, nadal nie wiem jak to robić. Pieniądze nie za bardzo się mnie trzymają, a ja nie mam pojęcia gdzie one tak same wychodzą 🙂 Najwyższy czas posiąść tę wiedzę.

11) Zerwać z miłością do butów – w swojej szafie posiadam mniej więcej 70 par butów. To pozostałość po mojej toksycznej miłości do butów sprzed lat. W większości z nich nie chodzę, albo bardzo okazjonalnie. Na resztę się po prostu patrzę i podziwiam. Efektem tego są jest niedomykająca się szafa. Dzięki bogu ten etap mam już za sobą. Oczywiście nadal pałam miłością do pięknych butów, ale nie jest to już miłość toksyczna. Teraz kupuję tylko te, w których wiem, ze mam zamiar chodzić.

12) Spędzać więcej czasu z siostrą – niestety odległość i różnica wieku to przepaść w utrzymywaniu prawdziwej siostrzanej więzi. Dzieli nas 13 lat różnicy i uwierzcie mi, w czasach smartfonów, komputerów i social mediów normalna rozmowa w cztery oczy nie jest możliwa. W tym roku skończy 17 lat, więc powoli wychodzi z okresu zbuntowanej i wiecznie naburmuszonej nastolatki. Jak wcześniej wspomniałam, ja byłam nie do zniesienia w tym wieku, ale uważam, że moja siostra jest jeszcze okropniejsza niż ja byłam 😀 Mam cichą nadzieję, że doczekam dnia, w którym sama do mnie przyjdzie i poprosi o radę, zamiast tylko przeklinać starszą siostrę, która rzekomo się czepia i stara się zrujnować jej cudowne, wirtualne życie 🙂

13) Przestać chomikować różne rzeczy – tak, to moje osobiste przekleństwo. Nie mam serca, żeby wyrzucić jakiekolwiek ubranie, czy nawet książkę. Efektem tego jest to, że moje mieszkanie zrobiło się dla mnie samej za ciasne… Swoją drogą nie mam pojęcia, jak wcześniej przez tyle lat udało mi się pomieścić z tyloma rzeczami w jednym małym, ciasnym, wynajmowanym pokoiku.

14) Być bardziej śmiałą – uwierzcie lub nie, ale jestem osobą nieśmiałą. I to bardzo. Pocieszam się jednak, że jeszcze kilka lat temu byłam praktycznie społeczną dzikuską 🙂 Nawet jeśli ktoś zaczepił mnie na ulicy pytając o drogę, ja oblana rumieńcem odpowiadałam, że nie wiem, odwracałam się na pięcie i w pośpiechu odchodziłam. Dzisiaj jest zdecydowanie lepiej, ale nadal jestem nieśmiała w pewnych kwestiach. Nie potrafiłabym stanąć przed tłumem osób i wygłosić przemówienie, albo nawet przedstawić prezentację. Cieszę się, że z wiekiem przychodzą również pozytywne kompetencje życiowe.

15) Przejść metamorfozę – odkąd pamiętam, zawsze noszę na głowie długie blond włosy. Nie licząc incydentu w drugiej klasie liceum,  o którym chcę na zawsze zapomnieć, kiedy to postanowiłam przefarbować włosy na czarno i potem przez dwa lata dochodziłam do odzyskania blondu. Od jakiegoś czasu mocno zastanawiam się, czy nie skrócić włosów i nie rozjaśnić ich. Z drugiej strony wiem, że jeśli to zrobię, to  miesiącami będę rozpaczać, że je ścięłam. Wiem co sobie myślicie, że to tylko włosy i szybko odrosną, ale ja jestem bardzo przywiązana do ich długości i koloru. Moje rozdarcie wewnętrzne jest wprost nie do opisania 🙂

16) Wyhodować własną dżunglę – marzy mi się mieszkanie pełne kwiatów i roślin. Lubię kwiaty, w końcu nazwisko (Kwiatkowska) zobowiązuje 😀 Ale niestety kwiaty nie lubią mnie. Mogę się nawet brutalnie nazwać morderczynią roślin 😦 Odkąd mieszkam na swoim, otrzymałam dużo kwiatów w prezencie, ale do czasów obecnych dotrwał tylko jeden, który cały czas walczy o przetrwanie. Dziwna sprawa, bo dbam o nie bardzo, regularnie podlewając i przestawiając z kąta w kąt, chuchając i dmuchając. Musze mieć jakieś żyły wodne, bo to niestety nie jest odpowiednie miejsce do życia kwiatów 😦

17) Napisać książkę – tak, to jedno z moich większych marzeń. Mam już pomysł w głowie, zaczęłam nawet kiedyś pisać 🙂 Póki co brak czasu i motywacji, żeby spiąć cztery litery i to faktycznie napisać. Jednak jeśli się to uda, jestem pewna, że będzie to bestseller – a kto wie, może powstanie nawet jakaś telewizyjna telenowela? 😀

18) Uwolnić się od śmieciowego jedzenia – konsekwentnie, ale małymi kroczkami, usuwam ze swojego życia toksyczne jedzenie. Swego czasu, przez dobrych kilka lat uzależniona byłam od chipsów i paczkę, co ja mówię – pakę – dziennie musiałam zjeść. Nadal niestety je jem, ale bardzo okazjonalnie. Omijam jednak półki sklepowe z działem, gdzie znajdują się chipsy, by nie kusić losu. Potem uzależniłam się od kurczaków z KFC. Na szczęście do mnie na „koniec świata” nie dojeżdża dostawa (całe szczęście!), więc do KFC zaglądam wtedy, gdy jestem na mieście 😀 A aktualnie uzależniona jestem od… sosu tatarskiego 😀 Nie jest to najgorsze zło tego świata, ale najzdrowsze tez nie jest. Cieszę się jednak, że mam nieco silnej woli i z rozsądku unikam już pewnych produktów, które nie służą mojemu zdrowiu, sylwetce oraz portfelowi.

19) Nauczyć się robić dobre zdjęcia – tak, to umiejętność, którą chcę posiąść w najbliższym czasie. Lubię zdjęcia i lubię otaczać się pięknymi zdjęciami. Co prawda mam galerię (a nawet dwie) u siebie w mieszkaniu, ale ciągle mi mało. Jednak nie mam tyle ścian, żebym mogła wieszać swoje wszystkie fotografie, muszę robić mocną selekcję 🙂

20) By złe osoby odeszły – z całych sił pragnę, by złe i toksyczne osoby, z którymi miałam do czynienia zniknęły raz na zawsze. Niestety ciągle mam takich ludzi wokół siebie, a niektórzy wracają jak bumerang 😦 Swego czasu odcięłam się od toksycznych ludzi wokół mnie, ale niestety napotykamy coraz to nowsze. Jestem z siebie dumna, ze potrafię uciąć takie znajomości, bo wcześniej męczyłam się w takich relacjach. Dlatego proszę, zostawcie mnie w spokoju i idźcie swoją drogą. Mam wspaniałych przyjaciół i dlatego chcę…

21) By dobre osoby zawsze mnie wspierały – mam cudownych przyjaciół, dalszych i bliższych znajomych, których cenię, spędzam miło czas, a kiedy trzeba dostaję od nich wsparcie. Dlatego proszę Was – zawsze przy mnie czuwajcie i dziękuję, że jesteście 🙂

22) Nauczyć się cierpliwości – jestem osobą niecierpliwą, impulsywną i jak to moja mam określa: „w gorącej wodzie kąpaną”. Czasami muszę mieć wszystko gotowe na „już”, działam impulsywnie, czasami nawet bezmyślnie. Denerwuję się, kiedy muszę stać w długiej kolejce, kiedy autobus się spóźnia, albo za długo czekam na rachunek w restauracji. Z doświadczenia wiem, że czasem warto odpuścić, wyzluzować i poczekać chwilę, aby to, czego naprawdę pragnę przyjdzie do mnie w najodpowiedniejszym momencie mojego życia.

23) Zaufać swojej intuicji – tak całkowicie, na 100%. Kiedy mówi mi, że coś jest nie tak, albo że trzeba uciekać od tej konkretnej osoby, to mam tak robić. I kropka. Moja intuicja działa bez zarzutu, tylko niestety ja ignorowałam jej znaki, ale tyle razy się sparzyłam, że teraz jak tylko zapali się czerwona lampka, to należy odwrócić się na pięcie i czym prędzej uciekać od danej osoby czy miejsca.

24) Umeblować mieszkanie – w 80% moje mieszkanie jest umeblowane. Mam wszystkie niezbędne meble i sprzęty, ale czegoś ciągle brakuje. Jednak po dwóch latach czas najwyższy doprowadzić swoje gniazdko do perfekcji 🙂

25) Zacząć o siebie dbać – muszę zwracać uwagę na to co jem, przede wszystkim wprowadzić do swojej codziennej diety zdrowe jedzenie. Kiedyś śmiałam się z ludzi, którzy czytali skład na etykietach. Jak to mówią „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”, bo dzisiaj i ja też to robię. Wcześniej miałam w nosie co znajduje się w środku, ale teraz – z racji przekroczenia pewnej bariery wiekowej – pomału popadam w obsesję healty food, bo wiem, że w przyszłości odbije mi się to i na moim zdrowiu, i na moim wyglądzie 🙂

26) Rozwinąć swój blog – przez ostatni rok, mój blog znacznie się rozwinął. Zdobyłam dużo nowych, stałych czytelników, nawiązałam współpracę z wieloma fajnymi instytucjami kultury oraz wydawnictwami. Jednak największym do tej pory wyróżnieniem było opublikowanie mojej recenzji książki Beaty Pawlikowskiej na jej stronie internetowej oraz udostępnienie jej na fanpage’u podróżniczki 🙂 Bardzo cenię Beatę Pawlikowską i lubię czytać jej książki, dlatego też czuję się wielce uprzywilejowana 🙂 Cieszę się, że to co robię, komuś się podoba 🙂 Dziękuję, że ze mną jesteście 🙂 Jednak dążę do tego, by dotrzeć do jeszcze większej liczby odbiorców i mam nadzieje na nawiązanie nowej współpracy 🙂

27) Regularnie ćwiczyć – to jedno z moich postanowień noworocznych… Póki co na siłowni byłam… raz 😀 Ale tak to właśnie bywa z postanowieniami noworocznymi. Tak na serio, to nie docierałam na zajęcia z różnych powodów, a to gdzieś wyjeżdżałam, a to miałam inne plany, albo byłam chora. Jednak muszę się wziąć w garść i chociaż raz na tydzień zajrzeć na siłownię. Musze sobie wyrobić kondycje, bo zadyszka po wejściu na drugie piętro, albo bieg na dystansie 15 m do autobusu i zawał serca nie przystoi w tym wieku 😀

28) Skoczyć ze spadochronem – jako notoryczna panikara nie wiem, czy kiedykolwiek się na to zdecyduję 🙂 Jednak pozostaje to w sferze moich marzeń. Nie znam dnia ani godziny, kto wie, może ten moment nadejdzie szybciej niż się spodziewam?

29) Mniej dramatów, więcej optymizmu – jeśli kogoś można nazwać królową dramatów, to z całą pewnością mnie. Panika i kreowanie czarnych scenariuszy są u mnie na porządku dziennym. Zawsze zakładam najgorsze, zwłaszcza jak jadę gdzieś sama. Jednak już tyle razy przekonałam się na własnej skórze, że nie ma czego się obawiać, a ludzie są mili, pomocni i życzliwi. Może powinnam zacząć grać w teatrze albo w filmach? Z całą pewnością Oscar za najlepszą rolę dramatyczną byłby mój 🙂

30) I co najważniejsze – żeby kredyt sam się spłacał 🙂

Thank you, 2017!

Kochani, znowu nadszedł ostatni dzień roku i znowu piszę dla Was post podsumowujący ten rok. Nie wiem, jak to się dzieje, że ten czas tak szybko leci… Trochę to przerażające, bo doskonale pamiętam, co pisałam do Was rok temu, a nawet dwa lata temu! Co zrobić, żeby zatrzymać czas, albo chociaż go spowolnić? 🙂

To był dobry rok. Nie jakiś wybitny, ale też nie taki okrutny jak poprzedni 🙂 Nie zrealizowałam wszystkiego, co planowałam, ale mimo wszystko jestem usatysfakcjonowana. Czuję jednak, że nadchodzące 365 dni będą dla mnie o wiele łaskawsze 🙂

Wiele wspaniałych podróży za mną. Odwiedziłam dziesięć krajów (w tym 4 po raz pierwszy): Włochy, Ukrainę, Mołdawię, Austrię, Słowację, Bośnię i Hercegowinę, Węgry, Chorwację, Macedonię oraz Hiszpanię. Byłam w 30 miejscach, w większości solo. Żaden to wyczyn – zapewne powiecie. Mam wielu znajomych, którzy cały czas są w podróży, a do domu przybywają tylko, żeby przepakować walizkę. Jednak jako notoryczna panikara i kreująca najczarniejsze scenariusze blondynka, dałam radę. W Macedonii mieli mnie zastrzelić (według mojej mamy) i uprowadzić (według moich znajomych), a wróciłam w jednym kawałku, z obiema nerkami oraz masą cudownych wspomnień i zdjęć. To taki mój mały osobisty sukces. Często słyszę od koleżanek, że mnie podziwiają bo podróżuję sama. Nie ma co podziwiać, tylko kupić bilety, spakować walizkę i wyruszyć w drogę, nie oglądając się na nikogo. Bo świat jest taki piękny, a czas szybko płynie i nim się obejrzysz, będziesz pluć sobie w brodę, że nie pojechałaś gdzieś, bo uzależniłaś swój wyjazd od drugiej osoby. Wiem co mówię, bo też tak kiedyś miałam. A zobaczcie, co się porobiło 🙂

Jakoś nie miałam szczęścia w tym roku do mojej ukochanej Hiszpanii. Pierwszy wyjazd miałam zaplanowany w marcu, do Walencji. Miałam wziąć udział w Święcie Ognia, czyli Las Fallas. Bilety kupione, hostele również zarezerwowane, ale… niestety do Walencji nie dotarłam 😦 Z pewnych przyczyn, z wielkim bólem serca musiałam odwołać swój wyjazd. Kolejny raz leciałam na północ Hiszpanii, miałam zamiar eksplorować Kraj Basków przez 8 dni. Jednak skróciłam wyjazd o połowę i w rezultacie przybyłam jedynie do Santander i Bilbao. Z kolei swój ostatni wyjazd zaplanowałam do Madrytu. Bynajmniej nie dlatego, że szczególnie lubię to miasto, nie. Miałam lecieć na koncert Shakiry, ale jak się okazało  – koncert się nie odbył z powodu choroby piosenkarki… Został przełożony na przyszły rok, więc jeszcze nic straconego… Przewrotny jest ten los, widocznie w tym roku Hiszpania nie była mi przeznaczona 🙂

Za to z całą pewnością Bałkany były mi przeznaczone! Zakochałam się w tym regionie, dzikim, nieokiełznanym, niecywilizowanym – jak niektórzy twierdzą. Póki co dotarłam do Bośni i Hercegowiny oraz Macedonii, i sama nie wiem, który kraj bardziej mnie urzekł. Do obu z nich bardzo chcę wrócić. Zabawne jest, jak wiele zmienia się w głowie, bo jeszcze 1,5 roku temu myślałam o Bałkanach z wielkim niesmakiem 🙂 W przyszłym roku będę kontynuować odkrywanie piękna tej części Europy, mam już zaplanowane wyprawy do 3 tamtejszych państw, ale póki co nie będę pisać, żeby nie zapeszać 🙂 Ależ nie mogę się już doczekać! 🙂

Wiele osób mnie pyta, czy nie boję się sama podróżować. Moja mama to chyba odprawia już nade mną egzorcyzmy, żebym się trochę opamiętała z tymi „moimi podróżami”. Przyznaję, że przed każdym wyjazdem odczuwam lekki stres. Jednak nie podróżuję (jeszcze) do odległych krajów, z odmiennymi i egzotycznymi kulturami, mam swój rozum i wiem, czego nie należy robić w podróży solo. Przed każdym wyjazdem przygotowuję się, czytam książki i przewodniki, sprawdzam dojazdy, produkuję niemal całe makiety moich podróży. Jak czegoś nie wiem, albo się nie odnajdę, to cóż… samo życie 🙂 To właśnie jest ten moment, w którym muszę zmagać się z własnymi słabościami i sprawdzić swoje możliwości. To jest właśnie ten moment, na który muszę się zdać sama na siebie. Póki co zawsze wracam do Warszawy cała i zdrowa, więc nie jest tak źle 🙂 Poza tym mam wielkie szczęście, że na miejscu spotykam wspaniałych ludzi, których nigdy nie zapomnę! Takich, których chciałabym jeszcze spotkać nie raz, czy to w Warszawie, czy w innych zakątkach świata. Niesamowite, że to właśnie będąc sama za granicą poznaję przyjaznych, pozytywnych, troskliwych i pomocnych ludzi. Dziękuję, że pojawiliście się w moim życiu, nawet jeśli tylko na chwilę.

A gdzie mnie poniesie w przyszłym roku? Mam już zaplanowanych kilka podróży, ale z doświadczenia wiem, że w międzyczasie pojawią się kolejne – „niespodziewane” i „nieplanowane” 🙂 Już teraz wiem, że będą to Ukraina, Portugalia, Niemcy i Bałkany 🙂 Zapewne zawitam nieraz do Hiszpanii, bo tak po prostu musi być 🙂 No i może gdzieś dalej wystawię nos, poza Europę 🙂 Aczkolwiek będzie co ma być, bo na Kubę wybieram się już trzeci rok z rzędu, a nadal tam nie dotarłam 😀 Teraz porzucam to marzenie na rzecz innych, więc kto wie, może w nadchodzącym roku „niespodziewanie” i  „nieplanowanie” tam dotrę? 🙂

O złych wydarzeniach i ludziach nie będę pisać, bo chcę o nich jak najszybciej zapomnieć. Pozbyłam się ich ze swojego życia. To zamknięty rozdział. Kropka.

Co więcej dobrego? Koncert Bruno Marsa w Krakowie ❤ , wystawa Fridy Kahlo w Poznaniu, „Dirty Dancing Show” w Warszawie, teatry, muzea, tańce i kina – ostatnie pół roku było bardzo kulturalne 🙂 Ach, zapomniałam o czymś szalenie istotnym: tuż przed Bożym Narodzeniem spotkała mnie bardzo miła niespodzianka ze strony Beaty Pawlikowskiej. Otóż podróżniczka zamieściła moją recenzję jej książki i udostępniła ją na swoim fanpage’u! Wielkie to dla mnie wyróżnienie – zwłaszcza od osoby, którą się podziwia. Dziękuję za ten piękny prezent 🙂 Mój blog zaczął się rozkręcać. Nawiązałam współpracę z nowymi instytucjami, dzięki którym mam możliwość uczestniczenia w wielu interesujących wydarzeniach kulturalnych 🙂 Mam coraz więcej followersów, a także grono wiernych Czytelników 🙂 Dziękuje Wam, że jesteście, bo to przede wszystkim dla Was tworzę te teksty 🙂 No i dzieci, dzieci, dzieci. Baby boom zapanował nad światem 🙂 Pojawiły się dwa cudowne bobasy, za którymi wręcz szaleję ❤ co więcej, spodobała mi się rola (ulubionej) ciotki 🙂

Jako, że w przyszłym roku zmieni mi się cyfra z przodu, postanowiłam rozpocząć proces życiowy zwanym „ogarnij się” 😀 A mianowicie muszę zadbać o siebie oraz swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Przede wszystkim regularnie ćwiczyć, żeby potem uniknąć palpitacji serca wspinając się na trzecie piętro. Coraz częściej zwracam uwagę na to co jem, a niestety do tej pory nie było to za zdrowe odżywianie. Czas to zmienić. Całkiem nie tak dawno temu śmiałam się z koleżanek, które zanim cokolwiek zjedzą, czytają skład na opakowaniu. Dopadło także i mnie, teraz i ze mnie się będą śmiali. Zaczynam stawiać na jakość, bo mój organizm coraz bardziej tego wymaga. No cóż, zmiana cyfry zobowiązuje 🙂 W planach mam zamiar opanować hiszpański do perfekcji (:D)  oraz rozpocząć naukę nowego języka (oby nie było tak opornie jak w przypadku hiszpańskiego). Kto wie, co mi jeszcze wpadnie do głowy w międzyczasie, a pomysłów mam aż nadto. Może to również czas na metamorfozę? 🙂

Życzę Wam szampańskiej zabawy i wejścia w Nowy Rok z pozytywnymi emocjami!

Oto migawka z mijającego roku:

 

 

 

Dlaczego jestem feministką?

Bycie feministką w dzisiejszych czasach nie jest proste. Bycie feministką kojarzy się dzisiaj z czymś bardzo negatywnym. No bo jak to? Feministka w dzisiejszych czasach? Toż to jakaś chora fanaberia i głupia zachcianka znudzonych dziewuch! Po co tak krzyczeć i robić zamieszanie? Przecież mamy równy dostęp do edukacji. Przecież pracujemy na takich samych stanowiskach. Przecież mamy prawa wyborcze. Przecież uprawiamy takie same sporty. Przecież możemy ubierać się jak mężczyźni. Przecież przeklinamy tak jak mężczyźni. To o co mi do cholery chodzi?

Nie będę przytaczać definicji i historii feminizmu, bo nie taki jest mój cel. Tutaj wszystko znajdziesz. Zanim jednak stwierdzisz, że mój post to stek bzdur i kolejny bełkot ryczącej pseudo-feministki, przeczytaj go do końca nim zaszufladkujesz mnie w roli zdesperowanej i zgorzkniałej starej panny oraz wrzucisz do jednego wora z innymi oszołomami 🙂

Jaki jest stereotyp współczesnej feministki? Według opinii (większości) społeczeństwa, taka kobieta postrzegana jest jako rycząca, zdesperowana baba, której żaden facet nie chce tknąć, nawet kijem. Co więcej, przez to zostaje lesbijką, no bo z braku laku i kit dobry. Przestaje depilować nogi, bo i po co ma to robić? W głowie ma tylko zakodowaną nienawiść do płci męskiej oraz szereg kompleksów, z którymi nie może sobie poradzić. Ponadto zaczyna ubierać się i wyglądać jak chłop, a z czasem nawet zachowywać się jak przedstawiciel odmiennej płci. W związku z tym nie ma wyboru, jak tylko wstąpić do tej „sekty”, bo co jej innego w życiu pozostało?

fot. kwejk.pl

Tak, jestem feministką i nie boję się do tego przyznać. Jednak nie jestem zdesperowaną babą, która całymi dniami krzyczy, że nienawidzi mężczyzn za to, że istnieją. Nie jestem lesbijką – co prawda potrafię docenić kobiece piękno (ach, Beyonce ❤ ), jednak do kobiet wcale mnie nie ciągnie. Nie narzekam na brak powodzenia u płci przeciwnej. Lubię mężczyzn, mimo że kilku z nich wyrządziło sporo szkód w moim życiu. Nie wyglądam jak facet – od lat jestem posiadaczką długich włosów i nie wydaje mi się, żeby się to kiedykolwiek zmieniło.  Wiem, jak należy używać kosmetyków i robię to w granicach rozsądku i z wyczuciem estetyki. Nogi regularnie depiluję. Nie ubieram się jak babochłop – wręcz przeciwnie. Uważam, że jestem kobiecą kobietą, momentami zastanawiam się czasem czy nie za bardzo. Lubię dostawać kwiaty, być komplementowana i przepuszczana w drzwiach. Zdobyłam wykształcenie i uważam się za inteligentną i obytą kobietę. Na dodatek – powiem nieskromnie – jestem zaradną, samodzielną i silną osobą, która (czasem lepiej, czasem gorzej) potrafi sobie w życiu poradzić. A swojego tatę uważam za superbohatera i wzór prawdziwego mężczyzny. Co więc zatem jest ze mną nie tak?

fot. pudelek.tv

A jak naprawdę wyglądam:

Jak mam się godzić na to, że kobiety padają ofiarą przemocy domowej? Tylko i wyłącznie z powodu, że partner jest zestresowany, niezadowolony, pijany czy chorobliwie zazdrosny? Czy to daje pozwolenie, żeby agresję wyładowywać na mniejszej i słabszej fizycznie istocie, bo akurat jest „pod ręką”? Niestety przemoc fizyczna i psychiczna nadal jest problemem wielu kobiet w naszym kraju, które żyją w ciągłym strachu i nawet nie pomyślą, żeby zgłosić się z tym na policję, a tym bardziej zostawić swojego ukochanego. Wolą przemilczeć sprawę i żyć złudną nadzieją, że może partner się w kiedyś zmieni i zrozumie swój błąd. Tak, to prawda – nie jest łatwo się wyrwać z tego kręgu, ale im szybciej zdamy sobie sprawę i zakończymy toksyczną relację,  tym dla nas lepiej. Sama przez jakiś czas byłam psychicznie zastraszana, szantażowana i manipulowana. Podejrzewam, że jeśli wtedy nie zdecydowałabym się na ten krok, to do tej pory nie znalazłabym w sobie tyle siły i nadal tkwiłabym w tym chorym i pokręconym związku. Do tej pory, po ponad 5 latach od tamtych wydarzeń, mam traumę przed spotkaniem go w miejscu publicznym.

Jak mam się godzić na to, żeby kobieta sprowadzana była do roli sprzątaczki, kucharki i opiekunki? Żeby całymi dniami usługiwała swojemu mężowi/konkubentowi/chłopakowi/kochankowi? Jeśli inne kobiety uważają, że takie jest ich powołanie/dobrze się czują w tej roli – nic mi do tego, to ich wybór. Akceptuje taki stan rzeczy. Sama lubię sprzątać, bo pomaga mi się to zrelaksować, zaś gotowanie uwielbiam – tym bardziej przygotowanie posiłków dla kogoś innego sprawia mi ogromną satysfakcję i radość. Jednak  jeśli musiałabym to robić każdego dnia, bez wytchnienia, pod przymusem i presją – na to się nie godzę. Bo (podobno) taka jest moja rola społeczna. Czasy, w których kobiety nie wychodziły z kuchni i od pieluch dawno już minęły, teraz same decydujemy czy chcemy to robić, czy też nie.

Jak mam się godzić na to, żeby kobiety traktowane były przedmiotowo przez płeć przeciwną? W wielu kręgach kulturowych kobieta sprowadzana jest do roli seksualnej zabawki, którą facet bawi się do czasu, aż się znudzi. Dla niego kobieta to po prostu taki kawał atrakcyjnego mięsa, który po upływie „terminu przydatności” nagle nie jest już taka smaczna i ładna jak kiedyś. Potem bez żadnego najmniejszego problemu można ją wyrzucić i zastąpić nową, młodszą (i jędrniejszą) wersją. Ot tak, dla zasady. Bo mężczyzna to maczo i prawdziwy ogier, który swoją „męskość” musi  udowodniać na każdym kroku, zaliczając coraz to młodszą panienkę. No cóż, dla jednych „męskość”, a dla mnie świadczy to tylko o całej masie kompleksów. Prawdziwy mężczyzna potrafi skupić całą swoją uwagę na jednej kobiecie, tylko chłopczyki z maleńkim ego oglądają się za każdą spódniczką, wynagradzając sobie tym samym swoje braki – i fizyczne, i emocjonalne.

Jak mam się godzić na to, żeby kobieta była molestowana w miejscu pracy? Kiedy się słyszy historie takie ta , ta czy ta  to aż krew człowieka zalewa! Jak to jest możliwe, że w dzisiejszych czasach jest ciche przyzwolenie na molestowanie seksualne w miejscu pracy? Młode kobiety posiadające talent i urodę, stojące u progu kariery zmuszane są do robienia ohydnych i upokarzających rzeczy, aby tylko móc spełniać własne marzenie i realizować się zawodowo. Molestowanie seksualne nie jest powszechnym zjawiskiem tylko w showbiznesie, ale w każdym obszarze zawodowym. Jednak afera goni za kolejną aferą. Coraz więcej gwiazd decyduje się po latach upokorzeń wyznać prawdę, bo dopiero teraz mają odwagę o tym publicznie mówić. A co z tymi kobietami, które nie są żadnymi gwiazdami, tylko zwykłymi obywatelkami i nie mają w sobie tyle odwagi? Takich kobiet jest tysiące. I zapewne nigdy nie zdecydują się wyznać prawdę, bo boją się stracić posadę.

Jak mam się godzić na to, żeby ktoś – a w szczególności banda radykalnych, podstarzałych i smutnych panów w garniturach – mówił mi, co mam robić z własnym ciałem? Jakim prawem ktoś, kto nigdy nie znajdzie się skórze kobiety, ma decydować o jej ciele, zdrowiu czy życiu? Nikt mi nie będzie mówił, ile mam mieć dzieci, kiedy mam je mieć albo czy w ogóle powinnam je mieć. Jeśli nie jestem gotowa na posiadanie dziecka, albo wiem, że urodzi się ono niepełnosprawne lub upośledzone, mam prawo dokonać wyboru. Aborcja to trudny i bardzo delikatny temat, zwłaszcza w ostatnim czasie. Jednak moje ciało nie jest żadnym inkubatorem, które za wszelką cenę i dla zasady ma wydać na świat potomstwo. Niezależnie od tego czy będzie zdrowe, czy nie – bo taka jest rola kobiety. Moje ciało, mój wybór. Mam jednak ogromną nadzieję, że nigdy nie będę musiała się zmierzyć z tym wyborem. Mimo wszystko to sprawa tylko i wyłącznie mojego sumienia i nikomu nic do tego. Chcę mieć wolny wybór, a nie odgórnie narzucony nakaz czy zakaz.

Jak mam się godzić na to, żeby lekarz – wykształcony i „oświecony” człowiek nauki – miał decydować, jaka jest skala mojego bólu w trakcie porodu? Co prawda sama tego nie doświadczyłam (więc guzik tam wiem, jednak słyszałam różne historie od znajomych, znajomych znajomych i znajomych znajomych znajomych, więc co nieco mogę się wypowiedzieć na ten temat), ale słyszałam o przypadkach, że to lekarz (mówimy cały czas o płci męskiej) decydował czy kobiecie należy podać znieczulenie czy nie; czy trzeba ją naciąć czy tez może nie.  W skrajnych przypadkach potrafią nawet nakrzyczeć na rodzącą kobietę, żeby nie histeryzowała, bo przecież od początku świata kobiety rodzą i jakoś dają radę, to po co się „drzeć” i robić „scenę”? Nawet nie chcę myśleć, jak takie kobiety muszą czuć się upokorzone w takiej sytuacji.

Jak mam się godzić na to, żeby jakiś stary, obleśny dziad, bez grama mózgu i zdrowego rozsądku (przepraszam za wyrażenie, ale to i tak łagodne słowa w porównaniu z tym, co myślę o tej istocie) – rzekomo ekspert (ale tylko w swojej głupocie) – na forum publicznym wypowiadał takie słowa o protestujących kobietach: „Ładne laski to idą na dyskotekę, a takie brzydkie, których nikt bzykać nie chce, to idą na demonstrację. Bo ja stałem i patrzyłem, i mówię, którą bym bzyknął. Ta: O Jezus, o Boże, tę tylko nie, Jezus, i tak stałem, i wierzcie mi, że tak cały czas myślałem, kto to r*cha? Doszedłem do wniosku, że nikt. (…) Nikt nie chce się nad nimi ulitować, nikt nie chce pociągnąć za majtki”. Nie będę nawet tego komentować, bo musiałabym zniżyć się poziomem intelektualnym do tego „eksperta”. Jeśli nie wierzysz, że takie słowa zostały wypowiedziane publicznie, odsyłam tutaj: klik

Jak mam się godzić na to, żeby „ekspert” mówił, że „gwałt tylko początkowo jest straszny, potem kobieta staje się spokojna i się z niego cieszy”? (więcej tutaj: klik)  Czy komukolwiek w ogóle przystoi o czymś takim pomyśleć? Czy to, że zakładam krótką spódniczkę ma oznaczać przyzwolenie na gwałt? No bo w końcu ubierając się jak ladacznica prowokujesz facetów, czyli sama sobie jesteś winna.

Jak mam się godzić na to, że moje „siostry” po drugiej stronie globu cierpiały niewyobrażalne katusze z powodu jakiś durnych patriarchalnych obyczajów? Jak można pozwolić, żeby małe, niewinne dziewczynki zostały obrzezane w imię tradycji, a tym samym pozbawiając je swojej kobiecości? Nie wspomnę już o okropnych męczarniach w trakcie okresu, uprawiania seksu czy porodu, na które skazane są do końca życia. Tak wiem – to kobiety zgotowały sobie same ten los, ale robią to w imię rzekomej tradycji. Dlaczego? Bo wierzą, że jeśli dziewczynka nie zostanie obrzezana, to tym samym społeczeństwo uzna je za nieczyste i rozwiązłe dziewuchy, których żaden mężczyzna nie zechce poślubić. No i oczywista sprawa – robią to po to, żeby nie miała żadnej przyjemności w trakcie uprawiania seksu. Czyli wszystko sprowadza się do tego, aby mężczyzna miał całkowitą kontrolę nad kobietą. I nie – islam nie ma nic z tym wspólnego. Fakt, że obrzezanie dokonywane jest zazwyczaj na dziewczynkach w tamtejszym kręgu kulturowym, jednak w Koranie nie ma ani słowa na ten temat. Ta kwestia zakorzeniona jest głęboko w tradycji i w żadnym wypadku nie jest nakazem religijnym. Więcej na ten temat pisałam tutaj: Kobieta w Islamie: Obrzezanie

Jak mam się godzić na to, że kobieta  „za karę” oblewana jest kwasem albo podpalana żywcem?  Albo za gwałt karana jest śmiercią, bo uprawiała pozamałżeński seks? Przecież to hańba dla całej rodziny, a grzesznicę należy ukarać w najgorszy i najokrutniejszy sposób. Wspominam o tym pod wpływem jednego z ostatnich odcinków „Kobiety na krańcu świata”, w którym to Martyna spotyka się z kobietami bez twarzy w Pakistanie. Wiedziałam o tym barbarzyńskim „zwyczaju” już od dawna, przeczytałam mnóstwo książek– w końcu pisałam pracę licencjacką na ten temat. Jednak po emisji tego programu, który wstrząsnął mną do głębi, postanowiłam o tym wspomnieć. To nie nasza kultura i nie nasz biznes – zapewne powiecie. Jasne, ale co będzie jak któregoś dnia dopuścimy, żeby takie bestialskie rzeczy działy się w naszym kręgu kulturowym? To także nie będzie wtedy nasz biznes? Tutaj możecie obejrzeć wspomniany przeze mnie odcinek : „Kobiety na krańcu świata: Kobiety bez twarzy”

Jest jeszcze wiele trudnych i szokujących tematów, o których chciałam wspomnieć, ale zdecydowałam, że nie będę tworzyć żadnych długaśnych esejów. Nie wspominam o  takich sprawach jak wydawanie za mąż 9, 10, 11-letnich dziewczynek (kraje Bliskiego Wschodu), porywanie i sprzedawanie kobiet do domów publicznych (praktycznie cały świat) czy przerywanie ciąży tylko i wyłącznie dlatego, że na świat miałaby przyjść kolejna, bezwartościowa kobieta (takie rzeczy dzieją się w Chinach). A nie wspominam (chociaż bardzo mnie korci żeby o tym napisać) bo praktycznie mnie one nie dotyczą. Mam szczęście, że urodziłam się w tym rejonie świata, który uważany jest za cywilizowany z rzekomo uporządkowanymi i jasnymi zasadami. Nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku poczucia solidarności z tamtymi kobietami. Jestem kobietą, co się nigdy nie zmieni i zawsze będę się solidaryzować z innymi przedstawicielkami swojej płci. Nigdy nie wiesz, czy problem obrzezania lub znieważania ze względu na płeć nie dotknie Cię bezpośrednio, albo kogoś z bliskich Ci osób.

Zastanów się, czy nadal uważasz, że bycie feministką oznacza nienawiść do całego męskiego świata; że feministki to kobiety, których „nikt nie chce pociągnąć za majtki”; że te kobiety celowo zachodzą w ciążę, by potem ostentacyjnie w Wigilię dokonać aborcji? Jasne, jest wiele takich oszołomów, które niestety dają zły przykład i negatywnie wpływają na wizerunek współczesnej feministki. Z całą pewnością każda z nas miała do czynienia z szowinistycznymi i seksistowskimi zagrywkami ze strony mężczyzn i zastanów się, czy było to dla Ciebie przyjemne doświadczenie (choćby nawet gapienie się Twojego rozmówcy na Twój biust, a nie prosto w oczy). Rozważ, czy w trakcie wydawania na świat potomstwa chcesz być upokorzona i sprowadzona do roli kawałka mięsa, który histeryzuje? Pomyśl, czy chcesz, aby kiedyś Twoja córka była traktowana przedmiotowo przez jakiegoś faceta. Wyobraź sobie, że za każdym razem zakładając krótką spódnicę/sukienkę jesteś narażana, że ktoś Cię może zgwałcić, no bo przecież sama tego chcesz, prowokatorko! Zastanów się, czy chcesz żyć w takim świecie. I czy chcesz, żeby Twoje siostry/córki/wnuczki żyły w takim świecie.  I czy się na to godzisz. Bo ja z całą pewnością NIE!

P.S. Czy uważasz, że Beyonce wygląda jak babochłop?

fot. billboard.com

Albo sądzisz, że nie jest feministką, bo ma męża i dzieci? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, to zobacz jej najnowszy teledysk.

fot. cosmopolitan.pl

Dzień, w którym pękło mi serce

To 20 lipca 2017 roku. Było po godzinie 22-iej, byłam wtedy ze znajomymi w barze, piłam piwo, rozmawiałam, śmiałam się, po prostu cieszyłam chwilą. Do momentu, w którym włączyłam Facebooka. Dostałam informację od koleżanki o tym, że lider zespołu Linkin Park, Chester Benninghton, nie żyje. Pomyślałam, że to jakiś głupi żart, bo media bardzo często niesłusznie uśmiercają artystów. Potem zobaczyłam komentarz Mike’a Shinody na jego oficjalnym profilu – niestety tym razem była to prawda.

Miałam jakieś 12, może 13 lat (byłam wtedy w gimnazjum) kiedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę Linkin Park, była to „In the end”. Od tamtego momentu, zespół stał się moim ulubionym. Znałam na pamięć teksty wszystkich piosenek z krążków „Hybrid Theory” i „Meteora”, a w weekendy spotykałyśmy się z moją ówczesna przyjaciółką i urządzałyśmy sobie karaoke z piosenkami Linkin Park w roli głównej. Jako trudna, zbuntowana i wiecznie zła nastolatka, miałam dziwne głupie myśli i pomysły. To właśnie piosenki Linkin Park i głos Chestera pozwolił mi przetrwać ten trudny i mroczny okres w moim życiu. Między innymi właśnie śpiewanie(a właściwie wykrzykiwanie) ich piosenek pozwoliło mi na upust nagromadzonych emocji i opanowania gniewu. Jego teksty, które co prawda nie zawsze wtedy były dla mnie zrozumiałe, pomagały mi dojść do siebie. Dopiero po pewnym czasie, wraz z wiekiem dojrzewania pojęłam, o czym oni tak naprawdę śpiewają.

Pierwszy koncert Linkin Park w Polsce odbył się w Katowicach w roku 2007. Wtedy jeszcze byłam gówniarą, która średnio interesowała się takimi rzeczami, jak koncert ukochanego zespołu. W ogóle nie myślałam, żeby tam pojechać. 5 lat później, 9 czerwca 2012 roku, gdy mieszkałam już w Warszawie, po raz kolejny do Polski miał przyjechać Linkin Park, do Stolicy. Tym razem powiedziałam, że nie przegapię tego wydarzenia. Ja i mój braciszek oszaleliśmy ze szczęścia, kiedy w rękach trzymaliśmy bilety. Nigdy nie zapomnę, jak przy dźwiękach „A place of my head” zespół wkroczył na scenę. Z wrażenia aż się popłakałam. Chociaż miałam miejsca na trybunie, przez cały koncert nie usiadłam ani razu, tylko skakałam w rytm kolejnych piosenek. Nie dało się siedzieć, bo emocje sięgały zenitu. Po prostu cały świat przestał wtedy dla mnie istnieć. To był jeden z najlepszych koncertów w moim życiu, którego nigdy nie zapomnę.

Dwa lata później, pojechałam do Wrocławia. Kolejne dwa lata później przybyłam do Rybnika. Tam również Panowie zrobili fantastyczne show, o którym nie da się zapomnieć. Ponad miesiąc temu, Panowie wystąpili kolejny raz w naszym kraju, tym razem w Krakowie. Miałam jechać, ale pomyślałam, że pojadę na następny ich koncert, pewnie za rok, albo dwa. Jak się okazało, nie będzie już następnego… Nigdy. I nigdy nie daruję sobie, że wtedy mnie tam nie było.

Szok, niedowierzanie, zaprzeczanie, ogromny ból i smutek. Nie potrafię tego zrozumieć. Od lat Chester zmagał się z depresją; w przeszłości uzależniony był od alkoholu i narkotyków, a w dzieciństwie padł ofiarą molestowania. To musiało odbić się na jego psychice. Wszystko to spotęgowała niespodziewana śmierć bliskiego przyjaciela Chestera – Chrisa Cornella, który w maju tego roku również popełnił samobójstwo. Data śmierci Chestera (20 lipca) nie była przypadkowa – wtedy właśnie przypadał dzień urodzin Cornella. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co teraz czuje jego rodzina, przyjaciele, współpracownicy. Ja nadal jestem zdruzgotana i nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak się stało. Cały świat z niedowierzaniem i bólem śle kondolencje i wyrazy współczucia.

Złamane serce miałam kilkukrotnie, ale nigdy w taki sposób. W raz ze śmiercią Chestera skończyła się pewna epoka. Moje pokolenie na zawsze straciło głos, który  nie tylko inspirował, śpiewał o ważnych sprawach, manifestował i buntował się przeciwko niesprawiedliwości. Niestety nie znałam jego  osobiście, ale z racji tego, że trzy razy byłam na koncertach zespołu wiem, że Chester był niezwykłym człowiekiem z ogromną charyzmą, który zawsze dawał czadu, skakał po scenie, przekazywał pozytywną energię i wchodził w interakcję z publiką. Świat stracił wspaniałego artystę, który śpiewał jak anioł, a krzyczał jak demon. Niestety Chester przegrał walkę ze swoimi osobistymi demonami. Miał 41 lat, opuścił żonę i osierocił szóstkę dzieci. Dołączył do grona wybitnych artystów, których nie ma już nami.

Widziałam dzisiaj pięknie napisane pożegnanie. Pozwolę je sobie zacytować: Now “In the end” your body is “Numb” but you have” No more sorrow”. “Breaking the Habit” was difficult for you but you were always “One step closer”. Your voice will be always “Crawling” on me “From the Inside” till the day I “Bleed it out” and “Faint”.

What you’ve done, Chester…?

RIP

Bye, bye 2016!

To był trudny rok. Pełen negatywnych emocji, nieprzyjemnych sytuacji, złych decyzji, nieodpowiednich znajomości i wielu rozczarowań. Wydarzyło się bardzo wiele, ale tak naprawdę niewiele się zmieniło. Ten rok bardzo dał mi w popalić. Aż dziwne, że nie osiwiałam 🙂 Co prawda włosów na głowie niewiele mi zostało, ale na całe szczęście nadal są w kolorze blond 🙂 Dlatego nie będę ukrywać, że cieszę się, że rok 2016 przechodzi do historii.

Muszę się przyznać, że czasami Was oszukuję. Gadam o tej intuicji, w końcu o tym jest (a przynajmniej ma być) mój blog. Jednak przyznaję się bez bicia, że ostatnio moja intuicja zawodzi. Właściwie to nie – działa całkiem dobrze – mówi mi bardzo wyraźnie czego mam NIE ROBIĆ i trzymać się od tego z daleka, ale mimo to całkowicie lekceważę jej głosik. I za każdym razem pluję sobie w brodę dlaczego JEJ nie posłuchałam! I przysięgam sobie, że następnym razem zrobię tak, jak mi podpowie. Niby jestem mądrzejsza, ale tak naprawdę to świadomie podejmuję złe decyzje. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, przecież z wiekiem człowiek podobno jest rozsądniejszy i wyciąga jakieś wnioski na przyszłość. Jednak u mnie ewidentnie coś nie działa tak jak powinno. Dałabym wiele, żeby cofnąć czas lub chociaż poddać się lobotomii, by wymazać z pamięci pewne wydarzenia. Wierzę jednak, że źli ludzie pojawiają się w naszym życiu w jakimś określonym celu. Może po to, żeby docenić tych dobrych ludzi, którzy są wokół nas? Albo dojść do wniosku, że sami nie jesteśmy tacy źli? A może jednak po to, żeby pokazać, że teraz będzie już tylko lepiej? Nie wiem, czas pokaże. Z resztą KARMA zrobi swoje.

Oczywiście nie jest tak, że w mijający rok był sumą wszystkich nieszczęść. Nie. Wokół mnie (poza tymi złymi) pojawiły się nowe, wspaniałe osoby, z którymi mam nadzieję, że będę utrzymywać kontakt do końca swoich dni 🙂 Poza tym pierwszy (i mam nadzieje, że nie ostatni) raz pojechałam na koncert mojego ukochanego zespołu Maroon 5. Natomiast wisienką na torcie, tak na zakończenie tego marnego roku był koncert mojej wielkiej miłości sprzed lat – Enrique Iglesiasa 🙂 Jako nastoletnia dziewczynka podkochiwałam się w hiszpańskim piosenkarzu, dlatego też, gdy dowiedziałam się, że boski Enrique ma przybyć do mojego kraju, nie wahałam się ani sekundy by zdobyć bilet na ten koncert. I nie żałuję, ponieważ był to jeden z lepszych koncertów, na jakich  byłam. Co więcej dobrego? Tak to teraz bywa, że moje koleżanki albo wychodzą za mąż, albo zachodzą w ciążę. No cóż, taki wiek 🙂 Dlatego też w minionym roku dwa razy (w przeciągu miesiąca) tańcowałam do białego rana na ich weselach. Z kolei w nadchodzącym roku zostanę ciocią kolejnych maluchów 🙂

Jak się okazuje, moim tegorocznym największym osiągnięciem i osobistą satysfakcją był zakup własnego mieszkania! 🙂 🙂 Wreszcie, po latach ciągłej tułaczki po Warszawie, wynajmowaniu mieszkań z różnymi (czasem bardzo dziwacznymi) ludźmi i stykaniu się z nieprzyjemnymi właścicielami, w końcu jestem panią własnego życia! 🙂 Co prawda moje gniazdko nie jest imponujących rozmiarów, ale jak to mówią: ciasne, ale własne 🙂 Wreszcie mam święty spokój, nikt nie urządza niespodziewanych imprez (oczywiście poza mną samą), nikt mnie nie budzi o 7 rano w weekend, no i po nikim nie muszę sprzątać 🙂 Tak, życie „na swoim” zdecydowanie jest piękniejsze! 🙂 A dzięki moim wspaniałym przyjaciołom, którzy licznie przybyli na moją parapetówkę, tym samym sprawili, że mieszkanie tutaj będzie wspaniałe 🙂 Dziękuję Wam jeszcze raz za wspaniałą zabawę :*

Pamiętam, jak w ubiegłym roku pisałam, że w 2016 roku nigdzie nie wyjadę, albo jeśli już to jeden, może dwa razy. No bo z kredytem na karku, ograniczonym budżetem i perspektywą wicia własnego gniazdka wydawało się to po prostu niemożliwe. No cóż, nie będę ukrywać, że ten rok był szalony pod względem odbytych podróży. Hiszpania (dwa razy), Lwów (dwa razy), Kraków (dwa razy), Oświęcim, Czechy, Sandomierz, Ryga, Tallin, Wilno, Troki, Włochy, Ateny… O ile wyjazd do Andaluzji planowałam od pół roku, tak niektóre wyprawy przytrafiły się „przypadkowo i niespodziewanie” 🙂 Po prostu któregoś dnia pojawiły się bilety za grosze i „same” się kupiły 🙂 W mijającym roku przejechałam chyba tyle setek kilometrów, ile w całej mojej „podróżniczej karierze”. Ale jak tu oprzeć się pokusie, kiedy fejsbuki same wyszukują oferty na bilety za bezcen??? A świat jest taki piękny i fascynujący, że po prostu nie da się usiedzieć na miejscu 🙂 Przyznaję się bez bicia, że uzależniłam się od podróżowania. Moja mama wie to już od dawna, ale osobiście dotarło to do mnie pod koniec tego roku, bo byłam zwyczajnie zmęczona życiem na walizkach. Jednak tydzień później zakupiłam bilety na kolejne wojaże 🙂

No właśnie, a jakie plany podróżnicze? Mam już zaplanowane, a właściwie kupione tylko bilety lotnicze w trzy różne miejsca. Mogę jedynie zdradzić, że jednym z nich będzie… Hiszpania! (a to dopiero niespodzianka) 🙂 Moimi innymi podróżniczymi celami na nadchodzący rok (poza wiadomą już Hiszpanią) będą Bałkany, Słowacja, Austria, Włochy, Portugalia i Kuba. Jednak ten ostatni cel oddala się ode mnie z prędkością światła wraz z każdym kolejnym zakupionym biletem lotniczym do Europy. Jednak Kuba to mój największy cel w 2017 roku i mimo wszystko usilnie będę dążyć do jego realizacji. Naturalnie mam jeszcze w zanadrzu milion innych podróży w głowie, ale póki co to na razie tylko marzenia 🙂 Co z tego wyjdzie, zobaczymy za rok 🙂

Czego sobie życzę w nadchodzącym roku? Przede wszystkim rozwagi w działaniu, słuchania rozumu a nie serca (sorry kolego, ale twoje porady są do kitu) i najważniejsze: ZAWSZE ufać i polegać na swojej intuicji! Poza tym pod żadnym pozorem nie przywiązywać się do ludzi, gdyż ci pojawiają się w naszym życiu, robiąc bałagan niczym huragan Katherina, by następnie opuścić nas w najmniej spodziewanym momencie i pozostawić z wielką dziurą w sercu i mętlikiem w głowie. Czego więcej sobie życzę? Wielu wspaniałych podróży oczywiście! Jak to ja mam milion pomysłów i podróżniczych inspiracji do zrealizowania 🙂 Tylko jak zwykle funduszy i urlopu ciągle mało 🙂 🙂  Ale już teraz wiem, że jedno z moich podróżniczych marzeń spełni się na początku  2017 roku! Jestem taka podekscytowana i nie mogę się już doczekać tej wyprawy 🙂 Muszę również zadbać o swoje zdrowie, bo czuję, że zaczyna szwankować. No i przede wszystkim przestać przejmować się pierdołami i zacząć traktować ludzi z wzajemnością.

No i znowu jest 31.12, a ja siedzę i pisze do Was, a w międzyczasie powoli szykując się na kolejną szampańską noc. Nie mogę uwierzyć, że ten czas tak szybko mija. Pamiętam, jak 365 dni temu siedziałam i pisałam do Was podobny post. Kochani, życzę Wam wspaniałej zabawy, zaś w nadchodzącym roku by spełniły się Wasze wszystkie marzenia, zarówno i te małe, jak i te duże!

A oto przegląd ciekawszych momentów mojego życia w mijającym roku:

0

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

16

17

18

19

20

21

23

14100301_1760000834258095_3512181125190075291_n

25

26

27

28

29

30

31

331

32

33

34

35

37

38

39

40

41

42

44

45

RelationShit

Swego czasu Danuta Rinn śpiewała: „Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy (…),gdzie ci mężczyźni na miarę czasów, gdzie te chłopy!?”. No właśnie, gdzie?!? Czy oni jeszcze w dzisiejszych czasach w ogóle istnieją? Bo wydaje się, że to dawno wymarły gatunek. Bez szans na wskrzeszenie.

13081878_10209106470409305_254938146_n

Zastanawia mnie, jak to możliwe, że piękna, inteligentna, wykształcona, zgrabna i niezależna kobieta ma problem ze znalezieniem faceta – wartościowego faceta. Takiego, który zostanie z nią trochę dłużej niż kilka wspólnych nocy. Czy współczesne singielki muszą wybierać tylko pomiędzy kolesiem z zatwardzeniem emocjonalnym, który jak ognia boi się zaangażowania a dupkiem, który ogląda się za każdą przedstawicielką płci pięknej w przykrótkiej spódniczce? A gdzie są faceci, którym będzie zależeć i będą się starać? Gdzie są faceci, którzy będą czekać na lotnisku, kiedy będziesz wracać z podróży; którzy pomogą ci w przeprowadzce; którzy będą się Tobą opiekować, gdy grypa wpakuje Cię do łóżka; którzy pójdą w Tobą i do klubu na imprezę i na pogrzeb ciotki; którzy po prostu nie będą Cię oszukiwać, zdradzać i okłamywać? Czy to tak wiele? No cóż, w obecnych czasach to chyba jednak zdecydowanie za wiele…

Kilkanaście dni temu usłyszałam od kogoś (oczywiście od faceta), że zdrada ze strony kobiety jest niewybaczalna, zaś zdrada faceta to normalna rzecz, bo tak ich stworzyła Natura i taka jest kolej rzeczy. Miałam ochotę walnąć tego kogoś, teraz żałuję, że tego po prostu nie zrobiłam. Zapewne niejeden osobnik myśli w ten sposób, dlatego tylu palantów kręci się po świecie. Ostatnio będąc w klubie spotkałam się z takim przypadkiem: koleś przyszedł ze swoją dziewczyną potańczyć, ale nie przeszkadzało mu całą noc bezczelnie gapić się na mnie w taki sposób, jakby co najmniej chciał mnie rozebrać na środku parkietu, przy tych wszystkich ludziach, uśmiechać się zawadiacko i puszczać oczka za każdym razem, kiedy nasz wzrok się spotkał. Dodam, że przez ten cały czas był ze swoją ukochaną. Boże, widzisz i dlaczego nie grzmisz!!! Takim facetom powinno się co nieco skrócić. Prawdziwi mężczyźni nie zdradzają swoich kobiet, nawet nie oglądają się za innymi! Prawdziwi mężczyźni troszczą się o swoje kobiety i za nic w świecie nie pozwolą, żeby uroniła chodź jedną łezkę z ich powodu. Gdzie te chłopy??

Chyba zaczynam domyślać się, dlaczego dzisiejsi panowie są jacy są. Po prostu są tchórzami. Boją się silnych, wykształconych kobiet, które mają własne zdanie i nie pozwolą zamknąć się w kuchni i spełniać wszystkie ich zachcianki. Naturalność również nie jest w cenie. Aby usidlić jakiegoś przedstawiciela płci męskiej (przynajmniej na chwilę), koniecznie trzeba przemienić się w plastikowy twór, ze stałym karnetem na solarium, z kilometrowymi tipsami i warstwą tapety grubszą niż tą na ścianach, strzelający sobie roznegliżowane selfiki, który na dodatek nie posiada umiejętności samodzielnego myślenia. Coś w stylu dziewczyn z Warsaw Shore. Z całego serca życzę powodzenia.

Inną sprawą jest również to, że wolą niespodziewanie urwać kontakt i rozpływając się w powietrzu, niż po ludzku przyznać, że jednak to nie to. Czy tak trudno powiedzieć (albo już chociaż napisać): „Sorry Mała, ale to nie to. Jesteś dla mnie za bardzo zajebista/wymagająca/inteligentna/oczytana/mająca własne zdanie/itp. Boję się, że nie będziesz chciała być posłuszna”. Ale jak widać to za wysokie wymaganie, lepiej zachować się jak gówniarz i tchórz.

Ile razy serce może być złamane, zanim przestanie cokolwiek czuć? Ile razy można się sparzyć i analizować każdą kolejną porażkę? Jak to jest możliwe, że za każdym razem kobieta ma do czynienia z coraz to gorszym typem? Ciągle wybiera nieodpowiednich facetów i za każdym razem (no dobrze, w 98% przypadków) powiela swoje błędy , ale w żadnym wypadku nie uczy się na własnych błędach? Czy naprawdę jesteśmy aż takie naiwne?

Karma jednak jest suką. Stuprocentową.

Danuta Rinn – Gdzie ci mężczyźni

New Year, New Time, New Me

Ten rok nie zaczął się dobrze. Sylwestra, którego zwyczajnie nie lubię świętować, przegapiłam. Gdy zegary wskazywał godzinę 00:00, ja znajdowałam się gdzieś pomiędzy salą balową a wyjściem na zewnątrz biegnąc, by zobaczyć kolorowe fajerwerki. Niestety słono się przeliczyłam. Ani nie wypiłam lampki szampana o północy, ani nie zobaczyłam sztucznych ogni, gdyż w centrum miasta (a konkretniej na Powiślu), w otoczeniu wysokich budynków zwyczajnie nie było to możliwe. No i nie za dobrze bawiłam się na samej imprezie… Pięknie, pomyślałam. Jaki początek roku, taki cały rok… Na szczęście ta przepowiednia (a raczej zabobon) się nie sprawdziła! Chociaż nie lubię świętować Sylwestra (i powoli przez to staję się monotematyczna co roku pisząc to samo), co dwanaście miesięcy gdzieś czekam na przywitanie Nowego Roku w gronie znajomych. Uważam, że święto to jest przereklamowane, a otoczka towarzysząca temu dniu jest co najmniej sztuczna.

Ale mniejsza z tym. Uważam, że rok 2015 był jednym z moich najlepszych w życiu, jeśli nie najlepszy. Mając 17 lat myślałam, że za 10 lat moje życie będzie powoli się kończyć i powinnam szykować się do przejścia na tamten świat 🙂 🙂 No cóż, przyznaję – jako nastolatka miałam bardzo bujną wyobraźnię 🙂 Wraz z kolejną wiosną na karku stwierdzam, że im człowiek starszy, tym fajniejsze jest życie! 🙂 Teoretycznie stajemy się mądrzejsi i uczymy się na własnych błędach (piszę teoretycznie, gdyż w moim przypadku taka nauka idzie w las), zmieniają się nasze priorytety, doceniamy ludzi, którzy pojawili się wokół nas, dostrzegamy coś, co nigdy wcześniej nie przeszło nam przez myśl. Zauważyłam, że moje myślenie i światopogląd zaczyna się zmieniać. Jeszcze rok temu nie podejrzewałabym siebie, że potrafię przestawić pewne klepki w głowie 🙂 A to uważam za jeden z większych tegorocznych osobistych sukcesów.

Ten rok minął pod znakiem podróży. Faktycznie, odwiedziłam kilka ciekawych miejsc, chociaż moja mama uważa, że nieco przesadziłam z wojażami. Ja myślę odwrotnie – straciłam wiele okazji na fantastyczne wyjazdy. Mam jednak nadzieję, że nie przepadły bezpowrotnie i jeszcze nie raz trafi się taka możliwość. Prawda jest taka, że podróżowanie uzależnia. W moim przypadku jest tak, że chwilę po powrocie do domu,  zaczynam planować kolejne wojaże 🙂 Jakie miejsca najbardziej mnie urzekły? Przede wszystkim Gruzja. Nigdy nie była na mojej podróżniczej liście marzeń, to był spontaniczny wyjazd. Jednak totalnie mnie urzekła. Kraj wielu kontrastów, z jednej strony pięknie ukształtowany krajobrazowo, z sympatycznymi i przyjaznymi mieszkańcami, a z drugiej zaś z biedą kryjącą się w każdym zakamarku miasta. No i gruzińskie jedzenie, którym totalnie jestem oczarowana, a samo wspomnienie o khinkali czy chaczapuri powoduje natychmiastowe pobudzenie kubków smakowych 🙂 Kolejny spontaniczny wyjazd, na który zdecydowałam się w przeciągu kilkunastu godzin, był wypad do Amsterdamu z hiszpańskojęzycznymi znajomymi. Co prawda mój hiszpański nie jest jeszcze na takim poziomie, żebym swobodnie gawędziła z Hiszpanami w ich ojczystym języku, ale małymi kroczkami kiedyś dojdę do perfekcji 🙂 Nie był to wyjazd tylko i wyłącznie do stolicy Holandii w celu zwiedzania i podziwiania miasta, ale przede wszystkim przyjechaliśmy tam na Koningsdag, by świętować urodziny króla. Dlatego uważam, że ten wyjazd pod wieloma względami był nieco szalony, ale w 100% udany 🙂 Z całą pewnością jeszcze nie raz przybędę tam świętować z Holendrami urodziny monarchy. Kto wie, może w nadchodzącym roku? 🙂 Jednak najbardziej „ekstremalnym” i spontanicznym wyczynem była podróż do Andaluzji. Dlaczego „ekstremalnym”? Ano dlatego, że zdecydowałam się tam polecieć zupełnie sama. Wiem, wiem, wielu z Was zapewne mówi teraz co w tym „ekstremalnego”? No cóż, dla mnie to był nie lada wyczyn, gdyż nigdy wcześniej sama nie podróżowałam, a zwłaszcza po innym kraju. O wypadzie do hiszpańskiej Andaluzji myślałam przed długi czas, dlatego też gdy pojawiły się promocje lotnicze, wyłączyłam myślenie i półświadoma kupiłam bilety. Dopiero po kilkunastu minutach dotarło do mnie, co właśnie zrobiłam. Stresowałam się bardzo. Na kilka dni przed wylotem nie mogłam spać w nocy, a sama myśl o tym przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Na szczęście na strachu i panice się skończyło. Wszystko poszło jak po maśle, czułam się tam jak u siebie, jakbym znała te miasta od zawsze 🙂 Jestem totalnie zakochana w Sewilli, Rondzie, zaś w Maladze zauroczona – bo tylko te trzy miejsca udało mi się tym razem podziwiać. Jestem z siebie dumna, że w końcu zdecydowałam się na samodzielny wyjazd, we własnym towarzystwie (no dobrze, przez 70% mojego czasu spędzonego w Andaluzji przebywałam sama). Już myślę nad powrotem do mojego drugiego ulubionego kraju, do dalszego odkrywania andaluzyjskich zakamarków 🙂 Oczywiście w tym roku, w międzyczasie było wiele innych podróży do ciekawych i pięknych miejsc, ale nie miały one dla mnie takiego dużego znaczenia jak te wyżej opisane 🙂

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że dzisiaj będę mieć tylu znajomych pochodzących z innych krajów, a w szczególności hiszpańskojęzycznych, śmiałabym się do rozpuku 🙂 Jak widać życie lubi płatać figle i pozytywnie zaskakiwać 🙂 Dwanaście miesięcy temu pisałam, że rok 2014 był rokiem hiszpańskim. Wszystko się zgadza, ale jeśli poprzedni taki był, to z całą pewnością rok 2015 był trzy razy bardziej hiszpański 🙂 W całym swoim dotychczasowym życiu nie poznałam tylu fantastycznych ludzi, co w tym roku! I nie mówię tylko o tych hiszpańskojęzycznych znajomych, ale przede wszystkim o swoich rodakach 🙂 Dziękuję, że się pojawiliście!

Końcówka roku była totalnie zakręcona, życie na najwyższych obrotach. Wydarzyło się tyle niespodziewanych rzeczy, zarówno tych dobrych, jak i złych. Nie będę jednak pisać o tych nieprzyjemnych wydarzeniach, ponieważ chciałam o nich jak najszybciej zapomnieć. Wierzę, że karma odwdzięczy się i powróci z podwójną mocą do tych, którzy zawiedli i rozczarowali.

A jakie plany na kolejne dwanaście miesięcy? Jest ich tyle, że nie sposób wszystkie wymienić 🙂 Oczywiście co chwilę dochodzą coraz to nowsze. Niestety pierwsza połowa roku niestety nie będzie związana z podróżami 😦 Skupię się na bardziej przyziemnych rzeczach, które pochłaniają zarówno dużo czasu, jak i pieniędzy. Jednak jak wspomniałam wcześniej, życie lubi płatać różne figle i pozytywnie zaskakiwać, więc kto wie – wszystko może się zdarzyć 🙂 W tym roku zrobiłam porządek z umysłem (przynajmniej częściowo), dlatego też w przyszłym skupię się na robieniu porządku ze swoim ciałem, by została zachowana równowaga 🙂 🙂 🙂 Czuję, że będzie to jedno z moich większych wyzwań 🙂 A jakie podróżnicze plany? Marzą mi się odległe podróże, ale nie sądzę, że w najbliższych miesiącach je spełnię. Przede wszystkim jest to Kuba. No i jak się okazuje, teraz wszyscy planują swoje wyprawy na tę wspaniałą karaibską wyspę 🙂 Aż mnie zazdrość zżera patrząc na zdjęcia i plany podróży moich znajomych 🙂 Od kilku dni siedzi mi w głowie Peru, o którym bardzo, ale to bardzo intensywnie myślę J Nie będę oryginalna pisząc, że koniecznie chcę powrócić do Hiszpanii. W tym kraju jest tyle pięknych miejsc, że nie potrafię się zdecydować, które odwiedzić najpierw 🙂 Tak samo z resztą jest z moją ukochaną Grecją.

Znowu piszę do Was 31.12, w międzyczasie leniwie szykując się na zabawę. Doskonale pamiętam słowa, które pisałam do Was rok temu. Ależ ten czas szybko leci… Mogłabym tak pisać, i pisać, i pisać, ale zapewne nikomu nie chciałoby się tego czytać 🙂 Poza tym, nie mam tyle czasu, bo rok 2015 był bardzo intensywny i owocny w miłe wydarzenia. Lepiej pokażę Wam migawkę z najważniejszymi wydarzeniami minionego roku 🙂

Życzę Wam, aby ten nadchodzący rok był tym, w którym spełnią się Wasze marzenia (przynajmniej niektóre). A czego sobie życzę? Przede wszystkim cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do wyznaczonych celów, których trochę się uzbierało 🙂 Żeby moje hobby stało się źródłem dochodów. No i oczywiście by podróży było jeszcze więcej niż w mijającym roku 🙂 Napiszę to pierwszy raz w życiu: żałuję, że rok 2015 się kończy i powoli przechodzi do historii.

Szampańskiej zabawy i oby Was kac jutro nie męczył!

1

2

3

4

5

6

7

8

9

9_1

10

11

12

13

14

15

16

17

20

19

21

22

SONY DSC

23

24

25 26 27

IMG_2159

 29 30