Książki z Hiszpanią w roli głównej

Jak doskonale wiecie, mam „lekką” obsesję na punkcie Hiszpanii i wszystkim, co z nią związane. Dlatego nie powinniście się dziwić, że pochłaniam niemal każdą książkę, w której akcja rozgrywa się w tym kraju. Oczywiście gdybym umieściła wszystkie książkowe pozycje z Hiszpanią w roli głównej, zapewne nie dobrnęlibyście nawet do połowy tego postu. Dlatego wybrałam te pozycje, które najbardziej utkwiły mi w pamięci i zaciekawiły. Może wakacje powoli odchodzą w zapomnienie, ale to nie oznacza, że nie można się przenieść – nawet mentalnie – do słonecznej Hiszpanii, gdzie lato trwa zdecydowanie dłużej, niż w naszym kraju.

Katarzyna Wolnik-Vera „Przystanek Barcelona”

Autorka pokazuje nam różne oblicza stolicy Katalonii. Na samym początku oprowadza nas po jej romantycznej części: ulicy Zakochanych i ulicy Pocałunków, nastrojowych parkach oraz Magicznej Fontannie. Dzięki niej poznamy Barcelonę z wysokości (bo jak się okazuje) znajduje się tam aż dwadzieścia punktów widokowych, z których rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama miasta. Kolejnym punktem na trasie jest Plac Kataloński – według mieszkańców to samo centrum miasta. Właśnie tam odbywają się wszystkie ważne imprezy, festiwale oraz manifestacje. Oczywiście autorka dba o to, byśmy razem z nią nie ominęli najważniejszych architektonicznych atrakcji: Sagrada Pamilia, Park Guell, Casa Mila, Casa Battlo, MNAC czy Barri Gothic.

Poza sentymentalnym spacerem, Katarzyna Wolnik-Vera przekazuje nam garść praktycznych informacji. Przewodnik przede wszystkim jednak przybliża nam obyczaje mieszkańców, ich tradycje i kulturę: miłość do rumby i flamenco, szalone imprezy, lokalne fiesty, świąteczne zwyczaje, najlepsze muzea, kina i teatry. Podpowiada, gdzie tanio i dobrze zjeść, gdzie napić się dobrego wina, jakie pamiątki przywieźć ze sobą i gdzie je kupić. Poza tym dowiadujemy się m. in. skąd wzięła się nazwa miasta oraz czym charakteryzują się poszczególne dzielnice. Dzięki książce „Przystanek Barcelona” mamy okazje lepiej zagłębić się w historię miasta.

Maciej Bernatowicz „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”

Wydawać by się mogło, że o Hiszpanii wiem (prawie) wszystko. A już na pewno sama mogłabym napisać tego typu książkę. Życie lubi zaskakiwać i jak się okazuje, jednak nie wiem (prawie) wszystkiego o tym cudownym śródziemnomorskim kraju.

Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko” nie jest żadnym przewodnikiem. Jest to raczej swoiste kompendium wiedzy na temat tego cudownego kraju. Znajdziemy tam nie tylko zarys hiszpańskiej historii, czy opis tamtejszych obyczajów, ale także pojawiają się absurdy, które nie mieszczą się w głowie przeciętnemu Polakowi, chociażby codzienna sjesta. To także błyskotliwy wgląd w to, co współcześni Hiszpanie myślą o swojej historii i tożsamości, co wywołuje w nich radość, a czego się obawiają. Maciej Bernatowicz przybliża czytelnikowi ich tradycje, postawy życiowe, bieżące wyzwania, z którymi przyszło im się zmagać, ale także niewątpliwe sukcesy, które już odnieśli. Poza obszernymi opisami, znajdziemy tam również kolorowe zdjęcia, które doskonale obrazują to, o czym napisał autor.

Janusz Kasza „Korrida. Taniec i krew”

Korrida jest kwintesencją Hiszpanii, symbolem tego kraju i sportem narodowym, wręcz nawet świętością. Każdy Hiszpan powinien uczestniczyć w tym wydarzeniu chociaż raz w życiu. Janusz Kasza, zakochany od lat w korridzie – próbuje zrozumieć zawartą w niej tajemnicę śmierci. Wśród lawendowych wzgórz Prowansji pije wino, kosztuje małży i zachwyca się flamenco. Odwiedza dziadka Antonina, uznanego hodowcę byków, który przy cygarach i kieliszku absyntu snuje fascynujące opowieści. W podróży towarzyszy mu ognista Nicole, odkrywająca przed nim uroki śródziemnomorskiej fiesty.

Jeśli chcecie się dowiedzieć czym jest słynna korrida, albo po prostu zrozumieć, dlaczego Hiszpanie są tacy dumni z tego krwawego „sportu”, koniecznie przeczytajcie książkę Janusza Kaszy. Znajdziecie tam wiele interesujących informacji na temat samej techniki korridy, historii czy wielu innych ciekawostek.

Katarzyna Kobylarczyk „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty”

Nie ma dnia, żeby w Hiszpanii nie odbywała się jakaś fiesta. Mieszkańcy tego kraju uwielbiają się bawić, a okazji do świętowania nigdy nie brakuje: rocznice, święta katolickie i świeckie, pochody ku czci patronów czy udanych zbiorów. W Hiszpanii świętowanie traktuje się jako coś wyjątkowego, a owocem tego są wszelkiego rodzaju fiesty – źródło wyemancypowania siebie, uwolnienia duszy z więzów ciała, zerwania łańcuchów porządku społecznego, ucieczki przez kontrolą władz. Przygoda autorki rozpoczyna się niespodziewanie, gdzieś w kraju Basków. Zupełnie przypadkowo staje się uczestnikiem regionalnej fiesty. Właśnie wtedy rodzi się pomysł, by podążać szlakiem pozostałych hiszpańskich fiest.

To, co przeczytamy w reportażu „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty”  nie mówi się w mediach i rzadko wspomina w przewodnikach. Poza tym autorka wplata różne opowieści, legendy i fakty historyczne, co jest bardzo interesujące. Zręcznie wtrącą wątki historyczne, antropologiczne, geograficzne. Muszę przyznać, że zdecydowanie lepiej czytałoby się jej książkę, gdybym nie musiała sobie wyobrażać każdej z nich, tylko być uczestnikiem wszystkich tych fiest J Ale nic straconego, bo w planie mam pojawienie się na wszystkich, bardziej znanych hiszpańskich fiestach.

Conrado Moreno „Mój Madryt”

Stolica Hiszpanii widziana oczami rodowitego Hiszpana. Madryt to styl życia, kultura, niezliczone bary i restauracje, uśmiechnięci ludzie, najlepsze muzea i wystawy na świecie. Po prostu nie można nie kochać tego miasta. Madryt żyje dniem i nocą, odpoczywa jedynie w upalne letnie popołudnia.

„Mój Madryt” jest zbiorem nastrojowych opowieści, wspomnień i sentymentalnych powrotów do miasta, które Conrado pamięta z dzieciństwa. Znajdują się też w niej różne typowo przewodnikowe informacje, razem z wieloma praktycznymi i przydatnymi radami. Po książkę warto sięgnąć nie tylko, by poznać historię, zabytki i inne atrakcje, jakie oferuje nam stolica Hiszpanii, ale przede wszystkim by poznać emocje, jakie wyzwala to miasto – piękne, tajemnicze i ekscytujące. Conrado moreno odkrywa przed czytelnikami ścieżki, którymi biegał jako mały chłopiec, a dzisiaj przemierza z zachwytem podczas każdej kolejnej wizyty, bacznie obserwując przy tym wszystko, co nowe.

Nina Majewska-Brown „Wakacje”

Wakacje to czas beztroski, odpoczynku, odkrywania piękna świata oraz całkowita regeneracja fizyczna i psychiczna. Co może być przyjemniejszego niż dwa tygodnie spędzone w cudownej Barcelonie w otoczeniu ukochanych i najważniejszych osób w życiu? Dla bohaterki „Wakacji”, Niny wymarzone wakacje przekształciły się w prawdziwą tragedię.

Nina Brown wraz z mężem oraz dwójką dzieci wybierają się na dwutygodniowe wakacje do stolicy Katalonii. Zapowiada się cudowny czas spędzony w gronie najbliższych: odpoczynek na plaży, zwiedzanie urokliwej Barcelony, próbowanie lokalnych specjalności oraz poznawanie hiszpańskich tradycji. Niestety nie na długo będzie mogła cieszyć się spokojem i rodzinnym szczęściem. Niespodziewany przyjazd teściów niszczy całą atmosferę. Wakacje i rodzinna sielanka zmieniają się w uciążliwą walkę z żywiołem (jakim są teściowie), którego nie można w żaden sposób ujarzmić. Jednak to dopiero tylko przedsmak tego, co tak naprawdę spotka Ninę.

Przez pierwszych kilkadziesiąt stron książka wydała się być lekką, przyjemną lekturą, bez żadnego głębszego przesłania. Jednak akcja, która miała miejsce w dalszej części książki wstrząsnęła mną, i to dosłownie. Takiego zwrotu akcji nigdy się nie spodziewałam. Pewnie mało który czytelnik oczekiwał takiego obrotu wydarzeń.  Od tamtego momentu czytelnik (w tym również ja) doświadcza zupełnie innej gamy emocji.  Lekkość, humor i harmonia zostaje zastąpiona współczuciem, niepewnością i strachem o przyszłość bohaterki.

Carlos Ruiz Zafon „Cień wiatru”

Grzechem byłoby pominąć tę książkę. Powieść, którą pokochały i zaczytały się w niej miliony ludzi na całym świecie. Przetłumaczona została na 20 języków, wydana w 30 krajach. W samej Hiszpanii sprzedało się 1 mln egzemplarzy.

W letni świt 1945 roku dziesięcioletni Daniel Sempere zostaje zaprowadzony przez ojca, księgarza i antykwariusza, do niezwykłego miejsca w sercu starej Barcelony, które wtajemniczonym znane jest jako Cmentarz Zapomnianych Książek. Zgodnie ze zwyczajem Daniel ma wybrać, kierując się właściwie jedynie intuicją, książkę swego życia. Spośród setek tysięcy tomów wybiera nieznaną sobie powieść „Cień wiatru” niejakiego Juliana Caraxa. Zauroczony powieścią i zafascynowany jej autorem Daniel usiłuje odnaleźć inne jego książki i odkryć tajemnicę pisarza, nie podejrzewając nawet, iż zaczyna się największa i najbardziej niebezpieczna przygoda jego życia, która da również początek niezwykłym opowieściom, wielkim namiętnościom, przeklętym i tragicznym miłościom rozgrywającym się w cudownej scenerii Barcelony gotyckiej i renesansowej, secesyjnej i powojennej.

Jeśli chcecie się przenieść w czasie i przestrzeni, do minionych epok i pobłądzić, a zarazem przeżyć niezwykłą przygodę z Danielem, koniecznie sięgnijcie po „Cień wiatru”, swoisty klasyk gatunku.

Sarai Walker „Dietoland”

Pogoń za posiadaniem idealnego ciała jest się plagą XXI wieku. Dążenie do osiągnięcia idealnego wyglądu stało się swego rodzaju chorobą cywilizacyjną. Staramy się perfekcyjnie wyglądać, ale nie dla siebie samych – chcemy przypodobać się innym osobom. Na szczęście są jeszcze osoby, takie jak Sarai Walker, które w brutalny sposób rozprawiają się ze światem mody, nierównością płciową, obsesją na punkcie wyglądu i brakiem akceptacji samego siebie. Wynikiem tego jest jej powieść „Dietoland”.

Plum Kettle, a tak naprawdę Alicia Kettle, jest redaktorką popularnego pisma dla nastolatek. Plum od zawsze zmaga się z nadwagą i brakiem akceptacji swojej osoby. Będąc nastolatką stosowała liczne diety, które jednak nie przyniosły wyczekiwanych efektów. W związku z tym, po wielu latach zmagań zadecydowała, że podda się operacji zmniejszenia żołądka. Wydaje jej się, że jeśli osiągnie wymarzoną wagę, stanie się Alicią, która może wszystko, a świat będzie leżał  u jej stóp. Decyzja zapadła, wizyta w szpitalu szczegółowo zaplanowana, a w szafie pojawiło się wiele nowych ubrań – w rozmiarze Alicii. Niespodziewanie pewnego dnia otrzymuje dziwna propozycję: dostanie pieniądze na operację, ale w zamian musi wykonać kilka dziwnych zadań. Początkowo Plum niechętnie się na to godzi, ale perspektywa łatwych pieniędzy szybko bierze górę. W przeciągu kilku miesięcy Plum przemienia się w inną kobietę, ale nie za sprawą utraty wagi.

Sarai Walker napisała manifest XXI wieku. Buntuje się przeciw kreowaniu idealnego ciała, sztuczności i obłudy. Jest przykładem, że kobieta, niezależnie od rozmiaru, może czuć się kobieco i być pewną siebie. Plum zaślepiona była dążeniem do idealnej sylwetki, by czuć się atrakcyjną, ale po pewnym czasie uświadamia sobie, że jednak lubi siebie taką, jaką jest. Cieszę się, że powstają takie książki jak „Dietoland”, bo pomagają walczyć z błędnym przekonaniem, że każda kobieta powinna nosić rozmiar 32 i ważyć 45 kg. Każda z nas na swój sposób jest piękna. I żadne głupie plotki czy zdjęcia roznegliżowanych modelek nie powinny sprawiać, że czujemy się gorsze. „Dietoland” to pełna czarnego humoru, zjadliwa, czasami brutalna, ale interesująca powieść.

Za książkę dziękuję:

Tomasz Pindel „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody”

Życie na emigracji nie jest łatwe. Doskonale wiedzą o tym nasi rodacy, którzy zdecydowali się zamieszkać na drugim końcu świata. Tomasz Pindel to pisarz, autor i tłumacz licznych publikacji literaturoznawczych, biograf Mario Vargasa Llosy. Jest specjalistą w przekładach literatury latynoskiej. W swojej najnowszej książce „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody” skupia się na losach Polaków, którzy zdecydowali się wyemigrować na południowoamerykański kontynent.

Jak sam autor pisze, polska historia skupiona w Ameryce Południowej to nie tylko Gombrowicz. To wielka epopeja pielgrzymstwa polskiego, trwająca kawał XIX i kolejne dekady XX wieku. Byli to ludzie różnych klas, stanów, aspiracji, talentów. Marzyciele uciekający przed nędznym życiem na polskiej wsi, skupieni na fantazjach o brazylijskim złocie i wszelkich innych klejnotów, które – według legendy – tak mocno świecą, że dają jasność nawet nocą. Są potomkowie polskich legionistów od Napoleona, którzy tłumili wolnościowe zrywy na Haiti – i którzy zmienili radykalnie polską tożsamość. Są również prostytutki, arystokraci i żołnierze od gen. Andersa w Argentynie, a nawet pewien sławny modelarz w Gwatemali, który o nowej ojczyźnie wypisywał, niestety – rasistowskie okropieństwa.

Ludzie niepiśmienni w tamtych czasach nagle zdecydowali się na wyprawę za ocean do krajów, o których nic nie wiedzieli. To była bardzo dramatyczna decyzja spowodowana tym, że w kraju panował powszechny głód. Ziemią obiecaną miała być Brazylia. Wystarczyło tylko wyjechać, bo rząd brazylijski gwarantował ziemię. Dostawał ją każdy, kto tylko tam dotarł. Nie trzeba było spełniać specjalnych warunków – jedynym było dotarcie do Brazylii. Jednak rzeczywistość w nowym El Dorado nie była taka kolorowa, jak się wszystkim wydawało. Przybywający do Brazylii Polacy sądzili, że otrzymają kawał ziemi do uprawy i pasania bydła, niewiele w tym uczestnicząc. W rzeczywistości dostali kawałek niezaoranego ugoru, na którym nic nie chciało rosnąć, nawet chwasty.

Polacy w tamtych czasach nie mieli smykałki do biznesu. Byli jednym z najmniej rozwiniętych państw, co rodziło niechęć ze strony innych grup etnicznych. Na Polaków patrzono z pogardą i niższością. Także hiszpańskie słowo polacos miało bardzo pejoratywne znaczenie – tak nazywano prostytutki, nie tylko polskiego pochodzenia, ale ogólnie. W świadomości miejscowych utarł się wizerunek Polaka jako kogoś pierwotnego, prymitywnego i pozbawionego kraju. Typowym, bardzo obraźliwym, określeniem było „Polak bez flagi”.

Tomasz Pindel losy swoich bohaterów przeplata z burzliwą historią kontynentu i obrazami współczesnych dynamicznych zmian. Autor podąża śladami Polaków w Argentynie, Brazylii, Chile, Gwatemali, Haiti i Meksyku. Pokazuje skrajnie odmienne oblicza polskiej emigracji na przestrzeni ostatnich trzystu lat. I choć pisze o ludziach z daleka – zza horyzontu – niepostrzeżenie przystawia czytelnikom migracyjne zwierciadło naszych rodaków. „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody” to lektura nie tylko dla miłośników latynoskich klimatów, ale dla wszystkich, którym losy Polaków na obczyźnie nie są obojętne.

„Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody”

 

Anna Kołodziejska „Chirurgica w Nepalu”

A gdyby tak rzucić wszystko i polecieć do Nepalu? Brzmi fantastycznie, nieprawdaż? A co jeśli pobyt w tym kraju nie wiąże się z poznawaniem tamtejszej kultury, zwiedzaniem i wspinaniem się na Himalaje?

Anna Kołodziejska, świeżo upieczona pani doktor, decyduje się na wyjazd do pięknego, ale biednego Nepalu. Jej celem nie są wyżej wymienione atrakcje, ale ciężka praca, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Decyduje się pomagać w Centrum Leczenia Rozszczepów Podniebienia i Oparzeń. Jako chirurg wspiera miejscowych lekarzy w ratowaniu życia i zdrowia ciężko poparzonych osób. Każdy przypadek ma swoją tragiczną historię – tak ciężką, że z wielkim trudem się o niej czyta. Wszystkie te przypadki są wynikiem nie tylko panującej tam biedy, ale również ludzkiej głupoty i ignorancji. Dzięki pomocy takich ludzi jak tytułowa chirurgica, tamtejsi ludzie mają szansę na życie. Autorka czasami zastanawia się, jakie życie czeka np. siedmiomiesięczne dziecko, któremu w wyniku poparzeń musiała amputować obie nogi, ale nigdy nie wątpi w sens swojej pracy. Więcej takich drastycznych przypadków autorka opisuje na kartach książki, często posługując się bardzo dosadnym i obrazowym językiem…

Autorka przebywając w Nepalu, ma wrażenie, że przeniosła się w czasie co najmniej  100 lat wstecz. Jeśli chodzi o medycynę, to właśnie tamtejsze metody leczenia stosowane są jak te sprzed co najmniej wieku. Lekarze robią, co mogą, by ratować ludzkie życie, ale nie dbają o takie szczegóły jak np. odpowiednie znieczulenie, sterylizację narzędzi czy o zachowanie przyzwoitej ogólnej higieny. Anna Kołodziejska niejednokrotnie miała takie przypadki, że pacjent obudził się z krzykiem w trakcie skomplikowanej operacji, bo znieczulenie nagle przestało działać. Brak dostępu do odpowiednich leków, ubóstwo, brud, okrutne zanieczyszczenie środowiska – to nie są odpowiednie warunki do rozwoju tamtejszej medycyny. Mimo wielu przeszkód i naprawdę ciężkich przypadków, Anna jest dzielna i nie poddaje się, wytrwale dąży do zakończenia swojej misji.

Poza troską o swoich pacjentów, Anna drży także o swoje własne zdrowie. Początkowo unikała ulicznego jedzenia, żywiła się tylko tym, co przygotowała dla niej rodzina, u której mieszkała albo tym, co zostało przygotowane w stołówce pracowniczej. Nie mniej jednak prędzej czy później musiała się przełamać i spróbować miejscowych przysmaków. Sposób, w jaki jedzą Nepalczycy, jest dla niej obrzydliwy. Również wspólne picie wody z jednej butelki może przysporzyć palpitacji serca. Tam nikt nie dba o higienę, nikt nie myje rąk, a o czystych naczyniach można tylko pomarzyć. Mimo pełnej świadomości, Anna czasami nie ma wyboru i musi zaspokoić pragnienie czy głód tym, co aktualnie jest dostępne.

Nepal jest specyficznym krajem, jednym z najbiedniejszych i, co ciekawe, trzecim pod względem korupcji. Nepalczycy nie wierzą w zmianę systemu, bo wszystko kręci się wokół jednego – pieniędzy, których kraj nie ma. Poza szerzącą się korupcją, szerzony jest powszechny terror i zastraszanie społeczeństwa. W wyniku takich zagrywek, w przeciągu dekady, ludność Kathmandu zwiększyła się dwukrotnie, ponieważ mieszkańcy prowincji uciekli do miasta w nadziei, że tam doświadczą jakiejkolwiek ochrony ze strony rządu.

„Chirurgica w Nepalu” to intrygująca, a zarazem i szokująca opowieść zamknięta w przepięknej formie. Książka jest pełna żywych kolorów, mnóstwo tam zdjęć i nieprzypadkowych rysunków. Mimo, momentami, ciężkiej treści, czyta się ją przyjemnie i nie sposób się od niej oderwać. Opisuje nie tylko swoją ciężką pracę, ale także opowiada o tamtejszej kulturze, religii czy świętach. Książka to świetna czytelnicza podróż po niesamowitym kraju, jakim jest Nepal. „Chirurgica w Nepalu” to doskonała propozycja nie tylko dla tych, którzy interesują się tamtejszym rejonem świata, ale dla wszystkich, którzy lubią podróżować.

„Chirurgica w Nepalu”

 

Mia Flores, Olivia Flores „Żony kartelu”

Za sprawą serialu „Narcos” zrobiło się gorąco na temat południowoamerykańskich karteli narkotykowych, a szczególnie działalności Pablo Escobara.
Za sprawą książki „Żony kartelu” autorstwa Mii i Olivi Flores, od podszewki poznajemy funkcjonowanie meksykańskiego narkobiznesu oraz najbardziej niebezpiecznego przestępcę – El Chapo.

Mia i Olivia Flores to żony okrytą złą sławą bliźniaków Pedro i Jaya Floresów, podwójnej prawej ręki niebezpiecznego kryminalisty, jakim był meksykański baron narkotykowy – El Chapo. W swojej autobiograficznej książce „Żony kartelu” bez owijania w bawełnę opowiadają, jak wyglądało ich życie u boku bliźniaków.

Obie panie wywodzą się z różnych środowisk. Olivia Flores wychowała się w amerykańskiej rodzinie meksykańskiego pochodzenia. W wieku piętnastu lat trafiła w bardzo złe towarzystwo początkujących  gangsterów, dealerów narkotykowych i obwieszonych złotem chłopaków w luksusowych samochodach. Dwukrotnie zamężna i  z małym dzieckiem u boku poznała Jaya Floresa, kiedy była już wdową po innym gangsterze. Natomiast Mia Flores wychowała się w rodzinie o meksykańsko-brazylijskich korzeniach. Córka policjanta, skromna, filigranowa, wpatrzona w ojca jak w obrazek i szukająca jego podobizny w licealnych sympatiach. Los jednak ironicznie podsuwa jej pod nos Pedro Floresa, który ma za sobą pół kartelu Sinaloa. Ich miłość rośnie w siłę na równi z lokalnym biznesem przemytniczym braci, który prowadzą w Meksyku.

Bracia Flores dorastali w świecie narkotyków. Ich ojciec zajmował się handlem różnymi używkami, więc zarówno Peter i Junior, jak i piątka ich rodzeństwa dorastali w takim świecie, nie znając żadnego innego. Nic zatem dziwnego, że już w liceum weszli głębiej w ten biznes i otworzyli własną działalność. Bardzo szybko wspięli się na szczyt narkobiznesu, aż sam El Chapo zwrócił na nich uwagę, proponując im wysoką posadę u siebie w kartelu. Bliźniacy szybko zyskali zaufanie narkotykowego barona, zaś ten dawał im wszystko, czego zapragnęli. Każdego roku przemycali tony narkotyków na teren USA, zarabiając przy tym miliony dolarów. Ich majątek powiększał się z dnia na dzień, nie wiedząc, co mają robić z pieniędzmi.

Na początku życie obu pań było usłane różami. Jak obie zgodnie twierdzą, poznanie braci Flores było najpiękniejszym momentem w ich życiu. Junior był miłością życia Olivii, zaś Peter drugą połówką Mii. Styl życia, który prowadziły, przyprawiał o ból głowy: posiadały niebotycznie drogie samochody, wielkie domy, ubrania najlepszych projektantów mody i kosztowną biżuterię. Postanowiły jednak zrezygnować z tego wszystkiego, idąc na współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Uznały, że w życiu ważny jest nie tylko majątek, ale przede wszystkim liczy się rodzina i robienie tego, co słuszne.

Pedro i Jay Flores również postanowili oddać się w ręce amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, tym samym zostając informatorami amerykańskich władz. Szczegółowe zeznania braci umożliwiły zatrzymanie czołowych postaci kartelu narkotykowego. Drżące o życie Floresów żony odetchnęły z ulgą dopiero wtedy, gdy szef ich mężów wylądował w więzieniu między innymi za: morderstwa, korupcję, handel narkotykami i pranie brudnych pieniędzy. Trwało to jedenaście miesięcy, po których uciekł, by ponownie wpaść pół roku później. Jego spektakularna ucieczka wstrząsnęła opinią publiczną, kompromitując prezydenta Meksyku i ukazując poziom korupcji meksykańskiej policji.

Mam wrażenie, że Mia i Olivia Flores zdecydowały się napisać „Żony kartelu”, by nieco rozgrzeszyć  działalność ich mężów. Mimo to że ich mężowie nie byli źli do szpiku kości jak pozostali członkowie karteli, to czynili powszechne zło i odsiadka w więzieniu jak najbardziej im się należy. Jednak to, że sami oddali się w ręce władz i postanowili współpracować, świadczy o tym, że nie są to źli ludzie. Jeśli ktoś interesuje się tematyką działalności meksykańskich karteli, to „Żony kartelu” jest odpowiednia pozycją. Panie Flores opowiadają nie tylko swoją własną historię, ale przede wszystkim historię El Chapo oraz strukturę organizacji i działalności meksykańskich karteli. To opowieść niczym z bajki i koszmaru zarazem.

„Żony kartelu”

 

Anna Mieszkowska „Historia Ireny Sendlerowej”

Gdyby na ziemi było więcej takich aniołów jak Irena Sendlerowa, świat byłby zdecydowanie piękniejszy. Irenie Sendlerowej przyszło żyć w najokrutniejszych czasach – podczas okupacji niemieckiej. W trakcie II wojny światowej organizowała przemycanie żydowskich dzieci z getta i umieszczała je w przybranych rodzinach, domach dziecka i u sióstr zakonnych. Dzięki jej skrupulatnym notatkom zachowały się prawdziwe nazwiska ocalałych i ich prawdziwa tożsamość. Szacuje się, że Sendlerowa ocaliła ok. 2500 żydowskich dzieci. Mimo tego co zrobiła, zawsze powtarzała, że mogła zrobić jeszcze więcej.

Wychowywana była w duchu współczucia i niesienia pomocy innym. „Każdemu, kto tonie, należy podać rękę” – miał w zwyczaju powtarzać jej ojciec. W życiu kierowała się właśnie tą zasadą. Jej ojciec był lekarzem, który za darmo leczył żydowską biedotę, toteż Irena od małego miała do czynienia z tą grupą społeczną. Uporczywie walczyła z antysemityzmem, przez co miała wiele kłopotów np. w trakcie studiów, które z trudem ukończyła. Uważała, że ludzi dzieli się na dwie grupy: dobrych i złych, a nie ze względu na religię, rasę czy pochodzenie.

W trakcie wojny podała rękę wielu dzieciom i osobom dorosłym, które między innymi dzięki niej przeżyły Holokaust. Każdego dnia ryzykowała swoje życie, wyprowadzając i ukrywając żydowskie dzieci z getta. Jak sama mówiła, najgorszy dla niej był nie strach przed śmiercią, ale widok matek oddających swoje zapłakane dziecko w ręce obcej osoby. Ratowanie okazywało się jednak dopiero początkiem, po trzeba było tym dzieciom znaleźć dobra opiekę, dokumenty i zaadaptować je do „nowego” życia. Wielokrotnie ścigana przez gestapo, w końcu trafiła do więzienia na Pawiaku,  w którym była torturowana, a w końcu skazana na śmierć. Na szczęście udało jej się ujść z życiem dzięki staraniom warszawskiej Żegoty i przekupności pewnego niemieckiego oficera.

Irena Sendlerowa od zawsze powtarzała, że tylko dobro i miłość potrafią pokonać wszystko, a dzieci i młodzież są przyszłością narodów. Była również wściekła, że II woja światowa nie przyniosła żadnej lekcji, ponieważ na świecie nadal trwają wojny, a największymi jej ofiarami są dzieci. Całe swoje życie poświęciła pracy społecznej kosztem życia prywatnego. Miała dwa nieudane małżeństwa, zaś dzieci rzadko kiedy widywały ją w domu. Miała misję do spełnienia, nawet długo po zakończeniu wojny.

Przez wiele lat po zakończeniu wojny nie mówiło się o Holokauście – był to temat tabu zarówno dla Polaków, jak i obywateli Izraela. Dopiero 30 lat temu legenda Ireny Sendlerowej ożyła za sprawą kilku amerykańskich uczennic, które przybyły z wizytą do bohaterki. Specjalnie dla niej napisały sztukę teatralną „Życie w słoiku”, a po tym wydarzeniu całe jej dotychczasowe, spokojne już życie wywróciło się do góry nogami. Zaczęły przyjeżdżać z wizytą ważne osobistości – szefowie rządów, głowy państw, światowej sławy gwiazdy oraz najważniejsi goście – dzieci przez nią uratowane. Powstało mnóstwo książek o Holokauście i bohaterce, udzieliła wielu wywiadów, nakręcono wiele filmów. Za swoją działalność uhonorowano ją wieloma odznaczeniami. Została Sprawiedliwą wśród Narodów Świata, damą Orderu Orła Białego i Orderu Uśmiechu – co jak sama podkreślała – obok listu od Ojca Świętego Jana Pawła II, było dla niej najważniejszą nagrodą. Otrzymała także honorowe obywatelstwo Izraela, nominację do Pokojowej Nagrody Nobla i wiele, wiele innych tytułów honorowych.

W książce „Historia Ireny Sendlerowej” Anna Mieszkowska mierzy się z legendą, obala wszelkie mity oraz podaje przemilczane fakty (również przez samą Irenę Sendlerową). Poza wspomnieniami czy faktami z czasów okupacji niemieckiej, autorka zamieściła kopie oryginalnych listów Ireny Sendlerowej, dokumenty, nagłówki najważniejszych tytułów prasowych z okresu jej życia oraz liczne zdjęcia bohaterki i najbliższych osób z jej otoczenia. Przedstawia jej życie także z prywatnej perspektywy.  Nie jest to łatwa lektura, ale uważam, że powinna być obowiązkowa dla każdego Polaka. „Historia Ireny Sendlerowej” to opowieść o niezwykłych losach skromnej osoby, która mówiła, że mogła zrobić więcej.

Historia Ireny Sendlerowej

Teresa Grzywocz „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”

Podróże, przygoda, poważanie, światowe życie – która z nas tego nie pragnie? Zapewne każda z nas, jako mała dziewczynka marzyła o karierze w przestworzach. Ale czy faktycznie zawód stewardessy to praca marzeń?

Teresa Grzywocz pracowała w największych liniach lotniczych, również tych egzotycznych. Miała okazje poznać trasy czarterowe i linie lowcostowe. Po latach przeniosła się na menadżerskie jety. Pracę stewardessy zna więc od podszewki. W swojej najnowszej książce „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” opisuje pracę w zawodzie cabin crew bez owijania w bawełnę. Pokazuje pozytywne aspekty pracy stewardessy, ale również  czarną stronę tej branży. Bo niestety, praca w tym zawodzie wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i poświęceniami.

Wydawać by się mogło, że praca stewardessy należy do łatwych, lekkich i przyjemnych. No bo co może być skomplikowanego w podawaniu posiłków, sprzątaniu i kilkugodzinnym uśmiechaniu się? Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z – ładnie mówiąc – kapryśnym i trudnym klientem. Mowa tutaj o milionerach (i ich rodzinach) oraz celebrytach, którzy latając prywatnymi samolotami, żądają od załogi gwiazdki z nieba. Ale nie tylko bogaci i sławni mają swoje wymagania. Także „zwykli” pasażerowie mają swoje humory i zachcianki, a gdy załoga ich nie jest w stanie spełnić, grożą napisaniem skargi do przewoźnika.

Praca w chmurach wiąże się z wyrzeczeniami, jak np. planowanie wolnego czasu, bo przecież zawsze może się trafić nieplanowany lot albo zastępstwo. Innym negatywnym aspektem jest grafik, który zawsze okazuje się być niesprawiedliwy i krzywdzący. Liczne opóźnienia, pretensje pasażerów, niezgrana załoga – wszystkie te czynniki są stresogenne. A wszyscy wiemy, że stres nie wpływa korzystnie i na zdrowie, i na wygląd.

Jest to trzecia książka Teresy Grzywocz opisująca pracę w przestworzach. Miałam okazję czytać pierwsza książkę jej autorstwa „Etat w chmurach”, która opowiadała o początkach jej pracy w zawodzie stewardessy. Z kolei „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” jest zapisem jej obserwacji i przeżyć związanych z pasażerami, pilotami i współpracownikami. To także historie usłyszane od jej innych współpracowników. To swoista galeria postaci latających wysoko. Niecodzienne sytuacje, celebryci, zwierzęta na pokładzie i różnice kulturowe, które w sytuacji stresowej nie zawsze dadzą się zamieść pod samolotowy dywanik.

Prawdę mówiąc „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” bardziej zniechęca niż zachęca do pracy w zawodzie stewardessy. Nie jest to praca dla każdego, tylko dla twardych i silnych ludzi z wieloma pokładami cierpliwości. Bo niestety bardzo często trzeba pracować z trudnym klientem. Oczywiście Teresa Grzywocz opisuje pozytywne aspekty pracy, ale przeważają jednak te negatywne. W końcu to opis prawdziwego życia na wysokościach. Oczywiście książkę polecam każdemu, nawet tym, którzy po marzą o pracy w kokpicie samolotu. Lepiej być przygotowanym na to, co może się przydarzyć.

„Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”