Anna Mieszkowska „Historia Ireny Sendlerowej”

Gdyby na ziemi było więcej takich aniołów jak Irena Sendlerowa, świat byłby zdecydowanie piękniejszy. Irenie Sendlerowej przyszło żyć w najokrutniejszych czasach – podczas okupacji niemieckiej. W trakcie II wojny światowej organizowała przemycanie żydowskich dzieci z getta i umieszczała je w przybranych rodzinach, domach dziecka i u sióstr zakonnych. Dzięki jej skrupulatnym notatkom zachowały się prawdziwe nazwiska ocalałych i ich prawdziwa tożsamość. Szacuje się, że Sendlerowa ocaliła ok. 2500 żydowskich dzieci. Mimo tego co zrobiła, zawsze powtarzała, że mogła zrobić jeszcze więcej.

Wychowywana była w duchu współczucia i niesienia pomocy innym. „Każdemu, kto tonie, należy podać rękę” – miał w zwyczaju powtarzać jej ojciec. W życiu kierowała się właśnie tą zasadą. Jej ojciec był lekarzem, który za darmo leczył żydowską biedotę, toteż Irena od małego miała do czynienia z tą grupą społeczną. Uporczywie walczyła z antysemityzmem, przez co miała wiele kłopotów np. w trakcie studiów, które z trudem ukończyła. Uważała, że ludzi dzieli się na dwie grupy: dobrych i złych, a nie ze względu na religię, rasę czy pochodzenie.

W trakcie wojny podała rękę wielu dzieciom i osobom dorosłym, które między innymi dzięki niej przeżyły Holokaust. Każdego dnia ryzykowała swoje życie, wyprowadzając i ukrywając żydowskie dzieci z getta. Jak sama mówiła, najgorszy dla niej był nie strach przed śmiercią, ale widok matek oddających swoje zapłakane dziecko w ręce obcej osoby. Ratowanie okazywało się jednak dopiero początkiem, po trzeba było tym dzieciom znaleźć dobra opiekę, dokumenty i zaadaptować je do „nowego” życia. Wielokrotnie ścigana przez gestapo, w końcu trafiła do więzienia na Pawiaku,  w którym była torturowana, a w końcu skazana na śmierć. Na szczęście udało jej się ujść z życiem dzięki staraniom warszawskiej Żegoty i przekupności pewnego niemieckiego oficera.

Irena Sendlerowa od zawsze powtarzała, że tylko dobro i miłość potrafią pokonać wszystko, a dzieci i młodzież są przyszłością narodów. Była również wściekła, że II woja światowa nie przyniosła żadnej lekcji, ponieważ na świecie nadal trwają wojny, a największymi jej ofiarami są dzieci. Całe swoje życie poświęciła pracy społecznej kosztem życia prywatnego. Miała dwa nieudane małżeństwa, zaś dzieci rzadko kiedy widywały ją w domu. Miała misję do spełnienia, nawet długo po zakończeniu wojny.

Przez wiele lat po zakończeniu wojny nie mówiło się o Holokauście – był to temat tabu zarówno dla Polaków, jak i obywateli Izraela. Dopiero 30 lat temu legenda Ireny Sendlerowej ożyła za sprawą kilku amerykańskich uczennic, które przybyły z wizytą do bohaterki. Specjalnie dla niej napisały sztukę teatralną „Życie w słoiku”, a po tym wydarzeniu całe jej dotychczasowe, spokojne już życie wywróciło się do góry nogami. Zaczęły przyjeżdżać z wizytą ważne osobistości – szefowie rządów, głowy państw, światowej sławy gwiazdy oraz najważniejsi goście – dzieci przez nią uratowane. Powstało mnóstwo książek o Holokauście i bohaterce, udzieliła wielu wywiadów, nakręcono wiele filmów. Za swoją działalność uhonorowano ją wieloma odznaczeniami. Została Sprawiedliwą wśród Narodów Świata, damą Orderu Orła Białego i Orderu Uśmiechu – co jak sama podkreślała – obok listu od Ojca Świętego Jana Pawła II, było dla niej najważniejszą nagrodą. Otrzymała także honorowe obywatelstwo Izraela, nominację do Pokojowej Nagrody Nobla i wiele, wiele innych tytułów honorowych.

W książce „Historia Ireny Sendlerowej” Anna Mieszkowska mierzy się z legendą, obala wszelkie mity oraz podaje przemilczane fakty (również przez samą Irenę Sendlerową). Poza wspomnieniami czy faktami z czasów okupacji niemieckiej, autorka zamieściła kopie oryginalnych listów Ireny Sendlerowej, dokumenty, nagłówki najważniejszych tytułów prasowych z okresu jej życia oraz liczne zdjęcia bohaterki i najbliższych osób z jej otoczenia. Przedstawia jej życie także z prywatnej perspektywy.  Nie jest to łatwa lektura, ale uważam, że powinna być obowiązkowa dla każdego Polaka. „Historia Ireny Sendlerowej” to opowieść o niezwykłych losach skromnej osoby, która mówiła, że mogła zrobić więcej.

Historia Ireny Sendlerowej

Teresa Grzywocz „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”

Podróże, przygoda, poważanie, światowe życie – która z nas tego nie pragnie? Zapewne każda z nas, jako mała dziewczynka marzyła o karierze w przestworzach. Ale czy faktycznie zawód stewardessy to praca marzeń?

Teresa Grzywocz pracowała w największych liniach lotniczych, również tych egzotycznych. Miała okazje poznać trasy czarterowe i linie lowcostowe. Po latach przeniosła się na menadżerskie jety. Pracę stewardessy zna więc od podszewki. W swojej najnowszej książce „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” opisuje pracę w zawodzie cabin crew bez owijania w bawełnę. Pokazuje pozytywne aspekty pracy stewardessy, ale również  czarną stronę tej branży. Bo niestety, praca w tym zawodzie wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i poświęceniami.

Wydawać by się mogło, że praca stewardessy należy do łatwych, lekkich i przyjemnych. No bo co może być skomplikowanego w podawaniu posiłków, sprzątaniu i kilkugodzinnym uśmiechaniu się? Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z – ładnie mówiąc – kapryśnym i trudnym klientem. Mowa tutaj o milionerach (i ich rodzinach) oraz celebrytach, którzy latając prywatnymi samolotami, żądają od załogi gwiazdki z nieba. Ale nie tylko bogaci i sławni mają swoje wymagania. Także „zwykli” pasażerowie mają swoje humory i zachcianki, a gdy załoga ich nie jest w stanie spełnić, grożą napisaniem skargi do przewoźnika.

Praca w chmurach wiąże się z wyrzeczeniami, jak np. planowanie wolnego czasu, bo przecież zawsze może się trafić nieplanowany lot albo zastępstwo. Innym negatywnym aspektem jest grafik, który zawsze okazuje się być niesprawiedliwy i krzywdzący. Liczne opóźnienia, pretensje pasażerów, niezgrana załoga – wszystkie te czynniki są stresogenne. A wszyscy wiemy, że stres nie wpływa korzystnie i na zdrowie, i na wygląd.

Jest to trzecia książka Teresy Grzywocz opisująca pracę w przestworzach. Miałam okazję czytać pierwsza książkę jej autorstwa „Etat w chmurach”, która opowiadała o początkach jej pracy w zawodzie stewardessy. Z kolei „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” jest zapisem jej obserwacji i przeżyć związanych z pasażerami, pilotami i współpracownikami. To także historie usłyszane od jej innych współpracowników. To swoista galeria postaci latających wysoko. Niecodzienne sytuacje, celebryci, zwierzęta na pokładzie i różnice kulturowe, które w sytuacji stresowej nie zawsze dadzą się zamieść pod samolotowy dywanik.

Prawdę mówiąc „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” bardziej zniechęca niż zachęca do pracy w zawodzie stewardessy. Nie jest to praca dla każdego, tylko dla twardych i silnych ludzi z wieloma pokładami cierpliwości. Bo niestety bardzo często trzeba pracować z trudnym klientem. Oczywiście Teresa Grzywocz opisuje pozytywne aspekty pracy, ale przeważają jednak te negatywne. W końcu to opis prawdziwego życia na wysokościach. Oczywiście książkę polecam każdemu, nawet tym, którzy po marzą o pracy w kokpicie samolotu. Lepiej być przygotowanym na to, co może się przydarzyć.

„Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”

Bożena Pajdosz „Puch niemarny”

Wino, mężczyzna i wieś – tak w skrócie można opisać książkę Bożeny Pajdosz „Puch niemarny”. W rzeczywistości jest to opowieść przepełniona wieloma emocjami, rozterkami i subtelnym romantyzmem, gdzie proza przeplata się z poezją.

Małgorzata to trochę zagubiona i  popaprana emocjonalnie kobieta w średnim wieku. Jest zagorzałą singielką i uwielbia spędzać czas samotnie (ewentualnie w towarzystwie swojego wielkiego psa) w swojej winnicy na wsi, w której się osiedliła. Swój czas dzieli pomiędzy pracą zawodową w laboratorium a swoją nietypową jak na kobietę pasją – winiarstwem. Gdy niespodziewanie ulega poważnemu wypadkowi, nie zdaje sobie sprawy, że niebawem jej życie wywróci się do góry nogami. Od tej pory musi przełamać własne bariery i dotychczasowe zwyczaje, a tym samym otworzyć się i przede wszystkim zaufać drugiej osobie.

Małgorzata jest typem kobiety-bluszcza, która osacza drugą osobę, w tym przypadku Przemka. Pała do niego uczuciem tak wielkim, że sama nie może się w nim do końca odnaleźć. Przez lata była samotnicą i zagorzałą singielką, która we wszystkim radziła sobie znakomicie sama. Aż tu nagle ulega wypadkowi, potem potrzebuje długiej rehabilitacji, a to uzależniona ją od pomocy drugiej osoby. To dla niej zupełna nowość, a nawet szok, bo początkowo nie potrafi przyjąć tej pomocy. Chce spędzać z ukochanym każdą sekundę i wścieka się, że ten chce mieć czas dla siebie. Robi mu awantury i wypomina, że ciągle albo pracuje, albo jest zmęczony i nie mam dla niej czasu i jest oziębły wobec niej. Przez to ich związek skazany jest na porażkę. To znaczy chce Przemka, ale wie, ze swoim zakochanie go rani. Z drugiej jednak strony nie potrafi się opanować i zmienić swojego zachowania. Emocje biorą nad nią górę i musi zwrócić się o pomoc do specjalisty, bo inaczej ich związek nie przetrwa. Trudno bowiem dopasować poukładane życia dwóch dorosłych osób, ze swoimi nawykami i zajęciami. Jednak oboje wierzą, że miłość potrafi przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu, a nawet setki dzielących ich kilometrów.

Nie jest to typowy romans mimo, że okładka ostrzega, że jest. To raczej portret kobiety zagubionej we własnych emocjach, nie potrafiącej odnaleźć się w nowej dla niej sytuacji, jakim jest stworzenie solidnego i trwałego związku z drugą osobą. To także obraz rozterki kobiety nieco zagubionej, która sama do końca nie wie, czego chce. To ciekawy psychologiczny przekrój psychiki kobiety w średnim wieku, która wiele w życiu przeszła i nagle musi zmienić całe swoje życie oraz podporządkować je drugiej osobie.

Za książkę dziękuję:

Autorce

Przemysław Sowiński „Kobiety despotów”

Kobiety, które na trwałe zapisały się w historii świata. Wśród nich nazwiska znane oraz postacie zupełnie anonimowe. Z całą pewnością osoby nietuzinkowe. W swej najnowszej książce Przemysław Słowiński przybliża zarówno sylwetki kobiet, których wpływ na mężczyzn był znikomy, jak i  osoby, których siła oddziaływania była równa wpływom mężczyzn, z którym się związały.

Kobiety Juliusza Cezara, Napoleona, Józefa Piłsudskiego, Lenina, Stalina, Benito Mussoliniego, Mao Zedonga, Goebbelsa, Hitlera, Nicoleau Ceausescu, Fidela Castro, Mohammada Pahlaviego, Michaiła Gorbaczowa, Władimira Putnia i Aleksandra Łukaszenki to główne bohaterki biograficznej powieści Przemysława Sowińskiego. Do szaleństwa oddane i posłuszne, zazdrosne i żądne władzy, żony i kochanki. Bite, osamotnione i zdradzane. Za życie z despotami płaciły wysoką cenę – chorowały na nerwicę, ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach lub popełniały samobójstwa.

Maria Walewska – polska piękność, która urodziła Napoleonowi syna. Wierzyła, że jej związek z cesarzem przysłuży się Polsce. Jedna z nielicznych kobiet, które cesarz Francuzów naprawdę kochał. Przynajmniej Polacy tak wierzą. Nadieżda Alliłujewa – czuła odrazę do barbarzyństwa Stalina. Matka dwojga dzieci Wielkiego Językoznawcy. Delikatna kobieta, cierpliwie znosząca jego zdrady. W jednej wersji – popełniła samobójstwo, według innej – zastrzelił ją sam Stalin. Elena Petrescu – używała tytułu doktora nauk chemicznych, chociaż w rzeczywistości skończyła cztery klasy szkoły powszechnej. Przy mężu, Nicolae Ceausescu, Słońcu Karpat, trwała do końca – rozstrzelano ich razem w niejasnych okolicznościach. Evita Perón – kochano ją gorąco i równie gorąco nienawidzono za życia, wielbiono po śmierci. Do dziś otoczona jest nieprzemijającą legendą jednej z najbardziej fascynujących kobiet XX wieku. Uznana świętą za życia, symbol populizmu i Trzeciej Drogi do dzisiaj budzi ogromne kontrowersje. Łzawa historia o wiejskiej dziewczynce, która wyrosła na jedną z najsłynniejszych kobiet na świecie, nieustannie inspiruje wszelkiego rodzaju twórców. Poświęcono jej setki książek, filmów i musicali.

Wyżej wymienione nazwiska, to tylko niektóre bohaterki biograficznej powieści Przemysława Sowińskiego „Kobiety despotów”. Niektóre z nich  były równie okrutne i bezwzględne jak ich partnerzy; inne z kolei zbyt kruche i wrażliwe na zło, które wyrządzali mężowie. Nie wytrzymując presji i napięcia bardzo często popełniały samobójstwa. Szczerze powiem nie wiem, czy ja miałabym tyle odwagi i siły, żeby dzielić życie z tyranem. Wiedziały, czym zajmowali się ich wybrankowie, a mimo wszystko trwały u ich boku. Czy były równie złe jak ich partnerzy? Może jednak dały się tak zmanipulować, że nie odróżniały dobra od zła? Czy może tak słabe psychicznie, że godziły się na wszystko, czego oni chcieli?

„Kobiety despotów” to fascynujące historie kobiet, o istnieniu których nie miałam pojęcia. To także garść interesujących i mało znanych faktów z życia słynnych kobiet, o których się praktycznie nie mówi. Odczuwam jednak pewien niedosyt, bo chciałabym więcej. O wielu despotach autor nie wspomniał. Dlatego też z niecierpliwieniem czekam na drugą część, w której Przemysław Sowiński opisze więcej takich historii.

 

Za książkę dziękuję:

Olia Hercules „Kaukasis. Kulinarna podróż po Gruzji i innych krajach Kaukazu”

Znacie kuchnię gruzińską? Jeśli jeszcze nie mieliście okazji spróbować, czym prędzej należy udać się do gruzińskiej restauracji (mogę kilka miejsc w Warszawie polecić :)). Albo możecie zakupić książkę Olii Hercules i samemu spróbować upichcić coś pysznego 🙂

Olia Hercules zabiera nas na charyzmatyczny, tajemniczy i skłócony wewnętrznie Kaukaz. Przenosi nas do Gruzji, Azerbejdżanu i Armenii – do nostalgicznej  wyprawy w świat radzieckiego dzieciństwa autorki, która urodziła się na Ukrainie w ormiańskiej rodzinie z Górskiego Karabachu, ale wychowała się na Cyprze.

Kaukasis po grecku znaczy ośnieżony szczyt górski, ale to też mityczna kraina. Kuchnia jest bardzo ważna w gruzińskiej tradycji i jest częścią narodowej tożsamości tego kraju. Olia Hercules w książce przybliża nam kuchnię całego regionu, gdzie obfituje on w różnorodne płody rolne, a także aromatyczne przyprawy.

Niektóre połączenia mogą wydawać się wręcz absurdalne, np. burak i śliwka, albo arbuz i ryba. Z kolei inne brzmią bardzo egzotycznie, jak czigyrtma z kurczaka czy chanuma. Na niektóre z nich aż ślinka mi ciekła na samą myśl. Mam na myśli chinchali, czyli  gruzińskie pierożki, narodowe danie Gruzji. Ojejku, jak ja je uwielbiam! Będąc try lata temu w Gruzji jadłam je cały czas: na śniadanie, obiad i kolację 🙂 W międzyczasie przegryzałam innymi smakołykami tego kraju 🙂

Ja osobiście jestem wielbicielką kuchni gruzińskiej, to jedna z moich ulubionych. Miałam to szczęście, że smakowałam się w tej prawdziwej, oryginalnej będąc w Gruzji. Czym smakuje Gruzja? To przede wszystkim mnóstwo przypraw, a kolendra jest tutaj przodownikiem. Gruzini dodają ją do wszystkiego. Przed wyjazdem do tego kraju nie byłam miłośniczką tego zioła, a po powrocie do Polski wręcz się od niej uzależniłam 🙂

Książka jest przepięknie wydana. Podzielona jest na kilka rozdziałów, między innymi: „Korzenie, pędy, liście i cała reszta”, „Mąka i popiół” czy „Bestie lądowe, morskie i powietrzne”. Dzięki książce „Kaukasis” mogłam chociaż na chwilę przenieść się do tego wspaniałego kraju i oczami nasycić duszę 🙂 A piękne zdjęcia nie pomagały poskromić mojego burczenia w brzuchu 🙂 Pewne jest, że niebawem sama  wypróbuję przepisy i przyrządzę coś gruzińskiego dla swoich bliskich.

Za książkę dziękuję:

Monika Witkowska „Horn na trawersie. Opowieści nie tylko żeglarskie”

Monika Witkowska to doświadczona podróżniczka (odwiedziła ponad 180 krajów), miłośniczka gór (zdobywczyni Korony Ziemi) oraz uzależniona od morza żeglarka. Do jej żeglarskich osiągnięć należy m.in. dwukrotne opłynięcie przylądka Horn, pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego, a także trasa przez morza: Beauforta, Czukockie i Beringa dookoła Czukotki. „Horn na trawersie”  jest zapisem niezwykłego wyczynu, jakim jest opłynięcie przylądka Horn  małym, drewnianym jachtem.

W ten rejs wyruszyła z Mariem i jego żoną, sympatycznym rumuńskim małżeństwem. Monika i Mario poznali się w górach, w dramatycznych okolicznościach, w efekcie których odmrożony mężczyzna stracił palce i część nosa. Przyjaźń Polki i Rumuna przeniosła się na morze. Na małym, drewnianym jachcie opłynęli razem przylądek Horn, uznawany za żeglarski Everest.

Nie jest to typowo żeglarska książka. Monika pisze nie tylko o swojej wyprawie i emocjach z nią związanymi. Znajdziemy w niej wiele różnych ciekawostek, faktów historycznych, fachowego słownictwa związanego z morzem czy biografii słynnych żeglarzy. Na kartach książki dowiemy się między innymi dlaczego marynarze tatuowali sobie syreny i kotwice, skąd się wzięły nazwy Ziemia Ognista i Patagonia, jakie mogą być skutki zderzenia z wielorybem, co niezwykłego było w rejsach Magellana, Drake’a i Shackletona albo jakie przywileje przysługują żeglarzom, którzy opłynęli najgroźniejszy z przylądków.

Osobiście bardzo lubię wodę (w końcu jestem zodiakalnymi rybami) i wszystko, co z nią związane: pływanie, kajaki, jachty, itp. Kiedyś intensywnie myślałam o zrobieniu patentu żeglarskiego na jacht, ale porzuciłam ten pomysł. Sama nie wiem dlaczego. Ale czytając książkę serce mi mocniej zabiło, więc jednak powinnam do tego powrócić. Bardzo podziwiam Monikę Witkowską i wszystko co robi. Odważna  z niej kobieta z ogromnym dorobkiem nie tylko podróżniczym. Sam fakt, że odwiedziła 180 krajów wprawia w konsternację. Ostatnio miałam okazję ją poznać, gdzie opowiadała o swoich podróżach po Tanzanii.

„Horn na trawersie. Opowieści nie tylko żeglarskie” to doskonałe kompendium wiedzy na temat morza i żeglowania. To pozycja kierowana nie tylko dla zapalonych miłośników żeglowania, ale również dla podróżników, którzy chcieliby spróbować czegoś nowego. To przewodnik dla tych, którzy się tam wybierają; dla tych, którzy o tym marzą jako dowód, ze marzenia można (a nawet trzeba!) spełniać; dla pozostałych jako doskonała lektura, z dawką niecodziennych przygód. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto marzy o wielkiej przygodzie.

Za książkę dziękuję:

Artur Górski „Słowikowa o więzieniach dla kobiet”

O więzieniach dla mężczyzn dużo się mówi, ale zakłady karne dla kobiet to ciągle temat tabu. Tymczasem ten świat kieruje się zupełnie innymi zasadami. 

Ten świat doskonale poznała „Słowikowa”, czyli Monika Banasiak – była żona jednego z bossów grupy pruszkowskiej, Andrzeja Z. Słowika. W więzieniu spędziła ponad dwa lata jako podejrzana o kierowanie grupą przestępczą. Jako żona słynnego bossa nie miała łatwego życia. Trudno powiedzieć, czy bardziej ją szanowano czy prowokowano; jak sama wspomina: dojechanie Słowikowej to było coś! W pewnym momencie otarła się nawet o śmierć z ręki współosadzonej. Dopiero teraz zdecydowała się na szczerą opowieść o miejscu, które nazywane jest najniższym kręgiem piekła.

Samobójstwa, samookaleczenia, kobiecy seks – to tylko cząstka piekła, które kobietom gotują inne kobiety. Żeby przetrwać, trzeba być silnym; jakakolwiek oznaka słabości oznacza koniec godnej (o ile można tak powiedzieć) egzystencji w tym piekle. Monika była twarda od samego początku; musiała pokazać, że jej sława nie wzięła się znikąd. Mimo wszystko unikała jakichkolwiek bójek, czy stosowania agresji wobec współosadzonych. Jedynie to, czego pilnowała i wręcz obsesyjnie wymuszała na więźniarkach, to utrzymywanie czystości w celi. Słowikowa mogła cieszyć się szczególnymi względami pośród kierownictwa i pracowników więzienia. Lepiej było nie drażnić i nie zachodzić za skórę „królowej mafii”, znanej społeczeństwu personie.

Książka „Słowikowa o więzieniach dla kobiet” ma formę wywiadu. Autor Artur Górski prowadzi rozmowę najpierw z samą byłą osadzona, a pod koniec dołącza do nich była strażniczka więzienna. Z kolei ona opowiada o rzeczywistości w kobiecych więzieniach z perspektywy pracownika. Co dziwne, marzyła ona o tego typu pracy, dlatego bez żadnych znajomości otrzymała posadę w „Kamczatce”. Opowiada o trudach pracy w tym patologicznym środowisku. Przy okazji poznajemy więzienne słownictwo, a słowniczek objaśniający zwroty i nazwy znajduje się na końcu książki.

W latach 90. ubiegłego wieku Monika była dla mediów symbolem luksusu w iście hollywoodzkim stylu – dziennikarze chętnie pisali o jej stylu życia, o strojach, które nosi i jej ulubionych kosmetykach. Po aresztowaniu męża policja podejrzewała Monikę Banasiak o przejęcie kierownictwa nad grupą przestępczą. W 2013 roku została zatrzymana i trafiła na dwa i pół roku do aresztu zwanego „Kamczatką” przy ulicy Chłopickiego w Warszawie. W 2015 roku opuściła areszt za poręczeniem majątkowym i w trakcie procesu mogła odpowiadać z wolnej stopy. Sąd pierwszej instancji oczyścił ją z zarzutu kierowania grupą o charakterze zbrojnym. Po wyjściu na wolność postanowiła odmienić swoje dotychczasowe życie – w centrum Warszawy otworzyła gabinet kosmetyczny oraz rozpoczęła działalność jako doradca coachingowy. W 2016 roku ukazała się jej książka „Królowa mafii”.

Słowikowa o więzieniach dla kobiet