„Mamma Mia: Here We Go Again!”

Pamiętacie filmowy musical z piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA w roli głównej sprzed ponad dekady? Na ekranach kin gości kontynuacja filmowego hitu „Mamma Mia: Here we go again!” W rolach głównych ponownie zobaczymy Amandę Seyfried, Pierce’a Brosnana, Colina Firtha, Meryl Streep oraz  Stellana Skarsgarda. To jednak nie wszyscy aktorzy. Na ekranie pojawi się również wiele nowych, zaskakujących postaci.

Pierwsza część filmu okazała się globalnym sukcesem, nic w tym dziwnego, że producenci postanowili nakręcić jego kontynuację. Film tak naprawdę powtarza i rozbudowuje historię, którą poznaliśmy w oryginale, dodając do niej tylko drobne elementy. Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, ale właściwie to „Mamma Mia: Here we go again” jest bardziej prequelem niż sequelem, czyli akcja toczy się głównie przed wydarzeniami z pierwszej części filmu. Twórcy przenoszą nas w czasie, do roku 1979, kiedy to młoda Donna wdaje się w romans z trzema mężczyznami: Samem, Harrym oraz Billem. Oczywiście akcja drugiej części musicalu rozgrywa się w przepięknej i słonecznej scenerii greckich wysp.

No właśnie, przenosząc się w czasie mamy okazję poznać młodą Donnę i jej trzech amantów, również w odmłodzonej wersji. Zgłębiamy się w jej historię; staramy się zrozumieć, dlaczego zdecydowała się zamieszkać na greckiej wyspie, w zupełnie innej i obcej dla niej kulturze. Druga część musicalu odsłania kulisy młodzieńczych fascynacji i szalonych przygód Donny. No i w końcu dowiadujemy się, kto jest biologicznym ojcem Sophie (Amanda Seyfried). Z kolei w teraźniejszości, twórcy skupili się na historii Sophie, jej związku, nowopowstałym biznesie oraz tym, że spodziewa się dziecka.

W młodą Donne brawurowo wcieliła się Lily James. Energia i urok granej przez nią postaci sprawia, że nie da się usiedzieć spokojnie w fotelu. Jej werwa powoduje, że razem z nią chce się śpiewać, skakać i tańczyć. Wtórują jej – w rolach miłosnych partnerów Donny – Josh Dylan, Hugh Skinner i Jeremy Irvine, czyli piękne, młode i… spontaniczne wersje Sama (Pierce Brosnan), Harry’ego (Colin Firth) i Billa (Stellan Skarsgård). W „Mamma Mia:Here We Go Again” zobaczymy również Cher i Andy’ego Garcię!

Może produkcja nie należy do gatunku ambitnego kina, ale dostarcza wiele rozrywki. Jest wesoło, kolorowo, wakacyjnie, momentami trochę melodramatycznie i nastrojowo. Do tego, chociaż mniej znane piosenki szwedzkiego zespołu (ale pojawiają się także i największe przeboje ABBY) sprawiają, że chce się tańczyć razem z bohaterami. Jedno jest pewne: „Mamma Mia: Here we go again!” to najgorętszy i długo wyczekiwany hit tego lata!

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Żona czy mąż?”

Lubicie włoskie kino komediowe? Jeśli tak, to komedia „Żona czy mąż?” z Kasią Smutniak i Pierfrancesco Favino w rolach głównych to dla Was idealną rozrywką na zbliżające się długie, szare, jesienne wieczory.

Sofia i Andrea to wieloletnie maleństwo przeżywające kryzys. Ona pracuje w telewizji i lada dzień ma zadebiutować na ekranie telewizorów w charakterze prezenterki popularnego porannego programu. On jest utalentowanym neurochirurgiem, który skonstruował tajemniczą maszynę o nazwie „Charlie”, która ma umożliwić czytanie myśli. W wyniku nieudanego eksperymentu bohaterowie zamieniają się ciałami – umysł męża przenosi się do ciała żony i na odwrót. Małżeństwo i tak boryka się z licznymi problemami zawodowymi, finansowymi i osobistymi, a nieoczekiwana zamiana miejsc pogłębia wszystkie te kryzysy, stając się przy tym źródłem wielu komicznych sytuacji. Z drugiej jednak strony, nowa sytuacja sprawia, że nie tylko lepiej poznają szczegóły z codziennej egzystencji małżonka, ale będą mogli również inaczej spojrzeć na swój związek.

Zamiana miejsc pełna jest przekomicznych sytuacji. Zachowanie Pierfrancesco Favino jako Sofii zamkniętej w ciele męża przypomina (delikatnie mówiąc) mocno zniewieściałego mężczyznę. Bardzo często się wzrusza czy mimowolnie poprawiając włosy, kokieteryjnie zakręcając je na palcach. Z kolei Kasia Smutniak jako mąż uwięziony w ciele żony rozwala system. Piękna kobieta, która na własne życzenie oszpeca się i kompromituje na oczach widzów z całego kraju, wywołuje niekontrolowane wybuchy głośnego śmiechu. Nie da się nie lubić obu postaci. Oboje bardzo mocno zamieszają w karierze swojego małżonka. Swoją drogą ciekawa jestem, jak ja bym się zachowywała, gdybym zamieniła się ciałem z jakimś mężczyzną.

Filmów o tego typu filmów nakręcono całe dziesiątki. W sumie powstała banalna historia, z przewidywalnym zakończeniem, mimo to z całą pewnością dostarcza rozrywki. Włoska produkcja w reżyserii Simone Godano jest lekka i zabawna, w sam raz idealna na długie, jesienne wieczory. Może film nie wnosi nic nowego do światowej kinematografii, za to można przyjemnie spędzić czas w trakcie jej seansu. Jeśli nie macie planów na leniwy wieczór, sięgnijcie po komedię „Żona czy mąż?”. Dobra zabawa gwarantowana.

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Zimna wojna”

Jeszcze dobrze film nie wszedł na ekrany polskich kin, a już świat się nim zachwycał. Delikatny i z ludową nutką, rozśpiewany i roztańczony, z wielką historią w tle – taka jest najnowsza produkcja Pawła Pawlikowskiego. „Zimna wojna” to polska wersja Romea i Julii.

Paweł Pawlikowski przenosi nas do Polski lat 50-tych. Wiktor(Tomasz Kot) i Irena (Agata Kulesza) pragną stworzyć zespół, który miałby kultywować polską tradycję i kulturę. Jeżdżą po kraju, szukając młodych i utalentowanych osób do nowopowstającego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Wśród kandydatów jest charyzmatyczna i utalentowana Zula (Joanna Kulig). Już od samego początku pomiędzy Zulą a Wiktorem iskrzy. Chociaż dzieli ich duża różnica wieku, zakochują się w sobie bez pamięci. Jednak ich związek nie należy do najłatwiejszych. Na drodze do szczęścia stoi wiele przeszkód. Ogromne uczucie, które zostaje na przestrzeni lat wystawione na wiele prób, nie tylko wynikających ze społecznych norm i zasad prawnych, ale przede wszystkich z silnych charakterów kochanków. Zula i Wiktor nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć.

Wraz z „Mazurkiem” wędrujemy przez kolejne sceny nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Znajdujemy się w klubach wypełnionych muzyką jazzową w Paryżu, Berlinie czy byłej Jugosławii. Muzycznym motywem jest piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, którą można usłyszeć w różnych aranżacjach, także jazzowych. „Zimna wojna” przepełniony jest muzyką już od pierwszej sceny. Widzimy w niej górali grających na instrumentach i śpiewających ludowe pieśni. Potem widzimy Joannę Kulig występującą najpierw w zespole, a potem solo. W międzyczasie przemyka się Tomasz Kot, który gra muzyka-artystę, komponującego jazzowe utwory, tworząc magiczną atmosferę.

Choć historia jest burzliwa i spektakularna to jednak opowiedziana prosto, minimalistycznie, bez wielkich scen i patosu. Chociaż Joanna Kulig bez wątpienia odegrała świetną rolę, nie polubiłam jej bohaterki. Dla mnie była zbyt egoistyczna, pokręcona i zagubiona. Sama do końca nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. Ona i Tomasz Kot wykreowali brawurową ekranową parę, pośród której jest chemia i pasja, o której nie da się zapomnieć. Ich bohaterowie doskonale się uzupełniają: on jest powściągliwy, nieco wycofany; ona pełna energii i trochę nieokrzesana. Filmowi bohaterowie na zmianę przyciągają się i odpychają, padają ofiarą własnych lęków, ambicji i uczuć. A także wyborów, które mają wpływ ich wspólne życie i przyszłość. Jednak nie tylko Joanne Kulig i Tomaszowi Kot należą się oklaski. Także Agata Kulesza wykreowała ciekawą i elektryzującą postać. Borys Szyc wciela się w przedstawiciela Partii, który swoim niewymuszonym dowcipem inteligentnie wplata się w humor sytuacyjny. Bez wątpienia wszyscy oni są pierwszoligowymi polskimi aktorami.

Świat dosłownie zakochał się w „Zimnej wojnie”. „The Hollywood Reporter” napisał, że „Zimna wojna” to „prawdziwa rozkosz dla znawców muzyki”, a „The Guardian” ocenił, że to „wizualnie porywająca epicka opowieść o uwięzieniu i ucieczce ze świata totalitaryzmu”. Jury Festiwalu w Cannes przyznało Pawlikowskiemu Złotą Palmę za reżyserię. Warto dodać, że jest to pierwszy Polak, który  otrzymał nagrodę w tej kategorii. Sama Cate Blanchett zachwycała się rolą, urodą i talentem Joanny Kulig. Czy potrzeba lepszych recenzji?

Za możliwość obejrzenia filmu dziękuję:

„Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same? Natomiast za każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec kraju i swoich Panów grozi surowa kara. Brzmi irracjonalnie? Taki scenariusz wcale nie jest niemożliwy.

Władze Republiki Gileadu zmagając się z rekordowo niskim przyrostem naturalnym, wprowadzają w życie nowe zasady: ubezwłasnowolniają kobiety zdolne do urodzenia dziecka, oddając je na służbę rządzącym krajem komendantom. Jako podręczne mają one co miesiąc oddawać się swoim panom celem spłodzenia nowych obywateli – dzieci narodu. Po urodzeniu im potomka, zostają przekazane kolejnej rodzinie. Pod przykrywką religii i wiecznej chwały Pana, by przetrwać muszą poddać się nowym zasadom, inaczej zostaną zesłane do tajemniczej kolonii, albo ich ciała zawisną na murze, ku przestrodze innym. Muszą, choć niekoniecznie wszystkie chcą poddać się tym zasadom. Niektóre z nich rozpoczynają walkę z niesprawiedliwym systemem.

Podręczne nie są konkubinami, są chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Przyjmują nowe imiona, które są damskim odpowiednikiem imienia głowy rodziny, np. Freda, Daniela czy Warrena. Akt seksualny pomiędzy podręczną, komendantem i jego żoną, nazywany inaczej ceremonią, nie ma na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych czy czerpania przyjemności, ma charakter czysto prokreacyjny – odbywa się on w ciszy, bez żadnych emocji czy nawet dotyku. Jak wspomniałam, żona komendanta także jest obecna w trakcie aktu, co niewątpliwie dla obu pań jest upokarzającym momentem.

Posłuszeństwo i wyrzeczenie się wszelkich rozrywek dotyczy nie tylko podręcznych, ale także pozostałych kobiet, również żon komendantów. Zmagające się z bezpłodnością kobiety, ale marzące o potomstwie muszą znosić całą sytuację z godnością. Serena Joy Waterford (Yvonne Strahovski) była kobietą czynu, można rzec – feministką. Głośno walczyła o prawa kobiet, wydałą książkę i głosiła wykłady na wszelakich uczelniach i w różnych organizacjach. Po reformie prawa, którego również sama była twórczynią, z pokorą poddała się nowym zasadom. Ona również nie może czytać książek czy nakładać makijażu. Także żony komendantów mają jeden uniform, w różnych odcieniach turkusu, chociaż mają nieco większe pole do popisu niż podręczne.

Niestety główna bohaterka Freda/June (Elisabeth Moss) źle została dobrana do tej roli. Przez większość filmu pokazywana jest jej twarz z jednym i tym samym, nijakim grymasem twarzy. Nie jest wiadome, czy na jej obliczu maluje się strach, niepokój, radość czy może ma problemy z wypróżnieniem się. Jej postać jest po prostu nieciekawa, nijaka, a nawet irytująca. Niemrawa gra aktorki bardzo razi. W porównaniu z innymi podręcznymi (które również pozbawione są makijażu i znalazły się w takiej samej sytuacji) Elisabeth Moss wypada po prostu źle. Całe szczęście, że inni aktorzy, tacy jak Alexis Bledel, Joseph Fiennes, Max Minghella, Samira Wiley, Madeline Brewer czy wspomniana Yvonne Strahovski są znacznie bardziej utalentowani i nadrabiają swoją grą. Ich postacie są wyraziste, z charakterem, które mimo beznadziejnej sytuacji starają się istnieć, nie tylko ciałem ale i duchem.

Serialowa produkcja oparta na powieści Margaret Atwood jest szokującym i przerażającym obrazem przyszłości, która wcale nie jest taki niemożliwa. Patrząc na obecną sytuację w naszym kraju niewykluczone, że taki scenariusz może kiedyś wejść w życie. Oglądając „Opowieść podręcznej” odczuwam niepokój, ale również zdenerwowanie, że można traktować kobietę jak krowę rozpłodową, a ich ciało jest tylko inkubatorem. Jak to powiedział komendant Waterford, nie ma nic piękniejszego niż wydanie na świat nowej istoty. Poza spełnieniem obowiązku swojego gatunku nic innego nie istnieje. Słuchając takich wypowiedzi krew się w środku gotuje. Jak to możliwe, że kobiety mogą zgotować taki los innym kobietom, bez żadnego współczucia. Jedynie podręczne mają poczucie solidarności i wspierają się na każdym kroku.

„Opowieść podręcznej” zdecydowanie nie jest pozycją dla feministek. Nie mniej jednak zdecydowałam się ją obejrzeć z czystej ciekawości, jak kiedyś może wyglądać świat. Jak wspomniałam, nie jest to taki utopijny scenariusz, bo stopniowo odbierane są nam pewne prawa, czy nam się to podoba, czy nie.. Mimo wszystko polecam serial wszystkim kobietom, by mieć świadomość, jaki los może nas kiedyś czekać.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”

Wygląda na to, że postać Pablo Escobara, kolumbijskiego barona narkotykowego lat 80-tych ubiegłego wieku nieustannie fascynuje filmowców. W przeciągu kilku lat powstało kilka produkcji o tym człowieku. Najnowsza z nich „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” z Javierem Bardem i Penelope Cruz w rolach głównych opowiada historię romansu pomiędzy mafiosem a kolumbijską dziennikarką – Virginią Valejo.

Historia ukazana tutaj widziana jest z perspektywy kobiety, która pokochała samego diabła. Wielka gwiazda kolumbijskiej telewizji wdaje się w romans z baronem narkotykowym. Początkowo zafascynowana i pełna podziwu jego osobą pomaga mu w zdobyciu pewnego statusu społecznego. Wiedziała czym się zajmuje, a mimo to weszła w ten związek. Oczywiście mafioso nie pozostawał jej dłużny, dziennikarka opływała w luksusy i miała wszystko czego zapragnęła. Postawa kobiety stopniowo ulega demoralizacji – zaczyna latać na zakupy do Nowego Jorku z walizami wypchanymi narko-forsą, a kiedy gangster rozpętuje prywatną wojnę z aparatem państwowym, przy kochanku trzyma ją wyłącznie zwierzęcy strach. Tutaj zaczyna się walka o życie zdesperowanej kobiety, która zrobi wszystko, by nie skończyć jako kolejna ofiara na liście Pablo Escobara.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” oparta jest na biograficznej książce Virginii Valejo o takim samym tytule. Po znakomitym serialu „Narcos”, produkcja kolejnych filmów o Escobarze to bardzo ryzykowne zagranie. Aby udźwignąć taką produkcję, trzeba było zaangażować pierwszoligowych aktorów z Oscarem na koncie, a gwiazdorska para Bardem-Cruz zdołała udźwignąć ten ciężar. Bardem miał ten obłęd w oczach, przez który widz ma ciarki na plecach w trakcie całego seansu. Javier Bardem gra z dużym wyczuciem psychopatycznej podwójności Escobara – rodzinny konserwatyzm kontra sadystyczny narcyzm. To taki swoisty przekrój z życia samozwańczego króla Kolumbii.  Mamy tutaj wszystko, co uczyniło z Escobara figurę globalnej popkultury: brutalną przemoc i ojcowską łagodność; skorumpowaną politykę i biznesowe narady przy basenie; społeczną wrażliwość i orgie z prostytutkami.

Przyznam szczerze, że czułam pewien niedosyt; dwugodzinny seans nie był dla mnie wystarczający, chciałam więcej. Film jest brutalny, może nie w takim stopniu jak „Narcos”, ale scena z piłą mechaniczną czy z psem uwiązanym na plecach na długo zapadają w pamięci. Brak poszanowania dla ludzkiej godności i życia jest tutaj widoczny na każdym kroku.  Aktorska para (na ekranie i w życiu prywatnym) znakomicie się spisała, chociaż przed seansem sądziłam, że nie podołają temu aktorskiemu zadaniu. No, ale nie za darmo zostali obsypani Oscarami.

 

„Geniusz: Picasso”

Historia jednego z najsłynniejszych artystów XX wieku, słoneczna Hiszpania i nieziemsko przystojny Antonio Banderas – czy może być jakieś lepsze połączenie? Wszystko to znajdziemy w najnowszym serialu National Geographic „Geniusz: Picasso”.

Kobieciarz, awanturnik i zabawiaka – takie łatki przylgnęły do najsłynniejszego hiszpańskiego malarza. Pablo Picasso, a właściwie to Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso był prekursorem kubizmu, który żył i działał na przełomie XIX i XX wieku, w niespokojnych czasach obu wojen światowych. Niewielu artystów pozostawiło po sobie tak bogaty dorobek, jak on. Był jednym z najsłynniejszych i najbardziej wpływowych artystów ubiegłego stulecia, którego kariera trwała nieprzerwanie przez 80 lat. Szacuje się, że dorobek Picassa, który dożył 91. roku życia, obejmuje około 50 tysięcy prac. Jego porywczy temperament i niezwykła wena twórcza były nierozerwalnie związane z pełnym zawirowań życiem prywatnym – burzliwymi małżeństwami, licznymi romansami, zmieniającymi się sympatiami politycznymi i przelotnymi fascynacjami. Picasso nieustannie kreował siebie na nowo, wyznaczał nowe trendy w sztuce i przesuwał granice.

Akcja serialu toczy się na dwóch płaszczyznach jednocześnie. Retrospekcje w pewnym stopniu ilustrują i argumentują zachowania Picasso z bieżącej fabuły (Antonio Banderas), by za chwile przenieść się do czasów młodego Picasso (Alex Rich). Na początku widzimy Picasso jako grzecznego chłopca obserwującego z tatą corridę, następnie jako ciekawego świata młodzieńca, który coraz chętniej odwiedza domy publiczne by zasmakować życia, a wreszcie, jako mężczyznę, który decyduje się postawić wszystko na jedną kartę i iść właśnie w kierunku sztuki. W fabule retrospektywnej nie zabrakło również osobistych traum, które wpłynęły na to, jakim człowiekiem stał się Pablo.  Miał wiele muz, między innymi: Marie-Thérèse Walter (Poppy Delevingne) – matkę jego córki Mai,  piękną fotografkę Dorę Maar (Samantha Colley) czy Francise Gilot (Clémence Poésy).

Produkcja powstała między innymi w Paryżu, Barcelonie, Malcie oraz Maladze – mieście, w którym urodził się nie tylko sam artysta, ale także Antonio Banderas. To właśnie w tym andaluzyjskim mieście obserwujemy dorastanie młodzieńca w pięknej, słonecznej Hiszpanii, gdzie na arenach widowiskowo walczą torreadorzy, a elewacje budynków pokryte są kwiatami. Scenografia produkcji jest rzeczywiście dopięta na ostatni guzik – klimat Malagi bije z ekranu z niezwykłą siłą, hipnotyzując widokami. W tle słychać delikatne gitarowe brzmienia  autorstwa genialnego Hansa Zimmera. W zestawieniu z malowanymi farbami kadrami wypada to fantastycznie.

Przyznam szczerze, że o Pablo Picasso nie wiedziałam zbyt wiele. Oczywiście znałam kilka jego prac, ale o życiu i działalności nie miałam pojęcia. A jako miłośniczka Hiszpanii i wielka fanka Antonio Banderasa nie mogłam nie obejrzeć tego serialu 🙂 „Geniusz: Picasso” jest nieszablonowym, pełnym zawirowań życiorys i wciągający dobry serial. Obejrzeć go powinni nie tylko ci, którzy znają dzieła Picassa, ale przede wszystkim dla takich laików jak ja, które wiedziały jedynie, że Picasso istniał. W serialu znajdziemy wszystko, czego trzeba: świetne kreacje aktorskie, znakomitą realizację i przepiękne krajobrazy.

„Coco”

Podobno z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach. Coś  w tym jest, ale nie do końca to prawda. Bo tak naprawdę rodzina jest najważniejsza i bez względu na wszystko, zawsze można na nią liczyć – nawet w zaświatach.

Nastoletni Miguel marzy, by w przyszłości zostać popularnym muzykiem, tak jak jego idol – światowej sławy meksykański piosenkarz i aktor Ernesto de la Cruz. Jednak chłopiec nie ma łatwego zadania, gdyż rodzina skutecznie mu to utrudnia, zabraniając wszelkiego rodzaju muzykowania. Związane jest to z nieco traumatyczną historią rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Miguel nie poddaje się i po kryjomu szlifuje swój talent. Zbuntowany chłopiec bierze udział w konkursie talentów, ale potrzebuje do tego gitary. Postanawia „pożyczyć” instrument słynnego piosenkarza, ale nie wie, że przez niego przeniesie się do innego świata – świata zmarłych. Tam spotyka swoją ekscentryczną rodzinę, która za wszelką cenę stara się odesłać chłopca do domu, ale na własnych warunkach, które nie do końca podobają się Miguelowi. Chłopiec ucieka i postanawia spotkać się ze swoim idolem. Po drodze poznaje Hectora, który staje się jego kompanem i przewodnikiem po zaświatach. W czasie swojej wędrówki poznaje prawdę o swojej rodzinie oraz odkrywa szokujące informacje o swoim idolu…

Akcja toczy się w Święto Zmarłych, czyli Dia de los Muertos, które jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych w Meksyku. Folklor oraz meksykańska kultura ma tutaj wielkie znaczenie. Niezależnie czy są to mariachi, tradycyjne wycinanki z papieru, typowo meksykańska rasa psa, muzyka w klimacie tego kraju czy obrzędy związane z kultywowaniem Dnia Zmarłych, wszystko to ma swoje dokładne miejsce w fabule filmu i wpływa na to, co widzimy na ekranie. A dzieje się naprawdę dużo. Przenosimy się do świata umarłych, bajkowego świata umarłych. Mnóstwo kolorów, fantastycznych postaci, cudowna muzyka, a także wiele odniesień do znanych meksykańskich postaci jak np. Fridy.

Rzadko się zdarza, żeby współczesne animacje przekazywały jakieś głębsze wartości młodym widzom. W przypadku „Coco” jest inaczej. Twórcy przekonują, że rodzina jest najważniejsza, również pamięć o nich po śmierci. Ba tak naprawdę bez rodziny jesteśmy nikim. Jeśli ona o nas zapomni, to pamięć o nas przeminie.  Babcia Miguela dba o rodzinne tradycje i wbija do głowy krnąbrnemu wnuczkowi te wartości. Swoją drogą „Abuelita” to zabawna (ale czasami również sroga) osoba, która swoim specyficznym poczuciem humoru dostarcza nam dużej dawki śmiechu. Ale z drugiej strony pojawiają się postaci, przez które wręcz pojawiają się łzy wzruszenia, dlatego też w trakcie seansu miejcie pod ręką paczkę chusteczek.

„Coco” to tegoroczny zdobywca dwóch Oscarów w kategorii najlepszy długometrażowy film animowany oraz za najlepszą piosenkę. To także laureat wielu innych prestiżowych nagród: Złotych Globów, BAFTA czy Złotych Laurów. Nie ma się co dziwić, gdyż „Coco” to prawdziwa uczta nie tylko dla oczu, ale również dla duszy. To nie tylko animacja kierowana do najmłodszych widzów, ale także (a może przede wszystkim?) dla dorosłych. To niezwykła i wzruszająca historia o miłości i sile rodzinnych więzi.

„Coco”