„Coco”

Podobno z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach. Coś  w tym jest, ale nie do końca to prawda. Bo tak naprawdę rodzina jest najważniejsza i bez względu na wszystko, zawsze można na nią liczyć – nawet w zaświatach.

Nastoletni Miguel marzy, by w przyszłości zostać popularnym muzykiem, tak jak jego idol – światowej sławy meksykański piosenkarz i aktor Ernesto de la Cruz. Jednak chłopiec nie ma łatwego zadania, gdyż rodzina skutecznie mu to utrudnia, zabraniając wszelkiego rodzaju muzykowania. Związane jest to z nieco traumatyczną historią rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Miguel nie poddaje się i po kryjomu szlifuje swój talent. Zbuntowany chłopiec bierze udział w konkursie talentów, ale potrzebuje do tego gitary. Postanawia „pożyczyć” instrument słynnego piosenkarza, ale nie wie, że przez niego przeniesie się do innego świata – świata zmarłych. Tam spotyka swoją ekscentryczną rodzinę, która za wszelką cenę stara się odesłać chłopca do domu, ale na własnych warunkach, które nie do końca podobają się Miguelowi. Chłopiec ucieka i postanawia spotkać się ze swoim idolem. Po drodze poznaje Hectora, który staje się jego kompanem i przewodnikiem po zaświatach. W czasie swojej wędrówki poznaje prawdę o swojej rodzinie oraz odkrywa szokujące informacje o swoim idolu…

Akcja toczy się w Święto Zmarłych, czyli Dia de los Muertos, które jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych w Meksyku. Folklor oraz meksykańska kultura ma tutaj wielkie znaczenie. Niezależnie czy są to mariachi, tradycyjne wycinanki z papieru, typowo meksykańska rasa psa, muzyka w klimacie tego kraju czy obrzędy związane z kultywowaniem Dnia Zmarłych, wszystko to ma swoje dokładne miejsce w fabule filmu i wpływa na to, co widzimy na ekranie. A dzieje się naprawdę dużo. Przenosimy się do świata umarłych, bajkowego świata umarłych. Mnóstwo kolorów, fantastycznych postaci, cudowna muzyka, a także wiele odniesień do znanych meksykańskich postaci jak np. Fridy.

Rzadko się zdarza, żeby współczesne animacje przekazywały jakieś głębsze wartości młodym widzom. W przypadku „Coco” jest inaczej. Twórcy przekonują, że rodzina jest najważniejsza, również pamięć o nich po śmierci. Ba tak naprawdę bez rodziny jesteśmy nikim. Jeśli ona o nas zapomni, to pamięć o nas przeminie.  Babcia Miguela dba o rodzinne tradycje i wbija do głowy krnąbrnemu wnuczkowi te wartości. Swoją drogą „Abuelita” to zabawna (ale czasami również sroga) osoba, która swoim specyficznym poczuciem humoru dostarcza nam dużej dawki śmiechu. Ale z drugiej strony pojawiają się postaci, przez które wręcz pojawiają się łzy wzruszenia, dlatego też w trakcie seansu miejcie pod ręką paczkę chusteczek.

„Coco” to tegoroczny zdobywca dwóch Oscarów w kategorii najlepszy długometrażowy film animowany oraz za najlepszą piosenkę. To także laureat wielu innych prestiżowych nagród: Złotych Globów, BAFTA czy Złotych Laurów. Nie ma się co dziwić, gdyż „Coco” to prawdziwa uczta nie tylko dla oczu, ale również dla duszy. To nie tylko animacja kierowana do najmłodszych widzów, ale także (a może przede wszystkim?) dla dorosłych. To niezwykła i wzruszająca historia o miłości i sile rodzinnych więzi.

„Coco”

Kino z Hawajami w tle

Ten najmłodszy stan należący do Ameryki nie na darmo nazywany jest rajską wyspą albo rajem na ziemi. Jakie skojarzenia nasuwają się nam, kiedy pomyślimy o tym miejscu? To przede wszystkim charakterystyczne spódniczki zrobione z trawy i tradycyjny taniec hula, a także przepiękne, pachnące kwiatami boa. Myśląc o tej wyspie można usłyszeć również typową hawajską muzykę, a także oczami wyobraźni zobaczyć gorące plaże i błękitne morze.

Oto kilka wybranych filmów, których akcja toczy się na tej Rajskiej Wyspie.

 

Żona na niby

reż. Dennis Dugan
Produkcja: USA
Premiera: 2011

Wzięty i bogaty chirurg plastyczny Danny (w tej roli Adam Sandler) dochodzi do wniosku, że kobiety lecą na żonatych facetów. Jako że doktor nie ma szczęścia w miłości i pewnego dnia wpada na genialny (według niego) pomysł. Spotykając się z tuzinem kobiet, zawsze zmyśla nieprawdopodobne historyjki, np. że żona regularnie znęca się nad nim. Pewnego dnia poznaje dziewczynę, w której zakochuje się od pierwszego widzenia. Wydaje mu się, że  jego głupia teoria, wg której kobiety oglądają się za żonatymi zawsze się sprawdza, dlatego też prosi swoją asystentkę Katherine (Jennifer Aniston), żeby udawała jego żonę. W pewnym momencie sytuacja wymyka się spod kontroli, a w pokręconą historyjkę zostają wplątane dzieci Katherine oraz kuzyn Danny’ego.

Mimo, że jest to komedia, to przesłanie ma całkiem poważne. Jest to satyra na niezdrowe zachowanie społeczeństwa. Na ekranie pojawiają się piękne widoki zachodzącego słońca. Poza tym jest plaża, roznegliżowane ciała, drinki z palemką, czyli wszystko to, co charakteryzuje Hawaje.

 

Po zachodzie słońca

reż. Brett Ratner
Produkcja: USA
Premiera: 2005

Max (Pierce Brosnan) to złodziej diamentów, który po swojej ostatniej, spektakularnej akcji postanawia odejść na zasłużoną emeryturę. Wraz ze swoją ukochaną Lolą (Salma Hayek) przenoszą się na Hawaje, gdzie planują spędzić resztę swojego życia na piciu drinków z palemką patrząc na zachody słońca. Jak się okazuje, do portu przypływa ekskluzywny statek, na którego pokładzie odbywa się wystawa drogocennych brylantów. Pośród nich jest unikatowy egzemplarz klejnotu, który kilka wieków temu zdobił szablę Napoleona. Jest to jeden z nielicznych egzemplarzy, którego Max nie zdołał ukraść. Po jego piętach depcze mu agent FBI, który ściga złodzieja od lat. Jest przekonany, że Max będzie szykował skok na brylant i ma zamiar złapać go na gorącym uczynku.

Sama historia jest dosyć banalna i nie wnosi niczego nowego. Mimo wszystko, widoki, jakie serwuje nam reżyser są niewalające. Produkcja jest lekka, ogląda się ją przyjemnie. Skąpane w zachodzącym słońcu widoki, gorący duet Brosnan-Hayek i znakomita muzyka dodają filmowi nie tylko uroku, ale również wyrafinowanego smaku.

 

Pearl Harbor

reż. Michael Bay
Produkcja: USA
Premiera: 2001

Jest rok 1941. Dwaj przyjaciele z dzieciństwa: Rafe (Ben Affleck) i Danny (Josh Hartnett), postanawiają zaciągnąć się do wojska trenując oraz szkoląc się na pilotów. Niebawem oboje zostają wykwalifikowanymi i znakomitymi pilotami, ale żeby zacząć latać – muszą przejść obowiązkowe badania, podczas których wychodzi na jaw, że Rafe ma problemy ze wzrokiem. Jednak udaje mu się przekonać piękną pielęgniarkę, Evelyn (Kate Beckinsale), aby pozwoliła mu szybować w przestworzach. Po pewnym czasie między Evelyn i Rafe zakochują się w sobie. Ich sielanka jednak nie będzie trwała zbyt długo, ponieważ Rafe, w sekrecie przed ukochaną i przyjacielem, zgłasza się do Orlego Szwadronu, który wspomaga Brytyjczyków w bitwie o Anglię. Niespodziewanie, do Evelyn i Danny’ego dochodzą informacje, że jeden z samolotów, w którym był Rafe, został zestrzelony nad Kanałem La Manche. Chłopak postanawia zaopiekować się zrozpaczoną kobietą. Po pewnym czasie zakochują się w sobie na zabój. Kwitnące uczucie między Dannym i Evelyn przerywa atak Japończyków na Pearl Harbor.

„Pearl Harbor” jest jednym z moich ulubionych filmów. Oglądałam go już kilkanaście razy, ale za każdym przeżywam historię nowo i ryczę jak bóbr. Pamiętam kiedy zobaczyłam tę produkcję po raz pierwszy – przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie. Może nie jest to pełnoetatowa produkcja z Hawajami w tle, aczkolwiek są momenty, kiedy Danny i Evelyn spędzają romantyczne chwile na hawajskich plażach skąpanych w gorącym, zachodzącym słońcem.

 

Hawaii 5.0

reż. Leonard Freeman
Produkcja: USA
Premiera: 2010

Były komandos służb specjalnych Steve McGarret (Alex O’Loughlin) przybywa na hawajską wyspę, aby rozwikłać zagadkę dotyczącą śmierci swojego ojca. Od gubernatora otrzymuje propozycję dowodzenia oddziałem do zadań specjalnych. Razem z Dannym Williamsem (Scot Caan) oraz młodą policjantką Kono Kalakaua (Grace Park) rzucają się w wir swojej pracy. Rozwiązując trudne zagadki, niejednokrotnie łamią prawo, nie licząc się z konsekwencjami. Zależy im jedynie na tym, aby ocalić ludzie życie.

Swego czasu serial cieszył się wielką popularnością. Znaczna większość zdjęć kręcona jest na hawajskiej wyspie O’ahu, dzięki czemu możemy przenieść się w to egzotyczne miejsce. Serial jest remakem popularnego w latach 1968-1980 serialu „Hawaii Five-O”.

 

Lilo & Stich

reż. Chris Senders, Dean DeBlois
Produkcja: USA
Premiera: 2002

Propozycja z przymrużeniem oka. Mimo, że jest to film animowany, to akcja rozgrywa się na Hawajach. Jest to piękna historia małej dziewczynki a stworkiem pochodzącym z kosmosu. Lilo mieszka z siostrą, obie są sierotami, a opieka społeczna chce je rozdzielić. Pewnej rozgwieżdżonej nocy, dziewczynka zauważa na niebie spadającą gwiazdę wypowiadając przy tym życzenie. Pragnie, aby znaleźć prawdziwego przyjaciela, który będzie w stanie się nią zaopiekować. Następnego dnia Lilo udaje się do schroniska, z którego zabiera obcego przybysza nadając mu imię Stich. Potworek nie potrafi dostosować się do nowego otoczenia, dlatego wnosi chaos do swojego otoczenia. Ich przyjaźń byłaby piękna, gdyby nie to, że w ich relację ingeruje pracownik opieki społecznej, a także kapitan Gantu, który przybywa po mieszkańca swojej planet

Twórcy bajek Disneya powrócili do swoich korzeni – film jest prosty, lekki i emanuje ciepłem. Widać, że producentom nie zależało tylko na efektach specjalnych, ale przede wszystkim na rozwoju postaci i kameralności animacji. Przesłaniem „Lilo & Stich” jest niezwykła emocjonalność – śmieszy, bawi, są chwile grozy, a nawet chwile wzruszenia. Animacja pokazuje, że nieważne kim się jest, ale zawsze znajdzie się dla każdego miejsce we wszechświecie i odnajdzie prawdziwych przyjaciół.

 

Błękitne Hawaje

reż. Norman Taurog
Produkcja: USA
Premiera: 1961

Jest rok 1961. Chad Gates  (w tej roli Elvis Presley) wraca do rodzinnego Honolulu, do swojej rodziny, dziewczyny i hobby. Jego ojciec pragnie, aby ten rozpoczął pracę na rodzinnej plantacji i rozpoczął obiecującą karierę urzędnika. Młody i spragniony wrażeń mężczyzna nie ma zamiaru ulec prośbom ojca. Zatrudnia się w lokalnym biurze podróży, w którym zostaje przewodnikiem wycieczek. Dzięki temu może podróżować po całej wyspie w towarzystwie pięknych dziewczyn śpiewając, tańcząc i surfując, czyli wszystkim tym, co kocha robić najbardziej.

Poza najpiękniejszymi zakątkami Rajskiej Wyspy, możemy podziwiać nie tylko przystojnego Elvisa, ale również upajać się jego wokalnym talentem. W filmie usłyszeć można takie przeboje jak m. in. „Blue Hawaii”, „Rock-A-Hula Baby”, „Hawaiian Wedding Song” czy „Island of Love” oraz nieśmiertelny przebój „Can’t Help Falling in Love”.

 

Pozostałe filmowe podróże:

Indie: Kino z Indiami w tle

Chiny: Kino z Chinami w tle

Egipt: Kino z Egiptem w tle

Kuba: Kino z Kubą w tle

Meksyk: Kino z Meksykiem w tle

Włochy: Kino z Italią w tle

Afryka: Kino z Afryką w tle

Grecja: Kino z Grecją w tle

„Wonder Woman”

„Wonder Woman” to pierwsza w historii pełnometrażowa superprodukcja w całości poświęcona jednej z najsłynniejszych komiksowych superbohaterek. W roli tytułowej wystąpiła Gal Gadot („Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”), której na dużym ekranie partnerują m.in. Chris Pine („Star Trek”), Connie Nielsen („Gladiator”), Robin Wright ( „House of Cards”) czy Danny Huston („Gniew tytanów”).


Zanim została Wonder Woman, była Dianą (Gal Gadot) – księżniczką Amazonek wychowującą się na odległej, rajskiej wyspie i wyszkoloną na niepokonaną wojowniczkę. Pewnego dnia u brzegów wyspy rozbił się amerykański pilot (Chris Pine), który opowiedział Dianie o wielkim konflikcie ogarniającym świat. Księżniczka porzuciła więc swój dom przekonana, że może powstrzymać zagrożenie. W walce u boku ludzi, w wojnie ostatecznej, Diana stopniowo odkrywa swoją tożsamość, pełnię swojej mocy… i swoje prawdziwe przeznaczenie.

Film „Wonder Woman” opowiada długo wyczekiwaną historię Diany, jedynego dziecka na Themyscirze, tajemniczej wyspie podarowanej jej mieszkańcom przez samego króla bogów – Zeusa, jej podróży i początków legendy tej niezrównanej superbohaterki. Pochodząca z plemienia Amazonek Diana przez całe życie szkoliła się do walki. Jednak aby stać się prawdziwą wojowniczką, będzie musiała odważnie bronić swoich ideałów i posługiwać się unikalnym orężem na najbardziej brutalnym polu bitwy, jakie świat kiedykolwiek widział.


Nie znam komiksowej historii Wonder Woman, więc oglądając produkcję nie miałam żadnego porównania. Być może producenci bazowali na wydarzeniach rozgrywających się w komiksie, ale fabuła niezbyt mnie przekonała. Połączenie mitycznego świata z realiami pierwszej wojny światowej jakoś mi nie pasuje. Zupełnie dwie skrajne rzeczywistości, które nagle się ze sobą ścierają. Jak to się stało, że Steve tak po prostu znalazł się w krainie Amazonek? Z kolei jak to możliwe, że Diana musiała odbyć kilkudniową podróż statkiem do cywilizowanego świata, żeby wziąć udział w wojnie? Dla mnie – czyli osoby, która praktycznie  nie wie nic o tej postaci – było to niezrozumiałe i prawdę mówiąc – bez sensu.

Lubię ekranizacje komiksowych superbohaterów, ale przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś więcej po tej superprodukcji. Rozważałam nawet pójście do kina na seans „Wonder Woman” jednak dobrze, że tego nie zrobiłam, bo byłabym zawiedziona. Ja wiem, że to film, który od początku opierał się na grafice komputerowej, ale ja miałam wrażenie, że to bardziej gra komputerowa, albo bajka niż hollywoodzka produkcja. Poza tym, na każdym kroku widać błędy, które od razu rzucają się w oczy. Fabuła nie jest skomplikowana i da się przewidzieć co się wydarzy, chociaż jeden zwrot akcji jest nieco zaskakujący. Jednak Wonder Woman w wykonaniu pięknej Gal Gadot nie sposób nie polubić. Pełna gracji, wdzięku, a zarazem empatii i subtelnej… naiwności od początku wzbudziła moją sympatię.

Jeśli chcecie obejrzeć najnowszą produkcję, ale spodziewacie się spektakularnego widowiska, to możecie się nieco rozczarować. Ja oczekiwałam dużo więcej i przyznaję, że jestem rozczarowana. Oczywiście warto obejrzeć produkcję o tej komiksowej superbohaterce, zapełniając sobie czas w jesienny, ponury wieczór, ale mając inne filmowe propozycje, to bez wyrzutów sumienia możecie skusić się na inną produkcję.

Wonder Woman

 

„Telefonistki”

Lubicie hiszpańskojęzyczne seriale, które cofają nas w czasie do ubiegłego stulecia?  Jeśli tak, to „Telefonistki”, czyli „Las chicas del cable” – najnowsza produkcja Netflix’a z całą pewnością przypadnie Wam do gustu.

Madryt, lata 20. XX wieku. Główne bohaterki to cztery kobiety, które choć tak różne, to łączy je jedno – silna wola walki o niezależność w patriarchalnym świecie. Lidia (Blanca Suárez), Marga (Nadia de Santiago), Carlota (Ana Fernández) i Ángeles (Maggie Civantos) to pracowniczki krajowej centrali telefonicznej, które dążą do wyrwania się z ciasnej klatki, w jakiej chce je zamknąć konserwatywne, hiszpańskie społeczeństwo traktujące kobiety jak jednostki niezdolne do decydowania o sobie. Setki dziewczyn czekają w kolejkach, żeby dostać pracę telefonistki w firmie, która jest synonimem postępu i nowoczesności. Praca w głównej centrali w Madrycie daje możliwość niezależności oraz wyemancypowania. Każda z nich jest inna i ma własną historią, począwszy od różnych środowisk, z jakich się wywodzą, a skończywszy na osobistych problemach, z którymi muszą się zmierzyć.

Serial jest wielowątkowy, w którym znajdziemy różne typy osobowości: wykreowana na femme fatale Lidia (lub Alba) – wątek tej bohaterki jest zdecydowanie najbardziej sensacyjny, a zarazem najbardziej interesujący; naiwna i nieco niezdarna dziewczyna z prowincji, czyli Marga;  pochodząca z bogatej i wpływowej rodziny Carlota oraz (pozornie) najbardziej poukładana, pozostająca w (pozornie) szczęśliwym związku Ángeles. Oczywiście to nie wszystkie postaci, jakie przewijają się w serialu. Jest jeszcze wiele innych, równie ciekawych postaci, ale nie będę wszystkiego zdradzać 😊

Życie w Madrycie w latach dwudziestych ubiegłego wieku nie było łatwe dla kobiet. Praktycznie nie miały żadnych praw i obywatelskich swobód. Jedynie do czego się nadawały to bycie żoną i matką usługującą swojemu „panu i władcy”, czyli mężowi. Nawet żeby podjąć gotówkę z banku, musiały mieć pisemne oświadczenie, że mąż wyraża na to zgodę. Dlatego też główne bohaterki nie godzą się na taki los i buntują się na każdym kroku przeciwko niesprawiedliwemu systemowi. Świetnie zostały ukazane ich zapędy feministyczne.

„Telefonistki” nie jest może jakąś wybitną produkcją, jednak bardzo przyjemnie się ją ogląda. Mam słabość do wszystkiego, co hiszpańskie, dlatego serial ten tak mnie urzekł. Na dodatek akcja rozgrywa się w latach 20. XX wieku, które dla mnie są niezwykle interesujące. Co więcej, scenografii i kostiumy znakomicie zostały odwzorowane, a w kreacjach wszystkich aktorek mogłabym chodzić na co dzień 😊

„Las chicas del cable” to nie tyle serial o pracy telefonistki, ale bardziej o życiu młodej kobiety w wielkim mieście – sukcesie, przyjaźni, miłości, zazdrości i zdradzie w czasach kiedy nie tak łatwo było zdobyć niezależność. To również opowieść o morderstwach, czarnych charakterach i nie dających o sobie zapomnieć błędach z przeszłości, które wracają w najmniej oczekiwanym momencie. Jeśli lubicie zawiłe historie i miłosne trójkąty, tajemnice, Madryt i klimat lat 20. XX wieku oraz sensację, z pewnością nowa produkcja Netflix’a przypadnie Wam do gustu.

Kino z Indiami w tle

Dzisiaj wędrujemy do Indii. Jeżeli pragniesz odnaleźć siebie i osiągnąć wewnętrzny spokój, koniecznie udaj się do tego kraju – taka myśl przewodnia powinna kierować dzisiejszym zestawieniem. To kraj pełen kontrastów – z jednej strony kojarzy nam się z biedą i brudem, ale z drugiej z pięknymi tradycjami i kolorowymi ubiorami oraz makijażami, a przede wszystkim z Boolywood. Jednak dzisiaj nie będzie o Bollywood, a o innym obliczu tego kraju.

 

Slumdog. Milioner z Ulicy

reż. Danny Boyle
Produkcja: Wielka Brytania
Premiera: 2008

Jedna z ważniejszych produkcji 2008 roku. Młody Jamal (Dev Patel) bierze udział w hinduskiej wersji „Milionerów”. Śpiewająco i bezbłędnie odpowiada na wszystkie pytania. Gdy zbliża się do ostatniego pytania, pada sygnał końca odcinka. Zamiast przygotowywać się do końcowej odpowiedzi, Jamal trafia na posterunek policji. Pada podejrzenie, że oszukiwał, bo jak to możliwe, żeby „kundel” ze slumsów posiadał taką wiedzę. Jak się okazuje, każde pytanie jest innym rozdziałem z jego życia. W ten oto sposób poznajemy burzliwą historię życia głównego bohatera, a przede wszystkim początek jego wielkiej miłości do Latiki (Freida Pinto).

Obsypana 8 Oscarami produkcja w reżyserii Danny’ego Boyla to obowiązkowa pozycja do obejrzenia. Jeżeli ktoś nie widział tego filmu, jak najszybciej powinien nadrobić zaległości. „Slumdog” to brutalny i niekiedy okrutny obraz hinduskiej społeczności , społeczności tak różnej i barwnej jak kolory tęczy. Reżyser świetnie pokazał historię życia Jamala za pomocą retrospekcji, która przenosi nas nie tylko w czasie, ale również w miejsca pokazując sprzeczny obraz Indii – z jednej strony paskudnej i brudnej, a z drugiej fascynującej i egzotycznej.

 

Triszna. Pragnienie miłości

reż. Michael Winterbottom
Produkcja: Wielka Brytania
Premiera: 2011

Piękna Hinduska o imieniu Triszna (w tej roli Frieda Pinto) pochodzi z małej wioski. Pewnego dnia, podczas tradycyjnych tańców hinduskich poznaje Jaya Singha (Riz Ahmed). Chłopak pochodzi z tzw. wyżyn społecznych – jego ojciec jest bogatym biznesmenem, zaś sam Jay zdobył wykształcenie w Wielkiej Brytanii i kieruje niektórymi instytucjami ojca. Mężczyzna zakochuje się w olśniewającej Trisznie, która początkowo opiera się zalotom Jaya. Oboje doskonale wiedzą, że w ich kraju zakazane są związki pomiędzy ludźmi z różnych kast, jednak stopniowo dziewczyna poddaje się uczuciu. Pochłonięci własną namiętnością powoli dostrzegają, jak wiele ich łączy oraz to, że pochodzą z dwóch różnych światów.

Reżyser ukazał w produkcji dwa różne światy hinduskiej społeczności. Powszechnie wiadomo, że związki pomiędzy ludźmi z różnych kast są zabronione i surowo karane. Mimo to Winterbottom sprzeciwia się powszechnie panującym konwenansom i pokazuje to, czego nie powinien pokazywać. Poza ciężką tematyką filmu, reżyser funduje nam wędrówkę po Indiach – od małej i spokojnej wioski w Radżastanie po hałaśliwe i chaotyczne ulice Bombaju.

 

Życie Pi

reż. Ang Lee
Produkcja: USA, Tajwan
Premiera: 2012

Główny bohater to niejaki Piscine Patel – syn właściciela hinduskiego zoo, który otrzymał swoje nietypowe imię na cześć… francuskiego basenu! Chłopak interesuje się psychologią zwierząt i czyta na ten temat bardzo dużo książek. Poza zoologią, Pi lubuje się w rozważaniach filozoficznych dotyczących egzystencji ludzkiej, jest również wyznawcą każdej możliwej wiary. Uważa, że Bóg jest łaskawy dla swoich wyznawców. Ojciec chłopca postanawia sprzedać swoje ukochane zoo i osiąść się w Kanadzie. Wyrusza w rejs japońskim  statkiem razem ze swoimi zwierzętami, które ma sprzedać na nowej ziemi. W trakcie podróży na oceanie rozpętuje się silny sztorm, który zatapia statek razem z prawie całą załogą.  Jedynymi ocalałymi są Pi, hiena, zebra, goryl oraz tygrys bengalski o imieniu Richard Parker.  Żeby przeżyć, Pi musi oswoić Richarda Parkera.

Za reżyserię tego filmu, Ang Lee otrzymał Oscara. Produkcja jest ekranizacją powieści Yanna Martela. Reżyser serwuje nam widok, co prawda komputerowych, ale pięknych i zapierających dech w piersiach krajobrazów, np. inspirującego rozgwieżdżonego nieba albo bajecznego zachodu słońca. Fabuła na początku filmu osadzona jest w realiach hinduskiego miasta, która przybliża nam kulturę tego kraju.

 

Święty dym

reż. Jane Campion
Produkcja: Australia, USA
Premiera: 1999

Ruth Barron (w tej roli Kate Winslet) to młoda Australijka o nieprzeciętnej urodzie, która pragnie zmienić coś w swoim życiu. Postanawia wyruszyć w „oczyszczającą” podróż do Indii by odnaleźć sens życia. Ten egzotyczny dla niej kraj pochłania ją doszczętnie – trafia do pewnej sekty. Zmartwiona rodzina wyobraża sobie niestworzone rzeczy związane z „zakonem”, do którego przystąpiła ich córka, za wszelka cenę postanawia wyrac ją z rąk charyzmatycznego guru i sprowadzić ją do domu. Zatrudnia znawcę sekt i terapeutę z Ameryki, P.J. Watersa (Harvey Keitel), który ma za zadanie sprowadzić mentalnie Ruth na łono rodziny. Jak się okazuje, zagubienie w strefie religijnej przechodzi w zatracenie się w sferze seksualnej…

W „Świętym dymie” doskonale uchwycone zostały problemy nie tylko emocjonalnej niedojrzałości czy manipulacji psychologicznej, ale również proces poszukiwania sensu życia i własnej tożsamości oraz walka z pożądaniem seksualnym.  Campion pokazał nam Indie z trochę innej perspektywy, tej gorszej – sekta łapiąca w swoje sieci młodą i naiwną Australijkę, która zafascynowana nowym światem pogrąża się w nim coraz głębiej. Nie mniej jednak magiczny klimat tego kraju został uchwycony.

 

Jedz, módl się, kochaj

reż. Ryan Murphy
Produkcja: USA
Premiera: 2010

„Jedz, módl się, kochaj” jest adaptacją bestsellerowej, autobiograficznej powieści autorstwa Elizabeth Gilbert. W roli głównej możemy podziwiać ciągle elektryzującą Julię Roberts. W swoim dziele Elizabeth Gilbert opisuje swoją roczną podróż po Italii, Indiach oraz indonezyjskiej wyspie Bali. Wyprawa ta miała na celu znalezienie przez autorkę szczęścia oraz  swojego drugiego „ja”. Elizabeth Gilbert jest pisarką mieszkającą w Nowym Jorku. Ma wszystko, czego tylko można zapragnąć: dobrą i dochodową pracę, piękny dom, ustatkowanie i dostatnie życie oraz wiernego i kochającego męża. Jednak nie czuje się ani szczęśliwa, ani spełniona. Któregoś dnia dochodzi do wniosku, że nie kocha już swojego męża i postanawia się z nim rozwieść. Nie jest to łatwe, zarówno dla niej samej, jak i jej męża, któremu złamała serce i czuje się temu winna. Po rozwodzie Liz szybko wplątuje się w kolejny, jak się później okazuje, nieszczęśliwy i burzliwy związek z początkującym aktorem Davidem. Po jakimś czasie, sfrustrowana Elizabeth postanawia zaryzykować i rzucić wszystko na jeden rok i wyruszyć na wyprawę marzeń. Wybiera trzy kraje, które zaczynają się na literę I – Italię, Indie oraz indonezyjską wyspę Bali.

Do Indii przybywa w celu odnalezienia duchowej równowagi. Na miesiąc zamyka się w aszramie, gdzie stopniowo studiuje sztukę duchowego poświęcenia. Początkowo nie radzi sobie z tym zadaniem, jednak całkowicie oddając się temu zajęciu oraz pomocy nowo poznanych osób osiąga swój cel i odnajduje wewnętrzny spokój.

Dzięki filmowej podróży Elizabeth do Indii, możemy miedzy innymi uczestniczyć w tradycyjnym hinduskim ślubie czy poznać tajniki medytacji. Piękne, kolorowe i fascynujące – takie Indie pokazał Murphy. Reżyser sprawił, że w jednej chwili widz pragnie przenieść się do tego kraju i bawić się razem z główna bohaterką.

 

Miasto radości

reż Roland Joffe
Produkcja: Francja, USA, Wielka Brytania
Premiera: 1992

Amerykański chirurg Max Lowe (Patrick Swayze) przezywa wewnętrzny dramat, kiedy jeden z jego pacjentów umiera w trakcie operacji przez niego prowadzoną. Od tego momentu  nie potrafi sobie z tym poradzić. Postanawia wyjechać do Indii, aby znaleźć spokój i ukojenie dla swojego sumienia. Niestety krat ten nie przywitał go z otwartymi ramionami – zaraz po przyjeździe został oszukany, napadnięty, pobity i okradziony. Gdyby nie pomoc pewnego rykszarza, Max wykrwawiłby się na śmierć. Zabiera go do biednej Kalkuty, gdzie poznaje pewną zdeterminowaną zakonnicę. Kobieta postanawia zbudować szpital, w którym udzielana zostanie pomoc najuboższym. Początkowo Max nie ma zamiaru brać udziału w całym przedsięwzięciu, jednak z czasem pomaga w budowie szpitala, by potem udzielać pomocy Hindusom. Niestety jego praca nie spodobała się lokalnemu mafiosowi, który sprowadza na lekarza wielkie kłopoty.

Jak się okazuje „Miasto radości” nie jest do końca  radosnym miastem. Max miał nadzieje, że przybędzie do Indii w celu oczyszczenia swojego ducha, a w rzeczywistości Hindusi przysparzają mu sporo problemów i na każdym kroku utrudniają życie.  Zgrabnie ukazana została walka mężczyzny z własnymi słabościami, które z trudem i niejednymi przeciwnościami losu, ale jednak pokonuje.

 

Pozostałe filmowe podróże:

Chiny: Kino z Chinami w tle

Egipt: Kino z Egiptem w tle

Kuba: Kino z Kubą w tle

Meksyk: Kino z Meksykiem w tle

Włochy: Kino z Italią w tle

Afryka: Kino z Afryką w tle

Grecja: Kino z Grecją w tle

Kino z Chinami w tle

Z Egiptu przenosimy się do azjatyckiej części globu, mianowicie do Chin. Mówi się, że Chiny są kolebką cywilizacji. Niestety, współczesne Chiny straciły w oczach świata swoją dawną świetność. Ustrój polityczny, nieprzestrzeganie praw człowieka oraz wydarzenia związane z Tybetem stawiają Chiny w bardzo negatywnym świetle. Jednak to, co pozytywnie kojarzy się z tym egzotycznym krajem to przede wszystkim Wielki Mur Chiński, Kong Fu, smoki oraz potrawy z ryżem w roli głównej.

Oto kilka wybranych filmów, których akcja toczy się w tym egzotycznym, azjatyckim kraju.

Kwiaty wojny

reż. Yimou Zhang
Produkcja: Chiny
Premiera: 2011

Brutalny obraz jednej z największych masakr cywilów podczas wojny japońsko-chińskiej. Akcja filmu rozgrywa się w mieście Nankin na przełomie roku 1937 i 1938, na chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Po długotrwałej i bohaterskiej obronie, miasto kapituluje. Japończycy odpłacają się swym wrogom – bestialsko gwałcą i mordują jego mieszkańców. Jedyną oazą spokoju wydawać się może katolicka kaplica, w której ukrywa się grupa młodych uczennic. Ich spokój zostanie zakłócony przez grabarza-alkoholika (Christian Bale), którego interesuje tylko wino i pieniądze oraz grupę zbiegłych prostytutek, które są bardziej tchórzliwe niż małoletnie uczennice. Niestety japońscy żołnierze nie są łaskawi dla nikogo – wkrótce odkrywają kryjówkę niewinnych dziewczynek i nie spoczną, dopóki ich nie zamordują. W ich obronie staje grabarz, który przebierając się za księdza ratuje im życie.

Wydarzenia ukazane w filmie są brutalne, reżyser nie szczędził widoków zakrwawionych ciał i obrazu masowych gwałtów oraz morderstw. Po obejrzeniu tego filmu nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni. Z jednej strony „Kwiaty wojny” jest obrazem jednej z najokrutniejszych masakr w dziejach ludzkości, a z drugiej pokazuje, jak ludzie mogą zmienić się nie do poznania w obliczu takiego dramatu, czego przykładem jest grabarz i prostytutki.

Karate Kid

reż Harald Zwart
Produkcja: Chiny, USA
Premiera: 2010

Młody Dre (Jayden Smith) przeprowadza się wraz z matką z Detroit do Chin. Dorastający chłopiec nie potrafi odnaleźć się w nowej, zupełnie obcej mu rzeczywistości. Nieznajomość nowej kultury i języka powoduje, że Dre staje się niepewnym siebie i nieśmiałym człowiekiem. Napastowany, poniżany i bity w szkole przez nowych „kolegów” coraz bardziej zamyka się w sobie. Pewnego dnia z pomocą przychodzi mu niejaki  pan Han (Jackie Chan) – dozorca budynku. Widząc poniżanego Dre, mężczyzna postanawia nauczyć chłopca kung fu, by ten mógł się bronić. Z każdym kolejnym treningiem, między panem Hanem a młodym Dre buduje się zaufanie, które przemienia się w szczerą przyjaźń.

„Karate Kid” jest remakem kultowego filmu sprzed lat. Sceny walki oraz treningi wykonane są po mistrzowsku i oddają  klimat współczesnego Pekinu. Przeniesienie akcji do tego miasta było dobrym posunięciem. Urokliwe chińskie miasteczka i wioski, zachwycające świątynie, zapierający dech w piersiach Wielki Mur Chiński – te widoki wywołują zachwyt u widza. Te azjatyckie krajobrazy urzekną nawet tego, kto nawet nie lubi azjatyckiego kina.

Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz

reż. Wayne Wang
Produkcja: Chiny, USA
Premiera: 2011

Akcja tej produkcji toczy się na dwóch płaszczyznach: we współczesnych Chinach oraz w dziewiętnastym wieku. Lilia i Kwiat Śniegu urodziły się tego samego dnia i o tej samej godzinie, co zgodnie z chińską tradycją, zostały połączone więzami laotong, czyli dozgonnej przyjaźni. Tego samego dnia zostały poddane bolesnemu i okrutnemu rytuałowi krępowania stóp. Od tego momentu są nierozłączne i dzielą się każda ważną chwilą ze swojego życia. Razem również nauczyły się tajemnego pisma nu shu, którego zapiski znajdują się na sekretnym wachlarzu. Niestety ich przyjaźń kończy się wraz z zawarciem związków małżeńskich – Lilia wyszła za mąż za bogatego mężczyznę, zaś Kwiat Śniegu została zeswatana z rzeźnikiem, co tym samym stała się wyrzutkiem społecznym.

Ponad sto lat później, we współczesnych Chinach Sophia i Nina, niegdyś najlepsze przyjaciółki, przeżywają kryzys swojej przyjaźni. Kiedy Sophia leży w szpitalu, Sophia nie odstępuje jej na krok. Odnosząca spektakularne sukcesy zawodowe Nina, miała przenieść się do Nowego Jorku. Jednak miłość i troska o swoją najlepszą przyjaciółkę zwyciężyły. Kobieta zrezygnowała ze swojego wygodnego życia i postanowiła czuwać przy przyjaciółce i pomóc jej dojść do zdrowia.

Historia Sophii i Niny przeplata się z historią Lilii i Kwiatu Śniegu. Oba wątki są ze sobą powiązane, można stwierdzić, że obie historie są takie same, tyle tylko, że różnią się czasem i miejscem akcji. Widzimy tutaj wyraźnie, jak różnice społeczne wpływają na relacje międzyludzkie. Lilia i Kwiat Śniegu były dla siebie jak siostry, ale tylko do chwili, w której wyszły za mąż. Potem zazdrość jednej a współczucie drugiej spowodowały, że ich drogi gwałtownie się rozeszły. Tak samo było w przypadku Sophii i Niny – jedna zdobyła dobrze płatna pracę i czarującego chłopaka, zaś druga żyła skromnie i spodziewała się dziecka z bogatym biznesmenem. Trochę zawiodłam się ekranizacją powieści Lisy See, spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mimo wszystko warto zobaczyć tę produkcję, w której jednocześnie znajdujemy się w tętniącym życiem współczesnym mieście oraz w dziewiętnastowiecznej wiosce.

Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka

reż. Rob Cohen
Produkcja: Chiny, Niemcy, USA
Premiera: 2008

To trzecia odsłona serii. Tym razem szalony archeolog Rich (Brendan Fraser) wraz z rodziną przybywa do Chin. Jego nieposłuszny, nastoletni już syn Alex (Rupert Ford) znajduje sarkofag bezwzględnego cesarza Hana (Jet Li). Podstępnie wysłani do Chin O’Connellowie wraz z przedmiotem, który może zbudzić okrutnego cesarza, pragnącego zawładnąć światem. Aby tego dokonać, Han musi zdjąć klątwę ze swoich wojowników, którzy od dwóch tysięcy lat są zaklęci w kamienne posągi. Do rodzinnej nieustraszonej ekipy dołącza podstępna czarodziejka Zi Yuan (Michelle Yeoh), która przed laty skazała okrutnego cesarza na wieczny niebyt, stoi teraz przed szansą na odzyskanie swoich wpływów. Przed rodziną O’Connellów stoi nie lada wyzwanie oraz ekscytująca i jednocześnie niebezpieczna przygoda.

W jednym filmie możemy podziwiać zróżnicowany krajobraz Chin. W jednej chwili znajdujemy się w rozświetlonym i głośnym Szanghaju, aby potem przenieść się do świata starożytnych Chin, by ostatecznie odbyć podróż na mroźne i srogie szczyty Himalajów. Może produkcja nie zachwyca widza swoją oryginalną fabułą, jednak warto obejrzeć tę produkcję.

Malowany welon

reż. John Curran
Produkcja: Chiny, Kanada, USA
Premiera: 2006

Historia niespełnionego małżeństwa, która rozgrywa się na tle dramatycznych wydarzeń. Walter Fane (Edward Norton) to szanowany, wykształcony i ambitny lekarz, natomiast jego żona Kitty (Naomi Watts) jest jego zupełnym przeciwieństwem – jej celem jest nieustanne bogacenie się, wszelkiego rodzaju rozrywki i bywanie na salonach. Są jak dwa żywioły. Ich małżeństwo jest zaaranżowane, nie ma w nim ani kropli namiętności czy tym bardziej miłości. Kiedy Walter dowiaduje się o zdradzie żony stawia Kitty warunek: albo zakończą swoje małżeństwo w cieniu skandalu, albo oboje wyjadą do Chin, w których aktualnie panuje epidemia Cholery. Kobieta wybiera drugą opcję. Właśnie to miejsce i wydarzenia rozgrywające się na chińskiej ziemi powoli łączy ze sobą małżeństwo, które do tej pory było zimne i obojętne wobec siebie. Pomiędzy nimi rodzi się nić porozumienia, fascynacji, a w końcu przychodzi długo wyczekiwaną miłość.

Na ziemi, którą dawno Bóg opuścił, dwoje ludzi przeżywa przewartościowanie wartości. W obliczu ludzkiej tragedii dostrzegają, jak ich problemy są błahe i nieistotne. Kitty i Walter poznają się na nowo: ona zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę jest w życiu ważne, zaś on rozdziela sprawy na bardziej i mniej istotne. Oglądając „Malowany welon” widz odczuwa prawdziwe przeżycie estetyczne. Piękne i naturalne krajobrazy Chin przeplatają się z okropnymi i brzydkimi obrazami choroby i śmierci; śmierć i życie przenikają się wzajemnie na jednej płaszczyźnie.

Ostatni Cesarz

reż. Bernardo Betolucci
Produkcja: Chiny, Francja, Wielka Brytania, Włochy
Premiera: 1987

„Ostatni Cesarz” to produkcja osypana 9 Oscarami – zdobyła statuetkę we wszystkich nominowanych kategoriach. W 1987 roku była również jedną z najważniejszych wydarzeń filmowych roku. Głównym bohaterem jest trzyletni Pu Yi (John Lone), który wstępuje na tron, by pełnić obowiązki cesarza Chin. Jednak tak naprawdę nigdy nie miał władzy w swoim państwie. Zamknięty w murach Wiecznego Miasta w otoczeniu skorumpowanych i chciwej służby, nie mógł ich opuścić. Jego życie zmienia się wraz z pojawieniem Reginalda Johnstona (Peter O’Toole), który wzbudza zainteresowanie swojego ucznia kulturą i obyczajowością Zachodu. Młody Cesarz zaczyna marzyć, że kiedyś pójdzie na studia do Oksfordu. Niestety jego plany psuje przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Chin, która w wyniku rewolucji przejmuje władzę i wyrzuca wszystkich z Zakazanego Miasta. Siedem lat później na teren Chin wkraczają Japończycy. Nastoletni Pu Yi ucieka do Mandżurii, gdzie podejmuje się współpracy z najeźdźcami. Koniec jego krótkich rządów jest również końcem II wojny światowej. Wtedy właśnie Pu Yi zostaje wzięty do niewoli.

Zdjęcia do filmu powstały w większości w Zakazanym Mieście przy ścisłej współpracy chińskich władz. Betolucci przedstawił nie tylko biografię ostatniego cesarza Chin, ale przede wszystkim skupił się na ukazaniu przemian społeczno-gospodarczych przedwojennego państwa.

 

Pozostałe filmowe podróże:

Egipt: Kino z Egiptem w tle

Kuba: Kino z Kubą w tle

Meksyk: Kino z Meksykiem w tle

Włochy: Kino z Italią w tle

Afryka: Kino z Afryką w tle

Grecja: Kino z Grecją w tle

 

„Vaiana: Skarb oceanu”

Po raz kolejny Disney udowadnia, że w kreowaniu animowanych produkcji nie ma sobie równych.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam bajki Disneya i z wypiekami na twarzy oglądałam każdy film animowany. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam fanką Kopciuszka czy Królewny Śnieżki, czyli „typowych” księżniczek. Moją ulubienicą od zawsze była Pocahontas, a potem do tego grona dołączyła Mulan. A teraz mam kolejną ulubienicę –  Vaianę – mimo, że małą dziewczynką od dawna już nie jestem.

„Vaiana: Skarb oceanu” jest najnowszą produkcją Disneya. Główną bohaterką jest Vaiana, nastoletnia następczyni tronu, która nie lubi być nazywana księżniczką. Jest wesołą, ciekawą świata nastolatką, nie do końca posłuszną ojcu, co czasem zakłóca ich wzajemne relacje. By uratować swój lud i wyspę, decyduje się wyruszyć w niebezpieczną podróż w nieznane, pomimo sprzeciwu rodziców. Vaiana została wybrana przez ocean, by ocalić swoich ludzi, a z przeznaczeniem nie należy polemizować. Dziewczyna  musi znaleźć potężnego, ale egoistycznego półboga Maui, który ma jej pomóc w ocaleniu jej ludu.

Vaiana to niepoprawna marzycielka wierząca, że wszystko jest możliwe. Od życia chce czegoś więcej, niż tylko spokojna egzystencja na rajskiej wyspie. Marzą jej się wielkie przygody i podróże na drugi koniec świata. Ogromny wpływ na jej  buntowniczą naturę miała jej babka. Kobieta od najmłodszych lat raczyła dziewczynkę plemiennymi legendami, będącymi niejednokrotnie postrachem jej rówieśników. Z kolei półbożek Maui to zapatrzony w siebie egoista, który zachwyca się własną muskulaturą i tatuażami. Jedyne, co go interesuje, to uwielbienie ze strony każdeg, kto przebywa w jego otoczeniu. Starcie tych dwóch charakterów to przyczyna prawie wszystkich zabawnych sytuacji, jakie zobaczymy na ekranie.

Walt Disney Animation Studios po raz kolejny rozpieszcza nasze oczy pięknymi, perfekcyjnymi w każdym calu bajecznym widowiskiem. Akcja filmu rozgrywa się na wyspie położonej gdzieś na Pacyfiku, czyli w prawdziwym raju na ziemi. I tak, graficy zadbali o to, abyśmy znaleźli się w tym raju wraz z Vaianą i innymi bohaterami. Grafika to prawdziwe hipnotyzujące dzieło sztuki, a wspaniała muzyka stanowi idealne dopełnienie. Ja nie mam do czego się przyczepić.

Cieszę się, że Disney coraz częściej produkuje animacje, w których główne role grają zbuntowane, silne i niezależne bohaterki, a tym samym studio odchodzi od wizerunku zatroskanych księżniczek czekających na swojego księcia z bajki. Irytuje mnie fakt, że bajki produkowane dla małych dziewczynek opowiadają historie nieszczęśliwych, zapracowanych i bezbronnych księżniczek (np. Kopciuszek czy Śpiąca Królewna), które tylko książę może uratować od nędznego losu. Na szczęście to się zmienia i współczesne bohaterki znacznie różnią się od swoich „koleżanek” sprzed kilkunastu lat. W swojej historii Disney wykreował kilka buntowniczek, między innymi Pocahontas, Meridę Waleczną czy Mulan. Teraz przyszedł czas na Vaianę pochodzącą z Polinezji, która bierze los w swoje ręce i dąży do realizacji swoich celów i marzeń. Tak trzymać!

Oglądając animację „Vaiana: Skarb oceanu” jestem przekonana, że nie tylko najmłodsi widzowie będą się świetnie bawić. To także doskonała rozrywka dla adresowana do dorosłych odbiorców. To jedna z tych uniwersalnych opowieści, która bawi wszystkich.