Tony Kososki „Widzieć więcej”

Nie ma nic piękniejszego, niż widzieć, jak spełniają się nasze marzenia, sama doskonale coś o tym wiem. A to, że podróże kształcą nie trzeba nikomu specjalnie mówić.

„Widzieć więcej” jest kontynuacją reportażu „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”. Tym razem Tony Kososki zabiera nas w fascynującą podróż pełną zaskakujących i niecodziennych wydarzeń przez Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę.

Tony Kososki, a właściwie Przemysław Śleziak, to 24-letni student pochodzący z Gdańska. Pewnego dna postanowił spełnić swoje marzenie, tym samym udowodniając, że jak się czegoś bardzo chce, to nic nie może nas powstrzymać przed dokonaniem tego. Przez 471 dni zwiedził ponad 28.000 kilometrów, odwiedził kilka krajów Ameryki Południowej. Gdyby tego było mało, podróżował samotnie mając w kieszeni kilka dodlarów na przetrwanie, zaś jego transport stanowił autostop. Tym samym udowodnił, że niemożliwe nie istnieje. Wystarczy tylko bardzo chcieć spełnić swoje marzenie. Na swojej drodze spotka, między innymi, skorumpowanych policjantów na ekwadorskiej granicy, siedemnastoletnich strażaków oferujących działkę kolumbijskiej kokainy czy wenezuelskich zwolenników i przeciwników Hugo Chaveza. Będzie brał udział w walkach kogutów, spróbuje lokalnej kuchni i zabierze nas do miasta kokainowego dyktatora, Pablo Escobara.

Czytając reportaże podróżnicze po mojej ukochanej Ameryce Południowej różnych autorów, zawsze się zastanawiam, czy faktycznie tam jest tak bezpiecznie i ludzie są życzliwi. Co prawda Tony opisuje, że raz go okradli, a innym razem spędził noc w wenezuelskim więzieniu, to tak naprawdę nic groźnego mu się nie stało. A przecież Wenezuela jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata, a samotnie podróżującemu „gringo” grozi wiele niebezpieczeństw! Jednak nie jemu. On uważa, że Wenezuela jest pięknym i cudownym krajem z fantastycznymi ludźmi. Bardzo miło, że tak uważa. Zastanawia mnie to, czy faktycznie jest tam tak miło i przyjemnie, czy po prostu autorzy nie opisują jakiś przykrych sytuacji, które miały tam miejsce, by nie odstraszyć potencjalnych turystów…

Nie jestem zwolenniczką tego typu podróżowania. Oczywiście pięknie jest spełniać własne marzenia i realizować cele, ale nie kosztem innych osób. Super się czyta, jak ktoś przemierza świat z kilkoma dolarami w kieszeni, udowadniając tym samym, że wcale nie trzeba mieć góry pieniędzy, żeby podróżować po egzotycznych zakątkach naszego globu. Ba! Nawet można na tym całkiem nieźle zarobić! Ameryka Południowa jest biednym kontynentem, ludzie robią wiele, żeby przetrwać. Oczywiście, że są oni gościnni i życzliwi, zaproszą do swojego domu, nakarmią i dadzą schronienie na noc. Jednak przez to, że poczęstują obiadem obcą osobę, następnego dnia sami mogą nie zjeść obiadu, bo oddali swoją porcję swojemu gościowi. Poza tym głupio by mi było przyjmować pieniądze od kogoś, kto tak naprawdę bardziej od nas ich potrzebuje. No, ale to kwestia własnego sumienia. Ja wolę najpierw zapracować i uzbierać, a potem ruszyć w nieznane mi rejony.

Nie mniej jednak, świetnie się czyta relację Tony’ego po kolejnych krajach Ameryki Południowej. Młody chłopak zaraża czytelnika swoim entuzjazmem, zapałem i pozytywną energią, że aż sama mam ochotę spakować plecak i wyruszyć w nieznane. Tak jak i „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”, również „Widzieć więcej” przeczytałam za jednym zamachem, z zapartym tchem. Tony świetnie potrafi uchwycić moment, przelewając emocje na papier w zabawny sposób. Czekam na kolejne wciągające i pełne emocjonalnych przygód reportaże młodego podróżnika.

Tutaj możecie przeczytać recenzję książki „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę”: https://kobiecaintuicja.wordpress.com/2016/07/05/tony-kososki-nie-kazdy-brazylijczyk-tanczy-sambe/

Za książkę dziękuję:

A. Rook „A miało być tak pięknie”

Chcecie poznać przygody o polskiej Bridget Jones? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, koniecznie sięgnijcie po książkę „A miało być tak pięknie” autorstwa A. Rook.

„Fortuna kołem się toczy” – mówi stare porzekadło. Raz los potrafi dać przysłowiową mannę z nieba, a innym razem zabiera nam dosłownie wszystko. Tak właśnie dzieje się w życiu Anny, bohaterki powieści „A miało być tak pięknie”. Anna to kobieta, która postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie w kraju i dosłownie jak najdalej, zostawiając za sobą wszystkie problemy i niepowodzenia. W akcie desperacji wyjeżdża więc za granicę, mając nadzieję, że czeka ją tam wymarzona praca i spełnienie najskrytszych marzeń. Problem w tym, że gdziekolwiek by nie była, przyciąga do siebie same problemy, jeszcze większe niż poprzednie. Jak to mówią: z deszczu pod rynnę.

Na obczyźnie nie jest łatwo. Na początku trudno jej znaleźć pracę, a pieniądze szybko się kończą. Gdy już znajduje pierwszego pracodawcę, okazuje się otaczają ją same dziwne i podejrzane osobistości, które są na bakier z prawem. Niestety Anna nie ma szczęścia i często zmuszona jest zmieniać pracodawców i przeprowadzać się. Bardzo często musiała podejmować się prac, przez które jej godność znacznie ucierpiała. Kilka razy musiała dosłownie uciekać, nawet w środku nocy. Na szczęście za każdym razem z tarapatów wyciągał ją poczciwy Bob, do którego miała pełne zaufanie. Zła passa sprawia, że bohaterka między innymi wplątuje się w znajomość z narkotykową baronową i trafia nawet przez to do więzienia. Na samym końcu wydawać by się mogło, że wreszcie jej los się odmienił i w końcu znalazła swojego księcia z bajki, jednak zakończenie jest bardzo zaskakujące.

Pomimo życiowego pecha, Anna jest bardzo sympatyczną bohaterką. Polubiłam ją od samego początku. „A miało być tak pięknie” porusza dość trudny temat (zwłaszcza dla Polaków) emigracji i życia na obczyźnie. Co prawda autorka nie mówi wprost o który kraj chodzi, ale wspomina coś o rodzinie królewskiej, więc możemy się domyślić, o którym państwie jest mowa. Ucieczka przed problemami i długami oraz rozpoczynanie nowego życia w obcej rzeczywistości jest cholernie trudne. Tym bardziej trudne, jeśli jest się zdana tylko na siebie i w obcym miejscu, które nie wydaje się być przyjaźnie nastawione na nowych przybyszy.

Tak naprawdę „A miało być tak pięknie” jest o niepowodzeniach i pechowych sytuacjach w życiu bohaterki, ale język i sposób, w jakim autorka opisuje te szalone i niebezpieczne przygody sprawia, że zamiast ubolewać nad ciężkim losem Anny, śmiejemy się z nich do rozpuku. Książkę czytałam z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy, mimo tragi-komicznego przesłania. Polecam i czekam na dalsze opowieści Anny, gdyż zakończenie sugeruje, że coś więcej wydarzy się w życiu bohaterki.

Za książkę dziękuję:

Kino z Chinami w tle

Z Egiptu przenosimy się do azjatyckiej części globu, mianowicie do Chin. Mówi się, że Chiny są kolebką cywilizacji. Niestety, współczesne Chiny straciły w oczach świata swoją dawną świetność. Ustrój polityczny, nieprzestrzeganie praw człowieka oraz wydarzenia związane z Tybetem stawiają Chiny w bardzo negatywnym świetle. Jednak to, co pozytywnie kojarzy się z tym egzotycznym krajem to przede wszystkim Wielki Mur Chiński, Kong Fu, smoki oraz potrawy z ryżem w roli głównej.

Oto kilka wybranych filmów, których akcja toczy się w tym egzotycznym, azjatyckim kraju.

Kwiaty wojny

reż. Yimou Zhang
Produkcja: Chiny
Premiera: 2011

Brutalny obraz jednej z największych masakr cywilów podczas wojny japońsko-chińskiej. Akcja filmu rozgrywa się w mieście Nankin na przełomie roku 1937 i 1938, na chwilę przed wybuchem II wojny światowej. Po długotrwałej i bohaterskiej obronie, miasto kapituluje. Japończycy odpłacają się swym wrogom – bestialsko gwałcą i mordują jego mieszkańców. Jedyną oazą spokoju wydawać się może katolicka kaplica, w której ukrywa się grupa młodych uczennic. Ich spokój zostanie zakłócony przez grabarza-alkoholika (Christian Bale), którego interesuje tylko wino i pieniądze oraz grupę zbiegłych prostytutek, które są bardziej tchórzliwe niż małoletnie uczennice. Niestety japońscy żołnierze nie są łaskawi dla nikogo – wkrótce odkrywają kryjówkę niewinnych dziewczynek i nie spoczną, dopóki ich nie zamordują. W ich obronie staje grabarz, który przebierając się za księdza ratuje im życie.

Wydarzenia ukazane w filmie są brutalne, reżyser nie szczędził widoków zakrwawionych ciał i obrazu masowych gwałtów oraz morderstw. Po obejrzeniu tego filmu nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni. Z jednej strony „Kwiaty wojny” jest obrazem jednej z najokrutniejszych masakr w dziejach ludzkości, a z drugiej pokazuje, jak ludzie mogą zmienić się nie do poznania w obliczu takiego dramatu, czego przykładem jest grabarz i prostytutki.

Karate Kid

reż Harald Zwart
Produkcja: Chiny, USA
Premiera: 2010

Młody Dre (Jayden Smith) przeprowadza się wraz z matką z Detroit do Chin. Dorastający chłopiec nie potrafi odnaleźć się w nowej, zupełnie obcej mu rzeczywistości. Nieznajomość nowej kultury i języka powoduje, że Dre staje się niepewnym siebie i nieśmiałym człowiekiem. Napastowany, poniżany i bity w szkole przez nowych „kolegów” coraz bardziej zamyka się w sobie. Pewnego dnia z pomocą przychodzi mu niejaki  pan Han (Jackie Chan) – dozorca budynku. Widząc poniżanego Dre, mężczyzna postanawia nauczyć chłopca kung fu, by ten mógł się bronić. Z każdym kolejnym treningiem, między panem Hanem a młodym Dre buduje się zaufanie, które przemienia się w szczerą przyjaźń.

„Karate Kid” jest remakem kultowego filmu sprzed lat. Sceny walki oraz treningi wykonane są po mistrzowsku i oddają  klimat współczesnego Pekinu. Przeniesienie akcji do tego miasta było dobrym posunięciem. Urokliwe chińskie miasteczka i wioski, zachwycające świątynie, zapierający dech w piersiach Wielki Mur Chiński – te widoki wywołują zachwyt u widza. Te azjatyckie krajobrazy urzekną nawet tego, kto nawet nie lubi azjatyckiego kina.

Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz

reż. Wayne Wang
Produkcja: Chiny, USA
Premiera: 2011

Akcja tej produkcji toczy się na dwóch płaszczyznach: we współczesnych Chinach oraz w dziewiętnastym wieku. Lilia i Kwiat Śniegu urodziły się tego samego dnia i o tej samej godzinie, co zgodnie z chińską tradycją, zostały połączone więzami laotong, czyli dozgonnej przyjaźni. Tego samego dnia zostały poddane bolesnemu i okrutnemu rytuałowi krępowania stóp. Od tego momentu są nierozłączne i dzielą się każda ważną chwilą ze swojego życia. Razem również nauczyły się tajemnego pisma nu shu, którego zapiski znajdują się na sekretnym wachlarzu. Niestety ich przyjaźń kończy się wraz z zawarciem związków małżeńskich – Lilia wyszła za mąż za bogatego mężczyznę, zaś Kwiat Śniegu została zeswatana z rzeźnikiem, co tym samym stała się wyrzutkiem społecznym.

Ponad sto lat później, we współczesnych Chinach Sophia i Nina, niegdyś najlepsze przyjaciółki, przeżywają kryzys swojej przyjaźni. Kiedy Sophia leży w szpitalu, Sophia nie odstępuje jej na krok. Odnosząca spektakularne sukcesy zawodowe Nina, miała przenieść się do Nowego Jorku. Jednak miłość i troska o swoją najlepszą przyjaciółkę zwyciężyły. Kobieta zrezygnowała ze swojego wygodnego życia i postanowiła czuwać przy przyjaciółce i pomóc jej dojść do zdrowia.

Historia Sophii i Niny przeplata się z historią Lilii i Kwiatu Śniegu. Oba wątki są ze sobą powiązane, można stwierdzić, że obie historie są takie same, tyle tylko, że różnią się czasem i miejscem akcji. Widzimy tutaj wyraźnie, jak różnice społeczne wpływają na relacje międzyludzkie. Lilia i Kwiat Śniegu były dla siebie jak siostry, ale tylko do chwili, w której wyszły za mąż. Potem zazdrość jednej a współczucie drugiej spowodowały, że ich drogi gwałtownie się rozeszły. Tak samo było w przypadku Sophii i Niny – jedna zdobyła dobrze płatna pracę i czarującego chłopaka, zaś druga żyła skromnie i spodziewała się dziecka z bogatym biznesmenem. Trochę zawiodłam się ekranizacją powieści Lisy See, spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Mimo wszystko warto zobaczyć tę produkcję, w której jednocześnie znajdujemy się w tętniącym życiem współczesnym mieście oraz w dziewiętnastowiecznej wiosce.

Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka

reż. Rob Cohen
Produkcja: Chiny, Niemcy, USA
Premiera: 2008

To trzecia odsłona serii. Tym razem szalony archeolog Rich (Brendan Fraser) wraz z rodziną przybywa do Chin. Jego nieposłuszny, nastoletni już syn Alex (Rupert Ford) znajduje sarkofag bezwzględnego cesarza Hana (Jet Li). Podstępnie wysłani do Chin O’Connellowie wraz z przedmiotem, który może zbudzić okrutnego cesarza, pragnącego zawładnąć światem. Aby tego dokonać, Han musi zdjąć klątwę ze swoich wojowników, którzy od dwóch tysięcy lat są zaklęci w kamienne posągi. Do rodzinnej nieustraszonej ekipy dołącza podstępna czarodziejka Zi Yuan (Michelle Yeoh), która przed laty skazała okrutnego cesarza na wieczny niebyt, stoi teraz przed szansą na odzyskanie swoich wpływów. Przed rodziną O’Connellów stoi nie lada wyzwanie oraz ekscytująca i jednocześnie niebezpieczna przygoda.

W jednym filmie możemy podziwiać zróżnicowany krajobraz Chin. W jednej chwili znajdujemy się w rozświetlonym i głośnym Szanghaju, aby potem przenieść się do świata starożytnych Chin, by ostatecznie odbyć podróż na mroźne i srogie szczyty Himalajów. Może produkcja nie zachwyca widza swoją oryginalną fabułą, jednak warto obejrzeć tę produkcję.

Malowany welon

reż. John Curran
Produkcja: Chiny, Kanada, USA
Premiera: 2006

Historia niespełnionego małżeństwa, która rozgrywa się na tle dramatycznych wydarzeń. Walter Fane (Edward Norton) to szanowany, wykształcony i ambitny lekarz, natomiast jego żona Kitty (Naomi Watts) jest jego zupełnym przeciwieństwem – jej celem jest nieustanne bogacenie się, wszelkiego rodzaju rozrywki i bywanie na salonach. Są jak dwa żywioły. Ich małżeństwo jest zaaranżowane, nie ma w nim ani kropli namiętności czy tym bardziej miłości. Kiedy Walter dowiaduje się o zdradzie żony stawia Kitty warunek: albo zakończą swoje małżeństwo w cieniu skandalu, albo oboje wyjadą do Chin, w których aktualnie panuje epidemia Cholery. Kobieta wybiera drugą opcję. Właśnie to miejsce i wydarzenia rozgrywające się na chińskiej ziemi powoli łączy ze sobą małżeństwo, które do tej pory było zimne i obojętne wobec siebie. Pomiędzy nimi rodzi się nić porozumienia, fascynacji, a w końcu przychodzi długo wyczekiwaną miłość.

Na ziemi, którą dawno Bóg opuścił, dwoje ludzi przeżywa przewartościowanie wartości. W obliczu ludzkiej tragedii dostrzegają, jak ich problemy są błahe i nieistotne. Kitty i Walter poznają się na nowo: ona zdaje sobie sprawę z tego, co naprawdę jest w życiu ważne, zaś on rozdziela sprawy na bardziej i mniej istotne. Oglądając „Malowany welon” widz odczuwa prawdziwe przeżycie estetyczne. Piękne i naturalne krajobrazy Chin przeplatają się z okropnymi i brzydkimi obrazami choroby i śmierci; śmierć i życie przenikają się wzajemnie na jednej płaszczyźnie.

Ostatni Cesarz

reż. Bernardo Betolucci
Produkcja: Chiny, Francja, Wielka Brytania, Włochy
Premiera: 1987

„Ostatni Cesarz” to produkcja osypana 9 Oscarami – zdobyła statuetkę we wszystkich nominowanych kategoriach. W 1987 roku była również jedną z najważniejszych wydarzeń filmowych roku. Głównym bohaterem jest trzyletni Pu Yi (John Lone), który wstępuje na tron, by pełnić obowiązki cesarza Chin. Jednak tak naprawdę nigdy nie miał władzy w swoim państwie. Zamknięty w murach Wiecznego Miasta w otoczeniu skorumpowanych i chciwej służby, nie mógł ich opuścić. Jego życie zmienia się wraz z pojawieniem Reginalda Johnstona (Peter O’Toole), który wzbudza zainteresowanie swojego ucznia kulturą i obyczajowością Zachodu. Młody Cesarz zaczyna marzyć, że kiedyś pójdzie na studia do Oksfordu. Niestety jego plany psuje przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Chin, która w wyniku rewolucji przejmuje władzę i wyrzuca wszystkich z Zakazanego Miasta. Siedem lat później na teren Chin wkraczają Japończycy. Nastoletni Pu Yi ucieka do Mandżurii, gdzie podejmuje się współpracy z najeźdźcami. Koniec jego krótkich rządów jest również końcem II wojny światowej. Wtedy właśnie Pu Yi zostaje wzięty do niewoli.

Zdjęcia do filmu powstały w większości w Zakazanym Mieście przy ścisłej współpracy chińskich władz. Betolucci przedstawił nie tylko biografię ostatniego cesarza Chin, ale przede wszystkim skupił się na ukazaniu przemian społeczno-gospodarczych przedwojennego państwa.

Aleksandra Lisewska „Wyklęte Imperium. Irańskie opowieści”

Jeszcze do niedawna pomysł wjazdu do Iranu spotykał się z wielkim zdumieniem. Kraj przez lata potępiany powoli wraca na polityczne i przede wszystkim podróżnicze salony świata. Aleksandra Lisewska opisuje skarby dawnej Persji, życie codziennie w kraju wyznaniowym i przybliża nam „zakazany owoc” Azji.

Iran nie cieszy się dobrą opinią i prestiżem na świecie – radykalny islam i broń jądrowa – to tylko kilka przykładów, które odstraszają. Mimo to, coraz więcej osób (również wielu moich znajomych) decyduje się na podróż do tego kraju. Co Iran ma w sobie takiego, że przyciąga turystów niczym magnes?

Podróż po Iranie ma wiele wymiarów i odcieni. Stojąc przy elamickim zikkuracie sprzed trzech tysięcy lat, niewątpliwie dotyka się najdawniejszej historii. Podobnie w starożytnym Persepolis – zachowały się tam pozostałości po potędze wielkiego imperium, a także ślady niemalże zapomnianego zoroastryzmu, wyznawanego niegdyś przez jego mieszkańców. Wnętrza meczetów, ich fasady, minarety i kopuły obłożone są barwną majoliką. Kobalt miesza się z turkusem i szafranem. Geometryczne wzory przeplatają się z motywami roślinnymi. Architektura islamu, z charakterystyczną dla siebie pełnią barw i kształtów, to niepowtarzalne zjawisko i uczta dla oczu.

To prawda, gdyż cała książka Aleksandry Lisewskiej jest wprost „ociekająca” przepięknymi, kolorowymi fotografiami. Jakoś nigdy nie myślałam o wycieczce do Iranu, to przyznaję, że jej zdjęcia bardzo przekonały mnie do rozmyślań nad podróżą do tego azjatyckiego państwa. Kto wie, może w przyszłym roku i ja tam zawitam?

Dla mnie Iran jest zbyt konserwatywnym państwem. Podzielam także opinię autorki, że kobiety praktycznie nie mają tam żadnych praw. Aleksandra Liszewska pisze, że na tle cudownej i kolorowej architektury, ogromny kontrast stanowią kobiety – od stóp do głów okryte czernią, czego doskonałym przykładem jest okładka książki. Poza tym fakt, że nawet turystki muszą zakrywać swoje ciało i ubierać abaje na głowę mówi sam za siebie.

Iran, pomimo swego wyznaniowego charakteru, jest krajem przyjaznym i, co najważniejsze, bezpiecznym. Irańczycy to niezwykle życzliwi ludzie. Każdego przybysza zachęcają do rozmowy i zapraszają na poczęstunek do swoich domów. Mimo że na gruncie obyczajowym dzieli nas rzeczywiście wiele, można na nich liczyć w trudnych sytuacjach i mieć pewność, że nikogo nie zostawią w potrzebie. Chociaż w żadnym wypadku nie można bagatelizować obowiązujących w kraju ograniczeń oraz publicznie łamać społecznych zasad, władza potrafi przymknąć oczy na wiele rzeczy i toleruje niektóre „grzeszki” swoich obywateli.

„Wyklęte Imperium. Irańskie opowieści” to świetna lektura, z którą warto zapoznać się przed podróżą do tego kraju. Jest to pewna skarbnica wiedzy na temat kultury, obyczajów, architektury czy kuchni Iranu. Nawet jeśli ktoś w najbliższym czasie nie planuje podróży do Iranu, to także polecam lekturę tej książki, warto pogłębiać swoją wiedzę i poszerzać horyzonty.

Za książkę dziękuję:

„Vaiana: Skarb oceanu”

Po raz kolejny Disney udowadnia, że w kreowaniu animowanych produkcji nie ma sobie równych.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam bajki Disneya i z wypiekami na twarzy oglądałam każdy film animowany. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłam fanką Kopciuszka czy Królewny Śnieżki, czyli „typowych” księżniczek. Moją ulubienicą od zawsze była Pocahontas, a potem do tego grona dołączyła Mulan. A teraz mam kolejną ulubienicę –  Vaianę – mimo, że małą dziewczynką od dawna już nie jestem.

„Vaiana: Skarb oceanu” jest najnowszą produkcją Disneya. Główną bohaterką jest Vaiana, nastoletnia następczyni tronu, która nie lubi być nazywana księżniczką. Jest wesołą, ciekawą świata nastolatką, nie do końca posłuszną ojcu, co czasem zakłóca ich wzajemne relacje. By uratować swój lud i wyspę, decyduje się wyruszyć w niebezpieczną podróż w nieznane, pomimo sprzeciwu rodziców. Vaiana została wybrana przez ocean, by ocalić swoich ludzi, a z przeznaczeniem nie należy polemizować. Dziewczyna  musi znaleźć potężnego, ale egoistycznego półboga Maui, który ma jej pomóc w ocaleniu jej ludu.

Vaiana to niepoprawna marzycielka wierząca, że wszystko jest możliwe. Od życia chce czegoś więcej, niż tylko spokojna egzystencja na rajskiej wyspie. Marzą jej się wielkie przygody i podróże na drugi koniec świata. Ogromny wpływ na jej  buntowniczą naturę miała jej babka. Kobieta od najmłodszych lat raczyła dziewczynkę plemiennymi legendami, będącymi niejednokrotnie postrachem jej rówieśników. Z kolei półbożek Maui to zapatrzony w siebie egoista, który zachwyca się własną muskulaturą i tatuażami. Jedyne, co go interesuje, to uwielbienie ze strony każdeg, kto przebywa w jego otoczeniu. Starcie tych dwóch charakterów to przyczyna prawie wszystkich zabawnych sytuacji, jakie zobaczymy na ekranie.

Walt Disney Animation Studios po raz kolejny rozpieszcza nasze oczy pięknymi, perfekcyjnymi w każdym calu bajecznym widowiskiem. Akcja filmu rozgrywa się na wyspie położonej gdzieś na Pacyfiku, czyli w prawdziwym raju na ziemi. I tak, graficy zadbali o to, abyśmy znaleźli się w tym raju wraz z Vaianą i innymi bohaterami. Grafika to prawdziwe hipnotyzujące dzieło sztuki, a wspaniała muzyka stanowi idealne dopełnienie. Ja nie mam do czego się przyczepić.

Cieszę się, że Disney coraz częściej produkuje animacje, w których główne role grają zbuntowane, silne i niezależne bohaterki, a tym samym studio odchodzi od wizerunku zatroskanych księżniczek czekających na swojego księcia z bajki. Irytuje mnie fakt, że bajki produkowane dla małych dziewczynek opowiadają historie nieszczęśliwych, zapracowanych i bezbronnych księżniczek (np. Kopciuszek czy Śpiąca Królewna), które tylko książę może uratować od nędznego losu. Na szczęście to się zmienia i współczesne bohaterki znacznie różnią się od swoich „koleżanek” sprzed kilkunastu lat. W swojej historii Disney wykreował kilka buntowniczek, między innymi Pocahontas, Meridę Waleczną czy Mulan. Teraz przyszedł czas na Vaianę pochodzącą z Polinezji, która bierze los w swoje ręce i dąży do realizacji swoich celów i marzeń. Tak trzymać!

Oglądając animację „Vaiana: Skarb oceanu” jestem przekonana, że nie tylko najmłodsi widzowie będą się świetnie bawić. To także doskonała rozrywka dla adresowana do dorosłych odbiorców. To jedna z tych uniwersalnych opowieści, która bawi wszystkich.

Maciej Bernatowicz „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”

Wydawać by się mogło, że o Hiszpanii wiem (prawie) wszystko. A już na pewno sama mogłabym napisać tego typu książkę. Życie lubi zaskakiwać i jak się okazuje, jednak nie wiem (prawie) wszystkiego o tym cudownym śródziemnomorskim kraju.

Moi znajomi wiedzą, że mam lekką obsesję na punkcie Hiszpanii. Jestem totalnie zakochana w tym kraju, traktuję go jak moją drugą ojczyznę. Byłam tam czterokrotnie, a kolejne dwa wyjazdy w tym roku mam już zaplanowane. Nie będę również ukrywać, że kiedyś, w bliskiej przyszłości, chciałabym tam zamieszkać. Dlatego też kiedy książka „Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko”, pochłonęłam ją niemal od razu. Publikacja jest tym bardziej wiarygodna, gdyż autor spędził w Hiszpanii 9 lat.

Z czym kojarzy się Hiszpania? Flamenco, corrida, piłka nożna, sangria, tapas, sjesta i jedna wielka fiesta. I właśnie między innymi o wszystkim tym pisze obszernie autor. Przeprowadza nas przez hiszpańską historię, ale robi to w sposób łagodny nie zasypując nas niepotrzebnymi datami i nazwiskami. Poza tym, porusza szereg szalenie ważnych tematów, jak np. dążenie Katalończyków do uzyskania niepodległości, a przy okazji obnaża ich (niemalże pogardliwy) stosunek względem innych Hiszpanów. Wspomina także o Baskach i bojówce terrorystycznej ETA. Opisuje odwieczny konflikt pomiędzy dwoma największymi drużynami piłkarskimi: Real Madryt i FC Barceloną. Pisze, że Madryt jest najbardziej zieloną europejską stolicą i na jednego mieszkańca „przypada” po kilka drzew. Wspomina o latach kryzysu 2005-2011, o genezie i jego katastrofalnych skutkach. Tłumaczy, dlaczego Hiszpanie nie potrafią się komunikować w innych językach obcych. Opowiada o fenomenie, jakim jest sjesta.  Rozpisuje się o fiestach, które organizowane są niemal każdego dnia, w różnych częściach Hiszpanii.

„Hiszpania. Fiesta dobra na wszystko” nie jest żadnym przewodnikiem. Jest to raczej swoiste kompendium wiedzy na temat tego cudownego kraju. Znajdziemy tam nie tylko zarys hiszpańskiej historii, czy opis tamtejszych obyczajów, ale także pojawiają się absurdy, które nie mieszczą się w głowie przeciętnemu Polakowi, chociażby codzienna sjesta. To także błyskotliwy wgląd w to, co współcześni Hiszpanie myślą o swojej historii i tożsamości, co wywołuje w nich radość, a czego się obawiają. Maciej Bernatowicz przybliża czytelnikowi ich tradycje, postawy życiowe, bieżące wyzwania, z którymi przyszło im się zmagać, ale także niewątpliwe sukcesy, które już odnieśli. Poza obszernymi opisami, znajdziemy tam również kolorowe zdjęcia, które doskonale obrazują to, o czym napisał Maciej Bernatowicz.

Autorska relacja pozwala dostrzec różnorodność, niekiedy graniczącą z wewnętrzną sprzecznością, która wypełnia ten iberyjski kraj. Z  jednej strony porusza kwestię muzułmańskiej historii półwyspu, niepodległościowych dążeń Basków oraz Katalończyków, czy pozycji państwa we współczesnych realiach globalizacji, z drugiej zaś – zjawiska potęgi piłki nożnej i fenomenu fiest. Dzięki niepowtarzalnej mozaice tematów powstał reportaż wszechstronny. Jako miłośniczka Hiszpanii i wszystkiego, co dotyczy tego kraju, serdecznie polecam książkę Macieja Bernatowicza.

Za książkę dziękuję:

Beata Pawlikowska „Niezbędnik podróżnika”

Beata Pawlikowska nie próżnuje. Co chwilę wydaje nowe książki, a to podróżnicze,  motywacyjne, poradniki czy kursy do nauki języków. Osobiście bardzo mnie to cieszy, gdyż jestem wielką fanką książek Beaty Pawlikowskiej.

Tym razem na rynku wydawniczym ukazał się „Niezbędnik podróżnika”. Nie jest to typowa pozycja, którą oferuje nam pani Beata. Dlaczego? Ponieważ w środku, poza praktycznymi radami od podróżniczki, znajduje się notatnik, na własne zapiski i przemyślenia. Strony podzielone są na kilka kategorii, np. wydatki czy właśnie przemyślenia. Idealne w sam raz na swoją wymarzoną podróż.

W środku znajdziemy szereg szalenie istotnych porad, które powinna znać każda szanująca się podróżniczka. Poza kalendarium naszej wyprawy, autorka radzi co zrobić, gdy znajdziemy się w nietypowych i niebezpiecznych sytuacjach, np. co zrobić jeżeli zostaniemy ugryzione przez węża czy skorpiona, albo jak skutecznie odstraszyć owady. Podróżniczka pisze również o tym, jak podróżować bezpiecznie i zdrowo. Jako doświadczona podróżniczka, pani Beata podaje zasady zachowania się w różnych kulturach np. muzułmańskiej czy buddyjskiej, co nie dla każdego jest takie oczywiste jakby mogło się wydawać. Obok tych wszystkich porad, znajdziemy listę ekwipunku, w zależności dokąd wyruszamy, czy w góry czy do dżungli. Nie zabrakło również słynnych, motywujących rysuneczków autorstwa podróżniczki.

Niezależnie od tego, czy wybieramy się na Słowację, czy do Nepalu, należy szanować każdą kulturę. Według Beaty Pawlikowskiej powinnyśmy się dostosować i absolutnie nie krytykować czy próbować podporządkować ją sobie! Każda kultura jest wyjątkowa i rządzi się swoimi prawami, nawet jeżeli czasami jej nie potrafimy zrozumieć. Za każdym razem pisarka podkreśla to w swoich publikacjach, z czym całkowicie się zgadzam.

Z całą pewnością spakuję „Niezbędnik podróżnika” do swojej walizki, gdy będę się wybierać w swoją wymarzoną podróż, czyli do Ameryki Południowej. Na razie jednak jeszcze nie czas na spełnienie tego marzenia, po drodze mam do realizacji kilka innych, mniejszych podróżniczych marzeń 😊 Dlatego też „Niezbędnik podróżnika” musi jeszcze cierpliwie zaczekać na półce. Mimo wszystko warto nabyć ten egzemplarz i mieć go w trakcie swojej wyprawy marzeń.

Za książkę dziękuję: