„Opowieść podręcznej”

Wyobrażacie sobie świat, w którym płeć żeńska zostaje pozbawiona wszelkich praw? Świat, w którym kobiety traktowane są jak chodzące macice, a ich jedyną powinnością jest wydanie na świat jak największej liczby dzieci? Wyobrażacie sobie, że Wasz Pan regularnie Was gwałci, a Wasza Pani lepiej zna Wasz cykl menstruacyjny lepiej niż Wy same? Natomiast za każdy przejaw nieposłuszeństwa wobec kraju i swoich Panów grozi surowa kara. Brzmi irracjonalnie? Taki scenariusz wcale nie jest niemożliwy.

Władze Republiki Gileadu zmagając się z rekordowo niskim przyrostem naturalnym, wprowadzają w życie nowe zasady: ubezwłasnowolniają kobiety zdolne do urodzenia dziecka, oddając je na służbę rządzącym krajem komendantom. Jako podręczne mają one co miesiąc oddawać się swoim panom celem spłodzenia nowych obywateli – dzieci narodu. Po urodzeniu im potomka, zostają przekazane kolejnej rodzinie. Pod przykrywką religii i wiecznej chwały Pana, by przetrwać muszą poddać się nowym zasadom, inaczej zostaną zesłane do tajemniczej kolonii, albo ich ciała zawisną na murze, ku przestrodze innym. Muszą, choć niekoniecznie wszystkie chcą poddać się tym zasadom. Niektóre z nich rozpoczynają walkę z niesprawiedliwym systemem.

Podręczne nie są konkubinami, są chodzącymi macicami; traktowane jak zwierzęta, zadaniem których jest wydawanie na świat nowych potomków. Wszystkie wyglądają tak samo: ubrane w czerwone długie sukienki, z białymi czepkami na głowach, bez grama makijażu mają wyglądać nieatrakcyjnie, by nie wzbudzać męskiego pożądania. Książki, telewizja, gry i inne rozrywki są surowo zabronione. Jedyną ich uciechą są codzienne zakupy i spotkania z innymi podręcznymi w Czerwonym Centrum. Ubezwłasnowolnione, tracą pracę, rodzinę a nawet tożsamość. Przyjmują nowe imiona, które są damskim odpowiednikiem imienia głowy rodziny, np. Freda, Daniela czy Warrena. Akt seksualny pomiędzy podręczną, komendantem i jego żoną, nazywany inaczej ceremonią, nie ma na celu zaspokojenia potrzeb seksualnych czy czerpania przyjemności, ma charakter czysto prokreacyjny – odbywa się on w ciszy, bez żadnych emocji czy nawet dotyku. Jak wspomniałam, żona komendanta także jest obecna w trakcie aktu, co niewątpliwie dla obu pań jest upokarzającym momentem.

Posłuszeństwo i wyrzeczenie się wszelkich rozrywek dotyczy nie tylko podręcznych, ale także pozostałych kobiet, również żon komendantów. Zmagające się z bezpłodnością kobiety, ale marzące o potomstwie muszą znosić całą sytuację z godnością. Serena Joy Waterford (Yvonne Strahovski) była kobietą czynu, można rzec – feministką. Głośno walczyła o prawa kobiet, wydałą książkę i głosiła wykłady na wszelakich uczelniach i w różnych organizacjach. Po reformie prawa, którego również sama była twórczynią, z pokorą poddała się nowym zasadom. Ona również nie może czytać książek czy nakładać makijażu. Także żony komendantów mają jeden uniform, w różnych odcieniach turkusu, chociaż mają nieco większe pole do popisu niż podręczne.

Niestety główna bohaterka Freda/June (Elisabeth Moss) źle została dobrana do tej roli. Przez większość filmu pokazywana jest jej twarz z jednym i tym samym, nijakim grymasem twarzy. Nie jest wiadome, czy na jej obliczu maluje się strach, niepokój, radość czy może ma problemy z wypróżnieniem się. Jej postać jest po prostu nieciekawa, nijaka, a nawet irytująca. Niemrawa gra aktorki bardzo razi. W porównaniu z innymi podręcznymi (które również pozbawione są makijażu i znalazły się w takiej samej sytuacji) Elisabeth Moss wypada po prostu źle. Całe szczęście, że inni aktorzy, tacy jak Alexis Bledel, Joseph Fiennes, Max Minghella, Samira Wiley, Madeline Brewer czy wspomniana Yvonne Strahovski są znacznie bardziej utalentowani i nadrabiają swoją grą. Ich postacie są wyraziste, z charakterem, które mimo beznadziejnej sytuacji starają się istnieć, nie tylko ciałem ale i duchem.

Serialowa produkcja oparta na powieści Margaret Atwood jest szokującym i przerażającym obrazem przyszłości, która wcale nie jest taki niemożliwa. Patrząc na obecną sytuację w naszym kraju niewykluczone, że taki scenariusz może kiedyś wejść w życie. Oglądając „Opowieść podręcznej” odczuwam niepokój, ale również zdenerwowanie, że można traktować kobietę jak krowę rozpłodową, a ich ciało jest tylko inkubatorem. Jak to powiedział komendant Waterford, nie ma nic piękniejszego niż wydanie na świat nowej istoty. Poza spełnieniem obowiązku swojego gatunku nic innego nie istnieje. Słuchając takich wypowiedzi krew się w środku gotuje. Jak to możliwe, że kobiety mogą zgotować taki los innym kobietom, bez żadnego współczucia. Jedynie podręczne mają poczucie solidarności i wspierają się na każdym kroku.

„Opowieść podręcznej” zdecydowanie nie jest pozycją dla feministek. Nie mniej jednak zdecydowałam się ją obejrzeć z czystej ciekawości, jak kiedyś może wyglądać świat. Jak wspomniałam, nie jest to taki utopijny scenariusz, bo stopniowo odbierane są nam pewne prawa, czy nam się to podoba, czy nie.. Mimo wszystko polecam serial wszystkim kobietom, by mieć świadomość, jaki los może nas kiedyś czekać.

Anna Mieszkowska „Historia Ireny Sendlerowej”

Gdyby na ziemi było więcej takich aniołów jak Irena Sendlerowa, świat byłby zdecydowanie piękniejszy. Irenie Sendlerowej przyszło żyć w najokrutniejszych czasach – podczas okupacji niemieckiej. W trakcie II wojny światowej organizowała przemycanie żydowskich dzieci z getta i umieszczała je w przybranych rodzinach, domach dziecka i u sióstr zakonnych. Dzięki jej skrupulatnym notatkom zachowały się prawdziwe nazwiska ocalałych i ich prawdziwa tożsamość. Szacuje się, że Sendlerowa ocaliła ok. 2500 żydowskich dzieci. Mimo tego co zrobiła, zawsze powtarzała, że mogła zrobić jeszcze więcej.

Wychowywana była w duchu współczucia i niesienia pomocy innym. „Każdemu, kto tonie, należy podać rękę” – miał w zwyczaju powtarzać jej ojciec. W życiu kierowała się właśnie tą zasadą. Jej ojciec był lekarzem, który za darmo leczył żydowską biedotę, toteż Irena od małego miała do czynienia z tą grupą społeczną. Uporczywie walczyła z antysemityzmem, przez co miała wiele kłopotów np. w trakcie studiów, które z trudem ukończyła. Uważała, że ludzi dzieli się na dwie grupy: dobrych i złych, a nie ze względu na religię, rasę czy pochodzenie.

W trakcie wojny podała rękę wielu dzieciom i osobom dorosłym, które między innymi dzięki niej przeżyły Holokaust. Każdego dnia ryzykowała swoje życie, wyprowadzając i ukrywając żydowskie dzieci z getta. Jak sama mówiła, najgorszy dla niej był nie strach przed śmiercią, ale widok matek oddających swoje zapłakane dziecko w ręce obcej osoby. Ratowanie okazywało się jednak dopiero początkiem, po trzeba było tym dzieciom znaleźć dobra opiekę, dokumenty i zaadaptować je do „nowego” życia. Wielokrotnie ścigana przez gestapo, w końcu trafiła do więzienia na Pawiaku,  w którym była torturowana, a w końcu skazana na śmierć. Na szczęście udało jej się ujść z życiem dzięki staraniom warszawskiej Żegoty i przekupności pewnego niemieckiego oficera.

Irena Sendlerowa od zawsze powtarzała, że tylko dobro i miłość potrafią pokonać wszystko, a dzieci i młodzież są przyszłością narodów. Była również wściekła, że II woja światowa nie przyniosła żadnej lekcji, ponieważ na świecie nadal trwają wojny, a największymi jej ofiarami są dzieci. Całe swoje życie poświęciła pracy społecznej kosztem życia prywatnego. Miała dwa nieudane małżeństwa, zaś dzieci rzadko kiedy widywały ją w domu. Miała misję do spełnienia, nawet długo po zakończeniu wojny.

Przez wiele lat po zakończeniu wojny nie mówiło się o Holokauście – był to temat tabu zarówno dla Polaków, jak i obywateli Izraela. Dopiero 30 lat temu legenda Ireny Sendlerowej ożyła za sprawą kilku amerykańskich uczennic, które przybyły z wizytą do bohaterki. Specjalnie dla niej napisały sztukę teatralną „Życie w słoiku”, a po tym wydarzeniu całe jej dotychczasowe, spokojne już życie wywróciło się do góry nogami. Zaczęły przyjeżdżać z wizytą ważne osobistości – szefowie rządów, głowy państw, światowej sławy gwiazdy oraz najważniejsi goście – dzieci przez nią uratowane. Powstało mnóstwo książek o Holokauście i bohaterce, udzieliła wielu wywiadów, nakręcono wiele filmów. Za swoją działalność uhonorowano ją wieloma odznaczeniami. Została Sprawiedliwą wśród Narodów Świata, damą Orderu Orła Białego i Orderu Uśmiechu – co jak sama podkreślała – obok listu od Ojca Świętego Jana Pawła II, było dla niej najważniejszą nagrodą. Otrzymała także honorowe obywatelstwo Izraela, nominację do Pokojowej Nagrody Nobla i wiele, wiele innych tytułów honorowych.

W książce „Historia Ireny Sendlerowej” Anna Mieszkowska mierzy się z legendą, obala wszelkie mity oraz podaje przemilczane fakty (również przez samą Irenę Sendlerową). Poza wspomnieniami czy faktami z czasów okupacji niemieckiej, autorka zamieściła kopie oryginalnych listów Ireny Sendlerowej, dokumenty, nagłówki najważniejszych tytułów prasowych z okresu jej życia oraz liczne zdjęcia bohaterki i najbliższych osób z jej otoczenia. Przedstawia jej życie także z prywatnej perspektywy.  Nie jest to łatwa lektura, ale uważam, że powinna być obowiązkowa dla każdego Polaka. „Historia Ireny Sendlerowej” to opowieść o niezwykłych losach skromnej osoby, która mówiła, że mogła zrobić więcej.

Historia Ireny Sendlerowej

Teresa Grzywocz „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”

Podróże, przygoda, poważanie, światowe życie – która z nas tego nie pragnie? Zapewne każda z nas, jako mała dziewczynka marzyła o karierze w przestworzach. Ale czy faktycznie zawód stewardessy to praca marzeń?

Teresa Grzywocz pracowała w największych liniach lotniczych, również tych egzotycznych. Miała okazje poznać trasy czarterowe i linie lowcostowe. Po latach przeniosła się na menadżerskie jety. Pracę stewardessy zna więc od podszewki. W swojej najnowszej książce „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” opisuje pracę w zawodzie cabin crew bez owijania w bawełnę. Pokazuje pozytywne aspekty pracy stewardessy, ale również  czarną stronę tej branży. Bo niestety, praca w tym zawodzie wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i poświęceniami.

Wydawać by się mogło, że praca stewardessy należy do łatwych, lekkich i przyjemnych. No bo co może być skomplikowanego w podawaniu posiłków, sprzątaniu i kilkugodzinnym uśmiechaniu się? Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z – ładnie mówiąc – kapryśnym i trudnym klientem. Mowa tutaj o milionerach (i ich rodzinach) oraz celebrytach, którzy latając prywatnymi samolotami, żądają od załogi gwiazdki z nieba. Ale nie tylko bogaci i sławni mają swoje wymagania. Także „zwykli” pasażerowie mają swoje humory i zachcianki, a gdy załoga ich nie jest w stanie spełnić, grożą napisaniem skargi do przewoźnika.

Praca w chmurach wiąże się z wyrzeczeniami, jak np. planowanie wolnego czasu, bo przecież zawsze może się trafić nieplanowany lot albo zastępstwo. Innym negatywnym aspektem jest grafik, który zawsze okazuje się być niesprawiedliwy i krzywdzący. Liczne opóźnienia, pretensje pasażerów, niezgrana załoga – wszystkie te czynniki są stresogenne. A wszyscy wiemy, że stres nie wpływa korzystnie i na zdrowie, i na wygląd.

Jest to trzecia książka Teresy Grzywocz opisująca pracę w przestworzach. Miałam okazję czytać pierwsza książkę jej autorstwa „Etat w chmurach”, która opowiadała o początkach jej pracy w zawodzie stewardessy. Z kolei „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” jest zapisem jej obserwacji i przeżyć związanych z pasażerami, pilotami i współpracownikami. To także historie usłyszane od jej innych współpracowników. To swoista galeria postaci latających wysoko. Niecodzienne sytuacje, celebryci, zwierzęta na pokładzie i różnice kulturowe, które w sytuacji stresowej nie zawsze dadzą się zamieść pod samolotowy dywanik.

Prawdę mówiąc „Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach” bardziej zniechęca niż zachęca do pracy w zawodzie stewardessy. Nie jest to praca dla każdego, tylko dla twardych i silnych ludzi z wieloma pokładami cierpliwości. Bo niestety bardzo często trzeba pracować z trudnym klientem. Oczywiście Teresa Grzywocz opisuje pozytywne aspekty pracy, ale przeważają jednak te negatywne. W końcu to opis prawdziwego życia na wysokościach. Oczywiście książkę polecam każdemu, nawet tym, którzy po marzą o pracy w kokpicie samolotu. Lepiej być przygotowanym na to, co może się przydarzyć.

„Opowieści pokładowe. Prawdziwe życie na wysokościach”

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara”

Wygląda na to, że postać Pablo Escobara, kolumbijskiego barona narkotykowego lat 80-tych ubiegłego wieku nieustannie fascynuje filmowców. W przeciągu kilku lat powstało kilka produkcji o tym człowieku. Najnowsza z nich „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” z Javierem Bardem i Penelope Cruz w rolach głównych opowiada historię romansu pomiędzy mafiosem a kolumbijską dziennikarką – Virginią Valejo.

Historia ukazana tutaj widziana jest z perspektywy kobiety, która pokochała samego diabła. Wielka gwiazda kolumbijskiej telewizji wdaje się w romans z baronem narkotykowym. Początkowo zafascynowana i pełna podziwu jego osobą pomaga mu w zdobyciu pewnego statusu społecznego. Wiedziała czym się zajmuje, a mimo to weszła w ten związek. Oczywiście mafioso nie pozostawał jej dłużny, dziennikarka opływała w luksusy i miała wszystko czego zapragnęła. Postawa kobiety stopniowo ulega demoralizacji – zaczyna latać na zakupy do Nowego Jorku z walizami wypchanymi narko-forsą, a kiedy gangster rozpętuje prywatną wojnę z aparatem państwowym, przy kochanku trzyma ją wyłącznie zwierzęcy strach. Tutaj zaczyna się walka o życie zdesperowanej kobiety, która zrobi wszystko, by nie skończyć jako kolejna ofiara na liście Pablo Escobara.

„Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” oparta jest na biograficznej książce Virginii Valejo o takim samym tytule. Po znakomitym serialu „Narcos”, produkcja kolejnych filmów o Escobarze to bardzo ryzykowne zagranie. Aby udźwignąć taką produkcję, trzeba było zaangażować pierwszoligowych aktorów z Oscarem na koncie, a gwiazdorska para Bardem-Cruz zdołała udźwignąć ten ciężar. Bardem miał ten obłęd w oczach, przez który widz ma ciarki na plecach w trakcie całego seansu. Javier Bardem gra z dużym wyczuciem psychopatycznej podwójności Escobara – rodzinny konserwatyzm kontra sadystyczny narcyzm. To taki swoisty przekrój z życia samozwańczego króla Kolumbii.  Mamy tutaj wszystko, co uczyniło z Escobara figurę globalnej popkultury: brutalną przemoc i ojcowską łagodność; skorumpowaną politykę i biznesowe narady przy basenie; społeczną wrażliwość i orgie z prostytutkami.

Przyznam szczerze, że czułam pewien niedosyt; dwugodzinny seans nie był dla mnie wystarczający, chciałam więcej. Film jest brutalny, może nie w takim stopniu jak „Narcos”, ale scena z piłą mechaniczną czy z psem uwiązanym na plecach na długo zapadają w pamięci. Brak poszanowania dla ludzkiej godności i życia jest tutaj widoczny na każdym kroku.  Aktorska para (na ekranie i w życiu prywatnym) znakomicie się spisała, chociaż przed seansem sądziłam, że nie podołają temu aktorskiemu zadaniu. No, ale nie za darmo zostali obsypani Oscarami.

 

Bożena Pajdosz „Puch niemarny”

Wino, mężczyzna i wieś – tak w skrócie można opisać książkę Bożeny Pajdosz „Puch niemarny”. W rzeczywistości jest to opowieść przepełniona wieloma emocjami, rozterkami i subtelnym romantyzmem, gdzie proza przeplata się z poezją.

Małgorzata to trochę zagubiona i  popaprana emocjonalnie kobieta w średnim wieku. Jest zagorzałą singielką i uwielbia spędzać czas samotnie (ewentualnie w towarzystwie swojego wielkiego psa) w swojej winnicy na wsi, w której się osiedliła. Swój czas dzieli pomiędzy pracą zawodową w laboratorium a swoją nietypową jak na kobietę pasją – winiarstwem. Gdy niespodziewanie ulega poważnemu wypadkowi, nie zdaje sobie sprawy, że niebawem jej życie wywróci się do góry nogami. Od tej pory musi przełamać własne bariery i dotychczasowe zwyczaje, a tym samym otworzyć się i przede wszystkim zaufać drugiej osobie.

Małgorzata jest typem kobiety-bluszcza, która osacza drugą osobę, w tym przypadku Przemka. Pała do niego uczuciem tak wielkim, że sama nie może się w nim do końca odnaleźć. Przez lata była samotnicą i zagorzałą singielką, która we wszystkim radziła sobie znakomicie sama. Aż tu nagle ulega wypadkowi, potem potrzebuje długiej rehabilitacji, a to uzależniona ją od pomocy drugiej osoby. To dla niej zupełna nowość, a nawet szok, bo początkowo nie potrafi przyjąć tej pomocy. Chce spędzać z ukochanym każdą sekundę i wścieka się, że ten chce mieć czas dla siebie. Robi mu awantury i wypomina, że ciągle albo pracuje, albo jest zmęczony i nie mam dla niej czasu i jest oziębły wobec niej. Przez to ich związek skazany jest na porażkę. To znaczy chce Przemka, ale wie, ze swoim zakochanie go rani. Z drugiej jednak strony nie potrafi się opanować i zmienić swojego zachowania. Emocje biorą nad nią górę i musi zwrócić się o pomoc do specjalisty, bo inaczej ich związek nie przetrwa. Trudno bowiem dopasować poukładane życia dwóch dorosłych osób, ze swoimi nawykami i zajęciami. Jednak oboje wierzą, że miłość potrafi przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu, a nawet setki dzielących ich kilometrów.

Nie jest to typowy romans mimo, że okładka ostrzega, że jest. To raczej portret kobiety zagubionej we własnych emocjach, nie potrafiącej odnaleźć się w nowej dla niej sytuacji, jakim jest stworzenie solidnego i trwałego związku z drugą osobą. To także obraz rozterki kobiety nieco zagubionej, która sama do końca nie wie, czego chce. To ciekawy psychologiczny przekrój psychiki kobiety w średnim wieku, która wiele w życiu przeszła i nagle musi zmienić całe swoje życie oraz podporządkować je drugiej osobie.

Za książkę dziękuję:

Autorce

Przemysław Sowiński „Kobiety despotów”

Kobiety, które na trwałe zapisały się w historii świata. Wśród nich nazwiska znane oraz postacie zupełnie anonimowe. Z całą pewnością osoby nietuzinkowe. W swej najnowszej książce Przemysław Słowiński przybliża zarówno sylwetki kobiet, których wpływ na mężczyzn był znikomy, jak i  osoby, których siła oddziaływania była równa wpływom mężczyzn, z którym się związały.

Kobiety Juliusza Cezara, Napoleona, Józefa Piłsudskiego, Lenina, Stalina, Benito Mussoliniego, Mao Zedonga, Goebbelsa, Hitlera, Nicoleau Ceausescu, Fidela Castro, Mohammada Pahlaviego, Michaiła Gorbaczowa, Władimira Putnia i Aleksandra Łukaszenki to główne bohaterki biograficznej powieści Przemysława Sowińskiego. Do szaleństwa oddane i posłuszne, zazdrosne i żądne władzy, żony i kochanki. Bite, osamotnione i zdradzane. Za życie z despotami płaciły wysoką cenę – chorowały na nerwicę, ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach lub popełniały samobójstwa.

Maria Walewska – polska piękność, która urodziła Napoleonowi syna. Wierzyła, że jej związek z cesarzem przysłuży się Polsce. Jedna z nielicznych kobiet, które cesarz Francuzów naprawdę kochał. Przynajmniej Polacy tak wierzą. Nadieżda Alliłujewa – czuła odrazę do barbarzyństwa Stalina. Matka dwojga dzieci Wielkiego Językoznawcy. Delikatna kobieta, cierpliwie znosząca jego zdrady. W jednej wersji – popełniła samobójstwo, według innej – zastrzelił ją sam Stalin. Elena Petrescu – używała tytułu doktora nauk chemicznych, chociaż w rzeczywistości skończyła cztery klasy szkoły powszechnej. Przy mężu, Nicolae Ceausescu, Słońcu Karpat, trwała do końca – rozstrzelano ich razem w niejasnych okolicznościach. Evita Perón – kochano ją gorąco i równie gorąco nienawidzono za życia, wielbiono po śmierci. Do dziś otoczona jest nieprzemijającą legendą jednej z najbardziej fascynujących kobiet XX wieku. Uznana świętą za życia, symbol populizmu i Trzeciej Drogi do dzisiaj budzi ogromne kontrowersje. Łzawa historia o wiejskiej dziewczynce, która wyrosła na jedną z najsłynniejszych kobiet na świecie, nieustannie inspiruje wszelkiego rodzaju twórców. Poświęcono jej setki książek, filmów i musicali.

Wyżej wymienione nazwiska, to tylko niektóre bohaterki biograficznej powieści Przemysława Sowińskiego „Kobiety despotów”. Niektóre z nich  były równie okrutne i bezwzględne jak ich partnerzy; inne z kolei zbyt kruche i wrażliwe na zło, które wyrządzali mężowie. Nie wytrzymując presji i napięcia bardzo często popełniały samobójstwa. Szczerze powiem nie wiem, czy ja miałabym tyle odwagi i siły, żeby dzielić życie z tyranem. Wiedziały, czym zajmowali się ich wybrankowie, a mimo wszystko trwały u ich boku. Czy były równie złe jak ich partnerzy? Może jednak dały się tak zmanipulować, że nie odróżniały dobra od zła? Czy może tak słabe psychicznie, że godziły się na wszystko, czego oni chcieli?

„Kobiety despotów” to fascynujące historie kobiet, o istnieniu których nie miałam pojęcia. To także garść interesujących i mało znanych faktów z życia słynnych kobiet, o których się praktycznie nie mówi. Odczuwam jednak pewien niedosyt, bo chciałabym więcej. O wielu despotach autor nie wspomniał. Dlatego też z niecierpliwieniem czekam na drugą część, w której Przemysław Sowiński opisze więcej takich historii.

 

Za książkę dziękuję:

Teatr Muzyczny Capitol: Liżę twoje serce

Liżę twoje serce w języku Romów oznacza „kocham cię”. I właśnie o miłości jest ten spektakl. Nie tylko o obsesyjnie szukającej miłości młodej Cyganki, ale także o miłości do samego miasta.

Akcja rozgrywa się we Wrocławiu w 1945 roku, zaraz po zakończeniu wojny. Młoda Cyganka (Helena Sujecka) desperacko szuka swojego ukochanego, Cygana ze złotym zębem (Marcin Januszkiewicz). Jest zakochana do szaleństwa w złudnym wyobrażeniu idealnego kochanka. Z ogromną dawką humoru przepowiada ludziom przyszłość, naiwnie i zabawnie ich przy tym naciągając. W trakcie swojej tułaczki spotyka niezwykłe postaci. Nikt nie jest tu u siebie, wszyscy próbują ułożyć sobie życie w mieście wśród morza ruin: szabrownicy, profesorowie ze Lwowa, żydowscy aktorzy. Cygance towarzyszy spotkana na dworcu Dziewczyna (Ewa Szlempo). Obie pochodzą z dwóch różnych światów, mają dwa różne charaktery, ale obie wyjdą z tej przygody całkowicie odmienione.

W trakcie spektaklu oglądamy miasto ich oczami, bo to jest „opowieść dziewczyńska”. Kobiety wędrują za kolejnymi wskazówkami,  zaczynając od dworca przez szaber-plac, czyli Plac Grunwaldzki, zoo, Rynek, aż po cygański pogrzeb. Po drodze czeka je wiele przygód, między innymi pomagają wyciągać niemieckie dziecko z ruin, ugotować profesorostwu ze Lwowa głowę żyrafy, kradną plecak pełen złota i kupują żydowski teatr.

Scenariusz napisali Tomasz Man i Agnieszka Glińska, która jest także reżyserem spektaklu. Muzykę skomponowali Marcin Januszkiewicz i Marcin Obijalski. Choreografia stworzona przez Weronikę Pelczyńską jest bardzo interesująca. Tancerze poruszali się niczym zombie, i także w takim klimacie się poruszali od początku do końca seansu. Aktorzy maja również za zadanie ciągłe przesuwanie po pustej i płaskiej scenie wysokich, ale lekkich graniastosłupów, obite wiotkim papierem. Papierowe ściany użyte zostały jako ekrany, na których wyświetlano obrazy drzew i ruin, związane z aktualnym miejscem akcji. Użycie papierowych słupów umożliwia wprawdzie nieustanne modyfikowanie przestrzeni spektaklu. Najbardziej kapitalnie i niezwykle klimatycznie wypadła scena cygańskiego pogrzebu. Za minimalistyczną scenografię i ciekawe kostiumy odpowiedzialna jest Magdalena Maciejewska.

Trochę przeszkadzało mi to, że niektóre fragmenty spektaklu były po rosyjski i niemiecku. Ani w jednym, ani w drugim języku nie mówię, są mi zupełnie obce. Czasami były tłumaczone przez postać graną przez Ewę Szlempo, ale nie zawsze. Także pewnych sytuacji po prostu nie rozumiałam.

„Liżę twoje serce” jest opowieścią o niespełnionej miłości; o tym, że życie zawsze wygrywa ze śmiercią, opowiedziana z wielką czułością dla ludzkich słabości i dla miasta, w którym każdy kiedyś był obcy. Wątek wolności jest cały czas wyczuwalny w przedstawieniu, a w szczególności zachowaniu Cyganki. Cały musical jest humorystycznym przedstawieniem o przepowiadaniu przyszłości i naciąganiu ludzi, którzy tak boją się przyszłości, a mimo wszystko dążą do tego, by ją poznać. Spektakl jest miłą laurką na cześć miasta, a aktorzy zabrali widzów na przyjemny spacer po przeszłości Wrocławia.

 

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję: