Przemysław Chwała „Obłoki Fergany”

Takie kraje jak Kirgizja czy Uzbekistan nie cieszą się dużą popularnością i nie do końca są jeszcze odkryte przez podróżników, a na pewno nie są docenianie przez turystów. Niesłusznie, bo są one bardzo interesujące nie tylko pod względem przyrodniczym, ale przede wszystkim kulturowym.

Nie jest to typowy reportaż z podróży do tych egzotycznych krajów. W książce Przemysława Chwały znajdziemy zbiór opowieści o narodzie kirgiskim, który nie tak dawno temu (prawie wiek temu) zszedł z gór i osiedlił się w miastach, aby poprzez częste, gwałtowne rewolucje i przewroty stworzyć własną tożsamość narodową i historię. Autor przemierza tereny Kirgistanu – krainy stepów oraz potężnych gór, które dzięki bliskości nieba wyzwalają w człowieku nieukojoną tęsknotę za wolnością. Spotyka na swej drodze szeroki wachlarz ludzkich osobliwości, którzy chętnie dzielą się z nim swoimi przemyśleniami na temat sytuacji panującej w kraju. Odbywa rozmowy z mieszkańcami, którzy marzą o lepszym bycie, a Europa kojarzy im się z prawdziwym El Dorado.

Przemysław Chwała przybliża nam sytuację polityczną kraju, opisuje strefy wpływów, które kumulują się ze sobą w tym malowniczym zakątku świata i które co chwila prowadzą do politycznych rewolucji. Egzystowanie trzech różnych, trudnych do pogodzenia światów w jednym miejscu (tęsknota za Rosją, tęsknota za zachodem, tęsknota za tradycyjnym koczownictwem), powoduje wiele spięć na linii kultura-religia-tradycja. Dlatego nawet mały impuls może prowadzić do wybuchu tej tykającej bomby.

Kraje Azji Centralnej ciągle omijane są na turystycznej mapie świata. Sama jeszcze do niedawna nie interesowałam się tą częścią świata, bo i po co? Brud, bieda i nuda – takie były moje pierwsze, jeszcze do niedawna skojarzenia o tej części Azji. Jednak teraz, bardzo chciałabym tam pojechać, żeby tak jak autor móc poznać i zrozumieć tamtejszą kulturę, a przede wszystkim własne oczy zobaczyć tę dziką i nieokiełznaną przyrodę.

Azja Centralna to dla Polaków ciągle wielka niewiadoma, nieodkryta zagadka, ponieważ nadal rzadko wspomina się o tej części świata. Choć mamy tak dużo wspólnego, począwszy od szacunku dla tradycji, po podobną polityczną przeszłość przez wiele lat życia pod kontrolą ZSRR, niewiele jednak wiemy o tamtejszych realiach. Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o takich krajach jak Uzbekistan czy Kirgizja, „Obłoki Fergany” Przemysława Chwały jest idealną pozycją, żeby zgłębić wiedzę o tym rejonie świata. Napisana w interesujący sposób, zobrazowana licznymi zdjęciami autora sprawia, że lektura tego reportażu to nie tylko pogłębienie wiedzy, ale również prawdziwa przyjemność.

Za książkę dziękuję:

Reklamy

Dlaczego jestem feministką?

Bycie feministką w dzisiejszych czasach nie jest proste. Bycie feministką kojarzy się dzisiaj z czymś bardzo negatywnym. No bo jak to? Feministka w dzisiejszych czasach? Toż to jakaś chora fanaberia i głupia zachcianka znudzonych dziewuch! Po co tak krzyczeć i robić zamieszanie? Przecież mamy równy dostęp do edukacji. Przecież pracujemy na takich samych stanowiskach. Przecież mamy prawa wyborcze. Przecież uprawiamy takie same sporty. Przecież możemy ubierać się jak mężczyźni. Przecież przeklinamy tak jak mężczyźni. To o co mi do cholery chodzi?

Nie będę przytaczać definicji i historii feminizmu, bo nie taki jest mój cel. Tutaj wszystko znajdziesz. Zanim jednak stwierdzisz, że mój post to stek bzdur i kolejny bełkot ryczącej pseudo-feministki, przeczytaj go do końca nim zaszufladkujesz mnie w roli zdesperowanej i zgorzkniałej starej panny oraz wrzucisz do jednego wora z innymi oszołomami 🙂

Jaki jest stereotyp współczesnej feministki? Według opinii (większości) społeczeństwa, taka kobieta postrzegana jest jako rycząca, zdesperowana baba, której żaden facet nie chce tknąć, nawet kijem. Co więcej, przez to zostaje lesbijką, no bo z braku laku i kit dobry. Przestaje depilować nogi, bo i po co ma to robić? W głowie ma tylko zakodowaną nienawiść do płci męskiej oraz szereg kompleksów, z którymi nie może sobie poradzić. Ponadto zaczyna ubierać się i wyglądać jak chłop, a z czasem nawet zachowywać się jak przedstawiciel odmiennej płci. W związku z tym nie ma wyboru, jak tylko wstąpić do tej „sekty”, bo co jej innego w życiu pozostało?

fot. kwejk.pl

Tak, jestem feministką i nie boję się do tego przyznać. Jednak nie jestem zdesperowaną babą, która całymi dniami krzyczy, że nienawidzi mężczyzn za to, że istnieją. Nie jestem lesbijką – co prawda potrafię docenić kobiece piękno (ach, Beyonce ❤ ), jednak do kobiet wcale mnie nie ciągnie. Nie narzekam na brak powodzenia u płci przeciwnej. Lubię mężczyzn, mimo że kilku z nich wyrządziło sporo szkód w moim życiu. Nie wyglądam jak facet – od lat jestem posiadaczką długich włosów i nie wydaje mi się, żeby się to kiedykolwiek zmieniło.  Wiem, jak należy używać kosmetyków i robię to w granicach rozsądku i z wyczuciem estetyki. Nogi regularnie depiluję. Nie ubieram się jak babochłop – wręcz przeciwnie. Uważam, że jestem kobiecą kobietą, momentami zastanawiam się czasem czy nie za bardzo. Lubię dostawać kwiaty, być komplementowana i przepuszczana w drzwiach. Zdobyłam wykształcenie i uważam się za inteligentną i obytą kobietę. Na dodatek – powiem nieskromnie – jestem zaradną, samodzielną i silną osobą, która (czasem lepiej, czasem gorzej) potrafi sobie w życiu poradzić. A swojego tatę uważam za superbohatera i wzór prawdziwego mężczyzny. Co więc zatem jest ze mną nie tak?

fot. pudelek.tv

A jak naprawdę wyglądam:

Jak mam się godzić na to, że kobiety padają ofiarą przemocy domowej? Tylko i wyłącznie z powodu, że partner jest zestresowany, niezadowolony, pijany czy chorobliwie zazdrosny? Czy to daje pozwolenie, żeby agresję wyładowywać na mniejszej i słabszej fizycznie istocie, bo akurat jest „pod ręką”? Niestety przemoc fizyczna i psychiczna nadal jest problemem wielu kobiet w naszym kraju, które żyją w ciągłym strachu i nawet nie pomyślą, żeby zgłosić się z tym na policję, a tym bardziej zostawić swojego ukochanego. Wolą przemilczeć sprawę i żyć złudną nadzieją, że może partner się w kiedyś zmieni i zrozumie swój błąd. Tak, to prawda – nie jest łatwo się wyrwać z tego kręgu, ale im szybciej zdamy sobie sprawę i zakończymy toksyczną relację,  tym dla nas lepiej. Sama przez jakiś czas byłam psychicznie zastraszana, szantażowana i manipulowana. Podejrzewam, że jeśli wtedy nie zdecydowałabym się na ten krok, to do tej pory nie znalazłabym w sobie tyle siły i nadal tkwiłabym w tym chorym i pokręconym związku. Do tej pory, po ponad 5 latach od tamtych wydarzeń, mam traumę przed spotkaniem go w miejscu publicznym.

Jak mam się godzić na to, żeby kobieta sprowadzana była do roli sprzątaczki, kucharki i opiekunki? Żeby całymi dniami usługiwała swojemu mężowi/konkubentowi/chłopakowi/kochankowi? Jeśli inne kobiety uważają, że takie jest ich powołanie/dobrze się czują w tej roli – nic mi do tego, to ich wybór. Akceptuje taki stan rzeczy. Sama lubię sprzątać, bo pomaga mi się to zrelaksować, zaś gotowanie uwielbiam – tym bardziej przygotowanie posiłków dla kogoś innego sprawia mi ogromną satysfakcję i radość. Jednak  jeśli musiałabym to robić każdego dnia, bez wytchnienia, pod przymusem i presją – na to się nie godzę. Bo (podobno) taka jest moja rola społeczna. Czasy, w których kobiety nie wychodziły z kuchni i od pieluch dawno już minęły, teraz same decydujemy czy chcemy to robić, czy też nie.

Jak mam się godzić na to, żeby kobiety traktowane były przedmiotowo przez płeć przeciwną? W wielu kręgach kulturowych kobieta sprowadzana jest do roli seksualnej zabawki, którą facet bawi się do czasu, aż się znudzi. Dla niego kobieta to po prostu taki kawał atrakcyjnego mięsa, który po upływie „terminu przydatności” nagle nie jest już taka smaczna i ładna jak kiedyś. Potem bez żadnego najmniejszego problemu można ją wyrzucić i zastąpić nową, młodszą (i jędrniejszą) wersją. Ot tak, dla zasady. Bo mężczyzna to maczo i prawdziwy ogier, który swoją „męskość” musi  udowodniać na każdym kroku, zaliczając coraz to młodszą panienkę. No cóż, dla jednych „męskość”, a dla mnie świadczy to tylko o całej masie kompleksów. Prawdziwy mężczyzna potrafi skupić całą swoją uwagę na jednej kobiecie, tylko chłopczyki z maleńkim ego oglądają się za każdą spódniczką, wynagradzając sobie tym samym swoje braki – i fizyczne, i emocjonalne.

Jak mam się godzić na to, żeby kobieta była molestowana w miejscu pracy? Kiedy się słyszy historie takie ta , ta czy ta  to aż krew człowieka zalewa! Jak to jest możliwe, że w dzisiejszych czasach jest ciche przyzwolenie na molestowanie seksualne w miejscu pracy? Młode kobiety posiadające talent i urodę, stojące u progu kariery zmuszane są do robienia ohydnych i upokarzających rzeczy, aby tylko móc spełniać własne marzenie i realizować się zawodowo. Molestowanie seksualne nie jest powszechnym zjawiskiem tylko w showbiznesie, ale w każdym obszarze zawodowym. Jednak afera goni za kolejną aferą. Coraz więcej gwiazd decyduje się po latach upokorzeń wyznać prawdę, bo dopiero teraz mają odwagę o tym publicznie mówić. A co z tymi kobietami, które nie są żadnymi gwiazdami, tylko zwykłymi obywatelkami i nie mają w sobie tyle odwagi? Takich kobiet jest tysiące. I zapewne nigdy nie zdecydują się wyznać prawdę, bo boją się stracić posadę.

Jak mam się godzić na to, żeby ktoś – a w szczególności banda radykalnych, podstarzałych i smutnych panów w garniturach – mówił mi, co mam robić z własnym ciałem? Jakim prawem ktoś, kto nigdy nie znajdzie się skórze kobiety, ma decydować o jej ciele, zdrowiu czy życiu? Nikt mi nie będzie mówił, ile mam mieć dzieci, kiedy mam je mieć albo czy w ogóle powinnam je mieć. Jeśli nie jestem gotowa na posiadanie dziecka, albo wiem, że urodzi się ono niepełnosprawne lub upośledzone, mam prawo dokonać wyboru. Aborcja to trudny i bardzo delikatny temat, zwłaszcza w ostatnim czasie. Jednak moje ciało nie jest żadnym inkubatorem, które za wszelką cenę i dla zasady ma wydać na świat potomstwo. Niezależnie od tego czy będzie zdrowe, czy nie – bo taka jest rola kobiety. Moje ciało, mój wybór. Mam jednak ogromną nadzieję, że nigdy nie będę musiała się zmierzyć z tym wyborem. Mimo wszystko to sprawa tylko i wyłącznie mojego sumienia i nikomu nic do tego. Chcę mieć wolny wybór, a nie odgórnie narzucony nakaz czy zakaz.

Jak mam się godzić na to, żeby lekarz – wykształcony i „oświecony” człowiek nauki – miał decydować, jaka jest skala mojego bólu w trakcie porodu? Co prawda sama tego nie doświadczyłam (więc guzik tam wiem, jednak słyszałam różne historie od znajomych, znajomych znajomych i znajomych znajomych znajomych, więc co nieco mogę się wypowiedzieć na ten temat), ale słyszałam o przypadkach, że to lekarz (mówimy cały czas o płci męskiej) decydował czy kobiecie należy podać znieczulenie czy nie; czy trzeba ją naciąć czy tez może nie.  W skrajnych przypadkach potrafią nawet nakrzyczeć na rodzącą kobietę, żeby nie histeryzowała, bo przecież od początku świata kobiety rodzą i jakoś dają radę, to po co się „drzeć” i robić „scenę”? Nawet nie chcę myśleć, jak takie kobiety muszą czuć się upokorzone w takiej sytuacji.

Jak mam się godzić na to, żeby jakiś stary, obleśny dziad, bez grama mózgu i zdrowego rozsądku (przepraszam za wyrażenie, ale to i tak łagodne słowa w porównaniu z tym, co myślę o tej istocie) – rzekomo ekspert (ale tylko w swojej głupocie) – na forum publicznym wypowiadał takie słowa o protestujących kobietach: „Ładne laski to idą na dyskotekę, a takie brzydkie, których nikt bzykać nie chce, to idą na demonstrację. Bo ja stałem i patrzyłem, i mówię, którą bym bzyknął. Ta: O Jezus, o Boże, tę tylko nie, Jezus, i tak stałem, i wierzcie mi, że tak cały czas myślałem, kto to r*cha? Doszedłem do wniosku, że nikt. (…) Nikt nie chce się nad nimi ulitować, nikt nie chce pociągnąć za majtki”. Nie będę nawet tego komentować, bo musiałabym zniżyć się poziomem intelektualnym do tego „eksperta”. Jeśli nie wierzysz, że takie słowa zostały wypowiedziane publicznie, odsyłam tutaj: klik

Jak mam się godzić na to, żeby „ekspert” mówił, że „gwałt tylko początkowo jest straszny, potem kobieta staje się spokojna i się z niego cieszy”? (więcej tutaj: klik)  Czy komukolwiek w ogóle przystoi o czymś takim pomyśleć? Czy to, że zakładam krótką spódniczkę ma oznaczać przyzwolenie na gwałt? No bo w końcu ubierając się jak ladacznica prowokujesz facetów, czyli sama sobie jesteś winna.

Jak mam się godzić na to, że moje „siostry” po drugiej stronie globu cierpiały niewyobrażalne katusze z powodu jakiś durnych patriarchalnych obyczajów? Jak można pozwolić, żeby małe, niewinne dziewczynki zostały obrzezane w imię tradycji, a tym samym pozbawiając je swojej kobiecości? Nie wspomnę już o okropnych męczarniach w trakcie okresu, uprawiania seksu czy porodu, na które skazane są do końca życia. Tak wiem – to kobiety zgotowały sobie same ten los, ale robią to w imię rzekomej tradycji. Dlaczego? Bo wierzą, że jeśli dziewczynka nie zostanie obrzezana, to tym samym społeczeństwo uzna je za nieczyste i rozwiązłe dziewuchy, których żaden mężczyzna nie zechce poślubić. No i oczywista sprawa – robią to po to, żeby nie miała żadnej przyjemności w trakcie uprawiania seksu. Czyli wszystko sprowadza się do tego, aby mężczyzna miał całkowitą kontrolę nad kobietą. I nie – islam nie ma nic z tym wspólnego. Fakt, że obrzezanie dokonywane jest zazwyczaj na dziewczynkach w tamtejszym kręgu kulturowym, jednak w Koranie nie ma ani słowa na ten temat. Ta kwestia zakorzeniona jest głęboko w tradycji i w żadnym wypadku nie jest nakazem religijnym. Więcej na ten temat pisałam tutaj: Kobieta w Islamie: Obrzezanie

Jak mam się godzić na to, że kobieta  „za karę” oblewana jest kwasem albo podpalana żywcem?  Albo za gwałt karana jest śmiercią, bo uprawiała pozamałżeński seks? Przecież to hańba dla całej rodziny, a grzesznicę należy ukarać w najgorszy i najokrutniejszy sposób. Wspominam o tym pod wpływem jednego z ostatnich odcinków „Kobiety na krańcu świata”, w którym to Martyna spotyka się z kobietami bez twarzy w Pakistanie. Wiedziałam o tym barbarzyńskim „zwyczaju” już od dawna, przeczytałam mnóstwo książek– w końcu pisałam pracę licencjacką na ten temat. Jednak po emisji tego programu, który wstrząsnął mną do głębi, postanowiłam o tym wspomnieć. To nie nasza kultura i nie nasz biznes – zapewne powiecie. Jasne, ale co będzie jak któregoś dnia dopuścimy, żeby takie bestialskie rzeczy działy się w naszym kręgu kulturowym? To także nie będzie wtedy nasz biznes? Tutaj możecie obejrzeć wspomniany przeze mnie odcinek : „Kobiety na krańcu świata: Kobiety bez twarzy”

Jest jeszcze wiele trudnych i szokujących tematów, o których chciałam wspomnieć, ale zdecydowałam, że nie będę tworzyć żadnych długaśnych esejów. Nie wspominam o  takich sprawach jak wydawanie za mąż 9, 10, 11-letnich dziewczynek (kraje Bliskiego Wschodu), porywanie i sprzedawanie kobiet do domów publicznych (praktycznie cały świat) czy przerywanie ciąży tylko i wyłącznie dlatego, że na świat miałaby przyjść kolejna, bezwartościowa kobieta (takie rzeczy dzieją się w Chinach). A nie wspominam (chociaż bardzo mnie korci żeby o tym napisać) bo praktycznie mnie one nie dotyczą. Mam szczęście, że urodziłam się w tym rejonie świata, który uważany jest za cywilizowany z rzekomo uporządkowanymi i jasnymi zasadami. Nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku poczucia solidarności z tamtymi kobietami. Jestem kobietą, co się nigdy nie zmieni i zawsze będę się solidaryzować z innymi przedstawicielkami swojej płci. Nigdy nie wiesz, czy problem obrzezania lub znieważania ze względu na płeć nie dotknie Cię bezpośrednio, albo kogoś z bliskich Ci osób.

Zastanów się, czy nadal uważasz, że bycie feministką oznacza nienawiść do całego męskiego świata; że feministki to kobiety, których „nikt nie chce pociągnąć za majtki”; że te kobiety celowo zachodzą w ciążę, by potem ostentacyjnie w Wigilię dokonać aborcji? Jasne, jest wiele takich oszołomów, które niestety dają zły przykład i negatywnie wpływają na wizerunek współczesnej feministki. Z całą pewnością każda z nas miała do czynienia z szowinistycznymi i seksistowskimi zagrywkami ze strony mężczyzn i zastanów się, czy było to dla Ciebie przyjemne doświadczenie (choćby nawet gapienie się Twojego rozmówcy na Twój biust, a nie prosto w oczy). Rozważ, czy w trakcie wydawania na świat potomstwa chcesz być upokorzona i sprowadzona do roli kawałka mięsa, który histeryzuje? Pomyśl, czy chcesz, aby kiedyś Twoja córka była traktowana przedmiotowo przez jakiegoś faceta. Wyobraź sobie, że za każdym razem zakładając krótką spódnicę/sukienkę jesteś narażana, że ktoś Cię może zgwałcić, no bo przecież sama tego chcesz, prowokatorko! Zastanów się, czy chcesz żyć w takim świecie. I czy chcesz, żeby Twoje siostry/córki/wnuczki żyły w takim świecie.  I czy się na to godzisz. Bo ja z całą pewnością NIE!

P.S. Czy uważasz, że Beyonce wygląda jak babochłop?

fot. billboard.com

Albo sądzisz, że nie jest feministką, bo ma męża i dzieci? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, to zobacz jej najnowszy teledysk.

fot. cosmopolitan.pl

Magdalena Filak, Filip Radej „Angielski w tłumaczeniach. Phrasal verbs”

Nauka języka obcego, to dla niektórych twardy orzech do zgryzienia. Doskonale coś o tym wiem. Angielskiego uczę się praktycznie od ponad dwudziestu lat, ale nadal nie posiadłam całkowitej wiedzy dotyczącej tego języka. Mimo, że w 90% rozumiem i potrafię się porozumieć, nadal język ten zaskakuje mnie nowościami.

Podobno w nauce języka obcego najtrudniejsza jest gramatyka. No właśnie, podobno. Jednak jeśli nie znasz gramatyki, a opanowałaś niektóre zwroty i słownictwo, z całą pewnością poradzisz sobie w za granicą w rozmowie z lokalsem. Dzięki książce wydawnictwa Preston Publishing „Angielski w tłumaczeniach. Phrasal verbs”, czasowniki złożone zapamiętasz raz na zawsze. Podręcznik jest zbiorem niezbędnych i najczęściej używanych czasowników złożonych, ujętych w ponad 1400 zdaniach, a także w związkach frazeologicznych. Dzięki temu uczysz się nie tylko znaczenia phrasal verbs, ale również ich stosowania w kontekście.

Phrasal verbs są moja piętą achillesową. Trudno od razu zapamiętać wszystkie czasowniki złożone, zwłaszcza, że jest ich setki, a nawet tysiące. Istnieje ogromna różnica pomiędzy „to come to” a „to come up”. Nadmiar tych czasowników może początkowo przerażać i zniechęcać do nauki. Jednak nie jest to niemożliwe. Wszystko trzeba po kolei poukładać w głowie, aby raz na zawsze swobodnie i bez zastanowienia się nimi posługiwać.

Układ książki i zaproponowany w niej system nauczania zapewniają przyswajanie wiedzy naturalnie, szybko i skutecznie. W każdym rozdziale znajdują się zdania do przetłumaczenia, odpowiedzi, cenne wskazówki i podpowiedzi oraz ćwiczenia utrwalające. Testy i ćwiczenia sprawdzające umożliwiają samodzielne kontrolowanie poziomu opanowania materiału. Dodatkowo do książki dołączony jest kurs audio na płycie CD, co stanowi doskonały sposób na ćwiczenie rozumienia ze słuchu, wymowy i umiejętności mówienia w każdej wolnej chwili.

„Angielski w tłumaczeniach. Phrasal verbs” to osobisty nauczyciel, który nauczy, wytłumaczy, podpowie i sprawdzi poziom naszej wiedzy, a także dobrze ją usystematyzuje. Książka idealna dla samouków oraz osób, które przygotowują się do egzaminów z języka angielskiego.

Za książkę dziękuję:

Marek Kamiński, Katarzyna Stachowiak – Gacek „Marek i czaszka jaguara”

Co może powstać przy współpracy dwóch zupełnie różnych osobowości? „Marek i czaszka jaguara” to propozycja dla młodych (i nie tylko) i ciekawych świata. Marek Kamiński, z pomocą Katarzyny Stachowiak – Gacek, w najnowszej książce wraca do swojej pierwszej przygody, czyli wyprawy do Meksyku.

Katarzyna Stachowicz-Gacek to pisarka, scenarzystka i autorka wielu kryminałów. Z kolei Marka Kamińskiego nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać: podróżnik, polarnik oraz zdobywca obu biegunów. Efektem ich wyjątkowej współpracy jest niezwykła książka – wciągająca, pełna przygód, zabierająca czytelników w egzotyczną podróż do Meksyku.

To miały być dla Marka cudowne wakacje, które miał spędzić z tatą i średnio lubianym wujkiem w Meksyku. W końcu chłopak miałby tatę tylko dla siebie, z daleka od okropnej młodszej i ciągle płaczącej siostry. Jednak los lubi płatać figle i ostatecznie wszystko poszło nie tak, jak planował Marek. W efekcie chłopiec leci do Ameryki Łacińskiej tylko z małomównym i nieco gburowatym wujkiem podróżnikiem (o interesującej ksywce „Orinoko”) – bez taty, bez komputera, bez dostępu do współczesnej „cywilizacji”. Będą oglądać ruiny piramid, przedzierać się przez dżunglę w upale i bez końca wysłuchiwać opowieści o cywilizacji Majów. Przy okazji muszą dostarczyć tajemniczą przesyłkę przedstawicielom starożytnego plemienia Lakandonów. Planowane wakacje szybko zmieniają się w nieprzewidywalną wyprawę, tym bardziej że w ślad za bohaterami podąża dwóch podejrzanych typków. Co więcej, dzięki pomocy tajemniczej aplikacji zainstalowanej na telefonie, która zawsze jest o krok przed nimi i posiada zdecydowanie większą wiedzę niż zwykła aplikacja, Marek i Orinoko z każdych tarapatów wydostają się bez szwanku…

Meksyk widnieje wysoko na mojej podróżniczej liście marzeń. Po przeczytaniu tej książki, pozycja tego kraju poszybowała gwałtownie w górę. A jeśli jeszcze jest mowa o rdzennych mieszkańcach tego kraju i starożytnej cywilizacji, to czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce. Poza interesującą i wciągającą fabułą, na kartach książki znajdziemy mnóstwo ciekawostek i faktów na temat tego kraju. Nic zatem dziwnego, że nie mogłam oderwać się od lektury książki „Marek i czaszka jaguara”.

Mimo, że nie jestem zwolenniczką książek, które adresowane są do młodzieży, to przyznaję, że „Marek i czaszka jaguara” wciągnęła mnie na całego. Lekturę pochłonęłam w niecałe 48 godzin, doskonale się przy tym bawiąc. Pełna przygód, tajemnic i zaskakujących zwrotów akcji. Szczerze polecam nie tylko młodzieży, ale przede wszystkim dorosłym, którzy choć na chwilę chcą oderwać się od jesiennej rzeczywistości i cofnąć się w czasie, by poczuć się o kilkanaście lat młodszym. Co więcej, część dochodu ze sprzedaży książki wspiera działalność Fundacji Marka Kamińskiego, która pomaga chorym dzieciom i młodzieży w pokonywaniu barier i realizacji marzeń. Nie ma co się zastanawiać, tylko czym prędzej udać się do księgarni!

Marek i czaszka jaguara