Elżbieta Sęczykowska „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”

Azja Środkowa to wciąż wielka zagadka. Nieznana, pełna tajemnic, zaskakująca kontrastami, ale z drugiej strony wspaniała, jawiąca się jako miejsce odległych kultur, a jednocześnie budowanych na nowo obyczajów. Elżbieta Sęczykowska opisała swoje  doświadczenia z tamtejszymi kulturami w swojej książce „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”.

Chiny, to podróż z północy na południe, z odległej i dzikiej pustyni Takla Makan, drogami odeszłych w niebyt i zasypanych piaskami traktów jedwabnego szlaku, przez Wielki Mur i Zakazane Miasto aż do krętych wód Lijiang wijących się malowniczo między krasowymi górami prowincji Guangxi. Tam, w bajkowej scenerii, rozgrywają się spektakle połowów z kormoranami i żywioły przyrody splatają się w codzienne swoiste harmonijne współistnienie. Z kolei Tybet, to podróż do świata pełnego tajemnic, medytacji, cudów i duchów, wielkich mistrzów, spotkań z ludźmi głębokiej wiary, nomadami, pątnikami zmierzającymi do świętych miejsc i lamów żyjących w ostatnich ocalałych od zagłady klasztorach. Tam to właśnie dokonują się odwieczne misteria zwycięstwa dobra nad złem i niewyjaśnione do końca znikanie maślanych ołtarzy… Mongolia zaś,  to doświadczenie piękna i bogactwa natury, zachwyt nad spójnością istnienia ludzi i zwierząt, w którym prawa człowieka są równe prawom przyrody. Przenikają się wzajemnie i łączą, by na koniec w szamańskim seansie zjednoczyć się ze światem bogów i demonów. Być może to za sprawą ich mocy sławni przedstawiciele cywilizacji stepu zapanowali w dawnych czasach nad bez mała połową świata.

W każdym kraju Elżbieta Sęczykowska była kilkukrotnie, także nie jest to zapis jej jednej wielkiej azjatyckiej przygody. Dla mnie zdecydowanie najciekawszą częścią książki była ta o Tybecie. O Chinach posiadam nieco wiedzy, bo kiedyś się interesowałam chińską kulturą. Mongolię dopiero poznaję, bo mam w planach (w bliżej nieokreślonej przyszłości) odwiedzić ten kraj. Z kolei o wyjeździe do Tybetu nigdy nie myślałam, historią czy kulturą też się średnio interesowałam, ale teraz wiem, że niesłusznie! Jakże ten uciemiężony kraj ma wiele do zaoferowania! Zarówno pod względem kulturowym, religijnym, obyczajowym oraz przyrodniczym. Opis wszystkich rytuałów, czasami makabrycznych i całkowicie niezrozumiałych w naszym kręgu kulturowym tylko podsycał moją ciekawość. Jednak do końca jej nie zaspokoił i z pewnością sięgnę po więcej książek związanych z Tybetem. I kto wie, może kiedyś zdecyduję się na podróż do tego kraju?

Momentami lektura książki była dla mnie nużąca. Autorka zasypuje czytelnika ogromną ilością informacji na raz, które trudno jest poukładać sobie w głowie. Dobrze, że takie informacje pojawiają się w książce, ale nie przygotowała się zbyt dobrze, nie zrobiła selekcji tych informacji. Czasami miałam wrażenie, że sama nie do końca wiedziała, o czym pisze. Poza tym wyczułam, że autorka nie stara się poznać i zrozumieć tak odległą dla nas kulturę, tylko po prostu ją ocenia – i to negatywnie. Za dużo wszystkiego. Chciała dobrze, ale momentami wyszedł przesyt wszystkiego, a to przekłada się na jakość czytania. Dobrze, że autorka umieściła w środku liczne kolorowe fotografie z podróży. Dzięki temu mogłam mieć wizualizacje opisów wszystkich tych pięknych miejsc, o których pisze Elżbieta Sęczykowska. Zamysł „Tryptyku wschodniego” był jak najbardziej dobry, jednak żeby była to porywająca i ciekawa lektura, trzeba jeszcze nad nią popracować.

Elżbieta Sęczykowska „Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia”

Bilbao. Miasto przyszłości

Jak co roku (co prawda dopiero od dwóch lat, ale czuję, że stanie się to moim rytuałem), na przełomie października-listopada pakuję walizkę i lecę do swojej drugiej ojczyzny 🙂 Co prawda rok temu i dwa lata temu dotarłam na południe tego kraju, do cudownej Andaluzji, to w tym roku postanowiłam polecieć na północ. Miałam tam spędzić cały tydzień, ale niestety zmuszona zostałam do skrócenia swojego pobytu do czterech dni. Tym razem miałam odkrywać piękno regionu zwanego Krajem Basków, jednak w związku z ograniczeniem czasowym, dotarłam jedynie do Bilbao i postanowiłam skupić się tylko na tym mieście. Resztę zostawiłam sobie na później, bo z całą pewnością tam wrócę, i to całkiem niedługo!

Planując podróż na północ Hiszpanii o tej porze roku sądziłam, że pogoda nie będzie mnie rozpieszczać i temperatura będzie odrobinę wyższa niż w Polsce. Spakowałam więc ciepłe bluzki i swetry, bo nie chciałam się rozchorować na swoim krótkim urlopie. Jednak okazało się, że pogoda była dla mnie bardzo łaskawa, bo na miejscu było ponad 20 stopni, czyli tak ciepło jak rok temu w Andaluzji! Całe szczęście, że na szybko upchnęłam dwie podkoszulki, bo byłoby kiepsko 🙂 Przez całe 4 dni rozkoszowałam się ciepłymi promieniami słońca, przez co moja spieczona twarz potem bardzo cierpiała 🙂 Takie rzeczy tylko w Hiszpanii.

Największą moją obawą był język. I nie chodzi tutaj o hiszpański. Jak wiadomo, Baskowie posługują się swoim własnym językiem, jeszcze bardziej skomplikowanym i niezrozumiałym niż kataloński. Język baskijski jest najstarszym europejskim językiem i tak naprawdę trudno powiedzieć skąd się wywodzi. Z mojego doświadczenia sprzed lat, kiedy to poleciałam do Barcelony, przygotowana byłam na najgorsze. Trzy lata temu, będąc w stolicy Katalonii, wówczas niewiele znając język hiszpański (jedyne co potrafiłam powiedzieć to: „Hola! Soy Klaudia y soy polaca, tengo 26 anos” – bardzo zaawansowany poziom, nie powiem 😉 ), byłam święcie przekonana, że będę mogła dogadać się po angielsku – jak to zazwyczaj bywa za granicą w europejskim kraju. A tutaj niespodzianka, bo mało kto potrafił powiedzieć poprawnie jedno zdanie w tym języku. Przeżyłam wtedy podwójny szok kulturowy – nie dość, że wszystko było po katalońsku (nazwy ulic, menu w restauracjach, itp.), to na dodatek młodzi (!) ludzie nie potrafili sklecić zdania w najczęściej używanym języku świata! Dlatego też przybywają na tereny Kraju Basków, liczyłam się z tym, że jedynym skutecznym językiem, w którym będę w stanie się posługiwać to mowa ciał, intensywna gestykulacja i ekspresyjna mimika twarzy. A tu kolejna niespodzianka, bo baskijskiego nie uświadczysz tam na ulicach czy w restauracjach! Musiałam się bardzo wysilić, żeby podsłuchać rozmowę w tymże dziwacznym dla mnie języku. A byłam wielce zainteresowana brzmieniem tegoż tajemniczego, prastarego dialektu. W końcu udało mi się go usłyszeć od rodowitego Baska i powiem Wam, że nie ma nic wspólnego z pięknym i melodyjnym hiszpańskim , a język polski (który należy do czołówki najtrudniejszych języków świata) na jego tle to pikuś 🙂

Do Kraju Basków przybyłam kilka dni po referendum, które odbyło się w Katalonii i zamieszanie z tym związane z tym wydarzeniem było świeże. Jak wiadomo, Baskowie od dawna  mają zapędy niepodległościowe, dlatego wszędzie widoczne były flagi baskijskie, a tuż obok nich katalońskie – jako wyraz  wsparcia i poparcia dla tego regionu. Co więcej, na Starym Mieście wszędzie widoczne były różne napisy i graffiti podżegające tamtejsze społeczeństwo do działania i „budowania” własnego państwa. Historia Kraju Basków nie należy do chlubnych. Wszyscy zapewne słyszeliśmy o organizacji terrorystycznej ETA, która jeszcze nie tak dawno, bo jakieś 15-20 lat temu terroryzowała całą Hiszpanię. Teraz jest tam całkowicie spokojnie i absolutnie nie czułam żadnego zagrożenia związanego z zamachami terrorystycznymi sprzed lat. Wręcz przeciwnie, czułam się tam całkowicie bezpiecznie.

Kiedy pomyślę o Bilbao, dokładnie tak wyobrażam sobie nowoczesne miasto przyszłości. Wszystko jest starannie zaplanowane, uporządkowane, kosztownie zaprojektowane i wykonane – nie ma miejsca na zbędne rzeczy czy niedociągnięcia. W przypadku Bilbao motywem przewodnim jest morze i wszystko, co z nim związane. Co prawda miasto to nie znajduje się bezpośrednio nad morzem, ale można tam dojechać w przeciągu 30 minut. Sama nie zdawałam sobie do końca sprawy, dopóki nie zwrócono mi uwagi na niektóre szczegóły. Wszędzie widoczne są motywy statków, masztów, łańcuchów, lin żeglarskich, itp.

Z drugiej jednak strony Bilbao posiada niezwykle klimatyczną starówkę z cudowną architekturą. Tak jakby miasto posiadało dwie zupełnie różne dusze, ale tworzące spójną całość. Poza interesującymi budynkami, możemy zobaczyć inne atrakcje, jak teatr, kościoły czy inne budynki z klimatem.

Oczywiście największą atrakcją, a zarazem wizytówką miasta jest muzeum sztuki współczesnej, czyli Muzeum Guggenheima. Jak na nowoczesny budynek przystało (dla mnie budynek przyszłości), powyginany jest ze wszystkich stron. Ma on powierzchnię 24 000 m². Zbudowany jest m.in. z blachy tytanowej i szkła. Ma dynamiczną formę, składa się z powyginanych elementów, falistych linii i płynnych form. Całość robi oszałamiające wrażenie, a jeszcze o zachodzi słońca, kiedy promienie odbijają światło, jeszcze bardziej podkreślając rangę tego miejsca.

Dla mnie niezbyt zrozumiałe były dwie rzeczy w tym miejscu. Po pierwsze: od frontu muzeum znajduje się ogromna, kolorowa i słodka instalacja (rzeźba) pieska, zwana po prostu „Puppy”. Wykonana jest ze stali nierdzewnej, gleby oraz roślin kwitnących. Z kolei na tyłach budynku straszy przeogromna rzeźba pająka, zwanej „Mama”. Ja panicznie boję się tych insektów (powiem nawet, że ocieram się chyba o arachnofobię)  i moją pierwszą myślą po ujrzeniu tejże atrakcji było: „uciekać gdzie pieprz rośnie – byle dalej od tego ohydnego stwora”. „Mama” jest naprawdę ogromna i wygląda naprawdę przerażająco realistycznie. Kiedy jednak oswoiłam się z jej postacią, krążąc wokół niej niczym sęp, dojrzałam coś, co mnie i zniesmaczyło, i przeraziło. W środku swojego odwłoka miała umieszczone… jaja! Wyglądało tak, jakby miała je za chwilę gdzieś znieść. No cóż, tamtejsi architekci maja bardzo bujną wyobraźnię i zadbali o każdy (przerażający) szczegół tego pająka-giganta. Jak wspomniałam wcześniej, taka koncepcja nie do końca przypadła mi do gustu i według mnie takie połączenie gryzie się ze sobą. Ale kimże ja jestem, aby to oceniać? Poza tym, co ja tam się znam na sztuce nowoczesnej? 🙂

Duże wrażenie robią także mosty, z których każdy jest zupełnie inny. I tak mamy „pokrzywiony” most, drewniany, „normalny”, ale także taki z kosmosu, który w nocy świeci na czerwoni-biało dając wrażenie, że zaraz wystartuje i odleci w odległą galaktykę.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownym i kolorowym streetarcie 🙂

Nie muszę specjalnie nikomu przypominać, że jestem wielkim żarłokiem, co zapewne ostatnio po mnie widać 🙂 A jeśli chodzi o hiszpańskie jedzenie, to wręcz uzależniłam się od niego. Jednak  to, co spróbowałam (i zobaczyłam) w Bilbao, przeszło moje najśmielsze kulinarne oczekiwania (i doznania)! A mowa oczywiście o pintxos, czyli baskijskiej odpowiedzi na popularne w pozostałej części Hiszpanii tapas. Czymże są te tajemnicze przekąski, od których tak się uzależniłam? Są to małe kanapeczki, które zwykle leżą na ladzie baru, po kilka sztuk danego rodzaju na talerzu. Klienci po prostu podchodzą i wybierają te, na które mają ochotę. Nie ma żadnych reguł co do kombinacji składników. Liczy się inwencja osoby, która je przyrządza, a także ich całościowy smak oraz świeżość produktów. A trzeba przyznać, że baskijscy kucharze są prawdziwymi artystami w kuchni, no sami zobaczcie! 🙂

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

Barbara Mujica „Frida”

Genialna, opętana i szalona. Ekscentryczna i dzika. Bezkompromisowa i łamiąca wszelkie konwenanse. Paliła cygara, klęła jak szewc, upijała się i czerpała z życia pełnymi garściami. Czy raczej…  zgorzkniała, narzekająca cierpiętnica, skupiona na sobie i pragnąca na siłę podtrzymać swój ekscentryczny wizerunek? Jaka naprawdę była Frida Kahlo?

Nikomu specjalnie nie trzeba przedstawiać Fridy Kahlo, a właściwie Magdaleny Carmen Fridy Kahlo y Calderón. Tworzyła głównie autoportrety, gdzie w przejmujący sposób oddawała własne cierpienie i ból – od dzieciństwa ułomna (jako dziecko ciężko chorowała na polio), jako nastolatka ciężko ranna w wypadku samochodowym, później pozostająca w trudnym i bolesnym związku z wielkim uznanym artystą malarzem – „zapisywała swoje życie” na płótnie. Pełne pasji, nasycone barwami, symboliczne obrazy Fridy są, jak ich autorka – owiane tajemnicą. I każdego roku zdobywają coraz większe rzesze wielbicieli. To właśnie jej śladami podążają rzesze wielbicieli przyjeżdżający do CasaAzul, to o niej kręci się filmy i to ona pozostaje wciąż wielką tajemniczą postacią – kwintesencją meksykańskiej sztuki i symbolem wolnej niezależnej artystki.

Narratorem całej powieści jest młodsza siostra Fridy – Cristina, która na kozetce u swojego psychiatry opowiada historię burzliwego życia jej siostry. Pomimo ogromnej miłości między nimi, w opowieści Cristiny wyraźnie czuć żal, smutek, złość, rozgoryczenie, a niekiedy nawet i nienawiść. Wszystko dlatego, że to Frida była najważniejszą osobą w ich rodzinie; to na niej od najmłodszych lat skupiona była uwaga wszystkich domowników. Choroba, wypadek, poronienia, związek z Diegiem Riverą, kontrowersyjne poglądy i wiele innych wydarzeń. To Fridę rodzice posłali do elitarnej szkoły, której czynsz był astronomicznie wysoki i cała rodzina musiała pracować by związać koniec z końcem. To ona była tą mądrzejszą, ważniejsza, mimo iż przyprawiała wszystkich o ból głowy i zawał serca. Jednak to Fridę  ojciec chciał widzieć na łożu śmierci, mimo iż Cristina opiekowała się nim przez cały czas.

Cristina cały czas podkreśla, że ogromnie kochała swoją siostrę, jednak nie miała żadnych oporów, żeby wdać się w romans z jej mężem. Wiedziała, że bardzo skrzywdziła tym Fridę, to nie mogła zakończyć intymnej znajomości z Riverą, w pewien sposób romans sprawiał jej satysfakcję, że w końcu dotkliwie zraniła Fridę. Mimo zapewnień o bezwzględnej miłości do siostry, wyraźnie da się wyczuć rozgoryczenie i zazdrość o ich wspólne życie. Frida zawsze była tą lepszą. Już za życia stała się legendą.

Jak sama autorka informuje, „Powieść Frida jest dziełem literackim. Większość przedstawionych w niej wydarzeń i postaci zrodziła się w mojej wyobraźni, choć jej ramy stanowią prawdziwe epizody z historii Meksyku i biografii Fridy Kahlo. (…) Pisząc Fridę, chciałam nie tyle udokumentować życie Fridy Kahlo, ile uchwycić istotę jej osobowości. Ciekawiło mnie zwłaszcza, jak może czuć się niepozorna siostra osoby tak wyjątkowej. Rywalizacja między Fridą a Cristiną Kahlo o względy Diega Rivery istotnie miała miejsce, a jej psychologiczne konsekwencje pozostawiają wiele pola do interpretacji. Interesowały mnie także ogólniejsze problemy stosunków międzyludzkich – a w szczególności nasza zdolność do krzywdzenia innych osób, nawet tych, które szczerze kochamy.” Dlatego też nie powinniśmy kreować w głowie wizerunku Fridy Kahlo w oparciu o tę książkę. Mimo to przyznam, że Barbara Mujica stworzyła bardzo wiarygodną powieść i gdybym nie wiedziała, że jest to fikcja, byłabym skłonna uwierzyć, że dokładnie tak wyglądało życie tej nietuzinkowej meksykańskiej malarki.

Frida

Och-Teatr: „One Mąż Show”

Do Szymona Majewskiego mam ogromną słabość i sentyment. Kilkukrotnie miałam przyjemność obcować z nim w trakcie nagrań jego autorskiego show sprzed lat. Jako studentka brałam udział w nagraniach i miałam ogromną radość poznać go osobiście, a nawet zamienić z nim kilka zdań. Jest to ciepła, sympatyczna, a przede wszystkim – normalna osoba. Dlatego też z wielką przyjemnością wybrałam się na spektakl z jego udziałem.

Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy na wieść o tym, że słynny Szymon Majewski zaczął występować w teatrze to: Szymon Majewski został aktorem?? No bo przecież każdy, kto występuje na deskach teatru staje się z automatu aktorem. Ale nie w tym przypadku. Szymon doskonale wie, gdzie znajduje się jego miejsce i nie ma zamiaru konkurować z zawodowcami. Robi to, na czym się zna, czyli na robieniu show. Szymon Majewski znany jest z celnego i błyskotliwego poczucia humoru oraz niewyczerpanej energii.

„One Mąż Show” to monolog, w którym autor na przykładzie swojego małżeństwa opowiada o kłopotach i radościach współczesnego związku, o relacji kobieta-mężczyzna, mąż-żona. Pełen śmiesznych anegdot i zabawnych komentarzy spektakl o uczuciu bezkompromisowym. Ciepła, ironiczna, autoironiczna i bardzo prawdziwa opowieść o uczuciach i związkach. „One Mąż Show” to spektakl ukazujący jego mniej znane oblicze – na scenie zobaczyliśmy czujnego i czułego obserwatora swojej żony, który wychodząc od drobnych rzeczy, z właściwym sobie humorem potrafi mówić o tym, co w relacjach jest najważniejsze.

Wielokrotnie powtarzał, że żona nie jest specjalnie zadowolona, że opowiada ludziom o ich wspólnym, 25-letnim pożyciu małżeńskim. Jednak Szymon robi to w tak subtelny sposób, że znakomicie się tego słucha. A to, w jaki sposób naśladował Krystynę Jandę rozwala na łopatki. Majewski jest znakomitym showmanem i nie jest prawdą, że jego żarty i poczucie humoru dawno się skończyły. Śmiem twierdzić, że Szymon odradza się na nowo i jeszcze wszystkim pokaże, na co go stać. Ja śmiałam się przez całe 90 minut spektaklu. Znakomity pomysł i mam wielką nadzieję, że będzie kontynuacja jego „One Mąż Show”.

Za możliwość obejrzenia spektaklu dziękuję:

Eli Barbur, Krzysztof Urbański „Właśnie Izrael”

Jak to właściwie jest z tym Izraelem? Swoim kształtem przypomina  przecinek na mapie geograficznej świata, ale bulgocze tak głośno i tak silnie, że niebawem może wybuchnąć.

To państwo na wskroś europejskie i liberalne, sąsiadujące ze wszystkich stron z krajami arabskimi i będące z nimi w nieustającym konflikcie. Poza tym to jedyne państwo demokratyczne, które nie posiada uchwalonej konstytucji. Zagadkę tego dziwnego tworu starają się rozwikłać Eli Barbur oraz Krzysztof Urbański w książce „Właśnie Izrael. Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela”.

Jak tytuł wskazuje, książka jest zapisem rozmów pomiędzy autorami na temat różnych aspektów Izraela. Zaczynając od genezy powstania państwa, po różne zawirowania historyczne, aż po czasy współczesne, autorzy starają się rozgryźć ten kraj. Izrael to kraj samotny. Otoczony wrogo nastawionymi krajami arabskimi, z mieszkańcami wyznającymi przede wszystkim islam. Izrael to również kraj osamotniony na arenie międzynarodowej, na której każdego dnia musi udowadniać słuszność swoich działań i walczyć z negatywnym postrzeganiem na  świecie. Wreszcie Izrael to kraj kontrastów, w którym zwykłe, radosne życie miesza się z atakami terrorystycznymi.

Za sprawą Barbura i Urbańskiego, odwiedzamy więc Tel Awiw i Jerozolimę, w sumie jeden z najwrażliwszych punktów w całym konflikcie izraelsko-palestyńskim. Dowiadujemy się o tym, jak ukrywano prawdę o Holocauście (wyobrażacie sobie, że obywateli Izraela powiadomiono o tragedii dopiero w latach 60?). Barbur przybliża nam istotę kibuców czy samego muru bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony, nie przytacza nam całej historii izraelskiego narodu, nie analizuje dogłębnie samego konfliktu, za to w wielu miejscach czuć jego emocje, przez co książka staje się autentyczna i bardziej wciągająca.

„Właśnie Izrael. Gadany przewodnik po teraźniejszości i historii Izraela” jest zabarwioną anegdotami, żywą i przyjacielska pogawędką o współczesnym Izraelu, jego historii, kulturze i perspektywach. W trakcie lektury tej książki, wyruszymy w podróż do kraju, o którym tak wiele się słyszymy na co dzień, ale zarazem tak niewiele o nim wiemy. Nie jest to typowy przewodnik turystyczny. Obaj autorzy to dziennikarze –  jeden z Polski, drugi z Izraela – opowiadają nam o historii, o atakach, o strachu, ale także i radości. O zwykłych problemach z budownictwem czy kulturze. Poruszonych zostało wiele tematów, choć oczywiście trudno tu o dogłębną analizę sytuacji Izraela. Książka stanowi bardziej drogowskaz, dzięki któremu można obrać pewien kierunek. Ta książka to obowiązkowe uzupełnienie klasycznych przewodników.

Za książkę dziękuję: