Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

Kiedy pomyślę o Sarajewie, na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech, a serce zaczyna mocniej bić. Mam ogromny sentyment do tego miejsca. Stolica Bośni i Hercegowiny jest dla mnie największym zaskoczeniem podróżniczym tego roku. Śmiem stwierdzić, że Sarajewo jest moim trzecim (zaraz po Warszawie i Barcelonie) ulubionym miastem. Musiałam się nieco zdystansować i poukładać w głowie pewne sprawy, zanim napiszę tutaj o swojej wyprawie do tego miejsca.

Miałam pewne obawy przed przyjazdem, bo nie wiedziałam do końca czego mam się spodziewać. Z jednej strony miasto rozwija się w oka mgnieniu, zaś z drugiej jedną nogą ciągle tkwi w tragicznej przeszłości. Nie oszukujmy się, Sarajewo kojarzy nam się negatywnie – z wojną, która całkiem nie tak dawno temu toczyła się na tych terenach. Owszem, na ulicach nadal stoją budynki, na których widać ślady po ostrzeliwaniu, i które cały czas zamieszkiwane są przez ludzi. Nie można jednak patrzeć na Sarajewo przez pryzmat wojny – to bardzo niesłuszne spojrzenie na to miasto. Nie powinno się tam przyjeżdżać tylko po to, żeby obejrzeć podziurawione ruiny czy róże sarajewskie, ponieważ miasto ma znacznie więcej do zaoferowania, niż tylko powojenne zniszczenia. Oczywiście nie powinno się zapominać o przeszłości, ale nie znaczy to, że trzeba cały czas w niej żyć. Przed przyjazdem byłam przygotowana, przeczytałam kilka reportaży na temat sytuacji w Bośni sprzed ponad dwudziestu lat, że by chociaż odrobinę zrozumieć, co tutaj się wydarzyło. Ale tak naprawdę nadal nie rozumiem, dlaczego tak się stało. I zapewne jeszcze przez długi czas nie będę potrafiła tego zrozumieć, mimo że ciągle sięgam po różne reportaże (i książkowe, i filmowe) na temat tej wojny. Wręcz przeciwnie, bo mam jeszcze większy mętlik w głowie. Nie chcę jednak zagłębiać się w tę straszną i smutną historię, bo nie taki jest mój cel. Początkowo miałam zamieścić zdjęcia tych wszystkich budynków pamiętających wojnę, ale ostatecznie zdecydowałam, że tego nie zrobię. Nie wiem, być może kiedyś jednak napiszę osobny post o jego ciemnej stronie. Sarajewo zasługuje, żeby pokazać z innej strony – jako rozwijającą się europejską stolicę.

Epicentrum kulturowym w Sarajewie jest Baščaršija, czyli stary bazar umiejscowiony na tamtejszej starówce. Muszę przyznać, ze spędziłam tam najwięcej czasu, chodząc po wszystkich zakamarkach tamtejszych uliczek i alejek. To masa wąskich uliczek wypełnionych po brzeg małymi kramami i warsztatami, sprzedającymi  przeróżne pamiąti, z unoszącym się gwarem i tłumem spacerowiczów i turystów. Czuć tutaj mocno wschodni klimat, jakbyśmy nie byli w Europie. Baščaršiję zobaczyć i poczuć po prostu trzeba, bez tego elementu zwiedzanie Sarajewa nigdy nie będzie pełne. No i tu właśnie znajdziecie największe historyczne atrakcje miasta.

Centralnym punktem bazaru jest Sebilj – charakterystyczna studzienka wyglądem przypominająca grzybek, będąca pozostałością po czasach osmańskich i jednym z pierwszych wodociągów w Europie. Kiedyś tego typu studni było w mieście ponad 100. Woda jest zdatna do picia i smaczna. Mówi się, że kto napije się wody z tej studni, nigdy nie zapomni Sarajewa. Co prawda ja się nie skusiłam, ale z całą pewnością o Sarajewie nigdy nie zapomnę 🙂

W Sarajewie przeżyłam kolejny szok kulturowy. Spotkałam się z lokalsami i poszliśmy na cudowną Baščaršiję, do najpopularniejszego tam baru, na sziszę. Lokal pękał w szwach od nadmiaru ludzi i na początku nie było gdzie usiąść. Znalazłszy miejsce zamówiliśmy sziszę, K. zapytał mnie co chcę do picia. Rzekłam, że piwo (bo u nas do sziszy zazwyczaj pije się ten trunek), ale jak się okazało – alkoholu nie podają w tym lokalu. Zdziwiło mnie (i to bardzo), że w najpopularniejszym miejscu w stolicy kraju, pełnym lokalsów i turystów, wieczorową porą nie podają tam alkoholu. No nic, trzeba było się dostosować i zdałam się na gust K., który zamówił mi „magic tea” – do tej pory nie mam pojęcia co to konkretnie było, ale smakowało jak mrożona herbata 🙂 Muszę przyznać, że tamtejsza szisza była najlepszą, jaką do tej pory paliłam 🙂 Potem poszliśmy do klubu na imprezę, która również była dla mnie nieco inna (nie chcę mówić, że dziwna). Na początku DJ grał najnowsze hity z list przebojów, po czym na scenę wkroczył zespół rockowo-folkowy, który śpiewał największe jugosłowiańskie przeboje. Co więcej, nie było przestrzeni do tańca, a na miejscu danceflooru ustawione były stoliki i krzesełka. Mimo, że nic nie rozumiałam, bawiłam się wybornie i skakałam razem ze wszystkimi lokalsami. No i dowiedziałam się czym jest turbo folk 🙂 W klubie można już było zamówić piwo, ale rozglądając się po stolikach, na większości z nich stały napoje bezalkoholowe i bardzo rzadko pojawiały się butelki z piwem. Dlaczego przeżyłam szok kulturowy? Ponieważ w moim kraju młodzież nie potrafi bawić się bez dużej ilości alkoholu, natomiast młodzi ludzie z Sarajewa potrafią to robić. Zaimponowali mi tym, i to bardzo.

Sarajewo położone jest w dolinie pomiędzy wysokimi szczytami gór Dynarskich. Żeby gdziekolwiek dojść, trzeba się porządnie natrudzić wchodząc pod górę. Nie ma tak jak w Warszawie, że teren jest zupełnie płaski. Dla kogoś, kto posiada zerową kondycję fizyczną (mowa oczywiście o mnie), wędrowanie po tym mieście jest nie lada wyzwaniem. Ba! To była prawdziwa udręka, bo prawie zeszłam na zawał i wyplułam po drodze własne płuca wspinając się na jeden z punktów widokowych – Żółty Bastion. Nie ma co ukrywać – sama sobie jestem winna, że nie ćwiczę regularnie. Jednak wysiłek i wewnętrzna walka były warte zachodu – cudowny widok na miasto wynagrodził mi wszelkie trudy 🙂 Sami zobaczcie.

Jak się okazało, to był tylko przedsmak tego, co miało nastąpić później, bo kiedy K. zabrał mnie na jeszcze wyższy punkt widokowy (Biała Twierdza), zaparło mi dech w piersiach. Było to w nocy, a oświetlone Sarajewo wygląda wręcz magicznie. Nie mogłam oderwać wzroku, zahipnotyzowało mnie kompletnie. Gdyby nie to, że zerwał się silny i zimny wiatr, mogłabym tam siedzieć całą noc 🙂 Niestety nie posiadam zdjęć, które oddają urok tego miejsca, bo mój aparat nie podołał temu zadaniu. Jedynie mam takie niewyraźne coś.

Bośnia to istny mix kultur i religii. Największymi religiami w Bośni i Hercegowinie są islam (45%) i chrześcijaństwo (52%). Doskonale widać tę mieszankę wyznań właśnie w Sarajewie. Dlatego nikogo nie powinny dziwić liczne meczety, kościoły, a nawet synagoga. Początkowo może budzić zdziwienie, gdy na ulicach widzi się kobiety ubrane „normalnie” – w luźnych, zwiewnych, letnich, krótkich i kolorowych ubraniach- idące pod rękę z kobietami ubranymi w hidżaby sięgające kostek. Albo młode matki owinięte w czarne czadory, wiozące w wózku piękne i słodkie córeczki w białych sukieneczkach, z kwiecistymi opaskami na włosach. Taki niecodzienny widok dziwił mnie na początku, potem nawet nie zwracałam na to uwagi.

Istnieje zabawna historia związana z budową ratusza. W miejscu, gdzie miał on stanąć, istniały trzy budynki – dwa zajazdy i dom prywatny. Zajazdy wyburzono, jednak właściciel prywatnego domu nie zgadzał się na jego zniszczenie. Zamiast odszkodowania w złocie zażyczył sobie, by jego dom cegła po cegle… przenieść i odbudować na drugim brzegu rzeki Miljacki. I faktycznie – aktualnie dom stoi po drugiej stronie rzeki, a na pamiątkę tamtych wydarzeń nazwa się „Inat Kuća” – Przekorny Dom. Aktualnie znajduje się tam restauracja serwująca lokalne specjały.

Oddalając się od centrum miasta, trafiłam na ulicę i tam również zostałam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że zobaczę tam supernowoczesne, przeszklone drapacze chmur sięgające nieba, których sama Warszawa by się nie powstydziła.

Ze wstydem przyznaję, że zanim przybyłam do Sarajewa, myślałam o nim bardzo stereotypowo. Mówiąc prościej – myślałam, że stolica Bośni i Hercegowiny to jedna wielka ruina. Co prawda miałam pewne rozeznanie o sytuacji w tym mieście i ogólnie kraju, jednak mój mózg zrobił mi dowcip i wykreował własne obrazy tego miejsca. Nie ukrywam, dużo jest zniszczonych pustostanów i budynków ze śladami pocisków, które dają dużo do myślenia. Ten, kto przybędzie tam tylko po to, żeby zobaczyć powojenne ruiny, może się gorzko rozczarować. Miasto powoli staje na nogi, a to co przetrwało w trakcie wojennej zawieruchy urzeka od samego początku. I tak jak wspomniałam – Sarajewo jest w czołówce moich ulubionych miast 🙂

Niestety nie udało mi się wszystkiego zobaczyć, bo czasu zabrakło. Nic jednak straconego, bo mam w planach powrót do stolicy Bośni i Hercegowiny, więc nadrobię zaległości 🙂 Po prostu zostawiłam sobie małe co nieco na kolejny raz 🙂 Do Sarajewa przybyłam w drugiej połowie sierpnia, gdzie żar lał się z nieba i o mało co się nie usmażyłam od tamtejszego słońca, dlatego też tym razem marzy mi się zobaczyć zimowe wydanie tego miasta 🙂

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są moją własnością, chyba że zaznaczono inaczej. Kopiowanie i używanie bez mojej zgody jest zabronione.

 

60 myśli w temacie “Sarajewo. Tam, gdzie Wschód spotyka Zachód

  1. Piękne zdjęcia i ciekawy wpis. Myślę, że dobrze, że pokazujesz tę pozytywną stronę Sarajewa. Zachęci to więcej podróżników do odkrycia tego regionu. O przeszłości pamiętamy, ale jak napisalaś, nie możemy wciąż nią zyc!

  2. Fascynujące miejsce – nawet nie spodziewałam się, że są tam takie miejsca. Bazarek byłby pierwszy na liście odwiedzin. Od razu bym tam pognała 🙂 Cudowne zdjęcia i starannie opisane miejsca zachęcają do takiej wycieczki 🙂

  3. Myślałam dotąd podobnie jak Ty, i w wyobraźni widziałam je jako miasto w ruinie. Tymczasem Twoja relacja pokazuje piękne, warte odwiedzenia miejsce, które trzeba dopisać do listy celów podróżnych 🙂

  4. W tym roku mieiśmy objazd po Bałkanach, Sarajewo było w planach, ale plany korygowane na żywo nie doprowadziły nas do celu.Czytając twój wpis widzę, że dużo straciliśmy,ale cóż nie można zobaczyć wszystkiego za jednym wyjazdem.

  5. Wiesz co, moim zdaniem to dobrze, że nie udaje się zobaczyć wszystkiego, czego się pragnie, bo przynajmniej jest pretekst, żeby tam wrócić 🙂 Fajnie widać tą mieszankę kultur.

  6. Miałam tę przyjemność być w Sarajewie w tym roku i powiem, że była to dla mnie najpiękniejsza stolica krajów Bałkaniskich w jakiej byłam. Zachwyca architekturą, zabytakmi, komunikacją.

  7. Bardzo podobne odczucia miałam, gdy byłam w Skopje: mieszanka kultur, niesamowite widoki, smaczne jedzenie, bardzo przyjaźni ludzie. Chętnie jeszcze raz przyjadę do Skopje, ale mam ochotę na wycieczkę po całych Bałkanach 🙂

    • Ja mam mieszane uczucia co do Skopje, z jednej strony podobało mi się tam, a z drugiej nie za bardzo mam ochotę tam wracać teraz, może kiedyś 🙂 Z kolei do Sarajewa mogłabym już nawet dzisiaj wrócić 🙂 Pozdrawiam

  8. Piękne zdjęcia, wspaniały klimat i opisy. Jednak chyba z moim 5 latkiem bym się nie zdecydowała na taką wyprawę, możę kiedyś jak będzie starszy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s